Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłość wybaczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłość wybaczy. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 stycznia 2018

Rozmowa natury obojętnej

Święta to doskonała okazja nie tylko do odwiedzenia rodziny, ale i do zapoznania się z przyszłą teściową. Przypominamy zatem młodzieży kilka podstawowych, ponadczasowych zasad, jak się w takiej sytuacji  zachować... Nieodzowny jest w tym podręcznik Mieczysława Rościszewskiego "Zwyczaje towarzyskie" wydany  w 1928 roku.
Młody człowiek, spotkawszy panienkę, która mu się spodobała i z którą pragnie się ożenić, winien dać się jej poznać, a przekonawszy się, że z powierzchowności nie jest jej niemiłym, zacząć jej dyskretnie asystować i następnie prosić o pozwolenie złożenia wizyty w domu jej rodziców lub opiekunów. Taką wizytę składa się zwykle w najbliższy dzień świąteczny, zaraz po sumie, przyczem młody kandydat do stanu małżeńskiego powinien mieć na sobie garnitur tużurkowy, rękawiczki glansowane, krawat czarny i modny kapelusz w ręku.

Wchodząc do salonu, zdejmuje rękawiczkę przynajmniej z prawej ręki (inni są zdania, że lepiej wcale nie mieć rękawiczek na rękach), wita się uprzejmie ze wszystkimi, począwszy od „mamusi", której jeszcze w rękę nie całuje, poczem rozpoczyna rozmowę o przedmiotach natury obojętnej, o niczem, trwającą przez całe pół godziny, tj. przez czas trwania wizyty, nie dając poznać właściwego celu swego przybycia. Na pożegnanie, o ile spostrzeże dobre przyjęcie, powinien panią domu ucałować w rękę, pannę zaś uściskać za rączkę delikatnie, delikatnie, a znacząco, o ile panna będzie w salonie, czego się zwykle w takich razach unika...
I pamiętajcie:  "mamusię" buch w rąsię, tylko jeśli była przychylna... W przeciwnym razie...

niedziela, 26 lutego 2017

Bo cudną była w szesnastej wiośnie...

Czternastoletni Adam Asnyk spotkał szesnastoletnią Walerię i, jak to się zdarza u młodych poetów, zakochał się bez pamięci...
Ja ją kochałem - tak mi się zdaje -
Bo cudną była w szesnastej wiośnie
Umiała patrzeć na mnie miłośnie
I rwać mi serce w nadziemskie kraje
A więc w jej oczach pełnych tęsknoty
Tonąłem wzrokiem i tak na jawie
Śniłem o różach, które ciekawie
Ponad jej włosów wybiegły sploty
Tak, że je zrywać ustami chciałem
I byłbym przysiągł, że ją kochałem...

Tak w „Legendzie pierwszej miłości” po latach znany poeta Adam Asnyk* opisywał swoje uczucia do Walerii. A wszystko zaczęło się w Kalinowej** w tajemniczym dworze państwa Szrubarskich, gdzie w 1852 roku młody Adam spędził święta Wielkanocne. Pięknie położony w centrum parku, otoczony fosą, kalinowski dwór stał się niemym świadkiem pierwszych uczuć młodego poety.

kalinowa dwór
W 1847 roku rejent kaliski Kancelarii Ziemiańskiej, Piotr Paweł Szrubarski kupił dobra Kalinowa, Gorzałów i Kokoszki. Rejent Szrubarski był przyjacielem Kazimierza i Konstancji Asnyków oraz ojcem chrzestnym ich syna Adama Prota. Znał się również z Janem Nawrockim, który był patronem***, najpierw przy Sądzie Pokoju, a następnie przy Trybunale Cywilnym w Kaliszu.


