Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne takie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne takie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 listopada 2016

Podporą jest i brzaskiem, nie wrzaskiem

Czy większym patriotą jest ten, kto głośniej krzyczy, czy ten, kto pracuje dla dobra kraju i narodu? Poeta, którego wyrzucano z pruskich szkół, który pół roku spędził w więzieniu za manifestowanie polskości i opór przeciwko wynaradawianiu, jasno to sprecyzował... Jan Kasprowicz (12 grudnia 1860 - 1 sierpnia 1926)...

jan kasprowicz portret
Rzadko na moich wargach \ Niech dziś to warga ma wyzna \ Jawi się krwią przepojony \ Najdroższy wyraz: Ojczyzna.

Widziałem, jak się na rynkach \ Gromadzą kupczykowie \ Licytujący się wzajem \ Kto Ją najgłośniej wypowie.

Widziałem, jak między ludźmi \ Ten się urządza najtaniej \ Jak poklask zdobywa i rentę \ Kto krzyczy, iż żyje dla Niej.

Widziałem, jak do Jej kolan \ Wstręt dotąd serce me czuje \ Z pokłonem się cisną i radą \ Najpospolitsi szuje.

Widziałem rozliczne tłumy \ Z pustą, leniwą duszą \ Jak dźwiękiem orkiestry świątecznej \ Resztki sumienia głuszą.

Sztandary i proporczyki \ Przemowy i procesyje \ Oto jest treść Majestatu \ Który w niewielu żyje.

Więc się nie dziwcie - ktoś może \ Choć milczkiem słuszność mi przyzna \ Że na mych wargach tak rzadko \ Jawi się wyraz: Ojczyzna.

Lecz brat mój najbliższy i siostra \ W tak czarnych żałobach ninie \ Ci widzą, że chowam tę świętość \ W najgłębszej serca głębinie.

Ta siostra najbliższa i brat ten \ Wybrani spomiędzy rzeszy \ Ci znają drogi, którymi \ Moja Wybrana spieszy.

Krwawnikiem zarosłe ich brzegi \ Łopianem i podbiałami: \ Śpieszę z Nią razem, topole \ Ślą swe westchnienia za nami.

Przystajem na cichych mogiłach \ Słuchamy, azali z ich wnętrza \ Taki się głos nie odezwie \ Jakaś nadzieja najświętsza.

Zboża się złocą dojrzało \ A tam już widzimy żniwiarzy \ Ta dłoń swą na czoło mi kładzie \ I razem o sprzętach marzy.

A potem, podniósłszy głowę \ Do dalszej wstając podróży \ Woła: "Miej radość w duszy \ Bo tylko radość nie nuży.

Podporą ci będzie i brzaskiem \ Ta ziemia tak bujna, tak żyzna \ Nią ci Ja jestem na zawsze \ Twa ukochana Ojczyzna".

Jakiś złośliwy złoczyńca \ Pszeniczne podpala stogi \ U bram się wije niebieskich \ W rozpaczy człowiek ubogi.

Jakaś mordercza zaraza \ Z głodem zawiera przymierze \ Na przepełnionych cmentarzach \ Krzyże się wznoszą świeże.

Jakoweś głuche tętenty \ Wskroś przeszywają powietrze \ Kłębią się gęste chmurzyska \ Czyjaż to ręka je zetrze?

jacek malczewski ojczyznaJakaś olbrzymia rzeka \ Wezbrała krwią i rozlewa \ W krąg purpurowe swe nurty \ Zabiera domy i drzewa.

Jakoweś idą pomruki \ Drży niepoznana puszcza \ Dęby się groźne ozwały \ Cóż to za moc je poduszcza?

A nad tą dolą - niedolą \ Poranna nieci się zorza \ Na pieśń mą, Ojczyzny pełną \ Spływa promienność jej Boża.

W mej pieśni, bogatej czy biednej \ Przyzna mi ktoś lub nie przyzna \ Żyje, tak rzadka na wargach \ Moja najdroższa Ojczyzna.



wtorek, 10 maja 2016

Miałaś Zdunio Złoty Róg

Sto lat istnienia liczy już Zduńska Wola. Za miesiąc będzie się ona nazywać Złotym Rogiem - poinformował 9 maja 1925 roku dziennik "Głos Polski".

Pospolita Zduńska Wola przekształca się w arystokratyczny Złoty Róg - wtórowała mu "Republika"
Zdaniem łódzkiej prasy przemianowanie miasta miało być kulminacyjnym punktem obchodów stulecia powstania Zduńskiej Woli. "Głos Polski" przekonywał, że dokona tego sam prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski.

Założenie miasta Zduńskiej Woli było możliwe dzięki dekretowi cara Aleksandra I z 15 maja 1825 roku. Uroczystości setnej rocznicy zaplanowano na 31 maja i 1 czerwca. W planie pierwszego dnia obchodów znalazła się msza celebrowana przez biskupa Tymienieckiego, uroczyste otwarcie gimnazjum państwowego oraz położenie kamienia węgielnego pod gmach szkoły powszechnej. 1 czerwca miało odbyć się święto przysposobienia wojskowego, z udziałem pułków i garnizonów wojskowych z powiatu łaskiego i sieradzkiego oraz wystawa przemysłowo-handlowa. Po uroczystościach przewidziano zabawy ludowe urządzone przez zduńskowolski magistrat. Wszystko odbyło się zgodnie z planem. Nawet prezydent Wojciechowski dopisał. Tylko sensacyjna wiadomość o zmianie nazwy miasta okazała się dziennikarską kaczką, powielaną bezkrytycznie przez media. Już 11 maja "Republika" zamieściła w dziale "Skrzynka do listów" pismo burmistrza Zduńskiej Woli - Tadeusza Szaniawskiego dementujące prasową plotkę.
Wiadomość ta jest niezgodna z prawdą. Magistrat i mieszkańcy miasta dowiedzieli się o tym projekcie dopiero z prasy - wyjaśnił burmistrz.

Kto wypuścił tę kaczkę-oszustkę nie wiemy do dziś... "Głos Polski" próbował zrehabilitować się sprytną woltą:
Złotym rogiem, jakim uczci Zduńska Wola swój jubileusz będzie wielki gmach szkolny...
31 maja 1925 roku rozpoczęło się wyjątkowe wydarzenie w dziejach Zduńskiej Woli. Na dworzec kolejowy przyjechał prezydent Rzeczypospolitej, wojewoda Ludwik Darowski, kurator okręgu łódzkiego dr Jarosz, prezes izby skarbowej Towarnicki, generał dywizji Jung oraz biskup Tymieniecki. A tu konsternacja, na peronie pustki. Nikt z władz miasta nie pojawił się, aby ich powitać...

sobota, 9 kwietnia 2016

Skarb głupiego Władzia

Żebrak podarował szewcowi z Błaszek 68 tysięcy złotych.

