I pamiętajcie: "mamusię" buch w rąsię, tylko jeśli była przychylna... W przeciwnym razie...Młody człowiek, spotkawszy panienkę, która mu się spodobała i z którą pragnie się ożenić, winien dać się jej poznać, a przekonawszy się, że z powierzchowności nie jest jej niemiłym, zacząć jej dyskretnie asystować i następnie prosić o pozwolenie złożenia wizyty w domu jej rodziców lub opiekunów. Taką wizytę składa się zwykle w najbliższy dzień świąteczny, zaraz po sumie, przyczem młody kandydat do stanu małżeńskiego powinien mieć na sobie garnitur tużurkowy, rękawiczki glansowane, krawat czarny i modny kapelusz w ręku.
Wchodząc do salonu, zdejmuje rękawiczkę przynajmniej z prawej ręki (inni są zdania, że lepiej wcale nie mieć rękawiczek na rękach), wita się uprzejmie ze wszystkimi, począwszy od „mamusi", której jeszcze w rękę nie całuje, poczem rozpoczyna rozmowę o przedmiotach natury obojętnej, o niczem, trwającą przez całe pół godziny, tj. przez czas trwania wizyty, nie dając poznać właściwego celu swego przybycia. Na pożegnanie, o ile spostrzeże dobre przyjęcie, powinien panią domu ucałować w rękę, pannę zaś uściskać za rączkę delikatnie, delikatnie, a znacząco, o ile panna będzie w salonie, czego się zwykle w takich razach unika...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 stycznia 2018
Rozmowa natury obojętnej
Święta to doskonała okazja nie tylko do odwiedzenia rodziny, ale i do zapoznania się z przyszłą teściową. Przypominamy zatem młodzieży kilka podstawowych, ponadczasowych zasad, jak się w takiej sytuacji zachować... Nieodzowny jest w tym podręcznik Mieczysława Rościszewskiego "Zwyczaje towarzyskie" wydany w 1928 roku.
niedziela, 8 marca 2015
Prasuje czule jego koszule
Pranie, sprzątanie, gotowanie i garów zmywanie... Takie ma być ponoć po wsze czasy życie "prawdziwej Żony i Matki". Bo tradycja jest najważniejsza... Tej rzekomo odwiecznej tradycji bronił dwutygodnik "Mocarstwowa Polska" w kwietniu 1930 roku sposobem rymowanym...
Dziś to mocno już przebrzmiałe wyobrażenie roli kobiety w rodzinie z największą pasją promują polscy biskupi i waleczne damy katolickiej prawicy. Aż dziw bierze, ile te polityczne rotwailerki wkładają wysiłku, by przekonać publikę, że ich miejsce jest przy osmolonych garach i na brudnych podłogach. Ileż marnują czasu na sprzeczną z ich poglądami działalność publiczną, miast z pokorą i radością wrócić do swego naturalnego środowiska.
Anonimowy poeta grafoman sprzed lat uzyskał też nieoczekiwane wsparcie ze strony pewnej współczesnej "pisarki" (dziś mówi się: "blogerki"):
Dziś to mocno już przebrzmiałe wyobrażenie roli kobiety w rodzinie z największą pasją promują polscy biskupi i waleczne damy katolickiej prawicy. Aż dziw bierze, ile te polityczne rotwailerki wkładają wysiłku, by przekonać publikę, że ich miejsce jest przy osmolonych garach i na brudnych podłogach. Ileż marnują czasu na sprzeczną z ich poglądami działalność publiczną, miast z pokorą i radością wrócić do swego naturalnego środowiska.
Anonimowy poeta grafoman sprzed lat uzyskał też nieoczekiwane wsparcie ze strony pewnej współczesnej "pisarki" (dziś mówi się: "blogerki"):
I tak sobie myślę, że ja naprawdę lubię zmywać gary. Bo mąż mnie kocha... więcejI tak sobie myślę, że pewnie mąż szczególnie namiętnie kocha ją, gdy prasuje czule jego koszule...
niedziela, 1 lutego 2015
Rozpustne dziewki z Jakubic
Kiej ostatki, to ostatki, cieszcie się dziouchy i matki, kiej ostatki to ostatki, niech tańcują wszystkie babki, kiej ostatki, to ostatki, niech się trzęsą babskie zadki.Tak śpiewano dawnymi czasy w karczmach podczas karnawałowych zabaw. Więc, trzęsły się babskie zadki, oj trzęsły.... Obecne bale i imprezy karnawałowe to już nie to samo, co tamte hulanki i swawole.
Karnawał pojawił się w Polsce za czasów sarmackich. Nazywany był również zapustami i trwał od Trzech Króli do Wielkiego Postu. Szczególnie popularne były kuligi oraz maskarady czyli zabawy w maskach. Kulig był oczywiście rozrywką zarezerwowaną dla szlachty i magnaterii. Mieszczanie i chłopi organizowali inne zapustowe imprezy. W miastach przyjęły się zabawy pod gołym niebem i barwne pochody w maskach. Na wzór włoski organizowano tzw. reduty, czyli bale z płatnym wstępem. Na wsiach spotykano się w karczmach, gdzie biesiadowano i tańczono do rana. Karnawałową tradycją stały się pochody przebierańców, którzy przebrani za turonia i inne zwierzęta, wędrowali od domu do domu i zbierali podarunki. Było hucznie i wesoło. Księża często gromili te szaleństwa, uważając że taka przesada służy diabłu. Szczególnie naruszenie reguł Wielkiego Postu groziło poważnymi konsekwencjami. Przypomina o tym opowieść o tragicznym losie rozpustnych dziewczyn, które nie potrafiły poskromić swych żądz i skończyć w porę karnawałowej zabawy. Legendę o Dziewczym Wzgórzu spisał w 1976 roku nauczyciel szkoły w Jakubicach koło Sieradza na podstawie opowiadań dzieci szkolnych.
* * *
Migotliwym światłem łuczywa jarzyły się okna jakubickiej karczmy dzierżawionej przez Żydka warckiego, ostatniego z rodu Rossenbachów. Cały budynek liczący sobie ze dwa wieki, jakby rozkraczył się od pohukiwań, tańców, wiwatów, pijatyk i bójek ostatnich dni owego karnawału, który tego wieczoru dobiegł końca. Jeszcze tańczono, wiwatowano, ile tylko mogła wydołać chłopska dusza, kiedy nagle nocny stójka, co wieś od pożaru i złodziei chronił, kołatką oznajmił, że nadeszła północ, a z nią początek popielcowej środy.
Większość roztańczonych i pijanych szybko opamiętała się i co rychlej w powadze, jaką przystoi w okresie Wielkiego Postu, opuściła karczmę, udając się do swoich zagród. To samo uczynili parobcy wiejscy i dziadowie, co resztki żebranego przeznaczyli na płukanie gardła. Kilka dziewcząt, którym gorzała w głowach mocno szumiała, dzierżawca karczmy długo nakłaniał do opuszczenia karczemnej izby, a kiedy opuściły ją, miast iść do swych chat, wzięły się pod ręce i wśród śpiewu, śmiechów i krzyków szły, nie wiadomo po co, w kierunku sąsiedniej wioski Gołuchy, budząc starych i młodych w całej wsi. Ludzie złorzecząc im, obudzili swe domostwa i uspokajali rozszczekane psy.
Kiedy dziewczęta minęły ostatnie zabudowanie napotkały starca wracającego ze wsi Łabędzie. Wbrew jego woli ujęły go pod ręce i zaczęły z nim tańczyć, śpiewając przy tym sprośne śpiewki. Starzec protestował i błagał o pozostawienie go w spokoju z racji jego wieku i Wielkiego Postu, ale dziewczęta nie uległy jego prośbom, a nawet niektóre z nich zaczęły mu ściągać spodnie. Wtedy starzec rozgniewany do ostatniego, rzucił na nie klątwę, życząc im, aby je piekło pochłonęło. Na klątwę starca dziewczęta odpowiedziały pustym śmiechem, a jedna z nich dodała, że i w piekle z dziadkiem nie będzie im źle.
I stało się. Mroźną ugwieżdżoną noc od wschodu ku zachodowi przecięła błyskawica, a uśpionym światem wstrząsnął głuchy grzmot. Otworzyło się wnętrze ziemi, w którym rozpustne dziewczęta znalazły swój grób. Po latach nad dołem, jaki powstał w tym miejscu wzniesiono krzyż, który przetrwał tam do pierwszej wojny światowej. Pod nim w głuche zimowe noce niektórzy z przechodniów widywali grupkę rozhulanych dziewcząt. Ku przestrodze młodych, starzy ludzie jeszcze wspominają o losie rozpustnych dziewcząt. Miejsce, w którym zapadły się dziewczęta, nazwano Dziewczym Wzgórzem. Znajduje się ono tuż za wsią. Kim był starzec?... Dołek jako znak po zapadlisku, pozostał do dziś.
* * *
Źródło: http://sieradzkiewsie.blogspot.com/.
poniedziałek, 26 maja 2014
Torebki i parasola niedola
Woda lała się ludziom za kołnierze i do butów, a wichura bezczelnie wyrywała z rąk parasole... Kto lubi takie dni...?
W niedzielę 17 lutego 1935 roku nad Łodzią szalały huragany i ulewy. Wszystkie okoliczne rzeczki powylewały, przypominając łodzianom o swoim istnieniu. W czasie największej zawieruchy ulicą Rzgowską szła w stronę torów kolejowych elegancka kobieta. Nigdy już nie dowiemy się dlaczego Helena Kowalewska wybrała się na przechadzkę w taką pogodę. Była mieszkanką Kielc, a do Łodzi przyjechała z wizytą do krewnych mieszkających przy ulicy Pryncypalnej. Historia, która przydarzyła się jej była niezwykła...

Pani Helena, chcąc osłonić się od deszczu, wpadła na niefortunny pomysł otwarcia parasola. Ale ledwie go odemknęła, wiatr zaczął nim szarpać z ogromną siłą. Kobieta, rzucana z jednego krańca chodnika na drugi, wystraszyła się, że wicher porwie ją razem z tą jej wątpliwą osłoną. Nie mogąc w żaden sposób poradzić sobie jedną ręką, spróbowała uwolnić drugą, zawieszając torebkę na rączce parasola. Mocowała się z huraganem przez chwilę, aż potężny podmuch ją przewrócił. Wyrwany z rąk parasol poszybował wysoko, ponad domy, z torebką uwieszoną u rączki.
Na próżno Kowalewska goniła fruwającą zgubę. Kiedy stwierdziła, że nie ma szans na jej odzyskanie, zrezygnowana wróciła do krewnych. Bez parasola, bez torebki i bez 15 złotych, które w niej miała. Kobieta, poszkodowana w ten niezwykły sposób przez siły natury, musiała pogodzić się ze stratą.
Los jednakże zgotował jej kolejną niespodziankę, tym razem zaskakująco miłą. Otóż, po dwóch dniach w mieszkaniu przy ul. Pryncypalnej zjawił się wieśniak spod Rzgowa. Przyszedł z torebką i parasolem Kowalewskiej w ręku. Okazało się, że parasol, uniesiony przez wicher poszybował aż pod cmentarz wojenny koło Rzgowa i tam dopiero wylądował. W poniedziałek znalazł go przypadkowy i (trzeba przyznać!) dość niezwykły przechodzień. Ustaliwszy z listu, który znalazł w torebce, adres Kowalewskiej, następnego dnia ten uczciwy człowiek odniósł znalezisko na Pryncypalną. I nawet nie chciał podać swojego nazwiska...
Wiek XX, wiek okrutnych wojen i bezprzykładnych grabieży miał i takie mikro sensacje. Cóż z tego, że nieodkryte przez niezmordowanego redaktora Wołoszańskiego? Mają one swoją wartość, gdyż optymistycznie dowodzą, że wśród ludzi trafiają się jednostki, które bez względu na stan umysłu i portfela, są w stanie działać według starej zasady: Czyń innym tak, jak chciałbyś, aby oni czynili tobie...