W "Biesiadzie Literackiej" w 1902 roku Zofia Sokołowska tak opisała spotkanie w Kalinowej:
asnyk kaliszCzternastoletni chłopiec zaproszony na Święta Wielkanocne na wieś do Kalinowej, należącej wówczas do państwa Szrubarskich, poznał pannę Walerię N. (Nawrocka), która także zjechała tam z rodzicami. Szesnastoletnie dziewczę miało umysł bardzo rozwinięty i łączyło inteligencję z porywającym wdziękiem. (...) Asnyk zakochał się w niej od razu i zaczął snuć różaną przędzę marzeń, które rzeczywistość miała potargać okrutnie.
Uczucie jego nie mogło uzyskać wzajemności, wiadomo bowiem jakim okiem dorosła panienka, dumna z pierwszej długiej sukni, patrzy z wysokości lat szesnastu na młodszego od siebie chłopca w szkolnym mundurku. Bawili się jednak doskonale z sobą, gdyż panna Waleria, wesoła z natury zapominała o swojej nowej godności, z Asnyka zaś był wielki urwis, który wdzierał się na najwyższe drzewa, przeskakiwał przez rowy, płoty...
Państwo Asnykowie wiedząc o miłości syna i znając zalety panny Walerii, pragnęli mieć ją za synową. Marzyli, żeby za uzbierane pieniądze, do których dołączyłby posag panny, kupić dla nich wieś, tą samą Kalinową, w której się poznali. Waleria Nawrocka jednak w 1856 roku wyszła za mąż  za Stanisława Skoniecznego. Adam Asnyk podczas ślubu był w kościele. Jakie musiał przeżywać męczarnie widząc swoją ukochaną w białej sukni, przysięgającą miłość i wierność innemu mężczyźnie...?
dwór kalinowa 1912
... Pytałem siebie, czy jestem godny
Takiej miłości czystej, łagodnej.
Lecz czułem tylko, że byłbym dla niej
Gotów me życie poświęcić w dani
I byłbym rzucił wszystko — gdy trzeba,
I poszedł za nią prosto do nieba,
I byłbym poszedł za nią do piekła...
Gdyby nie... była z drugim uciekła...

Autor: Zbyszek Ciszewicz - Kalinowa nasza mała Ojczyzna
* * *

* Adam Prot Asnyk - poeta i dramatopisarz, podpisujący się jako Jan Stożek lub El...y, urodził się 11 września 1838 w Kaliszu. Po miłosnym zawodzie z Walerią, długo nie mógł znaleźć odpowiedniej kandydatki na żonę. Ożenił się dopiero w 1875 roku z Zofią Kaczorowską. Rok później Zofia umarła w połogu, zostawiając mu syna Włodzimierza. Poeta zmarł 2 sierpnia 1897 w Krakowie. Został pochowany w Krypcie Zasłużonych na Skałce w Krakowie.

** Kalinowa wieś w województwie łódzkim, w gminie Błaszki. W miejscowym dworze, według tradycji, toczyła się akcja opery "Straszny dwór" Stanisława Moniuszki. We wsi znajduje się również jeden z najcenniejszych zabytków  w powiecie sieradzkim - gotycki kościół św. Marii Magdaleny, ufundowany przez Jana Zarembę w latach z 1465-1468.

*** Patron to oficjalna nazwa obrońcy publicznego przy trybunale (sądzie) cywilnym w XIX wieku. Dom Nawrockich mieścił się przy Alei Józefiny (dziś Aleja Wolności 13) i stanowił część budynku sądu.

środa, 5 października 2016

Ruchliwa Moczygębina

Zanim Łódź stała się „ziemią obiecaną”, przez kilka wieków była spokojnym miasteczkiem, niemal nie różniącym się od wielu wsi. Jeszcze w początkach XIX stulecia było tu zaledwie kilka ulic (wszystkie niebrukowane), około stu drewnianych domów (w tym część niezamieszkana) i 500 mieszkańców. Ponadto czterdzieści stodół, osiem studni, młyn wodny, dwie oberże i rozlatujący się drewniany areszt.
stara karczma
Właściciele dóbr łódzkich, biskupi włocławscy, mniej przejmowali się poziomem życia mieszkańców niż ich moralnością. Jak wynika z zachowanych dokumentów, wójtowski wymiar sprawiedliwości nie zajmował się tak gorliwie awanturami pijackimi, krwawymi bójkami, ani nawet morderstwami, jak wykroczeniami przeciw obyczajności. Pozamałżeńskie przygody miłosne ścigano pilnie i karano z całą surowością. Duża ilość odnotowanych takich spraw nie musiała wcale wynikać ze szczególnego zdemoralizowania łodzian. Nic nam nie wiadomo, żeby było z tym gorzej niż w innych miasteczkach Rzeczypospolitej. To raczej efekt nadzwyczajnej uwagi, jaką przestrzeganiu szóstego przykazania przykładali dziedzice, tytułujący się „Jaśnie Wielmożnymi księżmi biskupami, Panami Miłościwymi miasta Łodzi”. Troszczyli się bardzo, aby ruja i porubstwo nie zakradły się do miasta. Przy okazji powiększali swój stan posiadania, bo kary były również finansowe.


