Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2016

Ukradłeś, Sachs!

Oskarżano się o kłamstwa, manipulacje, plagiaty, a nawet o bicie fałszywej monety. Zdarzały się też kpiny z małego przyrodzenia przeciwnika… Międzywojenna prasa łódzka nie przebierała w środkach, aby pogrążyć konkurencję.

Podłożem konfliktów w łódzkiej prasie międzywojennej były wydarzenia wcześniejsze. „Głos Polski” prowadził Marceli Sachs, były współpracownik m. in. „Godziny Polskiej”, finansowanej podczas wojny przez Niemców. Po odejściu okupanta Sachs przejął wydawnictwo i zaczął wydawać własną gazetę. Przez pozostałych wydawców był uważany za niemieckiego kolaboranta i bezprawnego użytkownika drukarni, która ich zdaniem była mieniem państwowym. Szczególnie ostro protestował „Rozwój”, dziennik opcji narodowej, który przez całą wojnę nie mógł się ukazywać.
Ilustrowana Republika 4.11.1925Inni również nie oszczędzali wydawcy „Głosu”. W roku 1922 zdesperowany Sachs oskarżył o oszczerstwo redaktora dziennika „Straż Polska”, Józefa Petryckiego, który otwarcie zarzucił mu korzystanie z pieniędzy niemieckiego okupanta oraz nazwał „pruskim denuncjatorem i prowokatorem”. Po przesłuchaniu świadków, m.in. prezydenta miasta Aleksego Rżewskiego, mecenasa Piotra Kona oraz wydawcę „Rozwoju” - Wiktora Czajewskiego, sąd uniewinnił Petryckiego. Tym samym przyznał, że zarzuty wobec Sachsa nie były oszczerstwem i są dowody na to, iż współpracował on z okupantem. Właściciel „Głosu Polskiego” wiele stracił w opinii publicznej, ale po zapłaceniu odszkodowania na rzecz państwa, utrzymał wydawnictwo.
„Głos Polski” w tym czasie należał do najpoczytniejszych łódzkich dzienników, ale był to początek jego końca. U Sachsa pracowała cała czołówka łódzkich dziennikarzy, m. in.: Czesław Nusbaum-Ołtaszewski, Władysław Polak, Gustaw Wassercug, Jan Urbach, Eugeniusz Kronman. W 1923 roku Ołtaszewski i Polak, przy finansowej pomocy Maurycego Poznańskiego i dwóch innych udziałowców, założyli spółkę i zaczęli wydawać nowy dziennik poranny - „Republika" oraz popołudniowy „Express". W krótkim czasie „Republikanie” przejęli znaczną część czytelników „Głosu” i osiągnęli największy nakład wśród pism porannych w Łodzi - 20 000 egzemplarzy. Rywalizacja o czytelnika i reklamodawców bywała bardzo ostra. Polemiki prasowe przybierały formę niewybrednych pyskówek i osobistych wycieczek.
W styczniu 1925 roku „Głos” w artykule „Wylęgarnia kaczek”, zarzucił „Republice” kierowanie się zasadą: „czytelnik nie świnia – wszystko zje” i serwowanie sensacji wyssanych z palca. Jako przykłady podano informacje o rezygnacji prezydenta miasta Mariana Cynarskiego, o zakupie przez Wojciecha Korfantego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” i planowanej dymisji premiera Grabskiego.
Następnego dnia „Republika” odpowiedziała zdecydowanie, iż jej fachowe służby informacyjne pozyskują nie tylko stereotypowe wiadomości , takie same jak wszystkie redakcje, ale również zakulisowe, trudniej dostępne. Przy okazji wyszydziła „Głos Polski”, który jej zdaniem stosuje prymitywne metody walki o czytelnika. „Łatwiej dementować cudze informacje, niż zdobywać własne” – stwierdziła i dodała, że taka taktyka popłaca tylko na bardzo krótką metę, a dowodem jest fakt spadającego z dnia na dzień nakładu „Głosu Polskiego” i nieustannie wzrastającego nakładu „Republiki”.

3 maja 1925 roku „Głos Polski” podał zaskakującą informację, która miała powalić konkurencję na kolana. Zaczynała się super sensacyjnie:
„Wczoraj o godzinie 9-ej i pół rano do lokalu, zajmowanego przez wydawnictwo dzienników „Republika" i „Express Wieczorny" przy ulicy Piotrkowskiej nr. 49, przybył silny oddział policji i zamknąwszy wszystkie wyjścia, przystąpił do gruntownej rewizji. Przeszukaniu poddane zostały pomieszczenia, zajmowane zarówno, przez administrację jak redakcję i drukarnię „Republiki" i „Expressu Wieczornego".
Czego szukała policja w wydawnictwie „Republiki”? Zdaniem „Głosu”, to tam właśnie prowadził trop śledztwa w sprawie fałszywych srebrnych dwuzłotówek, które niedawno pojawiły się w obiegu. W wyniku przeszukania drukarni odkryto rzekomo niezaprzeczalne dowody przestępczej działalności:
„W ręce policji kryminalnej dostała się kunsztownie i przemyślnie skonstruowana fabryczka fałszywych dwuzłotówek metalowych, oraz poważna ilość gotowych monet, nie pozostawiających żadnych wątpliwości, iż tu właśnie, w lokalu „Republiki" i „Expressu Wieczornego" znajdowała się wytwórnia fałszywych pieniędzy. Wskutek rewizji tej dwie osoby zostały aresztowane.”
„Republika” następnego dnia zdementowała te rewelacje.
„W powyższych wiadomościach niema ani krzty prawdy. Stanowią one jeden ciąg kłamstw, fałszów i źle ukrywanych insynuacji. Wydawnictwo „Republiki” i „Expressu" pociąga winnych rozsiewania fałszywych i szkodzących nam wiadomości do odpowiedzialności sądowej.
Sprawa została wyjaśniona w „Expressie Wieczornym” 4 maja 1925 roku w artykule o znamiennym tytule „Łajdactwo”. Poinformowano, że operator prasy Krampf odbił na tekturowej matrycy dwuzłotówkę z obu stron. Inni pracownicy, kiedy je odkryli zanieśli do dyrekcji. Ta, obawiając się, że drukarze mogliby rzeczywiście nowoczesne maszyny wykorzystać do drukowania pieniędzy, wezwała policję. Krampfa poddano kilkudniowej dyskretnej obserwacji. Śledczy nie stwierdzili jednak niczego podejrzanego w jego działaniach. Nic nie wniosły do sprawy rewizje w pomieszczeniu, w którym pracował, ani w jego mieszkaniu. Nie znaleziono żadnej fałszywej monety i po przesłuchaniu kilku osób sprawę umorzono.
Koncern Republika wniósł sprawę do sądu zarzucając „Głosowi” działanie z zamiarem skompromitowania najgroźniejszych konkurentów, podważenia zaufania wśród czytelników i zrujnowania wydawnictwa. Do rozstrzygnięcia sporu nie doszło, gdyż sąd sprawę umorzył uznając, że brakuje podstaw do jej wszczęcia.
22 maja 1926 roku konflikt rozgorzał z nową siłą, wskutek opublikowania na pierwszej stronie „Expressu Wieczornego Ilustrowanego” informacji w formie ogłoszenia oskarżającej Marcelego Sachsa o kradzież rosyjskiej nowelki. Treść tej fikcyjnej, bardzo obraźliwej reklamy była następująca:
„Marceli Sachs – obecnie wydawca „Głosu Polskiego”, dawniej redaktor szpiclowskiej „Godziny Polski”, używający fałszywie tytułu doktora praw, ukradł pisarzowi rosyjskiemu L. d`Orowi nowelkę p.t. „Tak było”!
Następnego dnia w „Republice” w artykule pod tytułem „Ukradłeś Marceli Sachs!” na dowód plagiatu przedstawiono opublikowaną w 1916 roku treść utworu Sachsa oraz rosyjskiego oryginału. Redaktor „Głosu” tłumaczył się, iż nigdy nie twierdził, że jest to jego własny utwór, ale wyłącznie tłumaczenie, a informację o tym przeoczyła redakcja. Można powątpiewać czy w tydzień po zamachu majowym czytelników mogły poruszyć te odgrzewane afery, dotyczące wykształcenia i twórczości literackiej redaktorów łódzkich gazet. Mieli przecież pod dostatkiem wrażeń związanych z groźbą wojny domowej i niepewną sytuacją polityczną w kraju.