Chyba wszyscy mieszkańcy Błaszek i okolic znali z widzenia "Głupiego Władzia". Nikt jednak nie znał jego nazwiska i przeszłości. Władzio mieszkał w lesie pod Błaszkami we własnoręcznie skonstruowanym szałasie. Ale większość czasu spędzał na włóczeniu się i żebraninie. Co roku kilka razy obchodził wsie i miasteczka województwa łódzkiego i poznańskiego. Zbierał datki na każdym jarmarku i odpuście.
magistrat błaszki 1931-1936
Błaszki - magistrat 1931-1936. Źródło: fotopolska.eu
We wrześniu 1931 roku "Głupi Władzio" zjawił się w zagrodzie szewca Stanisława Fijałkowskiego w Błaszkach. Poczęstowano go resztkami skromnej kolacji. Po posiłku gość zasłabł, a po 2 dniach, mimo pomocy lekarza, zmarł.

Przed śmiercią Władzio poprosił Fijałkowskiego o rozmowę i opowiedział mu o swojej przeszłości. Naprawdę nazywał się Władysław Dębowski i przed wojną mieszkał w Łodzi przy Piotrkowskiej 243, gdzie prowadził tkalnię ręczną. Jego żona Helena prowadziła handel tymi wyrobami. Po jej śmierci, w roku 1914 zlikwidował interes i zajął się spekulacjami, które poszły mu fatalnie. Stracił cały dobytek, więc zaczął żebrać. Żył bardzo oszczędnie, prawie każdy zdobyty grosz odkładał, aby rozkręcić nowy biznes. Oszczędności wpłacał do PKO. Nowy sposób na życie doprowadził do lekkiego zaburzenia umysłowego, manii ciułania. Bywało, że przymierał głodem, ale nie zaprzestał oszczędzania i nie wydawał pieniędzy.

"Głupi Władzio" zebrał przez lata na koncie 68 tysięcy złotych. Cały ten kapitał przekazał przed śmiercią jedenastce dzieci Fijałkowskiego do podziału. Zażyczył sobie tylko uroczystego pogrzebu. Wzbogacony nieoczekiwanie błaszkowski szewc kupił dzieciom duże gospodarstwo w okolicy.

Na podstawie: Głos Poranny 6.09.1931

wtorek, 2 lutego 2016

Bombowe zabawy w związku z…(2)

We wtorek rano, 13 grudnia 1932 roku wstrząsnęła Łodzią wiadomość o zamachu przed gmachem urzędu wojewódzkiego. U zbiegu ulic Ogrodowej i Zachodniej, pod pałacem Poznańskiego, w którym mieściły się wówczas władze województwa, eksplodowała puszka z materiałem wybuchowym. Śmierć poniosła jedna osoba.

Pierwsze przesłuchania naocznych świadków oraz aresztowanych podejrzanych nie wniosły nic ważnego do śledztwa. Dochodzenie nabrało tempa, gdy śledczy ruszyli tropem kolporterów ulotek, wzywających do gwałtownych wystąpień w obronie zapomóg finansowych dla robotników sezonowych. W kręgu podejrzeń znaleźli się kierownicy kilku związków zawodowych.



Ustalono, że w dniu zamachu, wieczorem, w lokalu kartelu Zjednoczenia Zawodowego Polskiego (ZZP) doszło do bójki i strzelaniny. Dopiero interwencja policji ostudziła krewkich związkowców. W efekcie kilka osób aresztowano, a lokal opieczętowano. Postanowiono przyjrzeć się bliżej działalności związkowców. Śledczy skupili uwagę na dwóch najbardziej "aktywnych" działaczach: byłym prezesie związku NPR-Prawica – Romanie Kuchciaku i jego sekretarzu – Janie Rzetelskim.

Kuchciak zeznał, że przyczyną awantury w lokalu związkowym była sprzeczka z powodu podziału funduszy, zebranych i nie wykorzystanych na obronę sądową jednego z członków kartelu - Rybarczyka. Obecny prezes - Tomesz, uważał, że wobec rezygnacji Rybarczyka z obrońcy, pieniądze należy przekazać żonie skazanego. Kuchciak, Rzetelski i ich zwolennicy opowiedzieli się natomiast za podziałem pieniędzy pomiędzy członków zarządu. Po przesłuchaniu Kuchciaka zwolniono z aresztu.

Jednak kolejne zeznania i poszlaki utwierdziły śledczych w przekonaniu, że kartel, który nieraz wywoływał wśród robotników wrzenie oraz podburzał ich do wystąpień, może być zamieszany w zamach. Możliwe, że to właśnie on wydał odezwy oraz przygotował bomby. Dokonano rewizji w mieszkaniach przywódców związku. U Kuchciaka, w domu przy ulicy Odyńca 5, znaleziono odezwy nawołujące do wystąpień 13 grudnia. Materiały skonfiskowano, a Kuchciaka oraz Rzetelskiego ponownie aresztowano.


Roman Kuchciak początkowo miotał się w zeznaniach i zaprzeczał jakoby miał coś wspólnego z zamachem. Próbował dorobić sobie alibi, powołując się na kilku świadków z innych związków zawodowych. Dopiero kiedy nie potwierdzili jego zeznań, przyznał się do zorganizowania zamachu. Podał szczegóły akcji i nazwiska wspólników. Natychmiast aresztowano cały zarząd związku, w sumie 19 osób. Podczas przesłuchań wyszło na jaw, że w trakcie wieczornej awantury Kuchciak domagał się, aby wszystkie pieniądze oddano jemu, gdyż „z narażeniem życia podłożył bomby pod województwo i magistrat”.

Szybko udało się odtworzyć przebieg zdarzeń. Ustalono, że całą akcją kierował Kuchciak. 13 grudnia przygotował dwie bomby i jedną z nich wręczył Rzetelskiemu i Wiśniewskiemu, którzy otrzymali zadanie dokonania zamachu na urząd wojewódzki. Zamachowcy udali się na posesję przy ulicy Ogrodowej 71. Wiśniewski odbezpieczył zapalnik i przerzucił bombę przez mur w kierunku gmachu urzędu. W tym samym czasie dwaj zamachowcy, Klimczak i Renosik- czekali przy zbiegu ulic Piotrkowskiej i Zielonej. Po chwili podszedł do nich Wiśniewski, który wrócił spod urzędu wojewódzkiego i wręczył im drugą bombę. Renosik poszedł z nią na plac Wolności, do magistratu. Odbezpieczoną bombę podłożył w przedsionku urzędu. Na szczęście nie wybuchła, w porę została zauważona i usunięta. Obie bomby były wykonane z puszek po konserwach i posiadały zapalniki czasowe. Miały wybuchnąć kilka minut po odbezpieczeniu.

Dalsze przesłuchania zamachowców przyniosły kolejne rewelacje. Okazało się, że banda Kuchciaka miała na sumieniu więcej przestępstw. 17 czerwca 1931 roku dokonała doskonale zorganizowanego napadu na kasjera „Karolewskiej Manufaktury”. Łupem związkowych bandytów padło 27 tysięcy złotych przeznaczonych na wypłaty dla robotników. Policja znalazła pieniądze podczas kolejnej rewizji w lokalu związku, schowane za piecem. Banda planowała też następne napady: na Bank Polski, kolekturę loterii państwowej oraz Bank Spółdzielczy przy ulicy Ogrodowej.