W niedzielę 17 lutego 1935 roku nad Łodzią szalały huragany i ulewy. Wszystkie okoliczne rzeczki powylewały, przypominając łodzianom o swoim istnieniu. W czasie największej zawieruchy ulicą Rzgowską szła w stronę torów kolejowych elegancka kobieta. Nigdy już nie dowiemy się dlaczego Helena Kowalewska wybrała się na przechadzkę w taką pogodę. Była mieszkanką Kielc, a do Łodzi przyjechała z wizytą do krewnych mieszkających przy ulicy Pryncypalnej. Historia, która przydarzyła się jej była niezwykła...

Pani Helena, chcąc osłonić się od deszczu, wpadła na niefortunny pomysł otwarcia parasola. Ale ledwie go odemknęła, wiatr zaczął nim szarpać z ogromną siłą. Kobieta, rzucana z jednego krańca chodnika na drugi, wystraszyła się, że wicher porwie ją razem z tą jej wątpliwą osłoną. Nie mogąc w żaden sposób poradzić sobie jedną ręką, spróbowała uwolnić drugą, zawieszając torebkę na rączce parasola. Mocowała się z huraganem przez chwilę, aż potężny podmuch ją przewrócił. Wyrwany z rąk parasol poszybował wysoko, ponad domy, z torebką uwieszoną u rączki.
Na próżno Kowalewska goniła fruwającą zgubę. Kiedy stwierdziła, że nie ma szans na jej odzyskanie, zrezygnowana wróciła do krewnych. Bez parasola, bez torebki i bez 15 złotych, które w niej miała. Kobieta, poszkodowana w ten niezwykły sposób przez siły natury, musiała pogodzić się ze stratą.
Los jednakże zgotował jej kolejną niespodziankę, tym razem zaskakująco miłą. Otóż, po dwóch dniach w mieszkaniu przy ul. Pryncypalnej zjawił się wieśniak spod Rzgowa. Przyszedł z torebką i parasolem Kowalewskiej w ręku. Okazało się, że parasol, uniesiony przez wicher poszybował aż pod cmentarz wojenny koło Rzgowa i tam dopiero wylądował. W poniedziałek znalazł go przypadkowy i (trzeba przyznać!) dość niezwykły przechodzień. Ustaliwszy z listu, który znalazł w torebce, adres Kowalewskiej, następnego dnia ten uczciwy człowiek odniósł znalezisko na Pryncypalną. I nawet nie chciał podać swojego nazwiska...Wiek XX, wiek okrutnych wojen i bezprzykładnych grabieży miał i takie mikro sensacje. Cóż z tego, że nieodkryte przez niezmordowanego redaktora Wołoszańskiego? Mają one swoją wartość, gdyż optymistycznie dowodzą, że wśród ludzi trafiają się jednostki, które bez względu na stan umysłu i portfela, są w stanie działać według starej zasady: Czyń innym tak, jak chciałbyś, aby oni czynili tobie...
czwartek, 9 stycznia 2014
Miłość, wino i cyjanek...
Noworoczny nastrój w jednym z łódzkich hoteli przed 100 laty zepsuło tragiczne wydarzenie: podwójne samobójstwo dwojga młodych ludzi.
We wtorek wieczorem, 30 grudnia 1913 roku do Łodzi przyjechała elegancka para. Młody mężczyzna zapisał się w księdze hotelowej jako Kazimierz Woyno, lat 20, zamieszkały w Warszawie. Jego piękną towarzyszką była 30-letnia Kazimiera Łazowska, córka urzędnika sądowego z Warszawy. Jak się później okazało, kobieta była mężatką. W środę 31 grudnia młoda para zwiedzała miasto i spacerowała dłuższy czas po ulicy Piotrkowskiej.
Wieczorem, po powrocie do hotelu młodzi zamówili do pokoju kolację z winem i likierami. Po pewnym czasie goście hotelowi zajmujący sąsiedni pokój usłyszeli jęki dochodzące zza ściany, które wkrótce ustały. Zaniepokojeni zaalarmowali obsługę hotelu. Kiedy otworzono drzwi, ujrzano scenę jak z finału taniego melodramatu. Na kanapie w śmiertelnym uścisku spoczywały zwłoki młodej pary. Ona ubrana w wykwintny kostium, on - we frak. Na stole stały kieliszki z winem. Obok nich znaleziono cyjanek potasu. Na stole leżało także kilka listów zaadresowanych do rodziny i zarządu hotelu.
Jeden z nich, do męża zmarłej Kazimiery, był bardzo krótki: "Inaczej obecnie postąpić nie mogłam"... W liście do zarządu hotelu znajdowało się 35 rubli z poleceniem rozdania służbie hotelowej, jako napiwków. Zmarły młodzieniec pozostawił list zaadresowany do brata, profesora seminarium duchownego. Po zawiadomieniu policji, która opieczętowała pokój, wysłano do rodziny telegramy z tragiczną informacją.
Źródło: Nowa Gazeta Łódzka 1914 nr 1 (2 stycznia)
We wtorek wieczorem, 30 grudnia 1913 roku do Łodzi przyjechała elegancka para. Młody mężczyzna zapisał się w księdze hotelowej jako Kazimierz Woyno, lat 20, zamieszkały w Warszawie. Jego piękną towarzyszką była 30-letnia Kazimiera Łazowska, córka urzędnika sądowego z Warszawy. Jak się później okazało, kobieta była mężatką. W środę 31 grudnia młoda para zwiedzała miasto i spacerowała dłuższy czas po ulicy Piotrkowskiej.
Wieczorem, po powrocie do hotelu młodzi zamówili do pokoju kolację z winem i likierami. Po pewnym czasie goście hotelowi zajmujący sąsiedni pokój usłyszeli jęki dochodzące zza ściany, które wkrótce ustały. Zaniepokojeni zaalarmowali obsługę hotelu. Kiedy otworzono drzwi, ujrzano scenę jak z finału taniego melodramatu. Na kanapie w śmiertelnym uścisku spoczywały zwłoki młodej pary. Ona ubrana w wykwintny kostium, on - we frak. Na stole stały kieliszki z winem. Obok nich znaleziono cyjanek potasu. Na stole leżało także kilka listów zaadresowanych do rodziny i zarządu hotelu.
Jeden z nich, do męża zmarłej Kazimiery, był bardzo krótki: "Inaczej obecnie postąpić nie mogłam"... W liście do zarządu hotelu znajdowało się 35 rubli z poleceniem rozdania służbie hotelowej, jako napiwków. Zmarły młodzieniec pozostawił list zaadresowany do brata, profesora seminarium duchownego. Po zawiadomieniu policji, która opieczętowała pokój, wysłano do rodziny telegramy z tragiczną informacją.
Źródło: Nowa Gazeta Łódzka 1914 nr 1 (2 stycznia)
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Marlena, oddaj męża, zdziro!
Dupa niezła, ale czy nam nie potrzeba także twarzy? - zastanawiał się nad jej kandydaturą asystent Sternberga.W grudniu 1930 roku odbyła się amerykańska premiera nowego filmu Josefa von Sternberga "Maroko". Okazał się wielkim sukcesem i utorował niemieckiej aktorce grającej główną rolę, Marlenie Dietrich, drogę do światowej kariery. Za swoją kreację otrzymała ona w 1931 roku jedyną w karierze nominację do Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Film dostał łącznie cztery nominacje do tej nagrody, także za: najlepszą scenografię, najlepsze zdjęcia i najlepszą reżyserię. Ale niewiele brakowało, aby amerykańska kariera niemieckiej aktorki skończyła się tak szybko, jak szybko się zaczęła. Wszystko za sprawą zazdrosnej żony...
O tej zaskakującej sprawie informował 17 sierpnia 1930 roku tygodnik "Kino":
Niemiecka aktorka filmowa, Marlena Dietrich, której rola w filmie "Niebieski Anioł" stała się rewelacyjną dla jej talentu otrzymała, jak wiadomo engagement do Hollywood. Sukces swój Marlena Dietrich zawdzięczała pono wpływom reżysera Józefa Sternberga i stąd wynikł skandal.
Oto małżonka Sternberga, podejrzewając romans męża z fascynującą gwiazdą ekranu, zwróciła się o pomoc i opiekę do amerykańskich organizacyj kobiecych, które w Stanach Zjednoczonych posiadają wielkie znaczenie i umieją energicznie przeprowadzać swoje postulaty. Pod wpływem zazdrosnej pani Sternberg amerykańskie kobiety ogłosiły zdecydowany bojkot wszystkich filmów, w których wystąpiłaby Marlena Dietrich.
Nie pomogły zaprzeczenia artystki, że nie zamierza rozbijać szczęścia małżeńskiego Sternbergów, ani zapewnienia pozostałego w Berlinie jej męża, że stosunki jego z żoną są jak najlepsze. Amerykanki nie ustąpiły i Marlena Dietrich musiała opuścić Hollywood. Obecnie udała się do Afryki, gdzie ma nakręcać niemiecką wersję kolonjalnego filmu "Marokko".
Tu wyjaśnić należy pewne nieścisłości w tej informacji. Po pierwsze: Dietrich wcale nie musiała wyjeżdżać do Afryki. Akcja filmu toczyła się wprawdzie w Maroku, ale scen plenerowych nie kręcono w naturalnych warunkach. Egzotyczne pejzaże odtworzono w warunkach studyjnych i na plażach Kalifornii. Żeby było ciekawiej: Marlena po przybyciu do USA zamieszkała u Sternbergów!
Po drugie: żoną Sternberga nie była jakaś "kura domowa", nieustannie cierpiąca z powodu mężowskich "skoków w bok", ale aktorka Riza Royce. Co prawda nie grała głównych ról, ale była postacią dość znaną. Po wojnie głównie z popularnego serialu Bonanza. Oczywiste, że wiedziała wszystko o bardzo luźnych obyczajach panujących w świecie filmu, bo żyła w nim od dawna. W roku 1930, po czterech latach pożycia, Sternbergowie szukali pretekstu do rozstania. Przyjaciółka Rizy, scenarzystka Frederica Sagor Maas, rozpowiadała, że małżeństwo Sternbergów nie może być skonsumowane, ponieważ "według Rizy, sprzęt Josefa jest uszkodzony". Związek męża z "niemieckim Aniołem" był nawet na rękę "pani Sternberg", bo dawał szansę na korzystny rozwód, do którego zresztą wkrótce doszło.
W tle tej erotyczno-obyczajowej rozgrywki toczyła się prawdziwa walka o moralność. Środowiska konserwatywne i religijne próbowały wprowadzić obyczajowy kaganiec dla przemysłu filmowego. Hollywood uważano za największego winowajcę rzekomego upadku moralnego Ameryki. Od kilku lat działało cenzorskie biuro Willa Haysa, które ostrzyło sobie nożyczki na co odważniejsze sceny filmowe. Filmowcy musieli używać przemyślnych wybiegów, aby ich filmy nie zostały pozbawione kluczowych epizodów lub by właściciele kin nie odmówili ich wyświetlania. W tych warunkach groźby zazdrosnej żony należało traktować bardzo poważnie. Prawdopodobnie Sternbergowie osiągnęli jakiś kompromis, bo bojkotu najnowszego filmu nie było, natomiast jeszcze w tym samym roku doszło do rozwodu.
