Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 stycznia 2018

Rozmowa natury obojętnej

Święta to doskonała okazja nie tylko do odwiedzenia rodziny, ale i do zapoznania się z przyszłą teściową. Przypominamy zatem młodzieży kilka podstawowych, ponadczasowych zasad, jak się w takiej sytuacji  zachować... Nieodzowny jest w tym podręcznik Mieczysława Rościszewskiego "Zwyczaje towarzyskie" wydany  w 1928 roku.
Młody człowiek, spotkawszy panienkę, która mu się spodobała i z którą pragnie się ożenić, winien dać się jej poznać, a przekonawszy się, że z powierzchowności nie jest jej niemiłym, zacząć jej dyskretnie asystować i następnie prosić o pozwolenie złożenia wizyty w domu jej rodziców lub opiekunów. Taką wizytę składa się zwykle w najbliższy dzień świąteczny, zaraz po sumie, przyczem młody kandydat do stanu małżeńskiego powinien mieć na sobie garnitur tużurkowy, rękawiczki glansowane, krawat czarny i modny kapelusz w ręku.

Wchodząc do salonu, zdejmuje rękawiczkę przynajmniej z prawej ręki (inni są zdania, że lepiej wcale nie mieć rękawiczek na rękach), wita się uprzejmie ze wszystkimi, począwszy od „mamusi", której jeszcze w rękę nie całuje, poczem rozpoczyna rozmowę o przedmiotach natury obojętnej, o niczem, trwającą przez całe pół godziny, tj. przez czas trwania wizyty, nie dając poznać właściwego celu swego przybycia. Na pożegnanie, o ile spostrzeże dobre przyjęcie, powinien panią domu ucałować w rękę, pannę zaś uściskać za rączkę delikatnie, delikatnie, a znacząco, o ile panna będzie w salonie, czego się zwykle w takich razach unika...
I pamiętajcie:  "mamusię" buch w rąsię, tylko jeśli była przychylna... W przeciwnym razie...

niedziela, 26 lutego 2017

Bo cudną była w szesnastej wiośnie...

Czternastoletni Adam Asnyk spotkał szesnastoletnią Walerię i, jak to się zdarza u młodych poetów, zakochał się bez pamięci...
Ja ją kochałem - tak mi się zdaje -
Bo cudną była w szesnastej wiośnie
Umiała patrzeć na mnie miłośnie
I rwać mi serce w nadziemskie kraje
A więc w jej oczach pełnych tęsknoty
Tonąłem wzrokiem i tak na jawie
Śniłem o różach, które ciekawie
Ponad jej włosów wybiegły sploty
Tak, że je zrywać ustami chciałem
I byłbym przysiągł, że ją kochałem...

Tak w „Legendzie pierwszej miłości” po latach znany poeta Adam Asnyk* opisywał swoje uczucia do Walerii. A wszystko zaczęło się w Kalinowej** w tajemniczym dworze państwa Szrubarskich, gdzie w 1852 roku młody Adam spędził święta Wielkanocne. Pięknie położony w centrum parku, otoczony fosą, kalinowski dwór stał się niemym świadkiem pierwszych uczuć młodego poety.

kalinowa dwór
W 1847 roku rejent kaliski Kancelarii Ziemiańskiej, Piotr Paweł Szrubarski kupił dobra Kalinowa, Gorzałów i Kokoszki. Rejent Szrubarski był przyjacielem Kazimierza i Konstancji Asnyków oraz ojcem chrzestnym ich syna Adama Prota. Znał się również z Janem Nawrockim, który był patronem***, najpierw przy Sądzie Pokoju, a następnie przy Trybunale Cywilnym w Kaliszu.


W "Biesiadzie Literackiej" w 1902 roku Zofia Sokołowska tak opisała spotkanie w Kalinowej:
asnyk kaliszCzternastoletni chłopiec zaproszony na Święta Wielkanocne na wieś do Kalinowej, należącej wówczas do państwa Szrubarskich, poznał pannę Walerię N. (Nawrocka), która także zjechała tam z rodzicami. Szesnastoletnie dziewczę miało umysł bardzo rozwinięty i łączyło inteligencję z porywającym wdziękiem. (...) Asnyk zakochał się w niej od razu i zaczął snuć różaną przędzę marzeń, które rzeczywistość miała potargać okrutnie.
Uczucie jego nie mogło uzyskać wzajemności, wiadomo bowiem jakim okiem dorosła panienka, dumna z pierwszej długiej sukni, patrzy z wysokości lat szesnastu na młodszego od siebie chłopca w szkolnym mundurku. Bawili się jednak doskonale z sobą, gdyż panna Waleria, wesoła z natury zapominała o swojej nowej godności, z Asnyka zaś był wielki urwis, który wdzierał się na najwyższe drzewa, przeskakiwał przez rowy, płoty...
Państwo Asnykowie wiedząc o miłości syna i znając zalety panny Walerii, pragnęli mieć ją za synową. Marzyli, żeby za uzbierane pieniądze, do których dołączyłby posag panny, kupić dla nich wieś, tą samą Kalinową, w której się poznali. Waleria Nawrocka jednak w 1856 roku wyszła za mąż  za Stanisława Skoniecznego. Adam Asnyk podczas ślubu był w kościele. Jakie musiał przeżywać męczarnie widząc swoją ukochaną w białej sukni, przysięgającą miłość i wierność innemu mężczyźnie...?
dwór kalinowa 1912
... Pytałem siebie, czy jestem godny
Takiej miłości czystej, łagodnej.
Lecz czułem tylko, że byłbym dla niej
Gotów me życie poświęcić w dani
I byłbym rzucił wszystko — gdy trzeba,
I poszedł za nią prosto do nieba,
I byłbym poszedł za nią do piekła...
Gdyby nie... była z drugim uciekła...

Autor: Zbyszek Ciszewicz - Kalinowa nasza mała Ojczyzna
* * *

* Adam Prot Asnyk - poeta i dramatopisarz, podpisujący się jako Jan Stożek lub El...y, urodził się 11 września 1838 w Kaliszu. Po miłosnym zawodzie z Walerią, długo nie mógł znaleźć odpowiedniej kandydatki na żonę. Ożenił się dopiero w 1875 roku z Zofią Kaczorowską. Rok później Zofia umarła w połogu, zostawiając mu syna Włodzimierza. Poeta zmarł 2 sierpnia 1897 w Krakowie. Został pochowany w Krypcie Zasłużonych na Skałce w Krakowie.

** Kalinowa wieś w województwie łódzkim, w gminie Błaszki. W miejscowym dworze, według tradycji, toczyła się akcja opery "Straszny dwór" Stanisława Moniuszki. We wsi znajduje się również jeden z najcenniejszych zabytków  w powiecie sieradzkim - gotycki kościół św. Marii Magdaleny, ufundowany przez Jana Zarembę w latach z 1465-1468.

*** Patron to oficjalna nazwa obrońcy publicznego przy trybunale (sądzie) cywilnym w XIX wieku. Dom Nawrockich mieścił się przy Alei Józefiny (dziś Aleja Wolności 13) i stanowił część budynku sądu.

niedziela, 6 września 2015

Owoc podwójnej miłości

Witaj w Polsce, Najjaśniejszy Panie! Wybaw nas od tyranów! - wołała do cesarza Francuzów pewna młoda dama w podwarszawskim Błoniu w styczniu 1807 roku.
To wydarzenie, zdaniem Huberta d`Ornano, autora książki "Od Marii Walewskiej do Sisleya. Piękno bez granic” było początkiem polskich koligacji w jego rodzinie.
Lubię powtarzać, że jestem owocem podwójnej miłości francusko-polskiej. To tradycja rodzinna, która wzięła swój początek półtora wieku przed moimi narodzinami, kiedy to mój prapradziad, generał Cesarstwa i przyszły marszałek Francji, Philippe-Antoine d`Ornano, poślubił Marię Walewską – opowiada autor w rozdziale o swych polskich korzeniach.
maria walewska
Urodziwą niewiastą, która wylewnie witała cesarza Francuzów, była Maria Walewska, dwudziestoletnia żona hrabiego Anastazego Walewskiego. Zauroczony Napoleon wkrótce uczynił ją swoją oficjalną kochanką. Z kilkuletniego związku urodził się syn, hrabia Aleksander Colonna-Walewski, późniejszy uczestnik powstania listopadowego i minister rządu francuskiego. Po upadku cesarza i śmierci sędziwego męża Maria została żoną generała d`Ornano. Urodziła mu syna Rodolpha Augusta, po czym umarła w grudniu 1817 roku, mając 31 lat. Słynna metresa Napoleona I była więc praprababką Huberta d`Ornano. Jej drugi mąż - Philippe-Antoine d`Ornano - prapradziadek Huberta, zrobił karierę wojskową w czasach napoleońskich, bo miał kilka nadzwyczajnych atutów:
… miłość Ojczyzny, zakorzenioną w jego rodzinie (...) tradycje wojskowe i pokrewieństwo z Napoleonem Bonaparte...