Główny organizator tych przestępczych akcji, 32-letni Roman Kuchciak był dobrze znanym działaczem związkowym. Wskutek wielu kontrowersyjnych działań jego nazwisko ciągle pojawiało się na łamach łódzkiej prasy. Był typem karierowicza o marnych zdolnościach i wykształceniu, ale niezwykle wysokich aspiracjach. Popularność wśród robotników zyskał dzięki sprytnemu uprawianiu demagogii. W pewnych kręgach pracowniczych wyrobił sobie opinię jedynego sprawiedliwego, który odkrył tajemnicę zła i jedynego, który potrafi walczyć o lepsze jutro mas. Kuchciak prowadził politykę negacji wszystkiego. Ze wszystkiego był niezadowolony, ze wszystkim walczył, a jednocześnie potrafił czerpać inspiracje od Hitlera i od komunistów. Jego intrygi w politycznym środowisku powodowały rozłamy i egzotyczne sojusze. Wreszcie udało mu się zostać prezesem kartelu ZZP. Po paru latach dyktatorskich rządów, jego pozycja osłabiła się. Przyjaciele i sojusznicy zaczęli się od niego odsuwać. Pozbawiono go prezesury, ale nadal posiadał wpływ na kartel. Przestępcza działalność miała go wzmocnić, lecz przyniosła mu totalny upadek. Chorobliwie ambitny Kuchciak nawet w więzieniu troszczył się o swój image i dopytywał czy gazety o nim piszą i czy na pewno dały jego fotografię…
- Ja panu mówię, że nie będę wisiał. Odegram jeszcze w Polsce wielką rolę – przekonywał przed procesem swojego ulubionego policjanta, inspektora Noska.
Sprawcy zamachu i napadu w liczbie 8 osób, stanęli przed sądem okręgowym w Łodzi 30 stycznia 1933 roku. Podczas trwającej dwa dni rozprawy sąd udowodnił winę wszystkim oskarżonym uznając, iż pod przykrywką działalności politycznej zajmowali się rabunkiem oraz bandytyzmem. Główny oskarżony – Kuchciak, nie zgodził się z zarzutami. Utrzymywał, że jego akcje nie zagrażały bezpieczeństwu publicznemu. Nie przyznał się do inicjowania i kierowania nimi. Tłumaczył, że wykonał petardy, a nie bomby, które nie mogły nikogo zabić.
- To była czysta działalność polityczna. A działalność polityczna musi być głośna i wyraźna – wyjaśniał oskarżony Kuchciak.
Jako kierującego bandą, skazano go za napad i zamach bombowy łącznie na 15 lat ciężkiego więzienia. Janowi Rzetelskiemu zasądzono 12 lat, a Stanisławowi Klimczakowi - 11. Feliksa Wiśniewskiego za podrzucenie bomby ukarano sześcioma latami pozbawienia wolności. Z grona „bombiarzy” sąd najłagodniej potraktował Bolesława Renosika skazując go na dwa i pół roku więzienia. Za napad na kasjera „Karolewskiej Manufaktury” Stanisławowi Śmigielskiemu i Antoniemu Rybakowi wymierzono po 6 lat, a Józefowi Grodzickiemu – 8 lat więzienia. W maju 1933 roku w wyniku apelacji sąd zmniejszył wymiary kar, przeciętnie o połowę.


Roman Kuchciak nie zrealizował swoich ambitnych planów politycznych. Zginął podczas niemieckiej okupacji. Prawdopodobnie rozstrzelany w podwarszawskiej Magdalence.

wtorek, 8 grudnia 2015

Zdmuchnięty przez pomyleńca

"Wciąż wierzę w miłość, w pokój, w pozytywne myślenie" - powiedział kilka godzin przed śmiercią.

Wieczorem 8 grudnia 1980 roku w Nowym Jorku zamordowano Johna Lennona. Słynny muzyk został zaatakowany przed swoim domem na nowojorskim Manhattanie. Zamachowiec oddał pięć strzałów, z których cztery trafiły do celu. Przewieziony do szpitala John zmarł z wykrwawienia tuż po godzinie 23. Zabójca, fan Lennona, 25-letni Mark Chapman, czekając spokojnie na przyjazd policji czytał swoją ulubioną książkę "Buszujący w zbożu"...

john lennon

Na wiadomość o śmierci muzyka, pod jego rezydencją zebrały się tłumy. Fani Beatlesów i Lennona palili świeczki i śpiewali piosenki swoich idoli. Zszokowani i pogrążeni w smutku zastanawiali się kto i dlaczego popełnił tę straszną zbrodnię. Nie wiedzieli wtedy jeszcze, że kilka godzin wcześniej morderca-szaleniec poprosił Lennona o autograf na świeżo wydanej płycie "Double Fantasy" i zadowolony uścisnął mu dłoń.

24 sierpnia 1981 roku sąd skazał Marka Chapmana na dożywocie, z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie po 20 latach. Od 2000 roku regularnie co dwa lata zabójca Lennona występuje o zwolnienie z więzienia. Sąd konsekwentnie odmawia, zawsze tak samo uzasadniając decyzję: "zwolnienie byłoby niesprawiedliwe i sprzeczne z oczekiwaniami społeczeństwa".
Wiele lat przed tragiczną śmiercią na pytanie dziennikarza, jak wyobraża sobie własną śmierć, Lennon odpowiedział: "Pewnie zostanę zdmuchnięty przez jakiegoś pomyleńca". Uznano to za dobry żart...

Więcej o zabójcy Lennona

sobota, 31 października 2015

Ta cholerna mgła

Zmarli na nią, między innymi: wielki książę Konstanty, carski marszałek Dybicz, słynny pruski teoretyk wojny von Clausewitz oraz filozof Hegel. Prawdopodobnie na cholerę umarł też nasz wieszcz Adam Mickiewicz.

Do zakażenia cholerą dochodzi najczęściej wskutek spożycia wody skażonej bakterią przecinkowca cholery (Vibrio cholerae). Rzadziej przez skażoną żywność lub przez przedmioty należące do chorego. Bakteria po dostaniu się do przewodu pokarmowego zaczyna wytwarzać enzymy atakujące nabłonek jelita. Efektem jest silna biegunka oraz wymioty prowadzące do szybkiego odwodnienia i wyniszczenia organizmu. Znaczny ubytek wody powoduje zmarszczenie skóry, stłumienie głosu, zapadnięcie oczu oraz wyostrzenie rysów twarzy. Nie leczona cholera powoduje śmierć u ponad połowy chorych w ciągu kilku dni od wystąpienia pierwszych objawów.


Współczesna medycyna skutecznie radzi sobie z tą chorobą. Terapia polega na nawodnieniu organizmu chorego oraz zwalczaniu bakterii antybiotykami. Jednak w czasach, kiedy powstawały pierwsze ogniska cholery nic wiedziano o jej przyczynach, ani leczeniu. Dziś wiemy na przykład, że bakteria wywołująca cholerę jest bardzo wrażliwa na kwas żołądkowy. Małe ilości bakterii cholery zabija on bez trudu. Nie daje jednak rady, gdy wniknie do niego ich zbyt duża ilość i gdy organizm jest osłabiony. Niski poziom higieny, złe warunki mieszkaniowe oraz brak opieki medycznej sprzyjały rozpowszechnianiu się tej choroby.