Co do związku Josefa von Sternberga z Marleną Dietrich, to temat na osobną opowieść. Był na tyle skomplikowany i pokręcony, jak i ta para. Spotkali się po raz pierwszy w Berlinie podczas naboru kandydatek do filmu "Błękitny Anioł". Pilnie szukano wtedy partnerki dla słynnego Emila Janningsa. Po latach Josef, z właściwą sobie ironią, tak opisał w autobiografii odkrycie nowej gwiazdy:
Dzień rozpoczęcia zdjęć zbliżał się, w powietrzu wisiała katastrofa. Chodziły słuchy, że kobieta, której szukam, nie istnieje. Przeglądając album reklamowy ze zdjęciami aktorek, zatrzymałem się na płaskim, mało interesującym portrecie panny Dietrich. Gdy zapytałem o nią mojego asystenta, tak jak pytałem o inne, wzruszył tylko ramionami i burknął: Dupa niezła, ale czy nam nie potrzeba także twarzy? (...) Miała oczy przymknięte. Jannings powiedział mi potem, że krowa przymyka oczy tylko wtedy, gdy się cieli (...) Wyznała, że nie potrafi grać, że nikt nie umie jej korzystnie fotografować, że prasa odnosi się do niej źle, że nakręciła trzy filmy, w których była naprawdę straszna. Daję słowo - zdarzyło mi się to pierwszy raz - nigdy żaden aktor, któremu proponowałem rolę, nie przyznał się z całą otwartością do swoich braków. Później wyszło na jaw, że grała strasznie nie w trzech, ale w dziewięciu filmach...Opowieści Sternberga trzeba jednak traktować z przymrużeniem oka. Maria Magdalena, która na początku kariery filmowej przyjęła imię Marleny, nie była głupią gęsią, marzącą o bajkowej karierze w "Fabryce Snów". Od dzieciństwa uczyła się gry na skrzypcach i podobno miała spore szanse na karierę skrzypaczki, ale porzuciła grę po kontuzji ręki. Już jako nastolatka występowała w filmach i w kabarecie. Kiedy poznała Sternberga była już mężatką i matką pięcioletniej córeczki Marii. Nauczona w domu rodzinnym dyscypliny, silnej woli i ukrywania swych uczuć Marlena nie była z pewnością jedynie bezwolną wykonawczynią poleceń mistrza Josefa. Nawet on przyznawał, że książkę - materiał na scenariusz do "Maroka" podsunęła mu właśnie Marlena. Podobno ona wymyśliła również sposób na uchronienie kultowej sceny - pierwszego w kinie pocałunku lesbijskiego - przed nożycami cenzora.
Aktorka otwarcie przyznawała się do biseksualizmu. W Berlinie bywała często w lesbijskich lokalach, gdzie poznawała nowe partnerki. Później też miała wiele kochanek, m. in. pisarkę Mercedes de Acosta, aktorki: Magdalenę del Rio, znaną jako Imperio Argentyna i Tallulah Bankhead. Mówiono, że poszła do łóżka nawet ze swoją największą ekranową rywalką - Gretą Garbo! Poza związkiem ze Sternbergiem, miała też romanse z wieloma innymi sławnymi mężczyznami. Spośród aktorów byli to: Gary Cooper, Jean Gabin, Frank Sinatra, John Wayne, Kirk Douglas, James Stewart, Yul Brynner. Spośród literatów: Erich M. Remarque czy Ernest Hemingway.
Przez swój kontrowersyjny, swobodny styl życia zraziła do siebie środowiska konserwatywne i purytańskie. Natomiast Niemcy długo jeszcze po II wojnie światowej nie mogli jej wybaczyć, że odrzuciła szansę zostania gwiazdą ekranów III Rzeszy, potępiła nazizm i przyjęła amerykańskie obywatelstwo. Odmawiając Hitlerowi i występując z recitalami na frontach dla amerykańskich żołnierzy Marlena skazała się na potępienie przez rodaków i była traktowana jak zdrajczyni. W 1960 roku, gdy przyjechała z koncertami do Berlina obrzucono ją jajkami i wyzwiskami typu "Dietrich do domu!", "Zuchwała dziwka", "Podła nikczemna zdrajczyni". Za swą działalność podczas wojny Marlena Dietrich otrzymała Medal Wolności - najwyższe odznaczenie cywilne w USA oraz francuską Legię Honorową.
Po wojnie rzadziej grała w filmach, poświęciła się karierze estradowej. Zmarła w Paryżu w 1992 roku. Pochowana została w Berlinie, obok swojej matki, niedaleko domu, w którym przyszła na świat. W dowód osobliwe rozumianej pamięci w 1993 roku nieznani sprawcy sprofanowali grób Marleny Dietrich na cmentarzu Friedhof. Na płycie napisano "zdzira w futrze", nagrobek obrzucono śmieciami i błotem.
Dopiero w setną rocznicę jej urodzin burmistrz Berlina oficjalnie przeprosił Dietrich za to, że „Niemcy nie docenili jej twórczości za życia”. Rok później nadano jej honorowe obywatelstwo Berlina, a jedno z centralnych miejsc w nowym berlińskim City nazwano placem Marleny Dietrich.
środa, 30 października 2013
Książę Pepi i kobiety - część 2
W roku 2013 minęła 200. rocznica śmierci oraz 250. rocznica urodzin księcia Józefa Poniatowskiego. "Służąc Ojczyźnie, stał się symbolem poświęcenia i wierności" - napisali posłowie w specjalnej uchwale upamiętniającej wodza Księstwa Warszawskiego. Tylko, że z tą wiernością książęcą bywało różnie...
Listę znanych nam książęcych podbojów miłosnych otwiera austriacka hrabianka Maria Karolina Thun und Hohenstein. Zakochany po uszy książę chciał się koniecznie żenić, ale podobno stryj wybił mu to z głowy, bo szukał dla niego lepszej partii. "Pepi" pisał w liście do siostry, że młodsza od niego o 6 lat Karolina zdaje się mieć wszystkie cechy, jakich oczekiwałby on od kobiety, którą chciałby poślubić. Książę poszedł na wojnę z Turcją, a potem wezwał go do Warszawy król Staś i gdzieś po drodze wielka miłość do Karoliny wyparowała... Z notek biograficznych tej arystokratki dowiedzieć się można, że miała muzyczne uzdolnienia: potrafiła pięknie śpiewać i grać na gitarze. W 1793 wyszła za mąż za angielskiego arystokratę Lorda Gillforda, znanego lepiej jako Richard Meade. Miała z nim syna i dwie córki. Żyła krótko - zmarła w Wiedniu 8 sierpnia 1800 roku. Niektóre źródła podają, że było to w roku 1804.
Uczucie, jakie żywił Józef do Karoliny, nie musiało być aż tak silne, by ujarzmić jego wybujały temperament. Całymi latami solidnie pracował na sławę polskiego Don Juana. Przez łoże księcia przechodziły tabuny kobiet, przede wszystkim arystokratki. Ale w "galerii" książęcej znajdziemy przedstawicielki różnych klas społecznych: od księżniczek, poprzez artystki, aż do prostych mieszczek i służących...
Spośród tych kobiet warto wspomnieć kilka postaci ze względu na rolę, jaką odegrały w życiu księcia, albo z powodu ich niezwykłej osobowości i biografii. Do takich osobistości należy z pewnością księżna Rozalia Lubomirska, z Chodkiewiczów. Była córką hrabiego Jana Mikołaja Chodkiewicza, marszałka i starosty żmudzkiego, oraz Marii Ludwiki Rzewuskiej, córki Wacława hetmana Rzewuskiego. Rozalia urodziła się w 1768 w Czarnobylu, stąd nazywano ją "Różyczką z Czarnobyla". Była piękną kobietą o wspaniałej figurze, niebieskich oczach i rudoblond włosach. Zadarty nosek dodawał jej twarzy szczególnego, nieco niewinnego uroku. W wieku 19 lat Rozalia poślubiła kasztelana kijowskiego Aleksandra Lubomirskiego. Rok później urodziła córkę Aleksandrę. "Różyczka" była, jak byśmy to dziś powiedzieli, kobietą wyzwoloną. Lubiła towarzystwo, zabawę, podróże, romanse. Małżeństwo z kasztelanem było dla niej zbyt nudne i pospolite. Częściej bywała w Warszawie lub za granicą niż w mężowskich prowincjonalnych włościach. Próbowała usidlić księcia Józefa, ale efekt widać nie był zadowalający, bo potem zakochała się w Tadeuszu Mostowskim, młodym, przystojnym i wykształconym senatorze.
Anegdota warszawska opowiada, jak to Rozalia z dwoma równie uroczymi przyjaciółkami arystokratkami: Barbarą Kossowską i Julią Potocką, chciały zrobić niezwykłą niespodziankę księciu Poniatowskiemu. Po przekupieniu kamerdynera, przebrane za Gracje, zakradły się do sypialni księcia. Tam zamierzały poddać swą urodę jego osądowi, tak jak greckie boginie rywalizujące o miano najpiękniejszej. Czekały na księcia ukryte za kotarą. Ale książę nie miał zwyczaju wracać do domu samotnie. Tym razem towarzyszyła mu piękna tancerka. Anegdota, niestety, tutaj dyskretnie się kończy, nie znamy rozstrzygnięcia konkursu o względy nowożytnego księcia-Parysa. Być może do żadnej rywalizacji nie doszło i całe towarzystwo spędziło resztę nocy w rozkosznej zgodzie i harmonii... W końcu była to epoka markiza de Sade...
W 1792 roku Lubomirska podążyła wraz z córką za swym faworytem - Mostowskim do rewolucyjnego Paryża. Był to drugi pobyt Rozalii nad Sekwaną. W odróżnieniu od pierwszego, sprzed 4 lat, ten zakończył się tragicznie. Oskarżona o spiskowe konszachty z dworem Marii Antoniny oraz lekceważące wyrażanie się o ludziach rewolucji została aresztowana w październiku 1793 roku. Resztę życia spędziła w rewolucyjnych więzieniach. Nie pomogły starania polskich dyplomatów, w tym Kościuszki, ani ekskluzywna znajomość z wielkim Goethe, z którym ponoć nasza dama pijała kawę i prowadziła dysputy literackie. Piękną Rozalię zgilotynowano 30 czerwca 1794 roku, a jej córkę odesłano do Polski.
Legenda mówi, że gdy ostrze gilotyny spadło na szyję "Różyczki", jej matka miała ujrzeć w rodzinnym pałacu Chodkiewiczów w Młynowie widmo córki z głową oddzieloną od tułowia. Według innej legendy, duch zgilotynowanej Rozalii pojawia się w pałacu Lubomirskich w Opolu Lubelskim.
Druga ze wspomnianych Gracji księcia Józefa - Julia Potocka, z domu księżniczka Lubomirska zakończyła życie niespełna miesiąc po Rozalii Lubomirskiej - 26 sierpnia 1794 roku. Tyle, że w nieco mniej dramatycznych okolicznościach. Dopadła ją prozaiczna gruźlica płuc. Urodzona w 1766 roku dama była najmłodszą córką marszałka wielkiego koronnego Stanisława Lubomirskiego i Izabeli Lubomirskiej z Czartoryskich. Julię uważano za jedną z najpiękniejszych Polek końca XVIII wieku. Była utalentowana aktorsko, a jej taniec wywoływał powszechny podziw. W salonach warszawskich mówiono o niej "Giulietta la bella" czyli po prostu "Piękna Julia".
Nie wiemy czy poza wspomnianym wyżej epizodem z Gracjami w książęcej sypialni łączył Julię jakiś bliższy związek z księciem Poniatowskim. Dla opinii publicznej była ona niezwykłym w czasach stanisławowskich okazem cnót, wierności i stałości uczuć. W 1785 roku matka wydała ją za hrabiego Jana Potockiego, ekscentrycznego podróżnika i pisarza, późniejszego autora niezwykłej powieści "Rękopis znaleziony w Saragossie". Po ślubie młoda para wyruszyła w trzyletnią podróż po Europie. Julia większość czasu spędziła z matką przebywającą wtedy w Paryżu i Wersalu. Hrabia Potocki był zajęty swoimi sprawami. Małżonkowie przeżywali pierwszy kryzys, ale kiedy wracali do Polski w 1788 roku, towarzyszyli im już dwaj synowie: Alfred (1785) i Artur (1787). Jan włączył się w życie polityczne jako poseł na Sejm Czteroletni. Julia działała w stronnictwie wspierającym Konstytucję 3 Maja. Wtedy poznała księcia Eustachego Sanguszkę, młodego oficera i posła na Sejm Wielki. Wybuchnął romans, o którym wiedziała cała Warszawa, nie wyłączając hrabiego małżonka... Potem nastąpiły przymusowe rozstania kochanków spowodowane wojną w obronie Konstytucji oraz powstaniem kościuszkowskim. Julia wyjechała do matki do Łańcuta. Książę Eustachy walczył o wolność ojczyzny, a Julia chora, coraz słabsza pisała do niego listy. Zmarła podczas pobytu w Krakowie. Jej przedwczesna śmierć tragicznie przerywająca wielką miłość, stała się pożywką do powstania legendy o Białej Damie. Ludzie mówią, że duch smutnej Julii Potockiej ukazuje się w pałacu w Łańcucie. Że przy rokokowym biurku w chińskim apartamencie pisze do ukochanego nieukończone listy...