Trzy lata później doszło do bezprzykładnej w dziejach prasy kradzieży, której tym razem ofiarą padł Marceli Sachs. Chory na gruźlicę i częściowo sparaliżowany właściciel „Głosu Polskiego” wydzierżawił gazetę spółce swoich współpracowników, po czym wyjechał za granicę na leczenie. Kierujący spółką „Ilustrowana Prasa Wieczorna" Gustaw Wassercug i Eugeniusz Kronman, postanowili bezwzględnie wykorzystać przedłużająca się nieobecność Sachsa. 1 lutego 1929 roku przygotowali do druku nową gazetę o nazwie „Głos Poranny”, będącą niemal kalką „Głosu Polskiego”, wykorzystując przygotowane do niego materiały. Nie wahali się też zabrać listy prenumeratorów i przekonać ich do nowego tytułu. Redakcję z ulicy Piotrkowskiej 98 przenieśli do pobliskiego budynku przy Piotrkowskiej 101. Z dnia na dzień zniknął „Głos Polski”, a w jego miejsce zaczął wychodzić „Głos Poranny”. Sachs o sprawie dowiedział się dopiero po powrocie do kraju. Przeżył szok, kiedy od sprzedawcy w kiosku usłyszał, że jego gazety już nie ma, ale może poczytać sobie „Głos Poranny”. Próbował jeszcze walczyć, reaktywował „Głos Polski”, ale nie był w stanie pozyskać odpowiedniej liczby prenumeratorów, aby utrzymać pismo. Pogrążył się w długach i wkrótce umarł.

Po ostatecznym upadku „Głosu Polskiego", do rywalizacji na epitety przystąpili dawni koledzy z redakcji Sachsa: Gustaw Wassercug, naczelny „Głosu Porannego” i Władysław Polak, naczelny „Expressu”. Pod byle pretekstem, redaktorzy wyciągali na forum publiczne fakty i detale z życia osobistego. Wassercug na przykład, zarzucając Polakowi tendencyjność recenzji teatralnych, ironicznie wypytywał w „Głosie” o szczegóły jego długiej wizyty w garderobie pewnej aktoreczki. Władysław Polak sięgał po bardziej intymne i wyrafinowane argumenty. Potrafił w otwartym liście prasowym zwracać się do naczelnego „Głosu” określeniami typu: „O, Guciu, perło Wschodu i Wschodniej!” lub „Mój ty malutki Gutasku”, tak jakby coś więcej wiedział o szczegółach anatomicznych byłego kolegi.

Prasowe pyskówki nie wynikały tylko z osobistych antypatii redaktorów. Często skandale i sensacje wywoływano świadomie, licząc na lepszą sprzedaż swoich pism oraz przyciągnięcie reklamodawców. Przy bardzo ostrej konkurencji na rynku, codzienne gazety starały się schlebiać przede wszystkim czytelnikom o najmniej wybrednych gustach. Zapominano o zawodowym kodeksie postępowania, wymagającym szacunku dla cudzych poglądów oraz pisania o faktach, a nie o własnych fantazjach. Górę brała zasada: cel uświęca środki...

piątek, 6 grudnia 2013

Dziewica niezupełnej świeżości

Informacji takiej wagi nie znajdziemy w dzisiejszej prasie. O pierwszym śniegu 100 lat temu pisało się inaczej:
Pierwszy śnieg. Obudziwszy się, ujrzeliśmy miasto, jak dziewicę idącą do ślubu, przybraną w białe szaty, z pod których było widać niezupełnej świeżości plamy przypominające nieupraną "przez zapomnienie" spódniczkę ...
Śnieg leżał na dachach i ogrodach niewielką warstwą, na ulicach zamieniał się pod kołami w błoto. O godz. 11 zaczęło niebo znów sypać białe płatki, które jednak topniały.
śnieg

Źródło" "Rozwój" 6.12.1913 (sobota).

środa, 22 maja 2013

Człowiek stary, siwy i trochę kulawy

Uczciwość, lojalność i dyskrecja to w biznesie niezwykle cenne aktywa... Tym cenniejsze, że stosunkowo rzadkie. W starych, pożółkłych i pokrytych kurzem gazetach znaleźć można wiele notatek i ogłoszeń traktujących o etycznej stronie kontaktów handlowych. W łódzkim "Rozwoju" z 31 grudnia 1912 roku trafiamy na takie oto ciekawostki (pisownia i styl - oryginalne):

Niniejszym podaję do wiadomości osób interesowanych a w szczególności pp właścicieli domów w Łodzi i okolicy iż dotychczasowy mój agent Jan Kolasiński (człowiek stary, siwy i trochę kulawy, mianujący się moim wspólnikiem i technikiem ubezpieczeń) z d. 25 listopada b. r. stał wydalonym, i niema prawa w moim imieniu przyjmowania Szacunków Ogniowych do ubezpieczeń Rządowych jak również inkasowania moich należności, gdyż za czynności Kolasińskiego, jak również za zobowiązania przez niego przyjęte i za sumy jemu wpłacone żadnej odpowiedzialności nie przyjmuję. Zaznaczając, iż sprawę za wykryte nielegalne czynności przeciwko Kolasińskiemu skieruję na drogę sądową.Łódź d. 12 grudnia 1912 roku. Technik ubezpieczeń Rządowych Bolesław F Grodzki, Brzezińska 42.