Taki charakter miał pierwszy w Łodzi zachowany w dokumentach proces kryminalny. W roku 1780 o „obcowanie płciowe w alkierzu szynkowni” oskarżono Antoniego Gozdowskiego i Zofię Moczygębinę. Jak zapisano w protokole rozprawy, w początkach tegoż roku w izbie sesjonalnej urzędu burmistrzowskiego zebrał się sąd „wójtowski burmistrzowski radziecki”. Przy stole zasiadł burmistrz Aleksy Drewnowicz oraz „w prawie opisani”: Paweł Suwała, Franciszek Jeżewski, Piotr Kudliński, Walenty Zająckowicz i Grzegorz Wieczorek. A oprócz nich landwójt Kazimierz Kaziewicz i ławnicy wójtowscy Balcer Olejnik i Stanisław Pławski. 

łódź 18/19 wiekPrzed zgromadzonych doprowadzono skutego łańcuchami Antoniego Gozdowskiego. Oskarżony nie był przeciętnym mieszczaninem, ale krewnym „co najpierwszych z pośród obywatelstwa miejskiego familij”. Postawiono mu zarzut „występku czyli wszeteczności”. Gozdowski miał w stanie upojenia alkoholowego, współżyć w alkierzu szynkowni z Zofią, wdową po Piotrze Moczygębie. Częstował kobietę wódką, a gdy się wzbraniała, zwabił ją do alkierza i tam nakłonił do picia i rozpusty. Zapobiec cudzołóstwu usiłowała córka żydowskiego arendarza. Sprawozdawca sądowy barwnie opisał te chwalebne, ale nieudane próby ratowania wdowiej cnoty. „Że Moczygębina jest ruchliwa, więc żydówka zaniosła dziecko swoje na łóżko tam będące, którą stamtąd wypchnęli tylko sami zostali a tam występek nieprzystojny uczynili…” Nie pomogło także wezwanie innego świadka, wdowy Katarzyny, Niemki, ”która z komory wychodziła po drwa do stajni.” Obrończynie moralności, jak można sądzić, nie dały kochankom nacieszyć się sobą, więc postanowili oni dokończyć amory gdzie indziej. „Zmówiwszy się poszli do palarnej izby, a tam do komory, izbę pierwszą zamknąwszy że się arendarka dobyć nie mogła i po wodę, a była jej potrzebna …” Po tym nieobyczajnym uczynku wrócili do karczmy, gdzie kontynuowali biesiadę przy piwie zamówionym przez Antoniego.

Proces, jak można się domyślać, był wynikiem donosu złożonego przez Żydów dzierżawiących karczmę , w której doszło do wspomnianych wyżej ekscesów. Nie znamy ich nazwiska. Arendarz i jego córka, będący świadkami oskarżenia o cudzołożenie, dzięki tej sprawie stali się jednymi z pierwszych odnotowanych w dokumentach żydowskich mieszkańców Łodzi. Dlaczego donieśli do urzędu na swoich niesfornych klientów? Spowodowało to surowe religijne wychowanie czy raczej wyrachowanie? Może liczyli, że gorliwością w przestrzeganiu kanonów katolickich zasłużą sobie na lepsze traktowanie przez władze miasteczka? Dla dzierżawców karczmy musiało być to bardzo ważne. W końcu 18 wieku w Łodzi działały dwie karczmy. Dworska w północno-wschodniej części rynku oraz plebańska prawdopodobnie na placu Kościelnym. Wiele wskazuje na to, że wspomniany Żyd dzierżawił pierwszą z nich, gdyż arendarzami karczmy plebańskiej zwykle byli chrześcijanie.