Ciąg dalszy wspomnień o kobietach księcia Poniatowskiego już wkrótce...
Przesuwają się w życiu księcia kobiety, jak cienie. Wszystkich wymieniać nie sposób. Może kto ułoży kiedyś tę galerję, nazwiskami i portretami ją uwypukliwszy, ale, jakkolwiek ona się wydłuży, zupełną nie będzie - twierdził w 1913 roku Wiktor Gomulicki ["Złoty Róg" 5 stycznia 1913 r.]."Galeria" taka, nawet niezupełna, nie powstała, bo biografowie nie byli zainteresowani skatalogowaniem bardziej i mniej wytwornych dam, które przewinęły się przez książęce sypialnie. Więcej zajmowało ich upamiętnienie wyczynów księcia na polach bitew oraz dzieło wypromowania go jako bohatera romantycznego.
Listę znanych nam książęcych podbojów miłosnych otwiera austriacka hrabianka Maria Karolina Thun und Hohenstein. Zakochany po uszy książę chciał się koniecznie żenić, ale podobno stryj wybił mu to z głowy, bo szukał dla niego lepszej partii. "Pepi" pisał w liście do siostry, że młodsza od niego o 6 lat Karolina zdaje się mieć wszystkie cechy, jakich oczekiwałby on od kobiety, którą chciałby poślubić. Książę poszedł na wojnę z Turcją, a potem wezwał go do Warszawy król Staś i gdzieś po drodze wielka miłość do Karoliny wyparowała... Z notek biograficznych tej arystokratki dowiedzieć się można, że miała muzyczne uzdolnienia: potrafiła pięknie śpiewać i grać na gitarze. W 1793 wyszła za mąż za angielskiego arystokratę Lorda Gillforda, znanego lepiej jako Richard Meade. Miała z nim syna i dwie córki. Żyła krótko - zmarła w Wiedniu 8 sierpnia 1800 roku. Niektóre źródła podają, że było to w roku 1804.
Uczucie, jakie żywił Józef do Karoliny, nie musiało być aż tak silne, by ujarzmić jego wybujały temperament. Całymi latami solidnie pracował na sławę polskiego Don Juana. Przez łoże księcia przechodziły tabuny kobiet, przede wszystkim arystokratki. Ale w "galerii" książęcej znajdziemy przedstawicielki różnych klas społecznych: od księżniczek, poprzez artystki, aż do prostych mieszczek i służących...
Spośród tych kobiet warto wspomnieć kilka postaci ze względu na rolę, jaką odegrały w życiu księcia, albo z powodu ich niezwykłej osobowości i biografii. Do takich osobistości należy z pewnością księżna Rozalia Lubomirska, z Chodkiewiczów. Była córką hrabiego Jana Mikołaja Chodkiewicza, marszałka i starosty żmudzkiego, oraz Marii Ludwiki Rzewuskiej, córki Wacława hetmana Rzewuskiego. Rozalia urodziła się w 1768 w Czarnobylu, stąd nazywano ją "Różyczką z Czarnobyla". Była piękną kobietą o wspaniałej figurze, niebieskich oczach i rudoblond włosach. Zadarty nosek dodawał jej twarzy szczególnego, nieco niewinnego uroku. W wieku 19 lat Rozalia poślubiła kasztelana kijowskiego Aleksandra Lubomirskiego. Rok później urodziła córkę Aleksandrę. "Różyczka" była, jak byśmy to dziś powiedzieli, kobietą wyzwoloną. Lubiła towarzystwo, zabawę, podróże, romanse. Małżeństwo z kasztelanem było dla niej zbyt nudne i pospolite. Częściej bywała w Warszawie lub za granicą niż w mężowskich prowincjonalnych włościach. Próbowała usidlić księcia Józefa, ale efekt widać nie był zadowalający, bo potem zakochała się w Tadeuszu Mostowskim, młodym, przystojnym i wykształconym senatorze.
Anegdota warszawska opowiada, jak to Rozalia z dwoma równie uroczymi przyjaciółkami arystokratkami: Barbarą Kossowską i Julią Potocką, chciały zrobić niezwykłą niespodziankę księciu Poniatowskiemu. Po przekupieniu kamerdynera, przebrane za Gracje, zakradły się do sypialni księcia. Tam zamierzały poddać swą urodę jego osądowi, tak jak greckie boginie rywalizujące o miano najpiękniejszej. Czekały na księcia ukryte za kotarą. Ale książę nie miał zwyczaju wracać do domu samotnie. Tym razem towarzyszyła mu piękna tancerka. Anegdota, niestety, tutaj dyskretnie się kończy, nie znamy rozstrzygnięcia konkursu o względy nowożytnego księcia-Parysa. Być może do żadnej rywalizacji nie doszło i całe towarzystwo spędziło resztę nocy w rozkosznej zgodzie i harmonii... W końcu była to epoka markiza de Sade...
W 1792 roku Lubomirska podążyła wraz z córką za swym faworytem - Mostowskim do rewolucyjnego Paryża. Był to drugi pobyt Rozalii nad Sekwaną. W odróżnieniu od pierwszego, sprzed 4 lat, ten zakończył się tragicznie. Oskarżona o spiskowe konszachty z dworem Marii Antoniny oraz lekceważące wyrażanie się o ludziach rewolucji została aresztowana w październiku 1793 roku. Resztę życia spędziła w rewolucyjnych więzieniach. Nie pomogły starania polskich dyplomatów, w tym Kościuszki, ani ekskluzywna znajomość z wielkim Goethe, z którym ponoć nasza dama pijała kawę i prowadziła dysputy literackie. Piękną Rozalię zgilotynowano 30 czerwca 1794 roku, a jej córkę odesłano do Polski.
Legenda mówi, że gdy ostrze gilotyny spadło na szyję "Różyczki", jej matka miała ujrzeć w rodzinnym pałacu Chodkiewiczów w Młynowie widmo córki z głową oddzieloną od tułowia. Według innej legendy, duch zgilotynowanej Rozalii pojawia się w pałacu Lubomirskich w Opolu Lubelskim.
Druga ze wspomnianych Gracji księcia Józefa - Julia Potocka, z domu księżniczka Lubomirska zakończyła życie niespełna miesiąc po Rozalii Lubomirskiej - 26 sierpnia 1794 roku. Tyle, że w nieco mniej dramatycznych okolicznościach. Dopadła ją prozaiczna gruźlica płuc. Urodzona w 1766 roku dama była najmłodszą córką marszałka wielkiego koronnego Stanisława Lubomirskiego i Izabeli Lubomirskiej z Czartoryskich. Julię uważano za jedną z najpiękniejszych Polek końca XVIII wieku. Była utalentowana aktorsko, a jej taniec wywoływał powszechny podziw. W salonach warszawskich mówiono o niej "Giulietta la bella" czyli po prostu "Piękna Julia".
Nie wiemy czy poza wspomnianym wyżej epizodem z Gracjami w książęcej sypialni łączył Julię jakiś bliższy związek z księciem Poniatowskim. Dla opinii publicznej była ona niezwykłym w czasach stanisławowskich okazem cnót, wierności i stałości uczuć. W 1785 roku matka wydała ją za hrabiego Jana Potockiego, ekscentrycznego podróżnika i pisarza, późniejszego autora niezwykłej powieści "Rękopis znaleziony w Saragossie". Po ślubie młoda para wyruszyła w trzyletnią podróż po Europie. Julia większość czasu spędziła z matką przebywającą wtedy w Paryżu i Wersalu. Hrabia Potocki był zajęty swoimi sprawami. Małżonkowie przeżywali pierwszy kryzys, ale kiedy wracali do Polski w 1788 roku, towarzyszyli im już dwaj synowie: Alfred (1785) i Artur (1787). Jan włączył się w życie polityczne jako poseł na Sejm Czteroletni. Julia działała w stronnictwie wspierającym Konstytucję 3 Maja. Wtedy poznała księcia Eustachego Sanguszkę, młodego oficera i posła na Sejm Wielki. Wybuchnął romans, o którym wiedziała cała Warszawa, nie wyłączając hrabiego małżonka... Potem nastąpiły przymusowe rozstania kochanków spowodowane wojną w obronie Konstytucji oraz powstaniem kościuszkowskim. Julia wyjechała do matki do Łańcuta. Książę Eustachy walczył o wolność ojczyzny, a Julia chora, coraz słabsza pisała do niego listy. Zmarła podczas pobytu w Krakowie. Jej przedwczesna śmierć tragicznie przerywająca wielką miłość, stała się pożywką do powstania legendy o Białej Damie. Ludzie mówią, że duch smutnej Julii Potockiej ukazuje się w pałacu w Łańcucie. Że przy rokokowym biurku w chińskim apartamencie pisze do ukochanego nieukończone listy...
Ciąg dalszy wspomnień o kobietach księcia Poniatowskiego już wkrótce...
Etykiety:
józef poniatowski,
julia potocka,
karolina thun,
kobiety,
książę Pepi,
małżeństwo,
miłość,
rodzina,
rok 1813,
rozalia lubomirska,
stanisław poniatowski,
życie
sobota, 28 września 2013
Tylko nie za włosy, kochanie!
Bywa, że amant zachwycony pięknością fryzury swej wybranki nie może się oprzeć... Ale, na Amora, panowie, więcej delikatności! Przecież jest tyle innych miejsc...
Źródło: Kalendarz Humorystyczny "Łodzianka" rok 1910.
Źródło: Kalendarz Humorystyczny "Łodzianka" rok 1910.
sobota, 27 kwietnia 2013
Kszyki nad Dobrzynką
Myślisz, że ekologia to "wynalazek" końca XX wieku? Może więc zdziwić Cię rozprawa, jaka odbyła się sto lat temu przed piotrkowskim sądem okręgowym. Oskarżeni zostali pabianiccy przemysłowcy - akcjonariusze firm produkujących wyroby bawełniane i papiernicze oraz prowadzący farbiarnie tkanin: "R. Kindler", "Oskar Krusze i Fidler", "Krusche i Ender", "Robert Saenger", "Schleicher i Falsman". Zarzucano im, że odpadami ze swoich zakładów zanieczyszczają rzekę Dobrzynkę, wskutek czego woda w rzece i jej odnogach stała się szkodliwa dla zdrowia mieszkańców Pabianic.
Proces przeciw trucicielom Dobrzynki trwał 5 lat. Pisał o nim w grudniu 1912 roku łódzki dziennik "Rozwój":
Wyrok nie pozostawiał wątpliwości, co będzie gdyby przemysłowcy nakazanych prac nie wykonali:
Dobrzynka, rzeka o długości nieco ponad 25 kilometrów ma swoje źródła w okolicach Tuszyna, przepływa przez Pabianice, by na obrzeżach Łodzi wpaść do Neru. W górnym odcinku woda jest na tyle czysta, że żyją w niej raki. Dolny odcinek rzeki, od Pabianic, przez prawie dwa wieki służył natomiast za kanał ściekowy dla miasta i zakładów przemysłowych.
Wyrok warszawskiej izby sądowej z 1912 roku nie na wiele przydał się Dobrzynce. Protesty mieszkańców i zabiegi prokuratora Jewdokimowa, przyniosły tylko doraźny efekt. Wkrótce nadeszły dramatyczne i ważne wydarzenia, przy których sprawy czystości rzeki odeszły w cień. Bezmyślne trucie Dobrzynki trwało aż do lat 90 ubiegłego wieku. Wtedy zakłady przemysłowe w większości poupadały lub zmuszone zostały do zainstalowania oczyszczalni ścieków. Miasto Pabianice podłączyło zaś swoją kanalizację do Grupowej Oczyszczalni Ścieków w Łodzi.
Po 100 latach wracamy do punktu wyjścia. W styczniu 2013 roku "Życie Pabianic" poinformowało, że "Dobrzynka wraca do życia". Wróciły do rzeki, która jeszcze niedawno była ściekiem, ryby. Na jej brzegach zagnieździły się sokoły, myszołowy, czaple, czarne bociany. Widziano ponoć także orła bielika i kszyki. Widziano bobry. Jednak z Dobrzynką, po ponad wiekowym truciu, tak szybko nie może być dobrze... To wymaga więcej czasu...