 * * *

Zgodnie z zawiadomieniem mojem z dnia 23.12. 1912 r. jakie otrzymała firma warszawska H. Mage, iż zrywam z powyższą wszelkie stosunki handlowe, lecz dotąd firma Mage nie raczyła mi odpowiedzieć, przeto niniejszem ogłaszam, iż z powodu niesolidnego postąpienia ze mną, jako reprezentantem przez jednego spólników firmy. Wszelkie stosunki handlowe z dniem wysłania zawiadomienia zerwałem z firmą Mage. Kwit który został przezemnie wydany firmie Mage J. Maczewski jest nieważny i takowego płacić nie będę. Towar firma Mage może otrzymać z powrotem za potrąceniem kosztów jakie poniosłem. Łódź, dnia 31.12.1912 roku. A. Kuźnicki


* * *
A komu we własnym biznesie noga się powinie,  wtedy szuka dobrej posady w poważnej instytucji. Nawet za łapówkę, jak ten wielojęzykowy buchalter:

50 rubli i więcej, byle zaraz ofiaruję temu kto zobowiąże się wyszukać posadę w poważnej instytucyi lub w fabryce, do prowadzenia ksiąg biurowych lub innego zajęcia; znajomość języków: polski, rosyjski, niemiecki i buchalterya. Dyskrecya zapewniona. Oferty w admistracyi „Rozwoju" (sub "Dyskretny 5)".

Bo zdobycie dobrej posady to inwestycja, która się opłaci... Wysoka pensja pozwala na zakup atrakcyjnej nieruchomości. Korzystając z takich niesamowitych okazji, trzeba jednak być nadzwyczaj czujnym. Nie powinno się wierzyć we wszystkie wymienione atrakcje. Nie muszą okazać się prawdziwe, tak jak tramwajowe połączenie Brzezin z Łodzią i kolejka do Koluszek, które nigdy nie powstały...




sobota, 27 kwietnia 2013

Kszyki nad Dobrzynką

Myślisz, że ekologia to "wynalazek" końca XX wieku? Może więc zdziwić Cię rozprawa, jaka odbyła się sto lat temu przed piotrkowskim sądem okręgowym. Oskarżeni zostali pabianiccy przemysłowcy - akcjonariusze firm produkujących wyroby bawełniane i papiernicze oraz prowadzący farbiarnie tkanin: "R. Kindler", "Oskar Krusze i Fidler", "Krusche i Ender", "Robert Saenger", "Schleicher i Falsman". Zarzucano im, że odpadami ze swoich zakładów zanieczyszczają rzekę Dobrzynkę, wskutek czego woda w rzece i jej odnogach stała się szkodliwa dla zdrowia mieszkańców Pabianic.
Proces przeciw trucicielom Dobrzynki trwał 5 lat. Pisał o nim w grudniu 1912 roku łódzki dziennik "Rozwój":
rozwój-1912-12-31Na śledztwie sądowem okazało się, że woda w Dobrzynce została zanieczyszczona tak, że jest niezdatna nietylko do wewnętrznego, lecz i do zewnętrznego użytku, gdyż fabrykanci wpuszczają wprost do rzeki odpływy fabrykacyj, zawierające substancye trujące.
Starzy mieszkańcy Pabianic Mateusz Morzyszek i Tomasz Biskupski pamiętają, że przed laty woda w Dobrzynce była zupełnie czysta, lecz w miarę tego, jak powstawały fabryki, woda ulegała zanieczyszczeniu.
Piotrkowski sąd okręgowy skazał fabrykantów za „zepsucie wody", przewidziane w art. 4. 111 ust. kar. na grzywny do 200 rubli, nie zobowiązując ich poza tem do niczego.
 Takie rozstrzygnięcie nie zadowoliło ani mieszkańców Pabianic, ani oskarżającego fabrykantów prokuratora Jewdokimowa. Wniesiono protest do izby sądowej w Warszawie. Wyższa instancja podtrzymała kary grzywny, ale nakazała także fabrykantom zaprzestać zanieczyszczania rzeki, zainstalować urządzenia oczyszczające ścieki, no i oczyścić koryto Dobrzynki.
Wyrok nie pozostawiał wątpliwości, co będzie gdyby przemysłowcy nakazanych prac nie wykonali:
Roboty powyższe mają być dokonane przez fabrykantów w ciągu pół roku od daty uprawomocnienia się wyroku, po upływie zaś tego czasu ulegają wykonaniu przez policyę na koszt fabryczny.
dobrzynka pabianiceDobrzynka, rzeka o długości nieco ponad 25 kilometrów ma swoje źródła w okolicach Tuszyna, przepływa przez Pabianice, by na obrzeżach Łodzi wpaść do Neru. W górnym odcinku woda jest na tyle czysta, że żyją w niej raki. Dolny odcinek rzeki, od Pabianic, przez prawie dwa wieki służył natomiast za kanał ściekowy dla miasta i zakładów przemysłowych.

Wyrok warszawskiej izby sądowej z 1912 roku nie na wiele przydał się Dobrzynce. Protesty mieszkańców i zabiegi prokuratora Jewdokimowa, przyniosły tylko doraźny efekt. Wkrótce nadeszły dramatyczne i ważne wydarzenia, przy których sprawy czystości rzeki odeszły w cień. Bezmyślne trucie Dobrzynki trwało aż do lat 90 ubiegłego wieku. Wtedy zakłady przemysłowe w większości poupadały lub zmuszone zostały do zainstalowania oczyszczalni ścieków. Miasto Pabianice podłączyło zaś swoją kanalizację do Grupowej Oczyszczalni Ścieków w Łodzi.

dobrzynka pabianice
Po 100 latach wracamy do punktu wyjścia. W styczniu 2013 roku "Życie Pabianic" poinformowało, że "Dobrzynka wraca do życia". Wróciły do rzeki, która jeszcze niedawno była ściekiem, ryby. Na jej brzegach zagnieździły się sokoły, myszołowy, czaple, czarne bociany. Widziano ponoć także orła bielika i kszyki. Widziano bobry. Jednak z Dobrzynką, po ponad wiekowym truciu, tak szybko nie może być dobrze... To wymaga więcej czasu...

Dla zainteresowanych tematem - pasjonująca opowieść o rzece: Dobrzynka - od źródeł do ujścia

poniedziałek, 25 marca 2013

Kaczka po bośniacku

- Czemu szanowny brat dusisz tę kaczkę?
- Postrzeliłem ją niedawno na Bałkanach, widocznie proch trochę zwilgotniał, bo gdy ją wietrzyk bałkański owionął - odżyła.
- Jeżeli bratu wypadnie polować tam jeszcze, użyj mego prochu... po nim żadne stworzenie nie ożyje!...
["Rozwój"  - Łódź, wtorek, 31 grudnia 1912 roku]

Niedobita kaczka bośniacka odżyła jednak, pomimo bratniej cesarsko-królewskiej współpracy Austriaków i Madziarów. W 1914 roku w Sarajewie nacjonaliści serbscy przeprowadzili słynny zamach. Zginął austro-węgierski następca tronu arcyksiążę Franciszek Ferdynand. Jak powszechnie wiadomo, stało się to bezpośrednią przyczyną wybuchu I wojny światowej. Jednak mało kto wie jak doszło do dramatycznych wydarzeń, które wstrząsnęły całą Europą.