Został mianowany generałem w wieku 27 lat, co jest dowodem na to, że cesarz Korsykanin niezwykle cenił rodzinne związki krwi… Szczyt kariery Philippe-Antoine`a nastąpił za czasów odrestaurowanego cesarstwa, kiedy Napoleon III mianował go marszałkiem Francji. To Philippe-Antoine tworzył fundamenty współczesnej pozycji rodu d`Ornano.

Na początku XX wieku dziadek Huberta - Alphons Antoine, wielki amator wyścigów i gier, doprowadził rodzinę do finansowego upadku. Odbudowy pozycji d`Ornanów podjął się ojciec Huberta - Guillaume. Po I wojnie światowej rozpoczął karierę w dyplomacji. Na początku lat dwudziestych przyjechał do Warszawy jako attache ambasady francuskiej. Tutaj poznał Elżbietę Michalską – dziedziczkę majątku w Trawnikach koło Lublina. Pobrali się po kilku miesiącach znajomości w roku 1921, a po dwóch latach wyjechali do Francji. Hubert d`Ornano jest ich drugim dzieckiem. Urodził się 31 marca 1926 roku w pałacu w Mełgwi na Lubelszczyźnie. Siedem pierwszych lat życia spędził w pobliskich Trawnikach rządzonych przez babkę - Alexandrę Michalską. Po „sielskim”, polskim dzieciństwie Hubert wyjechał do Francji w roku 1934. Dopiero wtedy nauczył się dobrze języka francuskiego. Polskiego nigdy nie zapomniał…

Hubert i Isabella d'Ornano
W latach trzydziestych XX wieku rozpoczęła się przygoda rodziny d`Ornano z kosmetykami. Początkowo Guillaume współpracował ze słynnym Francois Coty. Po jego śmierci w 1935 roku z trzema innymi udziałowcami zawiązał spółkę Lancome, która rozpoczęła produkcję luksusowych kosmetyków. W tym czasie ojciec Huberta d` Ornano był również merem miasteczka Moulins-sur-Cephons oraz radnym kantonu Levroux. W lipcu 1946 roku Hubert z bratem, wspierani przez ojca, założyli przedsiębiorstwo Perfumy Jean d`Albert. Po kilku latach firma rozszerzyła produkcję o kosmetyki Orlane. Były to produkty najnowszej generacji z zastosowaniem składników naturalnych. Firma szybko rozwinęła się uruchamiając dystrybucję niemal w całej Europie, Stanach Zjednoczonych, Ameryce Południowej, Japonii i Afryce.

W 1976 roku Hubert przejął mały zakład produkcji kosmetyków o nazwie „Sisley”. Razem z żoną, Izabelą z Potockich, postanowili , że będą produkować luksusowe kosmetyki zawierające naturalne wyciągi z roślin. „Sisley” jest ich wspólnym dziełem , ich szóstym dzieckiem - jak żartują. Księżna Izabela - nowoczesna kobieta porozumiewająca się w czterech językach, stała się pierwszą ambasadorką „Sisleya” na świecie.

Aby odnieść sukces d`Ornanowie urządzali wystawne przyjęcia dla dystrybutorów i sprzedawców kosmetyków oraz wykorzystywali swoje znajomości i rodzinne koligacje na całym świecie. Ich osiągnięcia potwierdzają, że kapitał, pomysł i praca bardzo liczą się w biznesie, ale jeszcze ważniejsze są kontakty. Te które się posiada, i te które potrafi się zdobyć jak najszybciej. Na liście znajomych właścicieli "Sisleya" są m.in. prezydenci: John F. Kennedy, Georges Pompidou, Valery Giscard d`Estaing, były król Anglii Edward VIII, papież Paweł VI oraz przedstawiciele najwybitniejszych rodów Europy. D`Ornano cieszą się życzliwością dziennikarzy z najlepszych pism europejskich i amerykańskich. Pod koniec XX wieku "Sisley" stał się marką ogólnoświatową obecną w ponad 90 krajach.

Od Marii Walewskiej do Sisleya
Przypudrowana nieco historia rodu, autorstwa Huberta d`Ornano, jest cennym źródłem wiedzy o życiu arystokracji, jej rodowej i klasowej solidarności oraz świadomości w wieku XX. W tej opowieści nie ma miejsca na konflikty rodzinne, zawiść, niesprawiedliwość, rozwiązłość, wyzysk pracownika czy przemoc. Nawet tak kontrowersyjne sprawy, jak małżeństwo metresy Napoleona z Philippe-Antoine d`Ornano oraz porwanie siedmioletniego Huberta przez babkę, Alexandrę Michalską zostały przykryte pudrem nostalgii i żartu. Autor nie ukrywa, że te historie służyć mają umacnianiu marki produktów „Sisley” - ekskluzywnych kosmetyków dla kobiet, które chciałyby poczuć się arystokratkami. Może im to dać firma, która bez obaw reklamuje jeden ze swoich produktów, jako „najdroższy krem przeciwsłoneczny świata”…

Promocja książki Huberta d’Ornano "Od Marii Walewskiej do Sisleya. Piękno bez granic" miała miejsce 16 czerwca w hotelu Bristol. Wydawca: Editions Spotkania, www.editionsspotkania.pl

niedziela, 8 marca 2015

Prasuje czule jego koszule

Pranie, sprzątanie, gotowanie i garów zmywanie... Takie ma być ponoć po wsze czasy życie "prawdziwej Żony i Matki". Bo tradycja jest najważniejsza... Tej rzekomo odwiecznej tradycji bronił dwutygodnik "Mocarstwowa Polska" w kwietniu 1930 roku sposobem rymowanym...



Dziś to mocno już przebrzmiałe wyobrażenie roli kobiety w rodzinie z największą pasją promują polscy biskupi i waleczne damy katolickiej prawicy. Aż dziw bierze, ile te polityczne rotwailerki wkładają wysiłku, by przekonać publikę, że ich miejsce jest przy osmolonych garach i na brudnych podłogach. Ileż marnują czasu na sprzeczną z ich poglądami działalność publiczną, miast z pokorą i radością wrócić do swego naturalnego środowiska.

Anonimowy poeta grafoman sprzed lat uzyskał też nieoczekiwane wsparcie ze strony pewnej współczesnej "pisarki" (dziś mówi się: "blogerki"):
I tak sobie myślę, że ja naprawdę lubię zmywać gary. Bo mąż mnie kocha... więcej
I tak sobie myślę, że pewnie mąż szczególnie namiętnie  kocha ją, gdy prasuje czule jego koszule...

sobota, 14 lutego 2015

Wspaniałe ruchy Twojej kiszki

Co do mnie, wszystek drżę, ale nie od zimna, lecz z wewnętrznej niespokojności. Cały mój umysł pomieszany, gorycz w mem sercu, i czuję gorączkę szarpiącą me wnętrzności.
Tadeusz Kościuszko w liście do ukochanej Tekli Żurowskiej nie zapomniał, że zakochani, tak jak i pozostali ludzie, posiadają wnętrzności. Nie wdawał się jednak w szczegóły, gdyż kiszki, trzewia czy bebechy, jeśli kochankom miały do czegoś służyć, to tylko do szarpania wskutek ekstremalnych przeżyć. Tylko serce zostało należycie docenione przez autorów wyznań i listów miłosnych. No, i czasem żołądek, bo do serca kochanka można było trafić i tą drogą. Co z trzustką, wątrobą czy jelitem grubym? Są zbyt mało ponętne, by wzbudzić gorące uczucia? Osiemdziesiąt lat temu łódzki felietonista postanowił przywrócić im należne miejsce, tyle że w odległej przyszłości... Dla nas rok 1980 to już historia, więc mamy okazję, by zweryfikować jego futurystyczne wizje... List miłosny z roku 1980 opublikował Głos Poranny 30 stycznia 1935 roku. A zatem, mamy tu rodzimy, nasz łódzki walentynkowy powrót do przyszłości...