Pierwsza epidemia cholery wybuchła w 1817 roku w Kalkucie. Z tego handlowego miasta w Indiach kupcy i żeglarze roznieśli ją po całym świecie. W roku 1830 roku cholera dotarła do Rosji, skąd wojska rosyjskie wkraczające do walki z powstańcami listopadowymi przywlekły ją do Polski. Przez kilka miesięcy dziesiątkowała oddziały rosyjskie, nie oszczędziła nawet ich naczelnego wodza, feldmarszałka Iwana Dybicza oraz wielkiego księcia Konstantego Romanowa. Przyniosła oczywiście również ogromne  straty wśród ludności polskiej, szacuje się, że co cholerą zaraził się wtedy co trzydziesty Polak. Ta największa w dziejach Europy epidemia cholery wygasła dopiero w roku 1838.


Następna fala zachorowań wróciła na ziemie polskie w 1851 roku, przyszła prawdopodobnie z Prus. Pierwsze objawy epidemii odnotowano w powiecie sieradzkim we wrześniu. Potem cholera rozszerzyła się na sąsiednie powiaty i w końcu grudnia wydawało się, że wygasła. Jednak już miesiąc później, w styczniu 1852 roku znów pojawiła się w okolicach Sieradza, skąd rozeszła się na całe Królestwo Polskie.


W tym samym roku fala epidemii cholery przeszła również przez okolice Wielunia. Trafiła tam prawdopodobnie z pobliskiej  Praszki, w której wystąpiła wcześniej. Epidemia zdziesiątkowała ludność Wielunia i podwieluńskich wsi. Przy drodze z Wielunia do Bolesławca, w miejscowości Krzyworzeka znajduje się dobrze zachowany cmentarz choleryczny, założony w 1852 roku. Miejsce, w którym spoczywa około 100 mieszkańców wsi, zostało odnowione w 2006 roku. Na skraju cmentarza stanęła niezwykła tablica z napisem o oryginalnym retro wzornictwie i niekonwencjonalnej ortografii. Aż trudno uwierzyć, iż powstała Roku Pańskiego 2006.


W 2014 roku z okazji 750 - lecia powstania wsi i parafii, na cmentarzu odsłonięto głaz z pamiątkową tablicą oraz nową tablicę przypominającą zmarłych w sierpniu i wrześniu 1852 roku 96 mieszkańców Krzyworzeki oraz dzieje cmentarza. Elegancka tablica informuje, że "epidemia, jaka przetoczyła się przez Polskę latem tamtego, 1852 r., wędrowała z południa (za sprawą przemarszu wojsk na tzw. wojnę krymską)." Jak wiadomo z innych źródeł, pomór na ziemi wieluńskiej nie mógł mieć nic wspólnego z wojną krymską, która zaczęła się rok później. Dopiero kolejna epidemia w 1855 mogła być spowodowana przez żołnierzy biorących udział w walkach na południu Europy. Warto przypomnieć, że najprawdopodobniej to cholera szalejąca w Turcji była przyczyną śmierci naszego wieszcza narodowego, Adama Mickiewicza w listopadzie 1855 roku.


Tablica na pamiątkowym kamieniu w Krzyworzece głosi:
CÓŻ ZNACZĄ WOBEC WIECZNOŚCI:
FORTUNA, POTĘGA, SŁAWA I TY WIELKA CHWAŁO?
W powyższych słowach zawarte zostało,
iż wszystko to marność,
smutny nasz los, wszystkim nam zgotowana dola.
I co po nas zostanie?
Pustka, niepamięć i tylko błędna mgła
wstająca rankiem wśród zimnego pola.
Pomników marmury pokruszy czas
i naszych zasług przygasi blask.
W hołdzie na pamiątkę po wsze czasy dla nas i następnych pokoleń, cichym bohaterom najwyższej kategorii, najwierniejszym córom i synom matki ziemi żywicielki, bezkrwawym rycerzom poległym w nierównej walce z okrutnym i straszliwym wrogiem całej ludzkości, epidemią cholery wieku XIX-ego.
Pokój ich duszom. Cześć ich pamięci!


Tylko niepamięć i błędna mgła wśród zimnego pola? Chyba jednak zostało coś więcej...

niedziela, 1 lutego 2015

Rozpustne dziewki z Jakubic

Kiej ostatki, to ostatki, cieszcie się dziouchy i matki, kiej ostatki to ostatki, niech tańcują wszystkie babki, kiej ostatki, to ostatki, niech się trzęsą babskie zadki.
Tak śpiewano dawnymi czasy w karczmach podczas karnawałowych zabaw.  Więc, trzęsły się babskie zadki, oj trzęsły.... Obecne bale i imprezy karnawałowe to już nie to samo, co tamte hulanki i swawole.

karnawał staropolski

Karnawał pojawił się w Polsce za czasów sarmackich. Nazywany był również zapustami i trwał od Trzech Króli do Wielkiego Postu. Szczególnie popularne były kuligi oraz maskarady czyli zabawy w maskach. Kulig był oczywiście rozrywką zarezerwowaną dla szlachty i magnaterii. Mieszczanie i chłopi organizowali inne zapustowe imprezy. W miastach przyjęły się zabawy pod gołym niebem i barwne pochody w maskach. Na wzór włoski organizowano tzw. reduty, czyli bale z płatnym wstępem. Na wsiach spotykano się w karczmach, gdzie biesiadowano i tańczono do rana. Karnawałową tradycją stały się pochody przebierańców, którzy przebrani za turonia i inne zwierzęta, wędrowali od domu do domu i zbierali podarunki. Było hucznie i wesoło. Księża często gromili te szaleństwa, uważając że taka przesada służy diabłu. Szczególnie naruszenie reguł Wielkiego Postu groziło poważnymi konsekwencjami. Przypomina o tym opowieść o tragicznym losie rozpustnych dziewczyn, które nie potrafiły poskromić swych żądz i skończyć w porę karnawałowej zabawy. Legendę o Dziewczym Wzgórzu spisał w 1976 roku nauczyciel szkoły w Jakubicach koło Sieradza na podstawie opowiadań dzieci szkolnych.

* * *

Migotliwym światłem łuczywa jarzyły się okna jakubickiej karczmy dzierżawionej przez Żydka warckiego, ostatniego z rodu Rossenbachów. Cały budynek liczący sobie ze dwa wieki, jakby rozkraczył się od pohukiwań, tańców, wiwatów, pijatyk i bójek ostatnich dni owego karnawału, który tego wieczoru dobiegł końca. Jeszcze tańczono, wiwatowano, ile tylko mogła wydołać chłopska dusza, kiedy nagle nocny stójka, co wieś od pożaru i złodziei chronił, kołatką oznajmił, że nadeszła północ, a z nią początek popielcowej środy.

Dziwcza Góra na mapie
Większość roztańczonych i pijanych szybko opamiętała się i co rychlej w powadze, jaką przystoi w okresie Wielkiego Postu, opuściła karczmę, udając się do swoich zagród. To samo uczynili parobcy wiejscy i dziadowie, co resztki żebranego przeznaczyli na płukanie gardła. Kilka dziewcząt, którym gorzała w głowach mocno szumiała, dzierżawca karczmy długo nakłaniał do opuszczenia karczemnej izby, a kiedy opuściły ją, miast iść do swych chat, wzięły się pod ręce i wśród śpiewu, śmiechów i krzyków szły, nie wiadomo po co, w kierunku sąsiedniej wioski Gołuchy, budząc starych i młodych w całej wsi. Ludzie złorzecząc im, obudzili swe domostwa i uspokajali rozszczekane psy.