W grudniu 1912 roku zakończyła się tzw. I wojna bałkańska, podczas której koalicja Grecji, Serbii, Bułgarii i Czarnogóry - znana jako Liga Bałkańska - pokonała słabnącą Turcję. I to była dobra okazja dla prasy, aby przypomnieć o legendarnym "bałkańskim kotle". Podczas dwumiesięcznych walk wyparto Turków z większości terenów Imperium Osmańskiego, pozostawiając w ich rękach jedynie Stambuł. Ale za plecami walczących stron czaiły się mocarstwa, które uważały Bałkany za swoje życiowe strefy wpływów: Rosja i Austro-Węgry. Rząd cesarsko-królewski nie chciał, by państwa bałkańskie zbytnio wzmocniły się kosztem Turcji. Miał wobec nich zupełnie inne plany. Austro-Węgry dominowały ekonomicznie i politycznie na Bałkanach od wieków. Konkurowały tu w walce o ziemie i wpływy z Turcją i Rosją. W posiadaniu CK Monarchii w początkach XX wieku pozostawały ciągle słowiańskie kraje: Chorwacja i Słowenia oraz, mająca status terytorium okupowanego, ale należąca do Turcji, Bośnia. Natomiast Serbia, Czarnogóra, Bułgaria i Rumunia jeszcze w XIX wieku uzyskały niepodległość, po kilkusetletniej niewoli tureckiej.

Na żywot bośniackiej kaczki miała poważny
bałkany 1913
wpływ serbska świnia. Otóż, w 1906 roku rozpoczęła się dziwna, tzw. "świńska wojna".  Aby zmniejszyć swoją zależność od potężnego sąsiada, Serbia zaczęła szukać kontaktów handlowych z Francją i Bułgarią. Austro-Węgry w odwecie zamknęły wszelki import wieprzowiny, głównego towaru eksportowego Serbii. W tej sytuacji Serbowie ukierunkowali swoją sprzedaż na Francję. W konflikcie szczególna była pozycja Bośni: mimo, że była pod administracją austro-węgierską, pomagała Serbii w transporcie mięsa do Francji. Zemsta była sroga: w 1908  rząd CK postanowił zrobić porządek w Bośni i włączył ją do monarchii. Kaczka została ustrzelona, ale to jeszcze nie był jej koniec. Serbów opanowała antycesarska gorączka, prysły marzenia o włączeniu Bośni i Hercegowiny do planowanej Wielkiej Serbii, upadł projekt biznesu mięsnego z Francuzami. W bałkańskim kotle zawrzało. Jak skończył się sprawa bośniackiej kaczki, wiadomo - czterema latami ciężkiej wojny, która zdemolowała starą Europę.

sobota, 16 czerwca 2012

Nie chcę prywatnych, tylko rządowe

Niby napad, jak na Dzikim Zachodzie, ale z jakże zaskakującym finałem!  Niezwykły rozbój relacjonował 3 czerwca 1912 roku łódzki dziennik „Rozwój”.




Napad bandycki. Wczoraj o godz. 11 i pół wieczorem ostatni pociąg kolei elektrycznej podjazdowej, zabrawszy z Łodzi dwa dodatkowe wagony, jechał w kierunku Pabianic. Na wagonie motorowym, prowadzonym przez maszynistę: Kazimierza Gawłowskiego, na platformie znajdował się konduktor Józef Dębicki, wewnątrz siedziało sześciu pasażerów; w wagonach dodatkowych, które miały być zepchnięte do remizy, prócz konduktora Władysława Jabłonowskiego nie było nikogo.
Na skręcie pomiędzy ulicą Wólczańską, a mostem kolei obwodowej, kiedy konduktor Dębicki zbliżył się do jednego z pasażerów, aby kupił bilet; ten szybko wyjął rewolwer i grożąc, że będzie strzelał, rozkazał konduktorowi, oraz innym pasażerom podnieść ręce do góry. Bandyta szybko zdjął przewieszoną przez ramię konduktora torbę, w której znajdowało się 19 rubli gotówką i poszedł do wagonów dodatkowych. Tutaj zwrócił się do konduktora Jabłonowskiego z żądaniem, aby oddał mu pieniądze, a gdy ten, sądząc, że to żarty, roześmiał się, bandyta, strzelił z rewolweru; kula przeszła koło ucha Jabłonowskiego i przebiła szybę wagonu.
Po zrabowaniu torby Jabłonowskiemu, w której było 27 rubli gotówką i bilety pasażerskie, bandyta dał sygnał, aby maszynista zatrzymał pociąg, a przy zwolnieniu biegu wyskoczył z wagonu i z łupem zniknął w ciemnościach.
Charakterystyczne było zachowanie się bandyty, gdy jeden z pasażerów zamiast podniesienia rąk oddał bandycie zwitek banknotów. Bandyta rzucił pieniądze mówiąc: „Ja nie chcę prywatnych pieniędzy, tylko rządowe".

niedziela, 10 czerwca 2012

Czapka z zielonym lampasem

Tragiczna prawda o skutkach dziecięcych zabaw w piwnicy pewnego łódzkiego domu pozostałaby zapewne nieujawniona, gdyby nie pomoc wyszkolonego psa. Niestety, prasa nie podała imienia czworonogiego detektywa. O tej niezwykle bulwersującej sprawie informował Dziennik "Rozwój"  3 czerwca 1912 roku. 

W ubiegły piątek zniknęła nagle dziewięcioletnia Leonia Spielrein, córka kupca i właściciela cegielni, Majera Spielreina, zamieszkałego w domu przy ul. Nowo-Targowej nr 12. (…). Dopiero w sobotę po południu stróż tego domu Jakub Szymański przypadkowo zauważył leżące w jednej z komórek piwnicy oficyny zwłoki zamordowanej Szpielreinówny, o czym zawiadomił natychmiast rodziców, a ci ostatni władze policyjne. Przybyli na miejsce zbrodni: towarzysz prokuratora, sędzia śledczy i komisarz trzeciego cyrkułu policyjnego, znaleźli zwłoki dziewczynki obrócone twarzą do ziemi. Usta miała zakneblowane słomą, a na ciele nie znać było żadnych śladów ran. Dokonana przez lekarza cyrkułowego doktora Górskiego sekcja zwłok wykazała, że Szpilreinówna zastała zgwałcona, a następnie, uduszona przez zakneblowanie ust.

komórki w łodzi
W odległości piętnastu kroków od komórki, w której leżała zamordowana, znaleziono pośrodku korytarza w piwnicy siennik napełniony przegniłą słomą. Z siennika tego zbrodniarz pochwycił garść słomy i zakneblował swej ofierze usta, co spowodowało śmierć skutkiem uduszenia. Badając teren dokonanej zbrodni władze śledcze od razu wpadły na myśl, że przestępca dopuścił się gwałtu, doprowadziwszy swą ofiarę do siennika, a następnie, gdy ta widocznie chciała krzyczeć zakneblował jej usta. Dla zatarcia śladów zbrodni, widząc przed sobą zastygłe zwłoki, zawlókł ciało do komórki i tam pozostawił w pozycji, w jakiej je znaleziono. Koszulę i ubranie uduszonej dziewczyny znaleziono zakrwawione.
Władze policyjne dokonały rewizji w całym domu, lecz na ślad zbrodniarza nie natrafiono. Na podstawie tylko domysłów, aresztowano na razie subiekta fryzjerskiego, dwóch robotników fabrycznych, służącą Szpilreinów - 26 letnią Annę Witkowską, stróża Jakuba Szymańskiego i jego syna Józefa. Wszystkie te osoby, jak się następnie okazało, nie brały żadnego w zbrodni udziału, ani też o fakcie tym nic nie wiedziały.