* * *
W roku 1980 ludzie już dawno porzucili zachwycanie się wyłącznie zewnętrznym wyglądem, ponieważ mieli dość możliwości i środków oraz niezwykle dokładnych instrumentów, które pozwalały im na spojrzenie wgłąb, pod wprowadzającą w błąd skórę. Wobec tego list miłosny z roku 1980 miał mniej więcej następujące brzmienie:

„Wspaniała, jedyna Erno! Widziałem wczoraj twoje zdjęcie roentgenowskie i krzywą twego serca! Och, jakże radośnie mi było na duszy! Wzruszenie ogarnęło mnie, gdy dojrzałem urocze położenie Twych wnętrzności. Twoje oba wierzchołki płuc, czyste bez skazy! Żadnego śladu przyćmienia, żadnych pozostałości po przebytych ongiś bronchitach, żadnych zrostów z żebrami, jak u Twej przyjaciółki Olgi! Żadnego zwapnienia. A cóż dopiero powiedzieć o Twej wątrobie! Byłem zachwycony, gdym ją zobaczył! Jaka gładka i sprężysta, jak dzielnie i pilnie produkuje czerwone ciałka krwi. Twojej szlachetnej krwi, której zawartość cukru jest wprost wzorowa... Twój żołądek - ach! Swą skończoną siłą i pięknością zapowiada wiecznie wesołe usposobienie, jak również Twoja żółć, której mógłby pozazdrościć gołąb! Ręka w rękę z tą wspaniałą żółcią, droga moja przyjaciółko, przeżyję z Tobą wspaniałe życie, szczególnie jeśli uwzględnię wspaniałe ruchy Twej kiszki, które dopiero wczoraj oglądałem w filmie domowym.

Ale korona wszystkiego: krzywa Twego serca! Czyś o mnie myślała w chwili, kiedy nastąpiło to gwałtowne odchylenie linji, które tak zwraca uwagę wobec reszty absolutnie regularnej? Przy niniejszym przesyłam Ci moją krzywą serca, podczas której wymawiałem Twe imię. Spójrz na wielkie wybrzuszenie w prawem górnem polu...

Związkowi naszemu nic już nie stoi na przeszkodzie. Rodzice złożyli mi życzenia z powodu mego wyboru, proszą jedynie z czystej pedanterji o kilka uzupełnień bez znaczenia, jak: grupę krwi Twojej rodziny, długotrwałość życia Twoich przodków i ewentualnie linii bocznej, dalej czasy reakcji przy próbach asocjalnych i jeśli to możliwe tabelę twego sex-apealu, kiedy i przy jakich okazjach rumienisz się i jak to długo trwa, a wreszcie tabelę wszystkich rodzinnych raków od 1910 roku. O Twych muzykalnych uzdolnieniach wiem sam dość, podobnie jak o Twych turystycznych rekordach. Zaraz potem będziemy mogli się pobrać.

Weźmiemy wówczas jeszcze w pośpiechu kurację heliumową i uzupełnimy nasze hormony w kierunku małżeńskiej gatunkowości do pełnej dojrzałości rozpłodowej. Kocham Cię wedle formule 1017 tabeli, Libido III i spodziewam się miłości wzajemnej wedle formuły 2016 II. Przypuszczam, że badanie erotycznej kontrolnej stacji instytutu psychotechnicznego okaże się zbędne, ponieważ Twój ostatni pocałunek pali mi jeszcze wargi! Wybacz mi ten staromodny zwrot! Do szybkiego telewizyjnego zobaczenia. Twój Wiktor".

niedziela, 1 lutego 2015

Rozpustne dziewki z Jakubic

Kiej ostatki, to ostatki, cieszcie się dziouchy i matki, kiej ostatki to ostatki, niech tańcują wszystkie babki, kiej ostatki, to ostatki, niech się trzęsą babskie zadki.
Tak śpiewano dawnymi czasy w karczmach podczas karnawałowych zabaw.  Więc, trzęsły się babskie zadki, oj trzęsły.... Obecne bale i imprezy karnawałowe to już nie to samo, co tamte hulanki i swawole.

karnawał staropolski

Karnawał pojawił się w Polsce za czasów sarmackich. Nazywany był również zapustami i trwał od Trzech Króli do Wielkiego Postu. Szczególnie popularne były kuligi oraz maskarady czyli zabawy w maskach. Kulig był oczywiście rozrywką zarezerwowaną dla szlachty i magnaterii. Mieszczanie i chłopi organizowali inne zapustowe imprezy. W miastach przyjęły się zabawy pod gołym niebem i barwne pochody w maskach. Na wzór włoski organizowano tzw. reduty, czyli bale z płatnym wstępem. Na wsiach spotykano się w karczmach, gdzie biesiadowano i tańczono do rana. Karnawałową tradycją stały się pochody przebierańców, którzy przebrani za turonia i inne zwierzęta, wędrowali od domu do domu i zbierali podarunki. Było hucznie i wesoło. Księża często gromili te szaleństwa, uważając że taka przesada służy diabłu. Szczególnie naruszenie reguł Wielkiego Postu groziło poważnymi konsekwencjami. Przypomina o tym opowieść o tragicznym losie rozpustnych dziewczyn, które nie potrafiły poskromić swych żądz i skończyć w porę karnawałowej zabawy. Legendę o Dziewczym Wzgórzu spisał w 1976 roku nauczyciel szkoły w Jakubicach koło Sieradza na podstawie opowiadań dzieci szkolnych.

* * *

Migotliwym światłem łuczywa jarzyły się okna jakubickiej karczmy dzierżawionej przez Żydka warckiego, ostatniego z rodu Rossenbachów. Cały budynek liczący sobie ze dwa wieki, jakby rozkraczył się od pohukiwań, tańców, wiwatów, pijatyk i bójek ostatnich dni owego karnawału, który tego wieczoru dobiegł końca. Jeszcze tańczono, wiwatowano, ile tylko mogła wydołać chłopska dusza, kiedy nagle nocny stójka, co wieś od pożaru i złodziei chronił, kołatką oznajmił, że nadeszła północ, a z nią początek popielcowej środy.

Dziwcza Góra na mapie
Większość roztańczonych i pijanych szybko opamiętała się i co rychlej w powadze, jaką przystoi w okresie Wielkiego Postu, opuściła karczmę, udając się do swoich zagród. To samo uczynili parobcy wiejscy i dziadowie, co resztki żebranego przeznaczyli na płukanie gardła. Kilka dziewcząt, którym gorzała w głowach mocno szumiała, dzierżawca karczmy długo nakłaniał do opuszczenia karczemnej izby, a kiedy opuściły ją, miast iść do swych chat, wzięły się pod ręce i wśród śpiewu, śmiechów i krzyków szły, nie wiadomo po co, w kierunku sąsiedniej wioski Gołuchy, budząc starych i młodych w całej wsi. Ludzie złorzecząc im, obudzili swe domostwa i uspokajali rozszczekane psy.

Kiedy dziewczęta minęły ostatnie zabudowanie napotkały starca wracającego ze wsi Łabędzie. Wbrew jego woli ujęły go pod ręce i zaczęły z nim tańczyć, śpiewając przy tym sprośne śpiewki. Starzec protestował i błagał o pozostawienie go w spokoju z racji jego wieku i Wielkiego Postu, ale dziewczęta nie uległy jego prośbom, a nawet niektóre z nich zaczęły mu ściągać spodnie. Wtedy starzec rozgniewany do ostatniego, rzucił na nie klątwę, życząc im, aby je piekło pochłonęło. Na klątwę starca dziewczęta odpowiedziały pustym śmiechem, a jedna z nich dodała, że i w piekle z dziadkiem nie będzie im źle.

I stało się. Mroźną ugwieżdżoną noc od wschodu ku zachodowi przecięła błyskawica, a uśpionym światem wstrząsnął głuchy grzmot. Otworzyło się wnętrze ziemi, w którym rozpustne dziewczęta znalazły swój grób. Po latach nad dołem, jaki powstał w tym miejscu wzniesiono krzyż, który przetrwał tam do pierwszej wojny światowej. Pod nim w głuche zimowe noce niektórzy z przechodniów widywali grupkę rozhulanych dziewcząt. Ku przestrodze młodych, starzy ludzie jeszcze wspominają o losie rozpustnych dziewcząt. Miejsce, w którym zapadły się dziewczęta, nazwano Dziewczym Wzgórzem. Znajduje się ono tuż za wsią. Kim był starzec?... Dołek jako znak po zapadlisku, pozostał do dziś.