Kiedy dziewczęta minęły ostatnie zabudowanie napotkały starca wracającego ze wsi Łabędzie. Wbrew jego woli ujęły go pod ręce i zaczęły z nim tańczyć, śpiewając przy tym sprośne śpiewki. Starzec protestował i błagał o pozostawienie go w spokoju z racji jego wieku i Wielkiego Postu, ale dziewczęta nie uległy jego prośbom, a nawet niektóre z nich zaczęły mu ściągać spodnie. Wtedy starzec rozgniewany do ostatniego, rzucił na nie klątwę, życząc im, aby je piekło pochłonęło. Na klątwę starca dziewczęta odpowiedziały pustym śmiechem, a jedna z nich dodała, że i w piekle z dziadkiem nie będzie im źle.

I stało się. Mroźną ugwieżdżoną noc od wschodu ku zachodowi przecięła błyskawica, a uśpionym światem wstrząsnął głuchy grzmot. Otworzyło się wnętrze ziemi, w którym rozpustne dziewczęta znalazły swój grób. Po latach nad dołem, jaki powstał w tym miejscu wzniesiono krzyż, który przetrwał tam do pierwszej wojny światowej. Pod nim w głuche zimowe noce niektórzy z przechodniów widywali grupkę rozhulanych dziewcząt. Ku przestrodze młodych, starzy ludzie jeszcze wspominają o losie rozpustnych dziewcząt. Miejsce, w którym zapadły się dziewczęta, nazwano Dziewczym Wzgórzem. Znajduje się ono tuż za wsią. Kim był starzec?... Dołek jako znak po zapadlisku, pozostał do dziś.

* * *
dziewcza góra
Za wsią Jakubicami na zachód, o wiorstę drogi, leży góra stożkowa, którą lud tamtejszy nazywa „Dziewczą", zapewne dlatego, że na niej za czasów pogańskich dziewice musiały ofiary składać...(Gazeta Świąteczna 1891 nr. 570). Foto: Piotr Tameczka
Czasy się zmieniają, dzisiejsi starcy raczej nie mieliby pewnie nic przeciwko zabawom z rozpustnymi dziewczętami. A i niebiosa jakby rzadziej w sprawach obyczajowych interweniują...

Źródło: http://sieradzkiewsie.blogspot.com/.

niedziela, 21 grudnia 2014

Pojechało z wiatrem

Ludzie od tysiącleci wykorzystują siłę wiatru do podróżowania po morzach, więc dlaczego nie miałby on napędzać pojazdów drogowych?

W 1830 roku, kiedy jeszcze nie było silnika spalinowego, a maszyny parowe dopiero testowano, czasopismo "Dekameron Polski" opisało niezwykły eksperyment, jaki przeprowadzono 4 lata wcześniej w Anglii. Pomysłowi Anglicy w sierpniu 1826 roku spróbowali zagonić wiatr do napędzania powozu bez koni. Nie wykorzystali jednak żagli, jak robił to już dwa wieki wcześniej flamandzki inżynier, Simon Stein, lecz latawce...

Lekki powóz na czterech kołach, w którym znajdowało się trzech podróżnych, był ciągnięty przez dwa latawce. Główny napęd miał wysokość 20 stóp* i zrobiony był z muślinu oklejonego papierem. Unosił się ponad ziemią na wysokości 170 stóp. Drugi latawiec - sterujący, umieszczono ponad głównym. Każdy z nich przywiązany był do powozu sznurkiem średniej grubości. Sznurek od latawca sterującego był złączony z drugim tak, żeby pociągając nim można było ominąć ewentualne przeszkody: drzewa czy budynki, położone obok drogi. Na powozie znajdowała się korba służąca do ściągania i popuszczania sznurka, sam pojazd kierowany był lejcami, tak jak powozy ciągnięte przez konie. Dwóch ludzi z Reading pędziło za nim bryczką, ale by mu dorównać w biegu, konie musiały ciągle galopować. Właściciel pojazdu zapewniał, że już nieraz jadąc z Malborough przejeżdżał 18 do 20 mil angielskich na godzinę.

Latawce zostały na chwilę zatrzymane przez kościół znajdujący się przy drodze. Sześciu ludzi musiało odwiązać sznurki, okrążyć dzwonnicę i przywiązać je ponownie do powozu. Ledwo mogli utrzymać się na nogach, tak wielka była siła latawców. Wkrótce pojazd ruszył w dalszą drogę, ścigany przez wielu jeźdźców i powozy, które znajdowały się w okolicy. Mimo to, latawcowy wóz wyprzedził wszystkich, w piętnaście minut przejechał pięć mil**.


"Dekameron" nie podał kto był autorem wynalazku. Być może chodziło o eksperymenty prowadzone przez George`a Pocock`a? W 1827 roku ten angielski nauczyciel opatentował powóz z napędem latawcowym. Jego "latawcowóz" odbył wiele podróży między Bristol i Marlborough z prędkością nawet do 20 kilometrów na godzinę.

* * *

*Stopa - angielska jednostka długości odpowiadająca 0,3048 m
** Mila angielska - jednostka odległości stosowana w krajach anglosaskich, 1 mila angielska = 1609,344 metry

sobota, 8 lutego 2014

Goering, wilk i polska świnia

Goering na polowaniu w Białowieży. Zamieszkał w pałacu reprezentacyjnym. Zabił dzika - donosił 30 stycznia 1935 roku "Głos Poranny". 
To nie było zwykłe strzelanie VIP-ów do dzikiego zwierza. Reprezentacyjne polowania w Puszczy Białowieskiej znaczyły coś więcej w czasach II RP. Wśród leśnych ostępów robiło się politykę wagi państwowej i międzynarodowej. Zapraszano elity polityczne, dyplomatów zagranicznych, a nawet głowy państw.

Podpisana w styczniu 1934 roku deklaracja polsko-niemiecka o niestosowaniu przemocy sprzyjała nawiązaniu lepszych stosunków z zachodnim sąsiadem. Już wiosną tego roku ambasador Polski w Berlinie, Józef Lipski proponował polskiemu rządowi zaproszenie na białowieskie polowanie Hermanna Goeringa. Ponieważ sezon  łowiecki 1934 był już zakończony, wizytę odłożono do następnego roku.


"Głos Poranny" w środę 30 stycznia 1935 roku informował:
Premier pruski Hermann Goering przybył do Białowieży w niedzielę o godz. 21.05 specjalnym pociągiem na rampę Białowieża - Pałac. Po powitaniu na dworcu p. Goering udał się do apartamentów specjalnie dla niego zarezerwowanych w pałacu reprezentacyjnym.

Polowanie białowieskie w dniu przyjazdu premiera Goeringa było już w pełnym toku. W pierwszym turnusie polowania brali udział przedstawiciele senatu wolnego miasta Gdańska. W tym pierwszym turnusie pan Prezydent Rzeczpospolitej zabił lisa, Gdańszczanie natomiast położyli jednego rysia i dwa odyńce.