Dla wykrycia zbrodniarza chwycono się niezwykłego u nas sposobu. Oto użyto odpowiednio tresowanego psa policyjnego, należącego do żandarma kolejowego. Pies, po obwęszeniu zwłok, skierował się do sąsiedniego domu na ulicy Nowo-Targowej nr 10. Za psem szli funkcjonariusze policji.

pies detektyw

Znalazłszy się we wzmiankowanym domu, pies wbiegł po schodach do mieszkania buchaltera Hersza Bleiweissa. Gdy otworzono drzwi, pies zaczął węszyć i schwycił czapkę uczniowską z zielonym lampasem. Czapka ta była własnością starszego syna Bleiweissa, 11-letniego Lejzera-Henocha, który w piątek zeszłego tygodnia podarował ją młodszemu bratu. Henocha nie zastano w domu. Znikł on w piątek wieczorem, tj. w dzień dokonanej zbrodni.

Lejzera-Henocha Bleiweissa przypadkowo aresztowano śpiącego na schodach domu przy ulicy Średniej nr 51. Wziąwszy go za jakiegoś włóczęgę, stróż domu, Antoni Kozielski zatrzymał i zawiadomił o tym rewirowemu. Przyprowadzony do biura trzeciego cyrkułu policyjnego, początkowo zaprzeczał kategorycznie, jakoby brał udział w morderstwie. Później jednak, dzięki umiejętnemu badaniu starszego pomocnika komisarza p. Pierwozwańskiego, przyznał się do zgwałcenia dziewczyny. Twierdzi on, że Szpilreinównę znał od lat paru, bywał w domu jej rodziców, często wyznaczali sobie schadzki. Gawędzili ze sobą, a przed dwoma tygodniami umówili się, że pójdą razem do piwnicy w miejsce wskazane przez dziewczynę.

Z ogólnych zeznań chłopca, bardzo zdenerwowanego, władze policyjne doszły do przekonania, że po zgwałceniu, dziewczyna zaczęła robić mu wymówki, grozić, a następnie krzyczeć. To spowodowało, że Bleiweiss zakneblował jej usta, a następnie zawlókł uduszoną do komórki. Lejzer zeznał, że po wydostaniu się z piwnicy bał się wrócić do domu. Błąkał się po ulicach, potem znużony wpadł do domu przy ul. Średniej nr 51 i tutaj na schodach zasnął.
Wyburzana kamienica przy ul. Sterlinga 12a (dawniej Nowotargowa). Zdjęcie: http://lodz.wyborcza.pl
Władze policyjne podejrzewają, że mają do czynienia z psychopatą. Pomocnik komisarza, p. Pierwozwański nie ukończył badania, gdyż na skutek rozporządzenia naczelnika wydziału śledczego Rachmaninowa, aresztowanego Bleiweissa odwieziono do wydziału śledczego. Został tam wezwany także sędzia śledczy.

Ojciec Bleiweissa zeznał, że syn jego Lejzer uczył się w domu prywatnie, był pilny i nigdy nie zdradzał anormalnego stanu umysłu. Kiedy wczoraj sprowadzono psa, który wykrył ślady zbrodni, do trzeciego cyrkułu policyjnego, w którym znajdował się Bleiweiss, pies, zauważywszy zbrodniarza, chciał rzucić się na niego. Początkowo władze policyjne chciały ustawić rzędem kilku chłopców razem z Bleiweissem, aby przekonać się, czy pies pozna w jednym z nich zbrodniarza. Idąc za radą właściciela psa, eksperymentu tego zaniechano, gdyż obawiano się, aby pies nie poszarpał zbrodniarza.

Wymienione wyżej osoby, aresztowane w sobotę, jako podejrzane o udział w zbrodni, wypuszczono na wolność.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Titanic – klapa systemu klapowego

titanic
Może trudno to sobie wyobrazić, ale 100 lat temu, kiedy zatonął luksusowy liniowiec „Titanic”, prasa po obu stronach Atlantyku podawała wiadomości o katastrofie niemal na bieżąco. Umożliwiło to małe urządzenie nadawczo-odbiorcze, przesyłające sygnały radiowe kodem Morse'a. Tzw. telegraf „bez drutu”, choć wynaleziony ledwie kilka lat wcześniej, był już powszechnie stosowany do nadawania sygnałów wzywających na pomoc. Teraz okazał się niezwykle użyteczny do przesyłania korespondencji prasowych. Jako, że katastrofa miała miejsce na oceanie, daleko od lądu, w nocy z niedzieli na poniedziałek, pierwsze wiadomości prasowe ukazały się w Łodzi we wtorek. Informacje docierały wprawdzie szybko, ale gorzej było z ich wiarygodnością.

16 kwietnia 1912 roku dziennik „Rozwój” publikował depesze z dnia poprzedniego i bieżące:

Nowy Jork, 15 kwietnia (wł.) Okręt „Titanic” zawiadamia telegrafem bez drutu, że pomimo ciężkich, uszkodzeń, zwłaszcza na przodzie okrętu, płynie wolno w stronę Halifaxu, holowany przez okręt „Wirginia”. Wszyscy pasażerowie uratowani i w liczbie 1650 przeniesieni na pokład okrętu "Carpadia". Jest nadzieja, że „Titanic” pomimo uszkodzeń, dopłynie do portu.

Londyn, 15 kwietnia (wł.) Wielki nowo zbudowany okręt parowy „Titanic”, należący do kompanii transatlantyckiej „White Stare”, odbywający swą pierwszą podróż pomiędzy Southampton i Nowym Jorkiem, a mający na pokładzie 3 tysiące osób, natknął się na wysokości Nowej Fundlandii na góry lodowe i został silnie uszkodzony. Pierwsze telegramy donoszą, że kobiety, znajdujące się na pokładzie, zostały uratowane.