* * *
dziewcza góra
Za wsią Jakubicami na zachód, o wiorstę drogi, leży góra stożkowa, którą lud tamtejszy nazywa „Dziewczą", zapewne dlatego, że na niej za czasów pogańskich dziewice musiały ofiary składać...(Gazeta Świąteczna 1891 nr. 570). Foto: Piotr Tameczka
Czasy się zmieniają, dzisiejsi starcy raczej nie mieliby pewnie nic przeciwko zabawom z rozpustnymi dziewczętami. A i niebiosa jakby rzadziej w sprawach obyczajowych interweniują...

Źródło: http://sieradzkiewsie.blogspot.com/.

środa, 24 grudnia 2014

Wezmę teścia do przemysłu...



Polak, kawaler, lat 40. pragnie ożenić się córką właściciela dóbr, skromną, inteligentną panną lub wdówką nie starszą, jak 26-30 lat. Reflektant posiada 70 tys. mk w gotówce, ma zamiar za poradą i ewentualną dalszą pomocą od przyszłego teścia nabyć stosowny do wpłaty majątek ziemski z uregulowanemi hipotekami i możliwością prowadzenia jakiegoś przemysłu w zakres gospodarstwa wiejskiego wchodzącego. Łaskawe oferty uprasza się do Eksp. Dzien. Pozn. pod nr. 5997.

Taką, super ofertę matrymonialną opublikował Dziennik Poznański 16 lipca 1914 roku. Jakie znaczenie w przyszłym biznesie z teściem miały wiek i inteligencja kandydatki na żonę, chyba nie da się już ustalić...

czwartek, 9 stycznia 2014

Miłość, wino i cyjanek...

Noworoczny nastrój w jednym z łódzkich hoteli przed 100 laty zepsuło tragiczne wydarzenie: podwójne samobójstwo dwojga młodych ludzi.

We wtorek wieczorem, 30 grudnia 1913 roku do Łodzi przyjechała elegancka para. Młody mężczyzna zapisał się w księdze hotelowej jako Kazimierz Woyno, lat 20, zamieszkały w Warszawie. Jego piękną towarzyszką była 30-letnia Kazimiera Łazowska, córka urzędnika sądowego z Warszawy. Jak się później okazało, kobieta była mężatką. W środę 31 grudnia młoda para zwiedzała miasto i spacerowała dłuższy czas po ulicy Piotrkowskiej.

Wieczorem, po powrocie do hotelu młodzi zamówili do pokoju kolację z winem i likierami. Po pewnym czasie goście hotelowi zajmujący sąsiedni pokój usłyszeli jęki dochodzące zza ściany, które wkrótce ustały. Zaniepokojeni zaalarmowali obsługę hotelu. Kiedy otworzono drzwi, ujrzano scenę jak z finału taniego melodramatu. Na kanapie w śmiertelnym uścisku spoczywały zwłoki młodej pary. Ona ubrana w wykwintny kostium, on - we frak. Na stole stały kieliszki z winem. Obok nich znaleziono cyjanek potasu. Na stole leżało także kilka listów zaadresowanych do rodziny i zarządu hotelu.

Jeden z nich, do męża zmarłej Kazimiery, był bardzo krótki: "Inaczej obecnie postąpić nie mogłam"... W liście do zarządu hotelu znajdowało się 35 rubli z poleceniem rozdania służbie hotelowej, jako napiwków. Zmarły młodzieniec pozostawił list zaadresowany do brata, profesora seminarium duchownego. Po zawiadomieniu policji, która opieczętowała pokój, wysłano do rodziny telegramy z tragiczną informacją.

Źródło: Nowa Gazeta Łódzka 1914 nr 1 (2 stycznia)

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Marlena, oddaj męża, zdziro!

Dupa niezła, ale czy nam nie potrzeba także twarzy? - zastanawiał się nad jej kandydaturą asystent Sternberga.
W grudniu 1930 roku odbyła się amerykańska premiera nowego filmu Josefa von Sternberga "Maroko". Okazał się wielkim sukcesem i utorował niemieckiej aktorce grającej główną rolę, Marlenie Dietrich, drogę do światowej kariery. Za swoją kreację otrzymała ona w 1931 roku jedyną w karierze nominację do Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Film dostał łącznie cztery nominacje do tej nagrody, także za: najlepszą scenografię, najlepsze zdjęcia i najlepszą reżyserię. Ale niewiele brakowało, aby amerykańska kariera niemieckiej aktorki skończyła się tak szybko, jak szybko się zaczęła. Wszystko za sprawą zazdrosnej żony...

marlena dietrich - maroko 1930

O tej zaskakującej sprawie informował 17 sierpnia 1930 roku tygodnik "Kino":
Niemiecka aktorka filmowa, Marlena Dietrich, której rola w filmie "Niebieski Anioł" stała się rewelacyjną dla jej talentu otrzymała, jak wiadomo engagement do Hollywood. Sukces swój Marlena Dietrich zawdzięczała pono wpływom reżysera Józefa Sternberga i stąd wynikł skandal.

Oto małżonka Sternberga, podejrzewając romans męża z fascynującą gwiazdą ekranu, zwróciła się o pomoc i opiekę do amerykańskich organizacyj kobiecych, które w Stanach Zjednoczonych posiadają wielkie znaczenie i umieją energicznie przeprowadzać swoje postulaty. Pod wpływem zazdrosnej pani Sternberg amerykańskie kobiety ogłosiły zdecydowany bojkot wszystkich filmów, w których wystąpiłaby Marlena Dietrich.

Nie pomogły zaprzeczenia artystki, że nie zamierza rozbijać szczęścia małżeńskiego Sternbergów, ani zapewnienia pozostałego w Berlinie jej męża, że stosunki jego z żoną są jak najlepsze. Amerykanki nie ustąpiły i Marlena Dietrich musiała opuścić Hollywood. Obecnie udała się do Afryki, gdzie ma nakręcać niemiecką wersję kolonjalnego filmu "Marokko".
sternberg i dietrich 1928

Tu wyjaśnić należy pewne nieścisłości w tej informacji. Po pierwsze: Dietrich wcale nie musiała wyjeżdżać do Afryki. Akcja filmu toczyła się wprawdzie w Maroku, ale scen plenerowych nie kręcono w naturalnych warunkach. Egzotyczne pejzaże odtworzono w warunkach studyjnych i na plażach Kalifornii. Żeby było ciekawiej: Marlena po przybyciu do USA zamieszkała u Sternbergów!

Po drugie: żoną Sternberga nie była jakaś "kura domowa", nieustannie cierpiąca z powodu mężowskich "skoków w bok", ale aktorka Riza Royce. Co prawda nie grała głównych ról, ale była postacią dość znaną. Po wojnie głównie z popularnego serialu Bonanza. Oczywiste, że wiedziała wszystko o bardzo luźnych obyczajach panujących w świecie filmu, bo żyła w nim od dawna. W roku 1930, po czterech latach pożycia, Sternbergowie szukali pretekstu do rozstania. Przyjaciółka Rizy, scenarzystka Frederica Sagor Maas, rozpowiadała, że małżeństwo Sternbergów nie może być skonsumowane, ponieważ "według Rizy, sprzęt Josefa jest uszkodzony". Związek męża z "niemieckim Aniołem" był nawet na rękę "pani Sternberg", bo dawał szansę na korzystny rozwód, do którego zresztą wkrótce doszło.

riza royce
W tle tej erotyczno-obyczajowej rozgrywki toczyła się prawdziwa walka o moralność. Środowiska konserwatywne i religijne próbowały wprowadzić obyczajowy kaganiec dla przemysłu filmowego. Hollywood uważano za największego winowajcę rzekomego upadku moralnego Ameryki. Od kilku lat działało cenzorskie biuro Willa Haysa, które ostrzyło sobie nożyczki na co odważniejsze sceny filmowe. Filmowcy musieli używać przemyślnych wybiegów, aby ich filmy nie zostały pozbawione kluczowych epizodów lub by właściciele kin nie odmówili ich wyświetlania. W tych warunkach groźby zazdrosnej żony należało traktować bardzo poważnie. Prawdopodobnie Sternbergowie osiągnęli jakiś kompromis, bo bojkotu najnowszego filmu nie było, natomiast jeszcze w tym samym roku doszło do rozwodu.