Drugi turnus polowania rozpoczął się w poniedziałek, 28 bm. W tym turnusie zostało na polu 8 dzików, 4 zające i 1 ryś. Pan Prezydent upolował rysia, a premier Goering dzika.

Na cały czas polowania dworzec białowieski jest pod specjalną ochroną, a dostęp do pałacu bez osobnej przepustki jest bezwzględnie zabroniony. Schronisko turystyczne białowieskie na cały czas polowania jest zamknięte.

W kołach politycznych utrzymują, że polowania w Białowieży skończą się dziś, w środę lub w czwartek i wtedy dyplomaci, biorący w niem udział powrócą do Warszawy.
Prawie cała prasa  krajowa i zagraniczna relacjonowała polowanie w Białowieży. Podkreślano przede wszystkim jego doskonałą organizację. Zakwaterowanie przedstawicieli gdańskich w prezydenckim pałacu białowieskim przedstawiano jako specjalny zaszczyt. Major policji gdańskiej Bethke, który ustrzelił rysia i odyńca, oświadczył ponoć w rozmowie z dziennikarzami, że wspaniałe wrażenia z polowania pozostaną mu na zawsze w pamięci. Prasa gdańska ponadto zauważyła, że prezydent Rzeczpospolitej kilkakrotnie rozmawiał z prezydentem senatu gdańskiego Greiserem. Przypuszczano, że poruszane były ważne sprawy polityczne i, że pobyt gdańskich przedstawicieli w Białowieży przyczyni się do rozwoju przyjaznych stosunków między Polską a Wolnym Miastem Gdańskiem.

Goering był nie tylko ministrem lotnictwa i premierem Prus, ale sprawował również urząd wielkiego łowczego Rzeszy. Na polecenie Hitlera szukał kontaktów z najwyższymi osobistościami II RP, w celu stworzenia sojuszu przeciw bolszewickiej Rosji.

W prasie twierdzono, że premier Prus był usatysfakcjonowany wizytą w Polsce. I myśliwsko, i dyplomatycznie. Po powrocie do Berlina zlecił przygotowanie upominków dla uczestników polowania z wygrawerowanymi ich nazwiskami. Zostały one później dostarczone przez polską ambasadę. Na przykład, łowczy Stefan Charczun otrzymał na pamiątkę tego polowania sztylet z napisem: „Wielkiemu Łowczemu Puszczy Białowieskiej Wielki Łowczy III Rzeszy - Herman Goering”.

Tak optymistycznie białowieskie polowanie przedstawiały ówczesne mass media. Skrótowo i sztampowo, najczęściej w oparciu o informacje rządowej Polskiej Agencji Telegraficznej. Rzeczywistość była bardziej skomplikowana. Hermann Goering przyjechał do Białowieży na drugą turę polowania. Trwała ona dwa dni: 28 i 29 stycznia 1935 roku. Poza prezydentem Mościckim i jego najważniejszym gościem z Niemiec, udział w tym polowaniu wzięli także: marszałek Senatu Władysław Raczkiewicz, generałowie Sosnkowski i Fabrycy, kilku posłów i ministrów oraz dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret.

W białowieskiej kniei Goering zaproponował polskim generałom przystąpienia do paktu antykominternowskiego, który przygotowywały Niemcy. Polska miałaby za udział w wojnie przeciw Sowietom otrzymać Ukrainę, aż do Morza Czarnego. Dziś możemy powątpiewać w wiarygodność tej oferty, ale faktem jest, że hitlerowskim Niemcom zabrakło do pokonania Związku Radzieckiego mniej więcej tyle dywizji, ile miała zapewnić sojusznicza Polska. Takim samym niezaprzeczalnym faktem, jak to, iż III Rzesza nie dokonywała pogromów krajów sojuszniczych, więc przyłączenie się do paktu uratowałoby miliony Polaków i uchroniło kraj od katastrofalnych zniszczeń. Ostatecznie pakt ten podpisały 25 listopada 1936 roku rządy Niemiec i Japonii. Potem dołączyły do niego Włochy, Węgry, Hiszpania, Bułgaria, Dania, Finlandia, Chorwacja i Słowacja.

Prawdopodobnie Goering rozmawiał o tych planach z Piłsudskim, 31 stycznia, w drodze z Białowieży do Berlina. Schorowany, bliski śmierci Marszałek propozycji nie przyjął. Ostatecznej, odmownej odpowiedzi minister Józef Beck udzielił dopiero w styczniu 1939 roku. Wtedy to Hitler, z charakterystyczną dla siebie zaciekłością, zaczął energicznie przygotowywać się do wojny z Polską. Wyglądało na to, że próba totalnego zniszczenia Polski była zemstą za odmowę sojuszu z Niemcami...

polowanie białowieża 1935

Dla Goeringa pierwsze polowanie w Białowieży nie było udane nie tylko z powodów politycznych. Wielki Łowczy wielkiej Rzeszy ustrzelił tylko dwa dziki. Ranił ponoć wilka, ale możliwe, że trafienia nie było, tylko wyjątkowo gościnni gospodarze wmówili je Goeringowi.W każdym razie wilk uciekł, więc pruski premier postanowił zostać w puszczy jeszcze jeden dzień, aby go dopaść.

Szczegółowo ten epizod polowania z 1935 roku opisał białowieski przewodnik Roman Jasiński w książce "Wrzesień pod Alpami". Po przybyciu do Białowieży Goering zastrzegał, że koniecznie musi ustrzelić wilka, bo jego skórę obiecał narzeczonej*. Początkowo szczęście mu sprzyjało, wilk pojawił się na linii strzału, ale Goering chybił. Przekonano go, że ranił ciężko zwierza i wysłano trzech myśliwych na poszukiwania. Tropiący jednak szybko zorientowali się, że wilk nie został trafiony, uciekł cały i zdrów. Taki mizerny był efekt tego specjalnego polowania. Rozczarowany premier Prus wyjechał wieczorem do Warszawy.

Rano polscy myśliwi na terenie nadleśnictwa Zwierzyniec zabili trzy wilki i jeszcze tego dnia wysłali telegram do stolicy z informacją, że znaleźli i dobili zwierzę ranione przez Goeringa. Następnego dnia "wilk Goeringa" specjalnym samolotem  poleciał do Berlina.  Dodatkowo, by zrekompensować pruskiemu premierowi tę łowiecką porażkę, władze Polskiego Związku Stowarzyszeń Łowieckich, tj. prezes gen. Sosnkowski i wiceprezes gen. Fabrycy, zdecydowali o nadaniu mu odznaczenia łowieckiego "Złom".

Hermann Goering brał udział w białowieskich polowaniach także w następnych latach, aż do roku 1938. Trzykrotnie polował w towarzystwie prezydenta Ignacego Mościckiego. W kolejnych latach polityczny cel jego przyjazdów do Polski były niezmienny: przekonanie rządzących II RP do współpracy z hitlerowskim reżimem. Cele łowieckie też były zawsze podobne. Najbardziej prominenta III Rzeszy interesowały wilki i rysie, których brakowało mu w lasach niemieckich.