Nowy Jork, 16 kwietnia (wł.) Władze portowe (…) otrzymały wiadomość telegrafem bez drutu późnym wieczorem, że okrętowi „Titanic” grozi zatonięcie. Okręty holownicze usiłowały wyciągnąć go na płytką wodę pod Casse-Roe.

titanic
Londyn, 16 kwietnia (wł.) Według ostatnich telegramów, katastrofa „Titanica” wydarzyła się w niedzielę o godz. 10 wieczorem. Ostatnie słowo, otrzymane przez telegraf bez drutu brzmiało: "toniemy". Od tej chwili połączenie radio-telegraficzne przerwało się. Góra lodowa, która spowodowała katastrofę, napotkała poprzednio kilka innych okrętów, które tylko z wielkim trudem zdołały ją ominąć. Między innymi był w niebezpieczeństwie okręt francuski „Niagara”, wiozący wychodźców; doznał on lekkich uszkodzeń. Nieszczęściem dla „Titanica” było, że w chwili katastrofy spadła gęsta mgła. Zachodzi obawa, że płynące masy lodowe spowodują dalsze katastrofy.

Nowy Jork, 16 kwietnia (wł.) Pomimo ostatnich niepokojących wiadomości o stanie „Titanica”, tutejszy przedstawiciel linii okrętowej White-Star, wyraża przekonanie, że „Titanic”, chociażby odniósł bardzo poważne uszkodzenia w przedniej części, nie zatonie, ponieważ system klapowy wyklucza zupełnie możliwość tego.

Nowy Jork, 16 kwietnia (wł.) Ostatnie doniesienia wykazują, że wiadomości o uratowaniu „Titanica” ze wszystkimi pasażerami były bałamutne. Okręt zatonął. Można uważać za rzecz pewną, że pasażerowie i marynarze w znacznej części zginęli.

titanic
Następnego dnia ( środa 17 kwietnia) w „Rozwoju” ukazał się obszerniejszy materiał o katastrofie „Titanica”.

Straszna katastrofa największego okrętu

O katastrofie okrętu „Titanic” nadeszły dotąd bardzo skąpe wiadomości.
Okręt „Titanic”, dopiero co zbudowany, zaopatrzony był we wszystkie możliwe przyrządy bezpieczeństwa, odznaczał się przepychem, przechodzącym wszystkie tego rozmiaru urządzenia.
Rozmiary tego okrętu są – jak wiadomo - olbrzymie, jest on 250 metrów długi, a 30 metrów wysoki. Pojemność jego wynosi 45 000 ton. Może on wygodnie pomieścić 2500 osób. Dzienniki porównywają ten okręt z największym gmachem wiedeńskim, z ratuszem i stwierdzają, że okręt ten jest dwa razy dłuższy od ratusza. Długość jego jest o 114 metrów większa od wysokości wieży tumu św. Szczepana w Wiedniu. Kominy są tak olbrzymie, że w każdym z nich zmieściłaby się lokomotywa i kilka wagonów. Okręt ten posiada nie tylko kabiny, ale całe mieszkania z salonami, z basenami do pływania, z placami do gry w tenisa i do innych gier, sale do gimnastyki, łazienki parowe itd.
tonący titanic

Katastrofa nastąpiła w pobliżu Nowej Fundlandii, gdzie o tym czasie płyną z północy wielkie masy lodu, przypędzane falami z Grenlandii. „Titanic” zderzył się właśnie z jedną z takich gór lodowych, mającą 15 kilometrów długości. Zapewniają, że tylko dzięki nadzwyczajnej konstrukcji, „Titanic” nie rozbił się całkowicie. Na okręcie znajduje się 129 pieców i 27 kotłów. W razie uszkodzenia jednego pieca lub kotła, okręt może płynąć jeszcze dalej. Drzwi do poszczególnych sal i kabin zamykają się automatycznie w chwili, gdy tylko woda wtargnie do okrętu.

Wobec tego uważają całkowite zniszczenie okrętu za wykluczone. Mimo to wątpić należy czy okręt ten da się naprawić, ponieważ w całej Ameryce nie ma tak wielkich doków, w których można by tak olbrzymi okręt umieścić, a potem naprawić. W tym celu musiano by okręt przewieść do Anglii, nie wiadomo jednak, czy „Titanic” będzie mógł w obecnym stanie odbyć tak wielką podróż.

Szczegóły uratowania podróżnych dotąd nie są znane. Wiadomo tylko, że najpierw ocalono wszystkie kobiety, a potem zajęto się ratunkiem innych podróżnych. Wielkie usługi oddały przytem okrętowi aparaty telegrafu bez drutu Marconiego, przy pomocy których zawiadomiono szybko inne okręty o katastrofie.

Wczoraj w nocy nadeszły do Paryża alarmujące depesze donoszące, że wiadomości o ocaleniu podróżnych okrętu „Titanic”, są nieprawdziwe. Depesze te znalazły potwierdzenie we wczorajszym nadzwyczajnym wydaniu „New York Heralda”, który doniósł, że ocalono tylko 675 podróżnych, a przeszło 1000 zginęło w morzu. Okręt „Titanic" zatonął. Po morzu pływają tylko szczątki okrętu.

Redakcja „Echo de Paris”, która tak samo, jak i redakcje innych dzienników, zwróciła się do dyrekcji „White Star Line” nie otrzymała prawdziwych informacyj. Zdaje się jednak, że dyrekcja już wczoraj wiedziała o katastrofie okrętu, jednak wiadomość tę zataiła.

Dzienniki londyńskie potwierdzają wiadomość o strasznej katastrofie, której ofiarą padł okręt „Titanic". Jest to największa katastrofa okrętu, jaka w ogóle kiedykolwiek się wydarzyła. Była to pierwsza jazda okrętu „Titanic”, który przed kilkoma dniami wyruszył w swoją podróż z Southampton, wśród ogromnych uroczystości.

Katastrofa, zdaje się, nastąpiła w chwili, gdy większość podróżnych była w teatrze, znajdującym się na okręcie, na przedstawieniu. Podczas katastrofy panowała ogromna mgła. Okręt-olbrzym dostał się z powodu tej mgły między dwie wielkie góry lodowe, które go zdruzgotały. Okręty „Virginian” i „Carpatia”, które pośpieszyły pierwsze na pomoc, zdołały ocalić tylko część podróżnych. Są to przeważnie kobiety i dzieci. Wielu innych podróżnych ocaliło się na łodziach ratunkowych. Okazało się jednak, że na okręcie "Titanic" znajdowało się za mało łodzi ratunkowych, było ich bowiem tylko 20. Inne okręty, które pośpieszyły na pomoc, przybyły za późno. Ogółem zginęło 1683 podróżnych. Na okręcie znajdowało się 20 podróżnych z Niemiec i Austro-Węgier. Między nimi znajdował się niejaki Emil Tassigu z Wiednia. Nie wiadomo, jaki los spotkał tych podróżnych. Ocalono przeważnie podróżnych I i II klasy.