Co do związku Josefa von Sternberga z Marleną Dietrich, to temat na osobną opowieść. Był na tyle skomplikowany i pokręcony, jak i ta para. Spotkali się po raz pierwszy w Berlinie podczas naboru kandydatek do filmu "Błękitny Anioł". Pilnie szukano wtedy partnerki dla słynnego Emila Janningsa. Po latach Josef, z właściwą sobie ironią, tak opisał w autobiografii odkrycie nowej gwiazdy:
Dzień rozpoczęcia zdjęć zbliżał się, w powietrzu wisiała katastrofa. Chodziły słuchy, że kobieta, której szukam, nie istnieje. Przeglądając album reklamowy ze zdjęciami aktorek, zatrzymałem się na płaskim, mało interesującym portrecie panny Dietrich. Gdy zapytałem o nią mojego asystenta, tak jak pytałem o inne, wzruszył tylko ramionami i burknął: Dupa niezła, ale czy nam nie potrzeba także twarzy? (...) Miała oczy przymknięte. Jannings powiedział mi potem, że krowa przymyka oczy tylko wtedy, gdy się cieli (...) Wyznała, że nie potrafi grać, że nikt nie umie jej korzystnie fotografować, że prasa odnosi się do niej źle, że nakręciła trzy filmy, w których była naprawdę straszna. Daję słowo - zdarzyło mi się to pierwszy raz - nigdy żaden aktor, któremu proponowałem rolę, nie przyznał się z całą otwartością do swoich braków. Później wyszło na jaw, że grała strasznie nie w trzech, ale w dziewięciu filmach...
Opowieści Sternberga trzeba jednak traktować z przymrużeniem oka. Maria Magdalena, która na początku kariery filmowej przyjęła imię Marleny, nie była głupią gęsią, marzącą o bajkowej karierze w "Fabryce Snów". Od dzieciństwa uczyła się gry na skrzypcach i podobno miała spore szanse na karierę skrzypaczki, ale porzuciła grę po kontuzji ręki. Już jako nastolatka występowała w filmach i w kabarecie. Kiedy poznała Sternberga była już mężatką i matką pięcioletniej córeczki Marii. Nauczona w domu rodzinnym dyscypliny, silnej woli i ukrywania swych uczuć Marlena nie była z pewnością jedynie bezwolną wykonawczynią poleceń mistrza Josefa. Nawet on przyznawał, że książkę - materiał na scenariusz do "Maroka" podsunęła mu właśnie Marlena. Podobno ona wymyśliła również sposób na uchronienie kultowej sceny - pierwszego w kinie pocałunku lesbijskiego - przed nożycami cenzora.

Aktorka otwarcie przyznawała się do biseksualizmu. W Berlinie bywała często w lesbijskich lokalach, gdzie poznawała nowe partnerki. Później też miała wiele kochanek, m. in. pisarkę Mercedes de Acosta, aktorki: Magdalenę del Rio, znaną jako Imperio Argentyna i Tallulah Bankhead. Mówiono, że poszła do łóżka nawet ze swoją największą ekranową rywalką - Gretą Garbo! Poza związkiem ze Sternbergiem, miała też romanse z wieloma innymi sławnymi mężczyznami. Spośród aktorów byli to: Gary Cooper, Jean Gabin, Frank Sinatra, John Wayne, Kirk Douglas, James Stewart, Yul Brynner. Spośród literatów: Erich M. Remarque czy Ernest Hemingway.

hedy lamarrr, marlena dietrich, billy wilder 1948
Przez swój kontrowersyjny, swobodny styl życia zraziła do siebie środowiska konserwatywne i purytańskie. Natomiast Niemcy długo jeszcze po II wojnie światowej nie mogli jej wybaczyć, że odrzuciła szansę zostania gwiazdą ekranów III Rzeszy, potępiła nazizm i przyjęła amerykańskie obywatelstwo. Odmawiając Hitlerowi i występując z recitalami na frontach dla amerykańskich żołnierzy Marlena skazała się na potępienie przez rodaków i była traktowana jak zdrajczyni. W 1960 roku, gdy przyjechała z koncertami do Berlina obrzucono ją jajkami i wyzwiskami typu "Dietrich do domu!", "Zuchwała dziwka", "Podła nikczemna zdrajczyni". Za swą działalność podczas wojny Marlena Dietrich otrzymała Medal Wolności - najwyższe odznaczenie cywilne w USA oraz francuską Legię Honorową.

Po wojnie rzadziej grała w filmach, poświęciła się karierze estradowej. Zmarła w Paryżu w 1992 roku. Pochowana została w Berlinie, obok swojej matki, niedaleko domu, w którym przyszła na świat. W dowód osobliwe rozumianej pamięci w 1993 roku nieznani sprawcy sprofanowali grób Marleny Dietrich na cmentarzu Friedhof. Na płycie napisano "zdzira w futrze", nagrobek obrzucono śmieciami i błotem.
Dopiero w setną rocznicę jej urodzin burmistrz Berlina oficjalnie przeprosił Dietrich za to, że „Niemcy nie docenili jej twórczości za życia”. Rok później nadano jej honorowe obywatelstwo Berlina, a jedno z centralnych miejsc w nowym berlińskim City nazwano placem Marleny Dietrich.

środa, 30 października 2013

Książę Pepi i kobiety - część 2

W roku 2013 minęła 200. rocznica śmierci oraz 250. rocznica urodzin księcia Józefa Poniatowskiego. "Służąc Ojczyźnie, stał się symbolem poświęcenia i wierności" - napisali posłowie w specjalnej uchwale upamiętniającej wodza Księstwa Warszawskiego. Tylko, że z tą wiernością książęcą bywało różnie...
Przesuwają się w życiu księcia kobiety, jak cienie. Wszystkich wymieniać nie sposób. Może kto ułoży kiedyś tę galerję, nazwiskami i portretami ją uwypukliwszy, ale, jakkolwiek ona się wydłuży, zupełną nie będzie - twierdził w 1913 roku Wiktor Gomulicki ["Złoty Róg" 5 stycznia 1913 r.].
"Galeria" taka, nawet niezupełna, nie powstała, bo biografowie nie byli zainteresowani skatalogowaniem bardziej i mniej wytwornych dam, które przewinęły się przez książęce sypialnie. Więcej zajmowało ich upamiętnienie wyczynów księcia na polach bitew oraz dzieło wypromowania go jako bohatera romantycznego.

Maria Karolina von Thun - portret z 1792 r.
Listę znanych nam książęcych podbojów miłosnych otwiera austriacka hrabianka Maria Karolina Thun und Hohenstein. Zakochany po uszy książę chciał się koniecznie żenić, ale podobno stryj wybił mu to z głowy, bo szukał dla niego lepszej partii. "Pepi" pisał w liście do siostry, że młodsza od niego o 6 lat Karolina zdaje się mieć wszystkie cechy, jakich oczekiwałby on od kobiety, którą chciałby poślubić. Książę poszedł na wojnę z Turcją, a potem wezwał go do Warszawy król Staś i gdzieś po drodze wielka miłość do Karoliny wyparowała... Z notek biograficznych tej arystokratki dowiedzieć się można, że miała muzyczne uzdolnienia: potrafiła pięknie śpiewać i grać na gitarze. W 1793 wyszła za mąż za angielskiego arystokratę Lorda Gillforda, znanego lepiej jako Richard Meade. Miała z nim syna i dwie córki. Żyła krótko - zmarła w Wiedniu 8 sierpnia 1800 roku. Niektóre źródła podają, że było to w roku 1804.

Uczucie, jakie żywił Józef do Karoliny, nie musiało być aż tak silne, by ujarzmić jego wybujały temperament. Całymi latami solidnie pracował na sławę polskiego Don Juana. Przez łoże księcia przechodziły tabuny kobiet, przede wszystkim arystokratki. Ale w "galerii" książęcej znajdziemy przedstawicielki różnych klas społecznych: od księżniczek, poprzez artystki, aż do prostych mieszczek i służących...