Ostatnie reprezentacyjne polowanie w Białowieży odbyło się w lutym 1939 roku. Goerning nie przyjechał, już wiedział, że jego plany sojuszu z Polską, po latach starań, legły w gruzach. W zastępstwie do puszczy przybył inny amator polskiej zwierzyny - Heinrich Himmler.

goering i mościcki

W Berlinie pracowano już intensywnie nad radykalną zmianą celów politycznych. Hitler zrezygnował z krucjaty antysowieckiej, jako pierwszego i najważniejszego punktu podboju świata. Szykował się antypolski pakt Ribbentrop-Mołotow a nad Polską zbierały się czarne chmury. Teraz ona miała stać się pierwszym obiektem ataku w przygotowywanej wojnie o przestrzeń życiową dla Niemców.

Kilkuletnie próby zbliżenia odwiecznych wrogów nie powiodły się. Choć głównym aktorom tego dramatu nie brakowało dobrej woli i nie żałowali sobie przyjaznych gestów. Goering, poza wspomnianymi drobnymi upominkami dla gospodarzy białowieskich polowań, hojnie obdarowywał prezydenta Mościckiego. Na przykład, w 1937 roku przekazał mu psa myśliwskiego rasy posokowiec hanowerski, a w roku następnym najdroższy prezent, jaki mógł podarować urzędnik III Rzeszy - luksusowy samochód. Dopiero w 2010 roku Jarosławowi Krawczykowi z Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Białymstoku udało się ustalić, że był to Mercedes - Benz G5. Przed laty informacja ta została utajniona i zachowała się tylko w nielicznych dokumentach.

Prezydent II RP odwzajemniał się przede wszystkim gościnnością, ale pojawiła się też szokująca dziś rodaków informacja, że w roku 1936 odznaczył Hermana Goeringa Orderem Orła Białego. Na trop tego zdarzenia wpadł zmarły niedawno dziennikarz i pisarz Aleksander J. Wieczorkowski. Inne źródła tego jednak nie potwierdzają. W każdym razie, nazwiska Goeringa nie ma na liście kawalerów tego orderu, ani fakt ten nie został ujęty w jego szczegółowej biografii. Choć wśród 88 cudzoziemców, którym przyznano to odznaczenie w II RP, są nazwiska, dziś niekoniecznie wzbudzające pozytywne skojarzenia: Petain, Mussolini, Hirohito, Horthy...

Hojność Goeringa była z pewnością bardzo pragmatyczna, miała skłonić Polaków do bliższej współpracy z III Rzeszą. Ale z zachowanych dokumentów i fotografii można też odnieść wrażenie, że prezydenta Mościckiego połączyła z jednym z twórców III Rzeszy nic sympatii, może nawet przyjaźni. Mimo dużej różnicy wieku: w 1935 roku Goering miał 42 lata, Mościcki - 68 lat. Zbliżyły ich wspólne pasje: myślistwo i motoryzacja.

Późniejsze losy "przyjaciół" z Białowieży potoczyły się zgoła odmiennie. Hermann Goering, jak wiadomo, stał się współwładcą niemal całej Europy. Ignacy Mościcki zaś musiał 17 września 1939 roku ukradkiem opuścić ojczyznę i dać się internować w Rumunii. 30 września złożył swój urząd, wyznaczając na następcę Władysława Raczkiewicza. W grudniu 1939 roku zamieszkał w Szwajcarii, gdzie zmarł 2 października 1946 roku. Został pochowany na cmentarzu w Versoix koło Genewy. Szczątki jego w 1993 roku przewieziono do Polski i złożono w podziemiach bazyliki św. Jana w Warszawie. Ma też Mościcki symboliczny grób w alei zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, gdzie spoczywa jego żona. W klasztorze na Jasnej Górze znajduje się archiwum Ignacego Mościckiego stworzone przez Marię Mościcką.

Niespełna 2 tygodnie po śmierci prezydenta Mościckiego, 15 października 1946 roku,  Hermann Goering, zażywając cyjanek, popełnił samobójstwo w celi w Norymberdze. Był oskarżonym numer jeden w procesie zbrodniarzy hitlerowskich. Najbliższej nocy miał być powieszony wraz z innymi skazanymi na karę śmierci władcami III Rzeszy. Ciała wszystkich zbrodniarzy zostało spalone, a prochy rozsypane w nieznanym miejscu.

mościcki-mercedes-od-goeringa

*10.04.1935 roku Georing ożenił się z aktorką Emmą Sonnemann (była jego drugą żoną).

Źródła:

Jarosław Krawczyk: Lasy Drugiej Rzeczpospolitej w dawnych zapisach prasowych

Piotr Bajko: Hermann Göring w Białowieży, czyli wielka polityka w cieniu puszczy [http://czasopis.pl/]

http://www.encyklopedia.puszcza-bialowieska.eu/index.php?dzial=haslo&id=848

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20101225/MAGAZYN/555916191

sobota, 12 października 2013

Księgi ocalone

W nocy 27 września 1940 roku niemieckie samoloty dokonały kilkugodzinnego bombardowania Londynu. Ofiarą nalotów padł m.in. zabytkowy pałac z początku XVII wieku, znany jako Holland House. Budynek został w znacznym stopniu zniszczony, ale w jakiś zadziwiający sposób, ocalał prawie cały niezwykle cenny księgozbiór.
biblioteka londyn 1940

wtorek, 27 sierpnia 2013

Techniki czyste i stosowane

Jak zapewnić pismu zainteresowanie czytelników? Bywają na to zaskakujące sposoby. W 1768 roku redaktor "Różnych Uwag" sam pisał listy do redakcji czyli do siebie...

Za datę rozpoczynającą dzieje prasy polskiej uznać trzeba rok 1661. Wtedy to, z inicjatywy króla Jana Kazimierza oraz jego żony, powstało czasopismo „Merkuriusz Polski”. Potem, aż do 1729 roku, nie wydawano prasy periodycznej. W tymże 1729 roku powstały tygodniki: "Kurier Polski" i "Uprzywilejowane Wiadomości z Cudzych Krajów". Faktycznie były one uprzywilejowane, bo ich wydawcy - pijarzy, uzyskali wyłączne prawo wydawania gazet w Koronie. To z pewnością ograniczało możliwości powstawania nowych pism i publikowania różnych treści. W latach 1770–1777 wydawano tygodnik "Zabawy Przyjemne i Pożyteczne" - pierwsze polskie czasopismo literackie, związane z królem Stanisławem. Czasopisma o treści ogólnej oprócz wiadomości z kraju i ze świata zamieszczały także ciekawostki z laboratoriów i manufaktur. Redakcja "Zabaw" na przykład, szczególny nacisk kładła na modną wówczas chemię i naukę o elektryczności. Nie było natomiast czasopism ogólnotechnicznych, a tym bardziej  poświęconych wyłącznie jakiejś gałęzi nauki czy techniki. Początki specjalistycznej prasy technicznej wspominał miesięcznik "Młody Technik" w 1984, nr 10.  Poniższy tekst powstał na podstawie tego artykułu.