Jako przyczynę katastrofy podają także i tę okoliczność, że kapitan chciał uzyskać rekord szybkości i zmienił kurs, wybierając drogę zanadto wysuniętą na północ, pełną o tej porze gór lodowych.
Spotkanie z tymi górami lodowymi przyniosło okrętowi zgubę. Straty materialne są ogromne. Na okręcie znajdowały się klejnoty, wartości 5 milionów koron, wiezione przez pewnego handlarza diamentów i papiery wartościowe, wartości 200 mili. kor. Ponadto znajdowało się na okręcie 3400 worków pocztowych z przesyłkami pieniężnymi.
titanic

Między podróżnymi był też jeden z Rotschildów i amerykański miliarder Vanderbildt. Czy ich ocalono – nie wiadomo. Na okręcie znajdowało się ogółem 2350 osób, z których 900 należało do załogi. „Titanic” zatonął wczoraj o godzinie 2 minut 20 rano.

Dyrekcja „White Star Line” donosi, że z 2200 pasażerów i załogi „Titanic” prawdopodobnie tylko 675 osób zostało wyratowanych. Parowiec „Olimpic” donosi, że ocalały przeważnie tylko kobiety i dzieci.

Parowiec „Olimpic" donosi dalej za pomocą telegramu Marconiego do Cap Race, że okręt „Carpatia", który nad ranem dopłynął do miejsca katastrofy, znalazł tylko szczątki okrętu.

sobota, 10 marca 2012

Zbrodnia jasnogórska [5]


rozwój 27.02.1912
Ciąg dalszy relacji z procesu w sprawie zabójstwa na Jasnej Górze. Po aresztowaniu w Krakowie Macoch przesłuchany został przez inspektora austriackiej policji dr Henryka Jasieńskiego. Usiłując umniejszyć swoją winę, ksiądz Damazy plącze się w zeznaniach. Dopiero przyciśnięty do muru wyznaje wszystko, jak na spowiedzi. Zeznania mordercy przedstawia Stanisław Łąpiński - reporter łódzkiego "Rozwoju" 27 lutego 1912 r. [pisownia oryginalna].

Dnia 9 lipca przyjechał do niego, na Jasną Górę, w gościnę, stryjeczny jego brat, Wacław Macoch, urzędnik biura telegraficzno-pocztowego w Granicy (...) Serdecznie przez Damazego przyjęty, Wacław mieszkał dwa dni w jego celi. Na trzeci dzień koło godz. 10 wieczorem, kiedy już mieli się położyć do snu, zaszła między nimi rozmowa nieprzyjemna. Wacław zaczął mu wyrzucać, że mając tyle stosunków i znajomości, nie wyrobił mu posady urzędnika 3 klasy w Warszawie. Damazy tłumaczył się, że był nieraz u naczelnika okręgu pocztowo-telegraficznego w Warszawie, ale z przyczyny rewizyi senatorskiej i aresztowania wielu urzędników nie mógł nic wskórać. Mimo to Wacław nie uspokoił się i zaczął mu wymyślać, za co też Damazy nazwał go młokosem. Ten skoczył, uderzył Damazego w twarz i odwrócił się ażeby wyjść z pokoju. Wtedy Damazy, nie wiedząc co robi, chwycił toporek, rąbnął Wacława w głowę i jeszcze leżącemu zadał parę ciosów - gdzie - nie pamięta. Widząc, że brat jeszcze żyje, dał mu rozgrzeszenie, później chwycił go za gardło i dusił. Wzburzony tem zajściem i zrozpaczony Damazy chciał pozbawić się życia wystrzałem z rewolweru, ale wstrzymał go jakiś głos wewnętrzny. Całą noc płakał i modlił się nad trupem. Chwilami czuł, że rozsądek go opuszcza.

józef błasikiewiczRankiem oprzytomniawszy trochę, długo wahał się, czy z wyznaniem pójść na policyę, czy też do przeora. Ale kiedy się już rozwidniło zupełnie, zamiast zeznań, owinął trupa w prześcieradło, położył go na materacu, wziął się do ścierania krwi na stole, na podłodze i na ścianach; później zawołał klasztornego sługę, Stanisława Załoga, do którego miał zupełne zaufanie, opowiedział mu, że Wacław Macoch postrzelił się niespodziewanie, a kiedy napadły go konwulsye przedśmiertne, to dobił go toporem. Załóg poradził, żeby nie donosić policyi, ale zapakować w kosz duży i wywieść z klasztoru. Taką samą radę dał mu spowiednik, u którego był rano. We dwóch zawinęli trupa w drugie prześcieradło. Załóg szukał odpowiedniego kosza w klasztorze, ale nie znalazł. Więc Damazy dał mu pieniądze, z któremi sługa poszedł na miasto i sprowadził duży kosz, jako też rogoże. Kosz jednakże był zamały. Szukali więc odpowiedniej skrzyni. Około godz. 1 Załóg i drugi sługa, Józef Błasikiewicz, przynieśli otomanę klasztorną na korytarzyk i postawili ją koło celi Damazego. Po odejściu Błasikiewicza Damazy z Załogiem wnieśli otomanę do celi, włożyli w nią trupa, miejsca puste zapełnili futrem, poduszką i dywanikami z podłogi, poczem owinęli otomanę rogożami, kupionemi przez Załoga w mieście.

Stanisław Pianko - dorożkarz
Około godz. 8 wieczorem Załóg sprowadził dorożkę, przywołał Błasikiewicza i dwóch innych służących, Floryana i Janka, których nazwiska Damazy nie pamięta, i którzy razem wynieśli otomanę na dorożkę. Błasikiewiczowi Damazy dał 50 kop. za pomoc, innym po kilka kopiejek, nie wydając przed nimi swej tajemnicy. Dorożkarzowi kazał jechać z otomaną do Rudnik, a sam z Załogiem wsiadł do drugiej dorożki i pojechał za pierwszą. W Rudnikach obaj wysiedli, odesłali z powrotem dorożkarza, który ich wiózł, przesiedli się na dorożkę wiozącą trupa i pojechali ku Gidlom, gdzie miał się znajdować głęboki rów, napełniony wodą, wskazywany przez Załoga, jako odpowiedni do ukrycia trupa. Macoch opowiedział dorożkarzowi, że w klasztorze zastrzelił się człowiek i że zwłoki jego należy ukryć, aby klasztorowi oszczędzić przykrości. Dorożkarz na prośbę Macocha obiecał dochować tajemnicy. Gdy przyjechali do rowu, dorożkarz i Załóg wrzucili otomanę w wodę, chociaż Damazy odradzał, mówiąc, że sprzęt drewniany nie zatonie w wodzie, że więc na to samo wyjdzie, jak gdyby go wprost na drodze zostawili. Jakoż otomana pozostała na powierzchni wody, tak  też ją zostawili, pojechali do Nowo-Radomska. Macoch zapłacił dorożkarzowi 30 rubli, Załogowi 20 rubli i obaj z Załogiem pojechali koleją żelazną do Warszawy pociągiem kuryerskim.