Spośród tych kobiet warto wspomnieć kilka postaci ze względu na rolę, jaką odegrały w życiu księcia, albo z powodu ich niezwykłej osobowości i biografii. Do takich osobistości należy z pewnością księżna Rozalia Lubomirska, z Chodkiewiczów. Była córką hrabiego Jana Mikołaja Chodkiewicza, marszałka i starosty żmudzkiego, oraz Marii Ludwiki Rzewuskiej, córki Wacława hetmana Rzewuskiego. Rozalia urodziła się w 1768 w Czarnobylu, stąd nazywano ją "Różyczką z Czarnobyla". Była piękną kobietą o wspaniałej figurze, niebieskich oczach i rudoblond włosach. Zadarty nosek dodawał jej twarzy szczególnego, nieco niewinnego uroku. W wieku 19 lat Rozalia poślubiła kasztelana kijowskiego Aleksandra Lubomirskiego. Rok później urodziła córkę Aleksandrę. "Różyczka" była, jak byśmy to dziś powiedzieli, kobietą wyzwoloną. Lubiła towarzystwo, zabawę, podróże, romanse. Małżeństwo z kasztelanem było dla niej zbyt nudne i pospolite. Częściej bywała w Warszawie lub za granicą niż w mężowskich prowincjonalnych włościach. Próbowała usidlić księcia Józefa, ale efekt widać nie był zadowalający, bo potem zakochała się w Tadeuszu Mostowskim, młodym, przystojnym i wykształconym senatorze.

rozalia lubomirska
Anegdota warszawska opowiada, jak to Rozalia z dwoma równie uroczymi przyjaciółkami arystokratkami: Barbarą Kossowską i Julią Potocką, chciały zrobić niezwykłą niespodziankę księciu Poniatowskiemu. Po przekupieniu kamerdynera, przebrane za Gracje, zakradły się do sypialni księcia. Tam zamierzały poddać swą urodę jego osądowi, tak jak greckie boginie rywalizujące o miano najpiękniejszej. Czekały na księcia ukryte za kotarą. Ale książę nie miał zwyczaju wracać do domu samotnie. Tym razem towarzyszyła mu piękna tancerka. Anegdota, niestety, tutaj dyskretnie się kończy, nie znamy rozstrzygnięcia konkursu o względy nowożytnego księcia-Parysa. Być może do żadnej rywalizacji nie doszło i całe towarzystwo spędziło resztę nocy w rozkosznej zgodzie i harmonii... W końcu była to epoka markiza de Sade...

W 1792 roku Lubomirska podążyła wraz z córką za swym faworytem - Mostowskim do rewolucyjnego Paryża. Był to drugi pobyt Rozalii nad Sekwaną. W odróżnieniu od pierwszego, sprzed 4 lat, ten zakończył się tragicznie. Oskarżona o spiskowe konszachty z dworem Marii Antoniny oraz lekceważące wyrażanie się o ludziach rewolucji została aresztowana w październiku 1793 roku. Resztę życia spędziła w rewolucyjnych więzieniach. Nie pomogły starania polskich dyplomatów, w tym Kościuszki, ani ekskluzywna znajomość z wielkim Goethe, z którym ponoć nasza dama pijała kawę i prowadziła dysputy literackie. Piękną Rozalię zgilotynowano 30 czerwca 1794 roku, a jej córkę odesłano do Polski.

Legenda mówi, że gdy ostrze gilotyny spadło na szyję "Różyczki", jej matka miała ujrzeć w rodzinnym pałacu Chodkiewiczów w Młynowie widmo córki z głową oddzieloną od tułowia. Według innej legendy, duch zgilotynowanej Rozalii pojawia się w pałacu Lubomirskich w Opolu Lubelskim.

Druga ze wspomnianych Gracji księcia Józefa - Julia Potocka, z domu księżniczka Lubomirska zakończyła życie niespełna miesiąc po Rozalii Lubomirskiej - 26 sierpnia 1794 roku. Tyle, że w nieco mniej dramatycznych okolicznościach. Dopadła ją prozaiczna gruźlica płuc. Urodzona w 1766 roku dama była najmłodszą córką marszałka wielkiego koronnego Stanisława Lubomirskiego i Izabeli Lubomirskiej z Czartoryskich. Julię uważano za jedną z najpiękniejszych Polek końca XVIII wieku. Była utalentowana aktorsko, a jej taniec wywoływał powszechny podziw. W salonach warszawskich mówiono o niej "Giulietta la bella" czyli po prostu "Piękna Julia".

julia potocka z lubomirskich
Nie wiemy czy poza wspomnianym wyżej epizodem z Gracjami w książęcej sypialni łączył Julię jakiś bliższy związek z księciem Poniatowskim. Dla opinii publicznej była ona niezwykłym w czasach stanisławowskich okazem cnót, wierności i stałości uczuć. W 1785 roku matka wydała ją za hrabiego Jana Potockiego, ekscentrycznego podróżnika i pisarza, późniejszego autora niezwykłej powieści "Rękopis znaleziony w Saragossie". Po ślubie młoda para wyruszyła w trzyletnią podróż po Europie. Julia większość czasu spędziła z matką przebywającą wtedy w Paryżu i Wersalu. Hrabia Potocki był zajęty swoimi sprawami. Małżonkowie przeżywali pierwszy kryzys, ale kiedy wracali do Polski w 1788 roku, towarzyszyli im już dwaj synowie: Alfred (1785) i Artur (1787). Jan włączył się w życie polityczne jako poseł na Sejm Czteroletni. Julia działała w stronnictwie wspierającym Konstytucję 3 Maja. Wtedy poznała księcia Eustachego Sanguszkę, młodego oficera i posła na Sejm Wielki. Wybuchnął romans, o którym wiedziała cała Warszawa, nie wyłączając hrabiego małżonka... Potem nastąpiły przymusowe rozstania kochanków spowodowane wojną w obronie Konstytucji oraz powstaniem kościuszkowskim. Julia wyjechała do matki do Łańcuta. Książę Eustachy walczył o wolność ojczyzny, a Julia chora, coraz słabsza pisała do niego listy. Zmarła podczas pobytu w Krakowie. Jej przedwczesna śmierć tragicznie przerywająca wielką miłość, stała się pożywką do powstania legendy o Białej Damie. Ludzie mówią, że duch smutnej Julii Potockiej ukazuje się w pałacu w Łańcucie. Że przy rokokowym biurku w chińskim apartamencie pisze do ukochanego nieukończone listy...

Ciąg dalszy wspomnień o kobietach księcia Poniatowskiego już wkrótce...

niedziela, 27 października 2013

Książę Pepi i kobiety - część 1

W roku 2013 minęło 200 lat od śmierci oraz 250 lat od narodzin księcia Józefa Poniatowskiego. Sejm przyjął uchwałę upamiętniającą naczelnego wodza Księstwa Warszawskiego. "Służąc Ojczyźnie, stał się symbolem poświęcenia i wierności" - pokreślili posłowie. Tyle tylko, że z tą wiernością książęcą bywało różnie...
I wtedy dojrzał nadbiegających wprost ku niemu piechurów rosyjskich. Ostatkiem sił skoczył z koniem do Elstery i w jej nurcie został znów ranny kulą karabinową w lewą pierś na wylot. Nie miał już sił, by poderwać konia do skoku na brzeg przeciwny. Zsunął się z siodła i zniknął pod wodą.
Tak Karol Koźmiński opisywał w powieści biograficznej bohaterską śmierć księcia Poniatowskiego. Jednak zanim książę stał  się bohaterem narodowym, patronem ulic i placów, zanim stanął na pomnikach, był bohaterem salonów i ... alków. Kobiety odgrywały w jego życiu wielką rolę. Wielką, bo było ich zadziwiająco wiele. Jak udało mu się to, co dla większości mężczyzn jest nieosiągalne? Próbował na to pytanie odpowiedzieć 100 lat temu Wiktor Gomulicki w artykule "Książę Józef i kobiety" ["Złoty Róg" 5 stycznia 1913 r.]:

józef poniatowski
I do księcia Józefa  przyczepić można banalną etykietę: "wielbiciel kobiet". Ale to nie będzie ścisłe. Nie tyle książę był wielbicielem kobiet,  ile  kobiety wielbicielkami księcia.  Anegdotyczna historja Warszawy stwierdza, że był czas, gdy "wszystkie piękne damy szalały za księciem". Podobno bez pokrzywdzenia prawdy, można by dodać: i nie-piękne. Jaką drogą bratanek króla  Stanisława doszedł do  wyniku, dla ogółu mężczyzn tak bardzo ponętnego? Był-że kornym sługą rodu niewieściego, czy też jego tyranem? (...) Ktoś rozpatrujący te sprawy przez  bardzo ostrą soczewkę krytyczną powiedziałby, że książę w stosunku do kobiet ujawniał niezmiernie grzeczne, wymyślnie powabne i niesłychanie wytworne lekceważenie.