Dla zainteresowanych tematem - pasjonująca opowieść o rzece: Dobrzynka - od źródeł do ujścia
Proces przeciw trucicielom Dobrzynki trwał 5 lat. Pisał o nim w grudniu 1912 roku łódzki dziennik "Rozwój":
Takie rozstrzygnięcie nie zadowoliło ani mieszkańców Pabianic, ani oskarżającego fabrykantów prokuratora Jewdokimowa. Wniesiono protest do izby sądowej w Warszawie. Wyższa instancja podtrzymała kary grzywny, ale nakazała także fabrykantom zaprzestać zanieczyszczania rzeki, zainstalować urządzenia oczyszczające ścieki, no i oczyścić koryto Dobrzynki.Na śledztwie sądowem okazało się, że woda w Dobrzynce została zanieczyszczona tak, że jest niezdatna nietylko do wewnętrznego, lecz i do zewnętrznego użytku, gdyż fabrykanci wpuszczają wprost do rzeki odpływy fabrykacyj, zawierające substancye trujące.
Starzy mieszkańcy Pabianic Mateusz Morzyszek i Tomasz Biskupski pamiętają, że przed laty woda w Dobrzynce była zupełnie czysta, lecz w miarę tego, jak powstawały fabryki, woda ulegała zanieczyszczeniu.
Piotrkowski sąd okręgowy skazał fabrykantów za „zepsucie wody", przewidziane w art. 4. 111 ust. kar. na grzywny do 200 rubli, nie zobowiązując ich poza tem do niczego.
Wyrok nie pozostawiał wątpliwości, co będzie gdyby przemysłowcy nakazanych prac nie wykonali:
Roboty powyższe mają być dokonane przez fabrykantów w ciągu pół roku od daty uprawomocnienia się wyroku, po upływie zaś tego czasu ulegają wykonaniu przez policyę na koszt fabryczny.
Dobrzynka, rzeka o długości nieco ponad 25 kilometrów ma swoje źródła w okolicach Tuszyna, przepływa przez Pabianice, by na obrzeżach Łodzi wpaść do Neru. W górnym odcinku woda jest na tyle czysta, że żyją w niej raki. Dolny odcinek rzeki, od Pabianic, przez prawie dwa wieki służył natomiast za kanał ściekowy dla miasta i zakładów przemysłowych.Wyrok warszawskiej izby sądowej z 1912 roku nie na wiele przydał się Dobrzynce. Protesty mieszkańców i zabiegi prokuratora Jewdokimowa, przyniosły tylko doraźny efekt. Wkrótce nadeszły dramatyczne i ważne wydarzenia, przy których sprawy czystości rzeki odeszły w cień. Bezmyślne trucie Dobrzynki trwało aż do lat 90 ubiegłego wieku. Wtedy zakłady przemysłowe w większości poupadały lub zmuszone zostały do zainstalowania oczyszczalni ścieków. Miasto Pabianice podłączyło zaś swoją kanalizację do Grupowej Oczyszczalni Ścieków w Łodzi.
Po 100 latach wracamy do punktu wyjścia. W styczniu 2013 roku "Życie Pabianic" poinformowało, że "Dobrzynka wraca do życia". Wróciły do rzeki, która jeszcze niedawno była ściekiem, ryby. Na jej brzegach zagnieździły się sokoły, myszołowy, czaple, czarne bociany. Widziano ponoć także orła bielika i kszyki. Widziano bobry. Jednak z Dobrzynką, po ponad wiekowym truciu, tak szybko nie może być dobrze... To wymaga więcej czasu...
Dla zainteresowanych tematem - pasjonująca opowieść o rzece: Dobrzynka - od źródeł do ujścia
niedziela, 7 kwietnia 2013
Jakiś problem z satelitą?
Problemy z łącznością bezprzewodową to nie jest wynalazek naszych czasów... [Magazyn "Punch" - 1906 rok]
sobota, 16 lutego 2013
Królikotyrania
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, a właściwie nie wiadomo gdzie, była kraina rządzona przez okrutne króliki...
Polowanie na zające to częsty motyw marginaliów w rękopisach średniowiecznych. Zazwyczaj przedstawiano sceny ścigania zwierzyny przez myśliwych i psy gończe. Tym razem jednak zwierzyna bierze srogi odwet. Historyjka zaczyna się od królika strzelającym z łuku do psa myśliwskiego. Można pomyśleć, że ogary są wprost stworzone do tego, aby króliki strzelały do nich niczym myśliwy do kaczek.
Pies trafiony dwoma strzałami jest na tyle osłabiony, że zostaje pochwycony przez króliczą bandę i skrępowany.
Wyrok zapada szybko i jest bardzo surowy: śmierć przez powieszenie. Związany ogar jest przewożony pod szubienicę.
Biedny pies! Poniósł śmierć za to, że natura i społeczeństwo kazały mu gonić po polach króliki i zające.
Ta zagadkowa historyjka o okrutnych królikach ozdabia niezwykle poważną księgę - "Dekretały" Grzegorza IX. Wojowniczy ten papież - organizator wypraw krzyżowych i pogromów heretyków, w 1230 roku polecił zebrać prawa kanoniczne w jeden dokument, oparty na decyzjach soborowych i listach papieskich. "Dekretały" ogłoszono w 1234, a zawarte w nim prawa obowiązywały wiernych kościoła aż do 1918 roku. Co autor rysunków - anonimowy mnich, chciał powiedzieć o prawie i sprawiedliwości raczej się nie dowiemy. Daje nam za to duże pole do własnych opinii i interpretacji.
Egzemplarz "Dekretałów" z króliczymi rysunkami znajduje się w British Library.
Źródło: http://www.gotmedieval.com.
czwartek, 31 stycznia 2013
Gdy się trojgu zachce na raz…
Nie hetero, nie homo, nie partnerskie, nie radzieckie, nie zdradzieckie, ale... potajemne. Związki potajemne są największym zagrożeniem dla Narodu i Ojczyzny. A nawet nie one same, ale ich ujawnianie. Korzystając więc z wolności słowa i prawa do oceny stanowczo sprzeciwiamy się ujawnianiu wszelkich takich związków. Takich, jak te w rodzinie pana Kazimierza.
- Tylko nic nie mów pani o tem, że z tobą figluję. Czemu się śmiejesz?
- A bo proszę łaski pana, myślę sobie jaka to z pana i naszej pani dobrana para, gdyż pani zawsze o to samo mnie prosi, gdy pan Kazimierz odchodzi...
* * *
W relacjach krypto, jak dowodzą naukowe, habilitowane autorytety, nie ma żadnego pożycia. Jest co najwyżej jałowe użycie drugiego człowieka, traktowanego jak przedmiot. To wyłącznie wygodne i łatwe praktykowanie egoistycznych pragnień. Na koszt społeczeństwa, ale nie w interesie społecznym. W interesie (za przeproszeniem) społecznym jest zachować milczenie. Zwłaszcza, gdy pojawia się taki ambaras, że się zachce trojgu na raz...
Nie, nie, jeszcze raz nie: społeczeństwo nie może ujawniać tajemnic tego słodkiego, miłego życia w nietrwałych, jałowych związkach osób, z których nie ma żadnego pożytku. Powinnością wszystkich homofobów i ciemnogrodzian, a nawet więcej – wszystkich przyzwoitych ludzi, jest bronić nas przed ujawnianiem takich związków. Spuśćmy zatem zasłonę milczenia na krótkie sam na sam pana Kazimierza i służącej, dajmy na to, Marysi. Ciii, pani się zbliża...
W głowach z betonu nie ma wolnej miłości, są stosunki małżeńskie, albo akty nierządne, Torquemada od dawna tu gości...
Źródło: "Łodzianka Kalendarz Humorystyczny" na rok 1903.
- Tylko nic nie mów pani o tem, że z tobą figluję. Czemu się śmiejesz?- A bo proszę łaski pana, myślę sobie jaka to z pana i naszej pani dobrana para, gdyż pani zawsze o to samo mnie prosi, gdy pan Kazimierz odchodzi...
* * *
W relacjach krypto, jak dowodzą naukowe, habilitowane autorytety, nie ma żadnego pożycia. Jest co najwyżej jałowe użycie drugiego człowieka, traktowanego jak przedmiot. To wyłącznie wygodne i łatwe praktykowanie egoistycznych pragnień. Na koszt społeczeństwa, ale nie w interesie społecznym. W interesie (za przeproszeniem) społecznym jest zachować milczenie. Zwłaszcza, gdy pojawia się taki ambaras, że się zachce trojgu na raz...
Nie, nie, jeszcze raz nie: społeczeństwo nie może ujawniać tajemnic tego słodkiego, miłego życia w nietrwałych, jałowych związkach osób, z których nie ma żadnego pożytku. Powinnością wszystkich homofobów i ciemnogrodzian, a nawet więcej – wszystkich przyzwoitych ludzi, jest bronić nas przed ujawnianiem takich związków. Spuśćmy zatem zasłonę milczenia na krótkie sam na sam pana Kazimierza i służącej, dajmy na to, Marysi. Ciii, pani się zbliża...
W głowach z betonu nie ma wolnej miłości, są stosunki małżeńskie, albo akty nierządne, Torquemada od dawna tu gości...
Źródło: "Łodzianka Kalendarz Humorystyczny" na rok 1903.
piątek, 4 stycznia 2013
Złote rybki i rekiny
Pod koniec każdego roku powstają zwykle prorocze wizje zdarzeń dotyczących najbliższej przyszłości. Nie inaczej było i w roku 1932. O najbardziej znanych przepowiedniach: francuskiego astrologa Henri J. Gauchon`a oraz wróżki Madamme Fraya informował łódzki "Głos Poranny".
Pytany przez dziennikarzy o przewidywany przebieg roku 1933 Gauchon opowiadał m. in.:
W Niemczech do głosu doszedł nie Hugenberg, ale inny pan H. i wcale nie był to początek rozbrojenia, a wręcz przeciwnie.
Nie było też krachu na giełdzie, a nawet 15 marca nowojorska giełda zanotowała rekord wszechczasów: wzrost 15,34 % w ciągu jednego dnia. Za to w 1933 roku doszło do dwóch zaćmień słońca (w lutym i w sierpniu), ale aby je przewidzieć nie trzeba było być słynnym astrologiem, wystarczyło zajrzeć do pierwszego lepszego kalendarza.
Bardziej optymistyczne były przepowiednie jasnowidzącej madame Fraya, ocierające się o fantastyczno-naukowe wizje Julesa Verne`a:
Poza wizjami zawodowych przewidywaczy "Głos Poranny" przypominał także "poważniejsze" prognozy, autorstwa ówczesnej gwiazdy dziennikarstwa:
* * *
Objaśnienia:
* 21 sierpnia 1914 roku miało miejsce całkowite zaćmienie słońca nad Grenlandią i północno-wschodnią Europą. Było widoczne w Polsce i zbiegło się z początkiem walk na froncie wschodnim I wojny światowej, stąd wielu ludzi uznało je za tragiczne fatum.
** Paul von Hindenburg – niemiecki wojskowy, feldmarszałek i polityk, w latach 1925-1934 Prezydent Rzeszy (Republiki Weimarskiej i w początkach III Rzeszy). Zmarł 2 sierpnia 1934.
*** Alfred Hugenberg – wpływowy niemiecki biznesmen i polityk. Był członkiem pierwszego gabinetu Adolfa Hitlera, powołanego w roku 1933.
**** Auguste A. Piccard – szwajcarski fizyk, wynalazca i badacz. W 1930 roku skonstruował balon stratosferyczny, na którym wykonał loty stratosferyczne, osiągając maksymalną wysokość 23 000 m.