Helena Macoch (Krzyżanowska)

Helenie Macochowej, w Warszawie mieszkającej, na pytanie, gdzie jej mąż, odpowiedział Damazy, że mąż pojechał zagranicę, może nawet do Ameryki pokłóciwszy się z Damazym podczas bytności swej u niego w klasztorze. Helena zaczęła płakać, chciała jechać do Częstochowy na poszukiwanie męża. Po dwóch dniach pojechał z nią do Częstochowy (...) W klasztorze oboje przemieszkali trzy dni, poczem Damazemu powiodło się nakłonić Helenę, żeby pojechała do Łodzi, do swego ojca. W kilka dni później napisał do niej, że mimo poszukiwań usilnych nie może odnaleźć Wacława. W jakieś dwa tygodnie później zaszedł do niego Załóg, aby mu powiedzieć, że Błasikiewicz coś podejrzewa i żąda pieniędzy. Wtedy on dał Błasikiewiczowi za milczenie 12 czy 13 rb.

Tu przerwał Macochowi komisarz policyjny Jasieński, zwrócił jego uwagę na nieprawdopodobieństwa, zawarte w opowieści i rzekł:
Ksiądz, zabiłeś swego brata, kiedy spał!
Macoch zmieszał się i po chwilowej walce wewnętrznej odpowiedział:
Tak, zabiłem go, kiedy spał. Teraz ze skruchą zupełną powiem całą prawdę...

Franciszek Macoch - brat Damazego
W roku 1903 [Macoch] zaznajomił się Heleną Krzyżanowską, córką urzędnika pocztowo-telegraficznego w Łodzi i pokochał ją bardzo. Znajomość coraz bliższa doprowadziła do stosunków płciowych. Helena Krzyżanowska, podówczas telefonistka w Łodzi, zakochała się w mechaniku Julianie Bulzackim, a kiedy ten przeniósł się do Warszawy, rzuciła posadę i pojechała za nim, pomimo perswazyi Damazego. W Warszawie musiał Macoch ją wspierać, a nawet wniósł na jej imię 5600 rub. do tamtejszej kasy oszczędności przy ulicy Królewskiej. Ażeby Krzyżanowską, bądź co bądź, zachować dla siebie, swatał ją za swego rodzonego brata i nawet urządził zaręczyny, ale do ślubu z jakichś powodów nie doszło. Wtedy puścił między rodzinę i znajomych pogłoskę, że brat jego umarł, poślubiwszy Helenę Krzyżanowską na łożu śmierci. Żeby zaś nie zostawić jej w położeniu dwuznacznem, sporządził podrobiony akt swego ślubu z Heleną Krzyżanowską i świadectwo metryczne o swojej śmierci. Na zasadzie tych dwu sfałszowanych dowodów postarał się dla niej o paszport na imię Heleny Macochowej, wdowy po Kasprze Macochu. Tak też zameldował ją w Warszawie, gdzie dla niej wynajął mieszkanie.

Izydor Starczewski
Ze swym bratem stryjecznym, Wacławem Macochem, który służył w biurze pocztowo-telegraficznem częstochowskiem, Damazy żył niezgodnie. Pojednał się z nim dopiero, gdy Wacław otrzymał posadę w Kaliszu. Za staraniem Damazego przeniesiono Wacława do Granicy i stamtąd przyjeżdżał on często do klasztoru, żeby  odwiedzić brata. W klasztorze, zaznajomił Damazy Wacława z Heleną Krzyżanowską i nakłonił ich do małżeństwa, które zawarli d. 11 lipca 1910 r. w Warszawie. Ślub dawał on sam w asystencyi księdza Izydora Starczewskiego. Wacław Macoch nie wiedział o jego stosunkach miłosnych z Heleną, ale wiedział, że Damazy  jest w niej zakochany i dlatego zabronił mu bywać w swoim domu. W dniu 22 lipca (nowego stylu) Wacław przyjechał do Częstochowy, zamieszkał w jego celi, a 24-go, w nocy, gdy sobie podpili, zaszło między nimi nieporozumienie. Wacław mu robił wymówki za ożenienie go z kobietą kabaretową, która ma mnóstwo znajomych  mężczyzn, powiedział, że w tych dniach znalazł u niej list Juliana Bulzackiego, przekonywający o stosunkach między tym człowiekiem a Heleną. Wzburzony tem wszystkiem Damazy nazwał Wacława młokosem i pokłócił się z  nim. A kiedy Wacław poszedł spać do drugiego pokoju, on długo chodził po swojej celi, nie mogąc zasnąć.  Nagle wzrok jego padł na toporek, leżący koło pieca. Niedługo myśląc, chwycił toporek, wpadł do brata z  krzykiem: "Toś ty mnie obraził?", rzucił się na brata i uderzył go toporkiem jeden  raz w głowę. Gdy Wacław zeskoczył z łóżka, wymierzył mu jeszcze dwa czy trzy uderzenia, również w głowę. Wacław padł na podłogę i zaczął się kurczyć w męczarni; wtedy Damazy przydusił go za gardło i odpuścił mu grzechy.  Toporek, narzędzie zabójstwa, on przed paru tygodniami wziął od stolarza klasztornego.

Bazyli Olesiński
Z uwagi, że przy Damazym Macochu znaleziono dość znaczną kwotę i że on, bądź to sam, bądź w towarzystwie  Krzyżanowskiej robił nieraz kosztowne wycieczki do Austryi, Francyi i Włoch, komisarz policyjny Jasieński zadał mu pytanie, skąd czerpał fundusze na takie wydatki.
Początkowo Damazy Macoch objaśnił, że grając, szczęśliwie, wygrał raz na loteryi 4000 rubli, że prócz  tego przeor klasztoru Rejman dał mu 300 rubli na wyjazd zagranicę, później powiedział, że znalezione przy nim pieniądze stanowią jakiś depozyt, nakoniec wyrzekł się tych obu wyjaśnień i oświadczył, że w ciągu ostatnich półczwarta roku przywłaszczał sobie pieniądze z zakrystyi klasztornej, mianowicie tak zwane kwoty nieobowiązujące, które składali pobożni i które przechowywano w zakrystyi bez rachunku. Z tych pieniędzy wziął około 9000 rub., prócz tego brał do 10 000 rub. od różnych osób za msze; nadto kasyer klasztoru, ksiądz Bazyli Olesiński, w różnych czasach i rozmaitemi kwotami dał mu w r. 1910 z kasy klasztornej około 3000 rub. Kiedy zaś Macochowi zdarzało się zastępować kasyera, to brał poprostu pieniądze z kasy bez żadnego rachunku. Nie może więc określić, ile pieniędzy wybrał w ten sposób. I jeszcze przypomina sobie,  że kiedy w styczniu 1910 r. umarł kasyer klasztorny, ksiądz Bonawentura Gawełczyk to on, razem z księdzem Bazylim Olesińskim, poszedł do jego jego celi, znalazł w szafie nieboszczyka paczkę obligacyj na ogólnej sumie 20000 rubli, z których 15000 doręczyli przeorowi, a 5000 rubli sobie przywłaszczyli; Olesiński wziął 3000, Macochowi dał 2000 rubli.

* * *

Zamieszczone rysunki pochodzą z Tygodnika Ilustrowanego nr 10 z 9 marca 1912 roku - autor Z. Badowski.