Cytowany już K. Koźmiński relacjonował sytuację księcia świeżo przybyłego do Polski  w 1789 roku następująco:
Cała Warszawa, a przede wszystkim piękniejsza jej połowa, oglądała się za księciem. W Wiedniu był jednym z najelegantszych kawalerów, tu w Warszawie był pierwszym. Królewicz z bajki w oczach kobiet, dyktator mody dla mężczyzn. Nic dziwnego, że czerpiąc bez ograniczenia ze szczodrej szkatuły królewskiej, przy wrodzonej lekkomyślności i krwistym temperamencie - szalał.
Warto dodać, że owa szczodra szkatuła była wówczas w rękach stryja naszego bohatera czyli króla Stanisława Poniatowskiego, a jej zasoby wcale nie były nieprzepastne. Ciągle przecież brakowało pieniędzy na wyekwipowanie wojska, a ogromne długi króla spłaciła dopiero caryca po III rozbiorze.

młody józef poniatowski
Tymczasem Warszawa bawiła się w najlepsze. W końcu XVIII stulecia stolica upadającej Rzeczypospolitej nazywana była Paryżem Północy. I nie wynikało to porównanie bynajmniej z nadzwyczajnego rozwoju sztuk i nauk, ale liczby balów i swobody obyczajowej. Książę Poniatowski czuł się tu świetnie. Mimo ciągłych problemów z wierzycielami, jego rezydencja - podarowany przez stryja pałac "Pod Blachą" - stała się centrum warszawskich rozrywek i życia towarzyskiego. "Blacha się bawi" - mówiono w mieście.

Kobiety same lgnęły do księcia Poniatowskiego, nie musiał specjalnie zabiegać o ich względy. Za­in­te­re­so­wa­nie płci pięk­nej zapewniały mu nie tylko tytuł książęcy i pozy­cja kró­lew­skie­go bra­tan­ka. Był przystojnym męż­czy­zną, harmonijnie zbudowanym, choć niewysokim, zawsze elegancko ubranym.
Książę Józef jest jedną z najdoskonalszych męskich postaci, jakie widzieć można. Stopa jego, noga cała pełna najpiękniejszego rysunku; odzież przyobleka ją całą jak ulana, leżąc bez najmniejszego fałdka. Kurtka okrywa równie pięknie jego pierś i ramiona pełne i opina wytworne kształty. Rysy twarzy mają wiele wyrazu męskiego, para czarnych wielkich oczu je ożywia

- opisywał wygląd księcia Friedrich Schultz niemiecki literat z Inflant i dodawał:

On był jednym z pierwszych, który lekki, otwarty, wysoko zawieszony powóz (w Niemczech zwany whisky, a w Polsce kabrioletem) w Warszawie w modę wprowadził. Z początku zaprzęgał do niego cztery konie, niebawem osiem, w poręcz jedne za drugimi, powożąc z siedzenia stojący, co wyglądało bardzo malowniczo i widzom przywodziło na myśl starożytnych w cyrkach woźniców. Konie miał zawsze najpiękniejsze, pełne ognia, rosłe...
Z upływem lat bujna czupryna księcia przerzedzała się. Postępujące łysienie ukrywał za pomocą pół­pe­ru­ki zwanej tupecikiem. Później nosił już całą perukę i sztuczne bokobrody. Kiedy w 1813 wyłowiono z Elstery zwłoki księcia z łysą głową był pewien problem z identyfikacją ciała. Rozpoznano go po szlifach i miniaturach odznaczeń przypiętych do munduru.

Dla księcia Józefa w miłości nie liczyły się tytuły, majątki, ani inne korzyści, jakie mógł zyskać na romansach z damami wysoko urodzonymi. Nie dał się namówić na małżeństwo z rozsądku. Choć swatano go z siostrami Czartoryskimi, Rzewuską, Zamoyską, zawsze udawało mu się od ślubu jakoś wykręcić. Inaczej było z niedoszłym związkiem z księżniczką saksońską Marią Augustą. Ta prawnuczka króla Augusta III Wettina przez prababki skoligacona była z Piastami, Jagiellonami i Wazami, a jedna z jej prababek była córką Jana III Sobieskiego.

maria augusta wettyn

Pomysł wydania niezbyt urodziwej saskiej królewny za bratanka ostatniego króla polskiego był efektem zapisu w Konstytucji 3 Maja. Stwierdzano tam wyraźnie, że: "Dynastia przyszłych królów polskich zacznie się na osobie Fryderyka Augusta, dzisiejszego Elektora Saskiego... Gdyby zaś dzisiejszy Elektor Saski nie miał potomstwa płci męskiej, tedy mąż, przez Elektora, za zgodą Stanów Zgromadzonych, Córce Jego dobrany, zaczynać ma linię następstwa płci męskiej do tronu polskiego". Kiedy powstało Księstwo Warszawskie, Napoleon I, chcąc być w zgodzie z prawem, oddał tron Fryderykowi Augustowi. Faktycznie nie miał on syna, ale tylko jedną córkę. Maria Augusta Wettin została uznana za sukcesorkę polskiego tronu. Potrzebowała tylko odpowiedniego męża. Kandydat - książę Józef - wydawał się wprost idealny.

Na przełomie 1809 i 1810 roku odbyły się zaręczyny dwudziestosiedmioletniej infantki z czterdziestosiedmioletnim Poniatowskim. Wtedy jednak okazało się, że "Pepi" został po raz drugi ojcem nieślubnego dziecka. Piękna Zofia Czosnowska z Potockich urodziła mu syna. Zaręczyny zostały zerwane przez Fryderyka Augusta, który od dawna z trudem tolerował swobodne obyczaje księcia. Mówiło się wtedy, że "pełna nauki i rozumu", chociaż "dość czerwona i otyła" Maria Augusta pokochała księcia i była skłonna wybaczyć mu wszelkie wybryki. Niestety, ponoć po drugiej stronie nie było aż takiego zaangażowania. Książę nie rozumu i wiedzy szukał przecież u kobiet... Maria Augusta nigdy nie wyszła za mąż i nie została królową. Zmarła jako bezdzietna panna w Dreźnie w 1863 roku.

Ciąg dalszy wspomnień o kobietach księcia Poniatowskiego już wkrótce...

sobota, 28 września 2013

Tylko nie za włosy, kochanie!

Bywa, że amant zachwycony pięknością fryzury swej wybranki nie może się oprzeć...  Ale, na Amora, panowie, więcej delikatności! Przecież jest tyle innych miejsc...




Źródło: Kalendarz Humorystyczny "Łodzianka" rok 1910.

czwartek, 31 stycznia 2013

Gdy się trojgu zachce na raz…

Nie hetero, nie homo, nie partnerskie, nie radzieckie, nie zdradzieckie, ale... potajemne. Związki potajemne są największym zagrożeniem dla Narodu i Ojczyzny. A nawet nie one same, ale ich ujawnianie. Korzystając więc z wolności słowa i prawa do oceny stanowczo sprzeciwiamy się ujawnianiu wszelkich takich związków. Takich, jak te w rodzinie pana Kazimierza.

- Tylko nic nie mów pani o tem, że z tobą figluję. Czemu się śmiejesz?
- A bo proszę łaski pana, myślę sobie jaka to z pana i naszej pani dobrana para, gdyż pani zawsze o to samo mnie prosi, gdy pan Kazimierz odchodzi...

*   *   *

W relacjach krypto, jak dowodzą naukowe, habilitowane autorytety, nie ma żadnego pożycia. Jest co najwyżej jałowe użycie drugiego człowieka, traktowanego jak przedmiot. To wyłącznie wygodne i łatwe praktykowanie egoistycznych pragnień. Na koszt społeczeństwa, ale nie w interesie społecznym. W interesie (za przeproszeniem) społecznym jest zachować milczenie. Zwłaszcza, gdy pojawia się taki ambaras, że się zachce trojgu na raz...

Nie, nie, jeszcze raz nie: społeczeństwo nie może ujawniać tajemnic tego słodkiego, miłego życia w nietrwałych, jałowych związkach osób, z których nie ma żadnego pożytku. Powinnością wszystkich homofobów i ciemnogrodzian, a nawet więcej – wszystkich przyzwoitych ludzi, jest bronić nas przed ujawnianiem takich związków. Spuśćmy zatem zasłonę milczenia na krótkie sam na sam pana Kazimierza i służącej, dajmy na to, Marysi. Ciii, pani się zbliża...