Więcej o przepowiadaczach przyszłości:
Kabaret Ani Mru Mru - Jasnowidz (10-lecie Ani... przez rock610rich
Pytany przez dziennikarzy o przewidywany przebieg roku 1933 Gauchon opowiadał m. in.:
Ogólnie rzec biorąc astrolog miał sporo racji, tyle, że racji inaczej. Klęski naturalne miały miejsce, ale nie takie i nie wtedy. Rewolucji w Europie w 1933 nie było, chyba, że za taką uznać można rozwój sytuacji w Rosji, gdzie owszem dokonał się ostry zwrot, ale nie w kierunku kapitalizmu (jak przepowiadał Gauchon), ale w kierunku zaostrzania walki z wewnętrzną konkurencją.Horoskop podkreśla szczególnie dwa wydarzenia o nadzwyczajnym znaczeniu. W marcu doczeka się świat czegoś niezmiernie pocieszającego: najprawdopodobniej ważny krok naprzód na polu rozbrojenia(!). W sierpniu natomiast wyłaniają się symptomy poważnych zamieszek, może nawet rewolucji w Europie, ale kontury jej są na razie niewyraźne i niepewne (..). W połowie sierpnia będzie takie same zaćmienie słońca, jak w roku 1914*. I chociaż nie należy się obawiać aż takiej katastrofy, jak w roku 1914, to jednak i w roku 1933, mimo równowagi pewnych sił astralnych, rozegrają się krwawe wydarzenia, które pociągną za sobą wiele ofiar. (...) Tak samo wydaje mi się pewną z początkiem roku 1933, poprawa sytuacji gospodarczej w całej Europie. Natomiast 4 i 5 czerwca nastąpi krach na wszystkich giełdach. (...)
Największym wydarzeniem roku przyszłego dla Niemiec, będzie fakt ustąpienia Hindenburga** z areny politycznej. Rozpocznie się tym samym wzrost znaczenia Hugenberga***. W Rosji objawi się nagle niezmiernie ostry zwrot do ustroju kapitalistycznego. Nastąpią też 3 ogromne katastrofy żywiołowe, a to: 20 marca, 28 kwietnia i 17 maja. W dwu pierwszych datach szaleć będą straszne orkany, które spowodują groźną katastrofę okrętową, zbliżoną rozmiarami do tragedii zatonięcia "Titanica".
W Niemczech do głosu doszedł nie Hugenberg, ale inny pan H. i wcale nie był to początek rozbrojenia, a wręcz przeciwnie.Nie było też krachu na giełdzie, a nawet 15 marca nowojorska giełda zanotowała rekord wszechczasów: wzrost 15,34 % w ciągu jednego dnia. Za to w 1933 roku doszło do dwóch zaćmień słońca (w lutym i w sierpniu), ale aby je przewidzieć nie trzeba było być słynnym astrologiem, wystarczyło zajrzeć do pierwszego lepszego kalendarza.
Bardziej optymistyczne były przepowiednie jasnowidzącej madame Fraya, ocierające się o fantastyczno-naukowe wizje Julesa Verne`a:
Uda się pewnemu Anglikowi odkrycie od dziesięcioleci poszukiwanego zarazka raka i środek na zwalczanie go. Jako dowód skuteczności swego okrycia, zaszczepi sobie samemu te zarazki i sam się z nich wyleczy.Niestety, naukowcy widać przepowiedni madame nie przeczytali... i optymizmu jej nie potwierdzili...
Drugą sensacją świata będzie w połowie kwietnia lot pewnego Francuza do stratosfery, który osiągnie wprost niewiarogodny rekord wysokości, przyćmiewając tym samym w zupełności prof. Piccarda****.
Pewien technik niemiecki wynajdzie natomiast samolot, lądujący i startujący zupełnie pionowo i zabezpieczony przed ewentualną katastrofą.
Poza wizjami zawodowych przewidywaczy "Głos Poranny" przypominał także "poważniejsze" prognozy, autorstwa ówczesnej gwiazdy dziennikarstwa:
Zdolny, ale jeszcze bardziej sprytny dziennikarz amerykański Knickerbocker, w wydanej ostatnio książce: "Quo vadis Europa?" stara się odpowiedzieć, czy też znaleźć odpowiedź na aktualne pytanie: Czy Europa wyzdrowieje? Czy powalona ciężką chorobą - kryzysem na łoże niemocy i powolnego, acz bolesnego konania, podniesie się i znów prowadzić będzie normalny tryb bytowania? Czy kryzys, który obecnie tak okropne przynosi skutki, pogłębi się jeszcze bardziej, czy też należy oczekiwać bliskiego zniknięcia tego potwornego zjawiska powojennego? Czy jest on tworem jedynie naszych nienormalnych czasów, czy też genezy jego szukać należy w owych baśnią dobrobytu zamglonych czasach? Na te wszystkie pytania autor odpowiada:Ten krytyczny artykuł dziennikarz "Głosu" (podpisujący się B. Br.) kończy następująco:
1. Europa się podniesie i znów wróci tak długo oczekiwany dobrobyt.
2. Kryzys zniknie tak, jak zniknęły wszystkie poprzednie depresje.
3. Kryzys obecny nie jest odosobniony w historji świata, gdyż ludzkość przeżywała już podobne, może nie tak gwałtowne i potworne kataklizmy ekonomiczne, z których z biegiem czasu i po przebrnięciu trudnej strefy, znów wypłynęła na szerokie i spokojne wody normalnych czasów.
Skąd autor czerpie wiarę w jasną przyszłość Europy, a tem samem i świata? W jaki sposób mógł ten sprytny dziennikarz w zamąconej wodzie obecnych stosunków wyłowić złote rybki nadziei, któremi karmi swych czytelników? (...) Siada więc sobie do wytwornego Cadillaca czy dwupłatowego Junkers'a, i odwiedza kolejno wielkie stolice. Bo w stolicach państw siedzą ludzie, którzy losy nasze i naszej biednej skorupki mają w swojem ręku. (...)
Na zadane pytania władcy zgodnie odpowiadają: Nie ma potrzeby narzekać na jutro. Owszem, przyznają, że dzisiaj nie jest dobrze, jest poprostu źle, ale to wszystko nie dowodzi o przegranem jutrze. Pod ich rządami kraje z biegiem lat strząsną ze siebie te momenty, które utrudniają im oddech i swobodny rozwój. Jednem słowem trzeba tylko przetrzymać, a jutro zabłyśnie wszystkiemi barwami olśniewającej tęczy szczęścia i dobrobytu (...).
Aby do reszty zamydlić oczy swym czytelnikom [Knickerbocker], oświadcza ni mniej ni więcej: "Klasie robotniczej wiedzie się o wiele lepiej w naszych złych czasach, aniżeli w czasach tzw. "dobrobytu". Dowód: w cesarskim zamku wiedeńskim nie było łazienki, podczas gdy w nowowybudowanych domach robotniczych w stolicy Austrji nawet mieszkanie jedno-izbowe posiada łazienkę. Stąd prosty wniosek: robotnik w czasie dzisiejszej depresji żyje sobie lepiej, aniżeli cesarz austriacki żył w swoim zamku (...).
P. Knickerbockera zaprowadziłbym do stęchłych izb robotników łódzkich, do nędznych, zimnych nor chałupników, do chylących się ku ziemi chałup chłopskich, zmusiłbym go, aby zajrzał w otchłań życia i pracy naszych górników i hutników. Czy to jest normalny stan rzeczy? Czy tak powinno być zawsze? Najstraszniejsza, coraz bardziej rosnąca nędza obok stosów gromadzonego złota.Wniosek z powyższego jest oczywisty: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i stanu portfela, niezależnie czy mamy kryzys czy ekonomiczny raj, czy jest rok 1933, 2013 czy 2053. Inaczej wygląda finansowa zapaść według Gates`a, Bloomberga czy innego Rockefellera, inaczej według ekspedientki w polskim miasteczku, o którego istnieniu rekiny biznesu nawet nie słyszały. A może być i tak, jak u ciotki poety, że kryzys zaczyna się wtedy, gdy on "wszystko zechlał i odszedł z tą zdzirą"...
* * *
Objaśnienia:
* 21 sierpnia 1914 roku miało miejsce całkowite zaćmienie słońca nad Grenlandią i północno-wschodnią Europą. Było widoczne w Polsce i zbiegło się z początkiem walk na froncie wschodnim I wojny światowej, stąd wielu ludzi uznało je za tragiczne fatum.
** Paul von Hindenburg – niemiecki wojskowy, feldmarszałek i polityk, w latach 1925-1934 Prezydent Rzeszy (Republiki Weimarskiej i w początkach III Rzeszy). Zmarł 2 sierpnia 1934.
*** Alfred Hugenberg – wpływowy niemiecki biznesmen i polityk. Był członkiem pierwszego gabinetu Adolfa Hitlera, powołanego w roku 1933.
**** Auguste A. Piccard – szwajcarski fizyk, wynalazca i badacz. W 1930 roku skonstruował balon stratosferyczny, na którym wykonał loty stratosferyczne, osiągając maksymalną wysokość 23 000 m.
Więcej o przepowiadaczach przyszłości:
Kabaret Ani Mru Mru - Jasnowidz (10-lecie Ani... przez rock610rich
wtorek, 1 stycznia 2013
Straszny uwodziciel
Dawno, dawno temu na ławeczce w łódzkim parku Mikołajewskim (obecnie Sienkiewicza) - Kalendarz Humorystyczny "Łodzianka" rok 1903.
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Głównej wygranej i końca kryzysu…
Na świecie wielki kryzys już odchodził w przeszłość, ale w Polsce jeszcze szalał w najlepsze (tj. najgorsze). Nic zatem dziwnego, że czytelnicy łódzkiego "Expressu Ilustrowanego" w grudniu 1933 roku otrzymali od swej gazety takie oto życzenia:
Święty Mikołaj, nocą śnieżną,
Kiedy po polach wicher rwie się,
Na ziemię schodzi, a w swej torbie,
Na gwiazdkę coś każdemu niesie.
A gdy w niebiańskiej aureoli,
Korowód jasnych gwiazd zapłonie,
Obwieści wszystkim dookoła,
Że już kryzysu nastał koniec...
Da milusińskim moc zabawek,
Torty, pierniczki, książki, ciasto,
Dla urzędnika - co za radość!
Pensję przyniesie mu trzynastą...
Każdemu z naszych Czytelników,
Przyda się prezent w czasie ferji,
Święty Mikołaj go obdarzy,
Główną wygraną na loterji...
Święty Mikołaj, nocą śnieżną, Kiedy po polach wicher rwie się,
Na ziemię schodzi, a w swej torbie,
Na gwiazdkę coś każdemu niesie.
A gdy w niebiańskiej aureoli,
Korowód jasnych gwiazd zapłonie,
Obwieści wszystkim dookoła,
Że już kryzysu nastał koniec...
Da milusińskim moc zabawek,
Torty, pierniczki, książki, ciasto,
Dla urzędnika - co za radość!
Pensję przyniesie mu trzynastą...
Każdemu z naszych Czytelników,
Przyda się prezent w czasie ferji,
Święty Mikołaj go obdarzy,
Główną wygraną na loterji...
niedziela, 23 grudnia 2012
Transakcja wiązana
Każdy towar ma swoją cenę, wiadomo o tym od dawna - rysunek z Kalendarza Humorystycznego "Łodzianka" 1903 rok.
czwartek, 13 grudnia 2012
Bombowe zabawy w związku z…(1)
We wtorek rano, 13 grudnia 1932 wstrząsnęła Łodzią wiadomość o wybuchu przed gmachem urzędu wojewódzkiego. Po mieście krążyły pogłoski o niezwykle tragicznych skutkach zamachu. Aby powstrzymać rozpowszechnianie niesprawdzonych informacji, władze wydały oficjalny komunikat o poniższej treści:
Mindla była żoną tragarza Chaima Filozofa. Zajmowała się roznoszeniem po domach nabiału i drobiu. Tragicznego dnia wyszła z domu przy ulicy Zawiszy ok. godz. 7. Zwykle wracała ok. południa. Kiedy nie przyszła na obiad i nie pojawiła się do wieczora, zaniepokojony mąż zgłosił to na policję. Zawezwany do prosektorium, rozpoznał w zabitej swoją żonę.
Drugą poszkodowaną była 20-letnia robotnica Chana Krajka. Została lekko ranna w twarz. Na miejscu udzielił jej pomocy lekarz pogotowia.