Wobec oczywistych dowodów winy i jednoznacznych zeznań świadków, wyrok za „nieprzystojny uczynek w szynkowni” wydano surowy. Antoni Gozdowski musiał zapłacić czterdzieści grzywien, dwadzieścia urzędowi, dwadzieścia kościołowi. Jedna grzywna srebra była miała wówczas wartość 80 złotych. Kara była dotkliwa, zważywszy że za króla Stanisława Augusta, na przykład woźny zarabiał 2 złote polskie tygodniowo, za garniec gorzałki (3,77 litra) trzeba była zapłacić 6 złotych, za parę butów 3 złote i tyle samo kosztował funt cukru (pół kilograma). Kochliwa Moczygębina odpowiedziała za swój lubieżny uczynek tylko cieleśnie. Sąd wymierzył jej 90 rózg, według przykazu dworu („ad instantiam”), jak podano. Nie zasądzono natomiast zwyczajowej kary dodatkowej, złożenia przysięgi typu: „tak mnie Boże skarż y Liścia na drzewie, Piasku na ziemi, Gwiazd na niebie, Piasku w morzu, Kropel wody, Niech mnie to wszystko potłumi...“

niedziela, 8 marca 2015

Prasuje czule jego koszule

Pranie, sprzątanie, gotowanie i garów zmywanie... Takie ma być ponoć po wsze czasy życie "prawdziwej Żony i Matki". Bo tradycja jest najważniejsza... Tej rzekomo odwiecznej tradycji bronił dwutygodnik "Mocarstwowa Polska" w kwietniu 1930 roku sposobem rymowanym...



Dziś to mocno już przebrzmiałe wyobrażenie roli kobiety w rodzinie z największą pasją promują polscy biskupi i waleczne damy katolickiej prawicy. Aż dziw bierze, ile te polityczne rotwailerki wkładają wysiłku, by przekonać publikę, że ich miejsce jest przy osmolonych garach i na brudnych podłogach. Ileż marnują czasu na sprzeczną z ich poglądami działalność publiczną, miast z pokorą i radością wrócić do swego naturalnego środowiska.

Anonimowy poeta grafoman sprzed lat uzyskał też nieoczekiwane wsparcie ze strony pewnej współczesnej "pisarki" (dziś mówi się: "blogerki"):
I tak sobie myślę, że ja naprawdę lubię zmywać gary. Bo mąż mnie kocha... więcej
I tak sobie myślę, że pewnie mąż szczególnie namiętnie  kocha ją, gdy prasuje czule jego koszule...

sobota, 14 lutego 2015

Wspaniałe ruchy Twojej kiszki

Co do mnie, wszystek drżę, ale nie od zimna, lecz z wewnętrznej niespokojności. Cały mój umysł pomieszany, gorycz w mem sercu, i czuję gorączkę szarpiącą me wnętrzności.
Tadeusz Kościuszko w liście do ukochanej Tekli Żurowskiej nie zapomniał, że zakochani, tak jak i pozostali ludzie, posiadają wnętrzności. Nie wdawał się jednak w szczegóły, gdyż kiszki, trzewia czy bebechy, jeśli kochankom miały do czegoś służyć, to tylko do szarpania wskutek ekstremalnych przeżyć. Tylko serce zostało należycie docenione przez autorów wyznań i listów miłosnych. No, i czasem żołądek, bo do serca kochanka można było trafić i tą drogą. Co z trzustką, wątrobą czy jelitem grubym? Są zbyt mało ponętne, by wzbudzić gorące uczucia? Osiemdziesiąt lat temu łódzki felietonista postanowił przywrócić im należne miejsce, tyle że w odległej przyszłości... Dla nas rok 1980 to już historia, więc mamy okazję, by zweryfikować jego futurystyczne wizje... List miłosny z roku 1980 opublikował Głos Poranny 30 stycznia 1935 roku. A zatem, mamy tu rodzimy, nasz łódzki walentynkowy powrót do przyszłości...

* * *
W roku 1980 ludzie już dawno porzucili zachwycanie się wyłącznie zewnętrznym wyglądem, ponieważ mieli dość możliwości i środków oraz niezwykle dokładnych instrumentów, które pozwalały im na spojrzenie wgłąb, pod wprowadzającą w błąd skórę. Wobec tego list miłosny z roku 1980 miał mniej więcej następujące brzmienie:

„Wspaniała, jedyna Erno! Widziałem wczoraj twoje zdjęcie roentgenowskie i krzywą twego serca! Och, jakże radośnie mi było na duszy! Wzruszenie ogarnęło mnie, gdy dojrzałem urocze położenie Twych wnętrzności. Twoje oba wierzchołki płuc, czyste bez skazy! Żadnego śladu przyćmienia, żadnych pozostałości po przebytych ongiś bronchitach, żadnych zrostów z żebrami, jak u Twej przyjaciółki Olgi! Żadnego zwapnienia. A cóż dopiero powiedzieć o Twej wątrobie! Byłem zachwycony, gdym ją zobaczył! Jaka gładka i sprężysta, jak dzielnie i pilnie produkuje czerwone ciałka krwi. Twojej szlachetnej krwi, której zawartość cukru jest wprost wzorowa... Twój żołądek - ach! Swą skończoną siłą i pięknością zapowiada wiecznie wesołe usposobienie, jak również Twoja żółć, której mógłby pozazdrościć gołąb! Ręka w rękę z tą wspaniałą żółcią, droga moja przyjaciółko, przeżyję z Tobą wspaniałe życie, szczególnie jeśli uwzględnię wspaniałe ruchy Twej kiszki, które dopiero wczoraj oglądałem w filmie domowym.

Ale korona wszystkiego: krzywa Twego serca! Czyś o mnie myślała w chwili, kiedy nastąpiło to gwałtowne odchylenie linji, które tak zwraca uwagę wobec reszty absolutnie regularnej? Przy niniejszym przesyłam Ci moją krzywą serca, podczas której wymawiałem Twe imię. Spójrz na wielkie wybrzuszenie w prawem górnem polu...

Związkowi naszemu nic już nie stoi na przeszkodzie. Rodzice złożyli mi życzenia z powodu mego wyboru, proszą jedynie z czystej pedanterji o kilka uzupełnień bez znaczenia, jak: grupę krwi Twojej rodziny, długotrwałość życia Twoich przodków i ewentualnie linii bocznej, dalej czasy reakcji przy próbach asocjalnych i jeśli to możliwe tabelę twego sex-apealu, kiedy i przy jakich okazjach rumienisz się i jak to długo trwa, a wreszcie tabelę wszystkich rodzinnych raków od 1910 roku. O Twych muzykalnych uzdolnieniach wiem sam dość, podobnie jak o Twych turystycznych rekordach. Zaraz potem będziemy mogli się pobrać.

Weźmiemy wówczas jeszcze w pośpiechu kurację heliumową i uzupełnimy nasze hormony w kierunku małżeńskiej gatunkowości do pełnej dojrzałości rozpłodowej. Kocham Cię wedle formule 1017 tabeli, Libido III i spodziewam się miłości wzajemnej wedle formuły 2016 II. Przypuszczam, że badanie erotycznej kontrolnej stacji instytutu psychotechnicznego okaże się zbędne, ponieważ Twój ostatni pocałunek pali mi jeszcze wargi! Wybacz mi ten staromodny zwrot! Do szybkiego telewizyjnego zobaczenia. Twój Wiktor".

środa, 24 grudnia 2014

Wezmę teścia do przemysłu...



Polak, kawaler, lat 40. pragnie ożenić się córką właściciela dóbr, skromną, inteligentną panną lub wdówką nie starszą, jak 26-30 lat. Reflektant posiada 70 tys. mk w gotówce, ma zamiar za poradą i ewentualną dalszą pomocą od przyszłego teścia nabyć stosowny do wpłaty majątek ziemski z uregulowanemi hipotekami i możliwością prowadzenia jakiegoś przemysłu w zakres gospodarstwa wiejskiego wchodzącego. Łaskawe oferty uprasza się do Eksp. Dzien. Pozn. pod nr. 5997.

Taką, super ofertę matrymonialną opublikował Dziennik Poznański 16 lipca 1914 roku. Jakie znaczenie w przyszłym biznesie z teściem miały wiek i inteligencja kandydatki na żonę, chyba nie da się już ustalić...

czwartek, 9 stycznia 2014

Miłość, wino i cyjanek...

Noworoczny nastrój w jednym z łódzkich hoteli przed 100 laty zepsuło tragiczne wydarzenie: podwójne samobójstwo dwojga młodych ludzi.

We wtorek wieczorem, 30 grudnia 1913 roku do Łodzi przyjechała elegancka para. Młody mężczyzna zapisał się w księdze hotelowej jako Kazimierz Woyno, lat 20, zamieszkały w Warszawie. Jego piękną towarzyszką była 30-letnia Kazimiera Łazowska, córka urzędnika sądowego z Warszawy. Jak się później okazało, kobieta była mężatką. W środę 31 grudnia młoda para zwiedzała miasto i spacerowała dłuższy czas po ulicy Piotrkowskiej.