W głowach z betonu nie ma wolnej miłości, są stosunki małżeńskie, albo akty nierządne, Torquemada od dawna tu gości...

Źródło: "Łodzianka Kalendarz Humorystyczny" na rok 1903.

wtorek, 1 stycznia 2013

Straszny uwodziciel

Dawno, dawno temu na ławeczce w łódzkim parku Mikołajewskim (obecnie Sienkiewicza) - Kalendarz Humorystyczny "Łodzianka" rok 1903.

niedziela, 23 grudnia 2012

niedziela, 9 grudnia 2012

Życie rodzinne z browningiem w tle

Wielki kryzys gospodarczy lat 30 ubiegłego wieku przyniósł plajty, bezrobocie i biedę. Gazety ówczesne pełne były informacji o samobójstwach wśród bankrutów i o nędzarzach wyrzucanych na bruk. Tragedia, którą opisał łódzki "Głos Poranny", mogła mieć jeszcze inne przyczyny. Wobec milczenia świadków szczegóły życia rodzinnego Wołoszynów pozostały jednak tajemnicą. ["Głos Poranny" 11.12.1932 r. ]


głos poranny 11.12.1935


W domu przy ul. Podmiejskiej 1, za Placem Reymonta rozegrała się wczoraj straszna tragedia rodzinna. Około godziny czwartej po południu w mieszkaniu Daniela Wołoszyna, znajdującym się na drugiem piętrze frontowej oficyny, rozległy się trzy kolejno po sobie następujące strzały. W chwilę potem z mieszkania poczęły wydobywać się rozpaczliwe krzyki i jęki. Przerażeni sąsiedzi nie wiedzieli co czynić.

Po chwili jednak zdobyli się na odwagę i wpadli do mieszkania. Oczom ich przedstawił się okropny widok. Na podłodze małego, jednopokojowego lokalu leżeli brocząc obficie krwią: mężczyzna i młoda kobieta. Byli to: 49-letni Daniel Wołoszyn i najstarsza jego córka, 21-letnia Elżbieta. Wołoszyn leżał w ten sposób na podłodze, że głowa jego ukryta była pod starą kanapą, córka jego miała twarz całą zakrwawioną i nie dawała żadnych znaków życia. Obok niej leżał na ziemi rewolwer.

W ciasnej izdebce lamentowały trzy kobiety: żona, młodsza 17-letnia córka głuchoniema, oraz koleżanka Elżbiety Wołoszyn, która wraz z rodziną była świadkiem okropnego wypadku. Zanim sąsiedzi zdążyli wyjaśnić tragedię żona Wołoszyna popadła w omdlenie. Jednocześnie prawie zaalarmowano pogotowie ratunkowe kasy chorych oraz władze policyjne. Po upływie kilkunastu minut przybyły władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem na czele oraz pogotowie. Lekarz skonstatował już tylko śmierć Elżbiety Wołoszyn. Dwie kule rewolwerowe przeszyły jej głowę, masakrując twarz. Wołoszyn żył jeszcze. Kula przebił mu skroń i utkwiła w czaszce. W stanie beznadziejnym przewieziono natychmiast ciężko rannego do szpitala miejskiego św. Józefa, celem poddania operacji. Władze śledcze przystąpiły niezwłocznie do śledztwa, celem wyświetlenia tła krwawej tragedii.

Redakcja nasza powiadomiona o wypadku, wydelegowała natychmiast swego współpracownika, który zebrał na miejscu następujące szczegóły:

Dom przy ul. Podmiejskiej 1 jest narożnikiem i wejście doń prowadzi przez ulicę Łączną. Na drugiem piętrze we froncie na wprost klatki schodowej znajduje się mieszkanie, w którym rozegrał się tragiczny epizod. Na drzwiach znajduje się pod szkłem bilet wizytowy z napisem  "Daniel Wołoszyn". Wołoszyn zajmował wraz z rodziną jeden mały pokoik, z którego oddzielono jeszcze kotarą i szafą maleńki korytarzyk. Umeblowanie mieszkania stanowią dwa łóżka, kanapa, szafa i stół.

Wołoszynowie żyli ostatnio w wielkiej nędzy. Daniel Wołoszyn, niegdyś zamożny człowiek, w ostatnich latach zarabiał na utrzymanie rodziny jako szofer. W ubiegłym roku stracił zajęcie i przez pewien czas otrzymywał zapomogę. Zaciągał długi, robił co mógł, lecz mimo wszystko rodzina żyła w skrajnej nędzy. Dopiero w bieżącym roku najstarsza córka, Elżbieta, otrzymała w gimnazjum P. Posnera przy ul. Zawadzkiej 1 posadę nauczycielki. Zarabiała niewiele, oddając wszystko na dom. Skromna pensja nie starczyła jednakże na opędzenie wszystkich potrzeb, tym bardziej, że trzeba było leczyć młodszą córkę, głuchoniemą.

Nieszczęśliwa matka nieraz czyniła wyrzuty swemu mężowi, że nie zarabia, że nie szuka dla siebie zajęcia, że nie dba o dom i rodzinę. Wołoszyn tłumaczył się; kłótnie z żoną nie ustawały. W ubiegłym tygodniu do mieszkania Wołoszynów przybył komornikaby zająć nędzne meble za jakiś dług. Wołoszynowa tak się przejęła tym wypadkiem, że dostała ataku nerwowego. Na łożu boleści prosiła starszą córkę o to, aby zajęła się młodszą siostrą - kaleką i dała jej utrzymanie. Elżbieta złożyła przysięgę, że jak długo żyć będzie troszczyć się będzie o swą siostrę.

instrukcja PPS browning
Wołoszynowa wróciła do zdrowia. Daniel Wołoszyn atakowany ciągle z powodu nieróbstwa oświadczył rodzinie, że chce opuścić Polskę i wyjechać do Rosji Sowieckiej. Kiedy mu odpowiedziano, że może uczynić co chce, zażądał pieniędzy na wyjazd. Żona oświadczyła mu w odpowiedzi, że może mu dać tylko 20 zł.

Podobno rozmowa ta toczyć się miała właśnie wczoraj po południu. Zdenerwowany Wołoszyn począł krzyczeć, a w pewnym momencie wydobył nagle z kieszeni rewolwer systemu Browning i strzelił z tyłu do córki. Elżbieta szyła akurat, rozmawiając z przyjaciółką. Kula zwaliła ją z krzesła na podłogę. Żona i głuchoniema córka rzuciły się na ojca, chcąc go obezwładnić, lecz w tej chwili Wołoszyn przystawił lufę rewolweru do własnej skroniaby pozbawić się życia. Padł strzał i samobójca runął na podłogę. Elżbieta w kilka chwil potem wyzionęła ducha.

O tej okropnej tragedii krąży jeszcze inna wersja. Głosi ona, że denat utrzymywał intymne stosunki ze swą 17-letnią córką. Wiedziała o tym tylko Elżbieta i stale z tego powodu czyniła gorzkie wyrzuty ojcu. Wczoraj, gdy doszło do kłótni młoda nauczycielka miała odkryć całą tajemnicę wobec matki. Nastąpił skandal i śmiertelne strzały, oddane przez skompromitowanego Wołoszyna.

Toczące się śledztwo ujawni bezsprzecznie prawdziwe tło zbrodni i samobójstwa. W każdym razie trzeba jedno skonstatować: dominującą rolę w tej smutnej tragedii rodzinnej odegrała nędza.
Władze śledcze, jak się w ostatniej chwili dowiadujemy, usiłowały zbadać dogorywającego  Wołoszyna. Lekarze jednak oświadczyli, iż jest on nieprzytomny, tak, że uzyskanie zeznań jest wykluczone. Przesłuchiwanie naocznych świadków zbrodni trwa. Wołoszynowa odmówiła wszelkich wyjaśnień. Zanosząc się od płaczu, oświadczyła krótko:
Dajcie mi spokój, ja strasznie cierpię.
****
Daniel Wołoszyn zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Zeznania świadków, szczególnie koleżanki zabitej Elżbiety - Maryli Sicińskiej, nie doprowadziły do wyjaśnienia wszystkich przyczyn tragedii....

niedziela, 2 grudnia 2012

Bo Łodzianka, nie Turczynka…


Ten pesymistyczny wierszyk, w imieniu łódzkich mężczyzn, popełnił nieznany bliżej poeta podpisujący się "Kacz.", a opublikował w 1903 r. Kalendarzu Wesołym "Łodzianka".