Puszkę z materiałem wybuchowym znaleziono również w przedsionku magistratu przy Placu Wolności, skąd prowadziła droga do głównej kasy miejskiej. Na paczkę zawiniętą w biały papier natknął się pod oszklonymi drzwiami pracownik gospodarczy - Kowalski. Mimo, że spod papieru wystawał lont, Kowalski nie zorientowany co trzyma w ręku, zaniósł pakunek do dozorcy urzędu. Ten podejrzewając, że rzecz może być niebezpieczna, dostarczył ją policjantom.
Dochodzenie w celu wykrycia sprawców nabrało tempa, gdy śledczy ruszyli tropem kolporterów ulotek wzywających do gwałtownych wystąpień w obronie zapomóg finansowych dla robotników sezonowych. W kręgu podejrzeń znaleźli się kierownicy kilku co agresywniejszych związków zawodowych.
Okazało się, że w dniu zamachu, wieczorem w lokalu jednego ze związków doszło do bójki i strzelaniny. Policja postanowiła bliżej przyjrzeć się krewkim związkowcom, co rychło doprowadziło ją do sprawców zamachu.
O aresztowaniu zamachowców oraz o szczegółach ich przestępczej działalności - już wkrótce...
W dniu dzisiejszym o godzinie 10 minut 20 rano została podrzucona koło urzędu wojewódzkiego niewielka puszka z jakimś materjałem wybuchowym. W pewnym momencie puszka eksploatowała, w wyniku czego została zabita przechodząca ulicą kobieta - żydówka, której nazwiska dotąd nie ustalono, oraz lekko raniona została jedna osoba.Szczegóły tragicznego zdarzenia 14 grudnia relacjonował "Głos Poranny":
W gmachu urzędu wojewódzkiego naskutek wybuchu wyleciało kilka szyb.
W tym samym czasie ujawniona została w przedsionku magistratu analogiczna puszka z materiałem wybuchowym, która na szczęście nie zdążyła eksplodować.
Znajdująca się na miejscu policja puszkę tę w porę usunęła.
Na miejsce wypadku przybyły niezwłocznie władze bezpieczeństwa oraz sądowe i wszczęły energiczne dochodzenie. Kilka osób w związku z tym wypadkiem zostało przez władze natychmiat zatrzymanych. Będący w drodze do Warszawy p. wojewoda Jaszczołt natychmiast powrócił do Łodzi.
Punktualnie o godzinie 10.20 rozległa się w pobliżu pałacu Poznańskich, gdzie mieści się urząd wojewódzki, NIEZWYKLE SILNA DETONACJA.
Słychać ją było na ul. Nowomiejskiej, Ogrodowej, Zachodniej i Stodolnianej. W momencie wybuchu wyleciały z brzękiem szyby w kilku oknach parterowych biur województwa.
W tej samej chwili rozległy się PRZERAŹLIWE KRZYKI I JĘKI. Z ust licznych przechodniów wydarł się niesamowity okrzyk zgrozy. Okazało się bowiem, że na chodniku w odległości 30 metrów od filji urzędu pocztowego, przy ul. Zachodniej, w miejscu, gdzie znajduje się oszklona galerja, dawny ogród zimowy w Pałacu Poznańskich, EKSPLODOWAŁA PUSZKA Z MATERJAŁEM WYBUCHOWYM.
Eksplozji towarzyszył wysoki słup dymu. Po chwili, kiedy gęsty tuman dymu się rozwiał, stwierdzono, że na chodniku leżą dwie kobiety. JEDNA Z NICH BYŁA ROZSZARPANA przez eksplodujący materiał wybuchowy. Druga była ranna w twarz.
Momentalnie nadbiegła policja, która ZAMKNĘŁA CAŁĄ ULICĘ DLA WSZELKIEGO RUCHU i zaalarmowała pogotowie ratunkowe kasy chorych. Po upływie krótkiego czasu przybyły władze bezpieczeństwa i władze sądowo - śledcze.Po dokonaniu wizji lokalnej oraz przesłuchaniu naocznych świadków zatrzymano 8 osób do dalszych wyjaśnień. Rozpoczęło się intensywne śledztwo, które przyniosło pierwsze efekty już po kilku godzinach. Tego samego dnia udało się ustalić tożsamość zabitej kobiety, mimo, że nie miała przy sobie żadnych dokumentów. Była nią 48-letnia Żydówka - Mindla Filozof, z domu Goldberg. Ustalono, że w feralny wtorek szła ona od strony ulicy Stodolnianej w kierunku Ogrodowej. Gdy znalazła się za urzędem pocztowym, po stronie gmachu województwa, zauważyła na chodniku jakąś paczkę zawiniętą w papier. Podniosła zawiniątko i odpakowała je. Kiedy zobaczyła, że jest to blaszana puszka bez wartości, wyrzuciła ją. W tej samej chwili nastąpił wybuch, który rozerwał kobietę: wyrwał jej wnętrzności i oderwał fragmenty ciała. Eksplozja była tak silna, że skrawione strzępy ciała zbierano w promieniu kilkunastu metrów! Oderwaną rękę odnaleziono kilkadziesiąt metrów od miejsca wybuchu.
Mindla była żoną tragarza Chaima Filozofa. Zajmowała się roznoszeniem po domach nabiału i drobiu. Tragicznego dnia wyszła z domu przy ulicy Zawiszy ok. godz. 7. Zwykle wracała ok. południa. Kiedy nie przyszła na obiad i nie pojawiła się do wieczora, zaniepokojony mąż zgłosił to na policję. Zawezwany do prosektorium, rozpoznał w zabitej swoją żonę.
Drugą poszkodowaną była 20-letnia robotnica Chana Krajka. Została lekko ranna w twarz. Na miejscu udzielił jej pomocy lekarz pogotowia.
Puszkę z materiałem wybuchowym znaleziono również w przedsionku magistratu przy Placu Wolności, skąd prowadziła droga do głównej kasy miejskiej. Na paczkę zawiniętą w biały papier natknął się pod oszklonymi drzwiami pracownik gospodarczy - Kowalski. Mimo, że spod papieru wystawał lont, Kowalski nie zorientowany co trzyma w ręku, zaniósł pakunek do dozorcy urzędu. Ten podejrzewając, że rzecz może być niebezpieczna, dostarczył ją policjantom.
Dochodzenie w celu wykrycia sprawców nabrało tempa, gdy śledczy ruszyli tropem kolporterów ulotek wzywających do gwałtownych wystąpień w obronie zapomóg finansowych dla robotników sezonowych. W kręgu podejrzeń znaleźli się kierownicy kilku co agresywniejszych związków zawodowych.
Okazało się, że w dniu zamachu, wieczorem w lokalu jednego ze związków doszło do bójki i strzelaniny. Policja postanowiła bliżej przyjrzeć się krewkim związkowcom, co rychło doprowadziło ją do sprawców zamachu.
O aresztowaniu zamachowców oraz o szczegółach ich przestępczej działalności - już wkrótce...
niedziela, 9 grudnia 2012
Życie rodzinne z browningiem w tle
Wielki kryzys gospodarczy lat 30 ubiegłego wieku przyniósł plajty, bezrobocie i biedę. Gazety ówczesne pełne były informacji o samobójstwach wśród bankrutów i o nędzarzach wyrzucanych na bruk. Tragedia, którą opisał łódzki "Głos Poranny", mogła mieć jeszcze inne przyczyny. Wobec milczenia świadków szczegóły życia rodzinnego Wołoszynów pozostały jednak tajemnicą. ["Głos Poranny" 11.12.1932 r. ]
W domu przy ul. Podmiejskiej 1, za Placem Reymonta rozegrała się wczoraj straszna tragedia rodzinna. Około godziny czwartej po południu w mieszkaniu Daniela Wołoszyna, znajdującym się na drugiem piętrze frontowej oficyny, rozległy się trzy kolejno po sobie następujące strzały. W chwilę potem z mieszkania poczęły wydobywać się rozpaczliwe krzyki i jęki. Przerażeni sąsiedzi nie wiedzieli co czynić.
Po chwili jednak zdobyli się na odwagę i wpadli do mieszkania. Oczom ich przedstawił się okropny widok. Na podłodze małego, jednopokojowego lokalu leżeli brocząc obficie krwią: mężczyzna i młoda kobieta. Byli to: 49-letni Daniel Wołoszyn i najstarsza jego córka, 21-letnia Elżbieta. Wołoszyn leżał w ten sposób na podłodze, że głowa jego ukryta była pod starą kanapą, córka jego miała twarz całą zakrwawioną i nie dawała żadnych znaków życia. Obok niej leżał na ziemi rewolwer.
W ciasnej izdebce lamentowały trzy kobiety: żona, młodsza 17-letnia córka głuchoniema, oraz koleżanka Elżbiety Wołoszyn, która wraz z rodziną była świadkiem okropnego wypadku. Zanim sąsiedzi zdążyli wyjaśnić tragedię żona Wołoszyna popadła w omdlenie. Jednocześnie prawie zaalarmowano pogotowie ratunkowe kasy chorych oraz władze policyjne. Po upływie kilkunastu minut przybyły władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem na czele oraz pogotowie. Lekarz skonstatował już tylko śmierć Elżbiety Wołoszyn. Dwie kule rewolwerowe przeszyły jej głowę, masakrując twarz. Wołoszyn żył jeszcze. Kula przebił mu skroń i utkwiła w czaszce. W stanie beznadziejnym przewieziono natychmiast ciężko rannego do szpitala miejskiego św. Józefa, celem poddania operacji. Władze śledcze przystąpiły niezwłocznie do śledztwa, celem wyświetlenia tła krwawej tragedii.
Redakcja nasza powiadomiona o wypadku, wydelegowała natychmiast swego współpracownika, który zebrał na miejscu następujące szczegóły:
Dom przy ul. Podmiejskiej 1 jest narożnikiem i wejście doń prowadzi przez ulicę Łączną. Na drugiem piętrze we froncie na wprost klatki schodowej znajduje się mieszkanie, w którym rozegrał się tragiczny epizod. Na drzwiach znajduje się pod szkłem bilet wizytowy z napisem "Daniel Wołoszyn". Wołoszyn zajmował wraz z rodziną jeden mały pokoik, z którego oddzielono jeszcze kotarą i szafą maleńki korytarzyk. Umeblowanie mieszkania stanowią dwa łóżka, kanapa, szafa i stół.
Wołoszynowie żyli ostatnio w wielkiej nędzy. Daniel Wołoszyn, niegdyś zamożny człowiek, w ostatnich latach zarabiał na utrzymanie rodziny jako szofer. W ubiegłym roku stracił zajęcie i przez pewien czas otrzymywał zapomogę. Zaciągał długi, robił co mógł, lecz mimo wszystko rodzina żyła w skrajnej nędzy. Dopiero w bieżącym roku najstarsza córka, Elżbieta, otrzymała w gimnazjum P. Posnera przy ul. Zawadzkiej 1 posadę nauczycielki. Zarabiała niewiele, oddając wszystko na dom. Skromna pensja nie starczyła jednakże na opędzenie wszystkich potrzeb, tym bardziej, że trzeba było leczyć młodszą córkę, głuchoniemą.
Nieszczęśliwa matka nieraz czyniła wyrzuty swemu mężowi, że nie zarabia, że nie szuka dla siebie zajęcia, że nie dba o dom i rodzinę. Wołoszyn tłumaczył się; kłótnie z żoną nie ustawały. W ubiegłym tygodniu do mieszkania Wołoszynów przybył komornik, aby zająć nędzne meble za jakiś dług. Wołoszynowa tak się przejęła tym wypadkiem, że dostała ataku nerwowego. Na łożu boleści prosiła starszą córkę o to, aby zajęła się młodszą siostrą - kaleką i dała jej utrzymanie. Elżbieta złożyła przysięgę, że jak długo żyć będzie troszczyć się będzie o swą siostrę.
Wołoszynowa wróciła do zdrowia. Daniel Wołoszyn atakowany ciągle z powodu nieróbstwa oświadczył rodzinie, że chce opuścić Polskę i wyjechać do Rosji Sowieckiej. Kiedy mu odpowiedziano, że może uczynić co chce, zażądał pieniędzy na wyjazd. Żona oświadczyła mu w odpowiedzi, że może mu dać tylko 20 zł.