Wieczorem, po powrocie do hotelu młodzi zamówili do pokoju kolację z winem i likierami. Po pewnym czasie goście hotelowi zajmujący sąsiedni pokój usłyszeli jęki dochodzące zza ściany, które wkrótce ustały. Zaniepokojeni zaalarmowali obsługę hotelu. Kiedy otworzono drzwi, ujrzano scenę jak z finału taniego melodramatu. Na kanapie w śmiertelnym uścisku spoczywały zwłoki młodej pary. Ona ubrana w wykwintny kostium, on - we frak. Na stole stały kieliszki z winem. Obok nich znaleziono cyjanek potasu. Na stole leżało także kilka listów zaadresowanych do rodziny i zarządu hotelu.

Jeden z nich, do męża zmarłej Kazimiery, był bardzo krótki: "Inaczej obecnie postąpić nie mogłam"... W liście do zarządu hotelu znajdowało się 35 rubli z poleceniem rozdania służbie hotelowej, jako napiwków. Zmarły młodzieniec pozostawił list zaadresowany do brata, profesora seminarium duchownego. Po zawiadomieniu policji, która opieczętowała pokój, wysłano do rodziny telegramy z tragiczną informacją.

Źródło: Nowa Gazeta Łódzka 1914 nr 1 (2 stycznia)

niedziela, 27 października 2013

Książę Pepi i kobiety - część 1

W roku 2013 minęło 200 lat od śmierci oraz 250 lat od narodzin księcia Józefa Poniatowskiego. Sejm przyjął uchwałę upamiętniającą naczelnego wodza Księstwa Warszawskiego. "Służąc Ojczyźnie, stał się symbolem poświęcenia i wierności" - pokreślili posłowie. Tyle tylko, że z tą wiernością książęcą bywało różnie...
I wtedy dojrzał nadbiegających wprost ku niemu piechurów rosyjskich. Ostatkiem sił skoczył z koniem do Elstery i w jej nurcie został znów ranny kulą karabinową w lewą pierś na wylot. Nie miał już sił, by poderwać konia do skoku na brzeg przeciwny. Zsunął się z siodła i zniknął pod wodą.
Tak Karol Koźmiński opisywał w powieści biograficznej bohaterską śmierć księcia Poniatowskiego. Jednak zanim książę stał  się bohaterem narodowym, patronem ulic i placów, zanim stanął na pomnikach, był bohaterem salonów i ... alków. Kobiety odgrywały w jego życiu wielką rolę. Wielką, bo było ich zadziwiająco wiele. Jak udało mu się to, co dla większości mężczyzn jest nieosiągalne? Próbował na to pytanie odpowiedzieć 100 lat temu Wiktor Gomulicki w artykule "Książę Józef i kobiety" ["Złoty Róg" 5 stycznia 1913 r.]:

józef poniatowski
I do księcia Józefa  przyczepić można banalną etykietę: "wielbiciel kobiet". Ale to nie będzie ścisłe. Nie tyle książę był wielbicielem kobiet,  ile  kobiety wielbicielkami księcia.  Anegdotyczna historja Warszawy stwierdza, że był czas, gdy "wszystkie piękne damy szalały za księciem". Podobno bez pokrzywdzenia prawdy, można by dodać: i nie-piękne. Jaką drogą bratanek króla  Stanisława doszedł do  wyniku, dla ogółu mężczyzn tak bardzo ponętnego? Był-że kornym sługą rodu niewieściego, czy też jego tyranem? (...) Ktoś rozpatrujący te sprawy przez  bardzo ostrą soczewkę krytyczną powiedziałby, że książę w stosunku do kobiet ujawniał niezmiernie grzeczne, wymyślnie powabne i niesłychanie wytworne lekceważenie.