Podobno rozmowa ta toczyć się miała właśnie wczoraj po południu. Zdenerwowany Wołoszyn począł krzyczeć, a w pewnym momencie wydobył nagle z kieszeni rewolwer systemu Browning i strzelił z tyłu do córki. Elżbieta szyła akurat, rozmawiając z przyjaciółką. Kula zwaliła ją z krzesła na podłogę. Żona i głuchoniema córka rzuciły się na ojca, chcąc go obezwładnić, lecz w tej chwili Wołoszyn przystawił lufę rewolweru do własnej skroni, aby pozbawić się życia. Padł strzał i samobójca runął na podłogę. Elżbieta w kilka chwil potem wyzionęła ducha.
O tej okropnej tragedii krąży jeszcze inna wersja. Głosi ona, że denat utrzymywał intymne stosunki ze swą 17-letnią córką. Wiedziała o tym tylko Elżbieta i stale z tego powodu czyniła gorzkie wyrzuty ojcu. Wczoraj, gdy doszło do kłótni młoda nauczycielka miała odkryć całą tajemnicę wobec matki. Nastąpił skandal i śmiertelne strzały, oddane przez skompromitowanego Wołoszyna.
Toczące się śledztwo ujawni bezsprzecznie prawdziwe tło zbrodni i samobójstwa. W każdym razie trzeba jedno skonstatować: dominującą rolę w tej smutnej tragedii rodzinnej odegrała nędza.
Władze śledcze, jak się w ostatniej chwili dowiadujemy, usiłowały zbadać dogorywającego Wołoszyna. Lekarze jednak oświadczyli, iż jest on nieprzytomny, tak, że uzyskanie zeznań jest wykluczone. Przesłuchiwanie naocznych świadków zbrodni trwa. Wołoszynowa odmówiła wszelkich wyjaśnień. Zanosząc się od płaczu, oświadczyła krótko:
Daniel Wołoszyn zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Zeznania świadków, szczególnie koleżanki zabitej Elżbiety - Maryli Sicińskiej, nie doprowadziły do wyjaśnienia wszystkich przyczyn tragedii....
W domu przy ul. Podmiejskiej 1, za Placem Reymonta rozegrała się wczoraj straszna tragedia rodzinna. Około godziny czwartej po południu w mieszkaniu Daniela Wołoszyna, znajdującym się na drugiem piętrze frontowej oficyny, rozległy się trzy kolejno po sobie następujące strzały. W chwilę potem z mieszkania poczęły wydobywać się rozpaczliwe krzyki i jęki. Przerażeni sąsiedzi nie wiedzieli co czynić.
Po chwili jednak zdobyli się na odwagę i wpadli do mieszkania. Oczom ich przedstawił się okropny widok. Na podłodze małego, jednopokojowego lokalu leżeli brocząc obficie krwią: mężczyzna i młoda kobieta. Byli to: 49-letni Daniel Wołoszyn i najstarsza jego córka, 21-letnia Elżbieta. Wołoszyn leżał w ten sposób na podłodze, że głowa jego ukryta była pod starą kanapą, córka jego miała twarz całą zakrwawioną i nie dawała żadnych znaków życia. Obok niej leżał na ziemi rewolwer.
W ciasnej izdebce lamentowały trzy kobiety: żona, młodsza 17-letnia córka głuchoniema, oraz koleżanka Elżbiety Wołoszyn, która wraz z rodziną była świadkiem okropnego wypadku. Zanim sąsiedzi zdążyli wyjaśnić tragedię żona Wołoszyna popadła w omdlenie. Jednocześnie prawie zaalarmowano pogotowie ratunkowe kasy chorych oraz władze policyjne. Po upływie kilkunastu minut przybyły władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem na czele oraz pogotowie. Lekarz skonstatował już tylko śmierć Elżbiety Wołoszyn. Dwie kule rewolwerowe przeszyły jej głowę, masakrując twarz. Wołoszyn żył jeszcze. Kula przebił mu skroń i utkwiła w czaszce. W stanie beznadziejnym przewieziono natychmiast ciężko rannego do szpitala miejskiego św. Józefa, celem poddania operacji. Władze śledcze przystąpiły niezwłocznie do śledztwa, celem wyświetlenia tła krwawej tragedii.
Redakcja nasza powiadomiona o wypadku, wydelegowała natychmiast swego współpracownika, który zebrał na miejscu następujące szczegóły:
Dom przy ul. Podmiejskiej 1 jest narożnikiem i wejście doń prowadzi przez ulicę Łączną. Na drugiem piętrze we froncie na wprost klatki schodowej znajduje się mieszkanie, w którym rozegrał się tragiczny epizod. Na drzwiach znajduje się pod szkłem bilet wizytowy z napisem "Daniel Wołoszyn". Wołoszyn zajmował wraz z rodziną jeden mały pokoik, z którego oddzielono jeszcze kotarą i szafą maleńki korytarzyk. Umeblowanie mieszkania stanowią dwa łóżka, kanapa, szafa i stół.
Wołoszynowie żyli ostatnio w wielkiej nędzy. Daniel Wołoszyn, niegdyś zamożny człowiek, w ostatnich latach zarabiał na utrzymanie rodziny jako szofer. W ubiegłym roku stracił zajęcie i przez pewien czas otrzymywał zapomogę. Zaciągał długi, robił co mógł, lecz mimo wszystko rodzina żyła w skrajnej nędzy. Dopiero w bieżącym roku najstarsza córka, Elżbieta, otrzymała w gimnazjum P. Posnera przy ul. Zawadzkiej 1 posadę nauczycielki. Zarabiała niewiele, oddając wszystko na dom. Skromna pensja nie starczyła jednakże na opędzenie wszystkich potrzeb, tym bardziej, że trzeba było leczyć młodszą córkę, głuchoniemą.
Nieszczęśliwa matka nieraz czyniła wyrzuty swemu mężowi, że nie zarabia, że nie szuka dla siebie zajęcia, że nie dba o dom i rodzinę. Wołoszyn tłumaczył się; kłótnie z żoną nie ustawały. W ubiegłym tygodniu do mieszkania Wołoszynów przybył komornik, aby zająć nędzne meble za jakiś dług. Wołoszynowa tak się przejęła tym wypadkiem, że dostała ataku nerwowego. Na łożu boleści prosiła starszą córkę o to, aby zajęła się młodszą siostrą - kaleką i dała jej utrzymanie. Elżbieta złożyła przysięgę, że jak długo żyć będzie troszczyć się będzie o swą siostrę.
Wołoszynowa wróciła do zdrowia. Daniel Wołoszyn atakowany ciągle z powodu nieróbstwa oświadczył rodzinie, że chce opuścić Polskę i wyjechać do Rosji Sowieckiej. Kiedy mu odpowiedziano, że może uczynić co chce, zażądał pieniędzy na wyjazd. Żona oświadczyła mu w odpowiedzi, że może mu dać tylko 20 zł.
Podobno rozmowa ta toczyć się miała właśnie wczoraj po południu. Zdenerwowany Wołoszyn począł krzyczeć, a w pewnym momencie wydobył nagle z kieszeni rewolwer systemu Browning i strzelił z tyłu do córki. Elżbieta szyła akurat, rozmawiając z przyjaciółką. Kula zwaliła ją z krzesła na podłogę. Żona i głuchoniema córka rzuciły się na ojca, chcąc go obezwładnić, lecz w tej chwili Wołoszyn przystawił lufę rewolweru do własnej skroni, aby pozbawić się życia. Padł strzał i samobójca runął na podłogę. Elżbieta w kilka chwil potem wyzionęła ducha.
O tej okropnej tragedii krąży jeszcze inna wersja. Głosi ona, że denat utrzymywał intymne stosunki ze swą 17-letnią córką. Wiedziała o tym tylko Elżbieta i stale z tego powodu czyniła gorzkie wyrzuty ojcu. Wczoraj, gdy doszło do kłótni młoda nauczycielka miała odkryć całą tajemnicę wobec matki. Nastąpił skandal i śmiertelne strzały, oddane przez skompromitowanego Wołoszyna.
Toczące się śledztwo ujawni bezsprzecznie prawdziwe tło zbrodni i samobójstwa. W każdym razie trzeba jedno skonstatować: dominującą rolę w tej smutnej tragedii rodzinnej odegrała nędza.
Władze śledcze, jak się w ostatniej chwili dowiadujemy, usiłowały zbadać dogorywającego Wołoszyna. Lekarze jednak oświadczyli, iż jest on nieprzytomny, tak, że uzyskanie zeznań jest wykluczone. Przesłuchiwanie naocznych świadków zbrodni trwa. Wołoszynowa odmówiła wszelkich wyjaśnień. Zanosząc się od płaczu, oświadczyła krótko:
Dajcie mi spokój, ja strasznie cierpię.****
Daniel Wołoszyn zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Zeznania świadków, szczególnie koleżanki zabitej Elżbiety - Maryli Sicińskiej, nie doprowadziły do wyjaśnienia wszystkich przyczyn tragedii....
Etykiety:
1932,
browning,
Głos Poranny,
historia,
kryzys,
Łódź,
miłość,
morderstwo,
plac reymonta,
podmiejska,
prasa łódzka,
rewolwer,
samobójstwo,
wołoszyn,
zbrodnia,
życie
niedziela, 2 grudnia 2012
Bo Łodzianka, nie Turczynka…
Ten pesymistyczny wierszyk, w imieniu łódzkich mężczyzn, popełnił nieznany bliżej poeta podpisujący się "Kacz.", a opublikował w 1903 r. Kalendarzu Wesołym "Łodzianka".
piątek, 30 listopada 2012
Szaleństwo nocy listopadowej
To mogło wydarzyć się tylko w kraju, w którym brak wyobraźni nazywa się bohaterstwem, a głupotę patriotyzmem. 182 lata temu grupka spiskowców chcąc wyzwolić Polskę od carskiego imperium, rozpętała awanturę wojenną, nie mającą najmniejszych szans powodzenia.

Poniżej: fragment książki Stanisława Szpotańskiego "Powstanie Listopadowe 1830-1831" wydanej w 1930 r.
...do teatru, gdzie na przedstawieniu znajdował się generał Chłopicki, wszedł podporucznik Dobrowolski i zwróciwszy się do publiczności zawołał:
— Polacy! do broni! Braci naszych Moskale wyrzynają w Łazienkach! Nie czas się bawić! Damy do domów! — Poczem do Chłopickiego:
— Pomagaj nam, generale, teraz czas!
— Zastanów się pan, co pan robisz?!
— Nie czas zastanawiać się, generale.
— Dajcie mi spokój, odparł Chłopicki. I poszedł do mieszkania jednego z oficerów, gdzie całą noc spędził przy fajce, w ten sposób oceniając wybuch:
— Półgłówki zrobiły burdę, mieszać się do tego nie należy. Pomysł walki z Rosją, w 300.000 wojska zalać nas mogącej, gdy my tylko 50.000 wystawić jesteśmy w stanie, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje.

Poniżej: fragment książki Stanisława Szpotańskiego "Powstanie Listopadowe 1830-1831" wydanej w 1930 r.
...do teatru, gdzie na przedstawieniu znajdował się generał Chłopicki, wszedł podporucznik Dobrowolski i zwróciwszy się do publiczności zawołał:
— Polacy! do broni! Braci naszych Moskale wyrzynają w Łazienkach! Nie czas się bawić! Damy do domów! — Poczem do Chłopickiego:
— Pomagaj nam, generale, teraz czas!
— Zastanów się pan, co pan robisz?!
— Nie czas zastanawiać się, generale.
— Dajcie mi spokój, odparł Chłopicki. I poszedł do mieszkania jednego z oficerów, gdzie całą noc spędził przy fajce, w ten sposób oceniając wybuch:
— Półgłówki zrobiły burdę, mieszać się do tego nie należy. Pomysł walki z Rosją, w 300.000 wojska zalać nas mogącej, gdy my tylko 50.000 wystawić jesteśmy w stanie, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