Cytowany już K. Koźmiński relacjonował sytuację księcia świeżo przybyłego do Polski  w 1789 roku następująco:
Cała Warszawa, a przede wszystkim piękniejsza jej połowa, oglądała się za księciem. W Wiedniu był jednym z najelegantszych kawalerów, tu w Warszawie był pierwszym. Królewicz z bajki w oczach kobiet, dyktator mody dla mężczyzn. Nic dziwnego, że czerpiąc bez ograniczenia ze szczodrej szkatuły królewskiej, przy wrodzonej lekkomyślności i krwistym temperamencie - szalał.
Warto dodać, że owa szczodra szkatuła była wówczas w rękach stryja naszego bohatera czyli króla Stanisława Poniatowskiego, a jej zasoby wcale nie były nieprzepastne. Ciągle przecież brakowało pieniędzy na wyekwipowanie wojska, a ogromne długi króla spłaciła dopiero caryca po III rozbiorze.

młody józef poniatowski
Tymczasem Warszawa bawiła się w najlepsze. W końcu XVIII stulecia stolica upadającej Rzeczypospolitej nazywana była Paryżem Północy. I nie wynikało to porównanie bynajmniej z nadzwyczajnego rozwoju sztuk i nauk, ale liczby balów i swobody obyczajowej. Książę Poniatowski czuł się tu świetnie. Mimo ciągłych problemów z wierzycielami, jego rezydencja - podarowany przez stryja pałac "Pod Blachą" - stała się centrum warszawskich rozrywek i życia towarzyskiego. "Blacha się bawi" - mówiono w mieście.

Kobiety same lgnęły do księcia Poniatowskiego, nie musiał specjalnie zabiegać o ich względy. Za­in­te­re­so­wa­nie płci pięk­nej zapewniały mu nie tylko tytuł książęcy i pozy­cja kró­lew­skie­go bra­tan­ka. Był przystojnym męż­czy­zną, harmonijnie zbudowanym, choć niewysokim, zawsze elegancko ubranym.
Książę Józef jest jedną z najdoskonalszych męskich postaci, jakie widzieć można. Stopa jego, noga cała pełna najpiękniejszego rysunku; odzież przyobleka ją całą jak ulana, leżąc bez najmniejszego fałdka. Kurtka okrywa równie pięknie jego pierś i ramiona pełne i opina wytworne kształty. Rysy twarzy mają wiele wyrazu męskiego, para czarnych wielkich oczu je ożywia

- opisywał wygląd księcia Friedrich Schultz niemiecki literat z Inflant i dodawał:

On był jednym z pierwszych, który lekki, otwarty, wysoko zawieszony powóz (w Niemczech zwany whisky, a w Polsce kabrioletem) w Warszawie w modę wprowadził. Z początku zaprzęgał do niego cztery konie, niebawem osiem, w poręcz jedne za drugimi, powożąc z siedzenia stojący, co wyglądało bardzo malowniczo i widzom przywodziło na myśl starożytnych w cyrkach woźniców. Konie miał zawsze najpiękniejsze, pełne ognia, rosłe...
Z upływem lat bujna czupryna księcia przerzedzała się. Postępujące łysienie ukrywał za pomocą pół­pe­ru­ki zwanej tupecikiem. Później nosił już całą perukę i sztuczne bokobrody. Kiedy w 1813 wyłowiono z Elstery zwłoki księcia z łysą głową był pewien problem z identyfikacją ciała. Rozpoznano go po szlifach i miniaturach odznaczeń przypiętych do munduru.

Dla księcia Józefa w miłości nie liczyły się tytuły, majątki, ani inne korzyści, jakie mógł zyskać na romansach z damami wysoko urodzonymi. Nie dał się namówić na małżeństwo z rozsądku. Choć swatano go z siostrami Czartoryskimi, Rzewuską, Zamoyską, zawsze udawało mu się od ślubu jakoś wykręcić. Inaczej było z niedoszłym związkiem z księżniczką saksońską Marią Augustą. Ta prawnuczka króla Augusta III Wettina przez prababki skoligacona była z Piastami, Jagiellonami i Wazami, a jedna z jej prababek była córką Jana III Sobieskiego.

maria augusta wettyn

Pomysł wydania niezbyt urodziwej saskiej królewny za bratanka ostatniego króla polskiego był efektem zapisu w Konstytucji 3 Maja. Stwierdzano tam wyraźnie, że: "Dynastia przyszłych królów polskich zacznie się na osobie Fryderyka Augusta, dzisiejszego Elektora Saskiego... Gdyby zaś dzisiejszy Elektor Saski nie miał potomstwa płci męskiej, tedy mąż, przez Elektora, za zgodą Stanów Zgromadzonych, Córce Jego dobrany, zaczynać ma linię następstwa płci męskiej do tronu polskiego". Kiedy powstało Księstwo Warszawskie, Napoleon I, chcąc być w zgodzie z prawem, oddał tron Fryderykowi Augustowi. Faktycznie nie miał on syna, ale tylko jedną córkę. Maria Augusta Wettin została uznana za sukcesorkę polskiego tronu. Potrzebowała tylko odpowiedniego męża. Kandydat - książę Józef - wydawał się wprost idealny.

Na przełomie 1809 i 1810 roku odbyły się zaręczyny dwudziestosiedmioletniej infantki z czterdziestosiedmioletnim Poniatowskim. Wtedy jednak okazało się, że "Pepi" został po raz drugi ojcem nieślubnego dziecka. Piękna Zofia Czosnowska z Potockich urodziła mu syna. Zaręczyny zostały zerwane przez Fryderyka Augusta, który od dawna z trudem tolerował swobodne obyczaje księcia. Mówiło się wtedy, że "pełna nauki i rozumu", chociaż "dość czerwona i otyła" Maria Augusta pokochała księcia i była skłonna wybaczyć mu wszelkie wybryki. Niestety, ponoć po drugiej stronie nie było aż takiego zaangażowania. Książę nie rozumu i wiedzy szukał przecież u kobiet... Maria Augusta nigdy nie wyszła za mąż i nie została królową. Zmarła jako bezdzietna panna w Dreźnie w 1863 roku.

Ciąg dalszy wspomnień o kobietach księcia Poniatowskiego już wkrótce...

sobota, 28 września 2013

Tylko nie za włosy, kochanie!

Bywa, że amant zachwycony pięknością fryzury swej wybranki nie może się oprzeć...  Ale, na Amora, panowie, więcej delikatności! Przecież jest tyle innych miejsc...




Źródło: Kalendarz Humorystyczny "Łodzianka" rok 1910.

czwartek, 31 stycznia 2013

Gdy się trojgu zachce na raz…

Nie hetero, nie homo, nie partnerskie, nie radzieckie, nie zdradzieckie, ale... potajemne. Związki potajemne są największym zagrożeniem dla Narodu i Ojczyzny. A nawet nie one same, ale ich ujawnianie. Korzystając więc z wolności słowa i prawa do oceny stanowczo sprzeciwiamy się ujawnianiu wszelkich takich związków. Takich, jak te w rodzinie pana Kazimierza.

- Tylko nic nie mów pani o tem, że z tobą figluję. Czemu się śmiejesz?
- A bo proszę łaski pana, myślę sobie jaka to z pana i naszej pani dobrana para, gdyż pani zawsze o to samo mnie prosi, gdy pan Kazimierz odchodzi...

*   *   *

W relacjach krypto, jak dowodzą naukowe, habilitowane autorytety, nie ma żadnego pożycia. Jest co najwyżej jałowe użycie drugiego człowieka, traktowanego jak przedmiot. To wyłącznie wygodne i łatwe praktykowanie egoistycznych pragnień. Na koszt społeczeństwa, ale nie w interesie społecznym. W interesie (za przeproszeniem) społecznym jest zachować milczenie. Zwłaszcza, gdy pojawia się taki ambaras, że się zachce trojgu na raz...

Nie, nie, jeszcze raz nie: społeczeństwo nie może ujawniać tajemnic tego słodkiego, miłego życia w nietrwałych, jałowych związkach osób, z których nie ma żadnego pożytku. Powinnością wszystkich homofobów i ciemnogrodzian, a nawet więcej – wszystkich przyzwoitych ludzi, jest bronić nas przed ujawnianiem takich związków. Spuśćmy zatem zasłonę milczenia na krótkie sam na sam pana Kazimierza i służącej, dajmy na to, Marysi. Ciii, pani się zbliża...

W głowach z betonu nie ma wolnej miłości, są stosunki małżeńskie, albo akty nierządne, Torquemada od dawna tu gości...

Źródło: "Łodzianka Kalendarz Humorystyczny" na rok 1903.

wtorek, 1 stycznia 2013

Straszny uwodziciel

Dawno, dawno temu na ławeczce w łódzkim parku Mikołajewskim (obecnie Sienkiewicza) - Kalendarz Humorystyczny "Łodzianka" rok 1903.