* * *

W 1768 roku ukazały się dwa zeszyty o karkołomnym nieco tytule „Różne Uwagi Fizyczno-Chemicznego Warszawskiego Towarzystwa Na Rozszerzenie Praktycznej Umiejętności w Fizyce i Ekonomii, Manufakturach i Fabrykach, Osobliwie Względem Polski". Ukazały się po niemiecku - rzecz dość zwyczajna w ówczesnej wielojęzycznej Warszawie - a w rok później zostały opublikowane w przekładzie na język polski. Można przypuszczać, że obydwa numery „Różnych Uwag" opracował w całości jeden autor, prawdopodobnie Saksończyk. On też ułożył cztery rzekome listy do redakcji, zamieszczone w drugiej i ostatniej części wydawnictwa. W pierwszym liście, napisanym po francusku, zawarta jest skarga, że czasopismo jest niezrozumiałe. Drugi list, napisany po łacinie, zawiera prośbę o analizę nadesłanego złotego piasku. Redakcja zbadała ten piasek i orzekła, że albo złota nie ma w nim wcale, albo do wytopienia potrzeba tygli niedostępnych w Warszawie. Dwa następne listy miały pochodzić od czytelników władających językiem niemieckim. Pierwszy wyrażał nieufność wobec chemii i prosił o ocenę istniejących fabryk porcelany. Drugi zawierał powątpiewanie w sensowność samego wydawnictwa: po cóż miałoby istnieć, skoro jest dosyć książek...
uzdeczka hamująca dla konia

Jednoosobowa redakcja tak zapewne wyobrażała sobie zróżnicowane reakcje czytelników na nowy periodyk i tak obmyśliła listy, by brzmiały one autentycznie. Jednak odczucia większości czytelników wyraził najlepiej list czwarty. Czasopismo upadło wskutek braku nabywców. Dowodzi to, że hasła postępu technicznego, jakimi szermował redaktor, przemawiały do bardzo niewielu ludzi. Nie wzbudziły większego zainteresowania ani "chymiczno-ekonomiczne fundamenta do robienia dobrej do murowania cegły", ani "pożytek chowania kóz", ani gatunki ziemi w okolicach Krakowa, ani wykład chemii technicznej, ani wiele innych spraw poruszonych w dwóch zeszytach "Różnych Uwag". Z artykułów tych bije wprost wiara w rychłą dominację chemii we wszystkich dziedzinach gospodarki.

W 1788 r. na mocy przywileju króla Stanisława Augusta Poniatowskiego powołano do życia czasopismo o jeszcze bardziej popularnym charakterze "Bibliotekę Fizyczno-Ekonomiczną Nauczającą i Bawiącą", wypełnione w całości tłumaczeniami. Na przełomie XVIII i XIX w. ukazywały się też czasopisma o charakterze poradnikowym, przeznaczone głównie dla ziemian. Ich żywot był także krótki.

Sukces odniosła dopiero "Izys Polska Czyli Dziennik Umiejętności, Wynalazków, Kunsztów i Rękodzieł, Poświęcony Krajowemu Przemysłowi Tudzież Potrzebie Wiejskiego i Miejskiego Gospodarstwa". Miesięcznik, a później periodyk nieregularny, ukazywał się nieprzerwanie od 1820 do 1828 roku. Wybór Izydy na patronkę czasopisma nie był przypadkowy. Już od czasów Renesansu postać tej egipskiej bogini wiązano z wynalazkami, zwłaszcza w rolnictwie. Redakcja "Izys" kult chemii zastąpiła kultem mechaniki, wszak ledwie zaczęte dziewiętnaste stulecie określone zostało jako "wiek machin".

Pismo odnotowywało zarzuty, że maszyny przyczyniają się do zniszczenia rzemiosła i otępiają robotników, ale podejmowało z nimi polemikę. Inną aktualną kwestią było bezpieczeństwo maszyn parowych, w których często eksplodowały kotły. Na łamach "Izys" podawano rozmaite środki zaradcze, m.in. stosowanie grubych obmurówek i grubej blachy. Podano też wiadomości o opracowaniu pierwszych norm bezpieczeństwa.

Redakcja "Izys" była dobrze poinformowana o nowościach techniki i nauk technicznych. Na kartach czasopisma znajdziemy rozważania na przykład na temat strat cieplnych maszyn, a więc zagadnienia, dzięki któremu narodziła się termodynamika. Są też doniesienia o skraplaniu gazów i o możliwości uzyskania tzw. past, czyli mas plastycznych. W 1824 r. pojawia się pojęcie jednostki mocy, zwanej dynamem (późniejszy koń mechaniczny). Pismo było atrakcyjne również dla zwykłych hreczkosiejów, zamieszczało bowiem schematy maszyn rolniczych, podawało sposoby uprawy buraków cukrowych itp...

Po zamknięciu „Izys Polskiej" ukazywały się dwa czasopisma. Pierwszym był "Piast czyli Pamiętnik Technologiczny, Obejmujący Przepisy Dla Gospodarstwa Domowego i Wiejskiego, Ogrodnictwa, Sztuk Pięknych, Rękodzielni, Rzemiosł, Niemniej Lekarstwa Domowe Pospolite i Zwierzęce". Jak widać z tytułu, miało ono charakter bardziej popularny. "Piast" doczekał się 2500 prenumeratorów. Jego znacznym osiągnięciem w zakresie upowszechniania wiedzy technicznej było opublikowanie w 1830 r. tabeli temperatur topnienia 28 metali.
Deptak koński - rysunek zamieszczony w "Izys Polska" rok 1827
Drugim następcą "Izys Polskiej" był "Sławianin - Tygodnik Dla Rzemiosła, Rolnictwa, Handlu, Domowego Gospodarstwa i Dla Potrzeb Praktycznego Życia W Ogólności", z podtytułem "Warsaw Mechanics Magazine". Świadczy on nie tylko o snobizmie wydawców, ale także o tym, że kultura angielska stanowiła wówczas wzór dla wszystkich, którzy interesowali się rozwojem techniki. W okresie powstania listopadowego ukazywało się ponadto kilka czasopism poruszających zagadnienia techniczne na marginesie spraw rolniczych lub naukowych. Słynny wynalazca machiny arytmetycznej, Abraham Stern, publikował na łamach "Rocznika Towarzystwa Przyjaciół Nauk" w Warszawie. Publikacje Feliksa Pancera znajdujemy w "Pamiętniku Warszawskim Umiejętności Czystych i Stosowanych", czasopisma poświęconego naukom przyrodniczym.

Na podstawie: Henryk Hollender "Pierwsze Polskie Czasopisma Techniczne" - Młody Technik 1984 nr 10.

piątek, 2 sierpnia 2013

Powstanie Warszawskie: patriotyzm nie zwalnia od myślenia...

powstanie warszawskie
Powstanie warszawskie - oddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po kapitulacji
Z rocznicowych reportaży wynika jedna przerażająca prawda: powstańcy warszawscy rozumieli patriotyzm wyłącznie jako gotowość do złapania za broń i niszczenia wroga. W pojęciu tym "upychali" także osobiste poczucie krzywdy, zniewolenia i narastającą chęć zemsty. Ich świat był czarno-biały, jak stare kroniki. Nie dopuszczali do siebie (albo tylko dziś tak mówią) myśli, że bardziej będą potrzebni swojej ojczyźnie żywi, niż martwi. Nie myśleli o tym, że tuż za rzeką stoi drugi wróg i czeka na rozwój wypadków. Nie myśleli..? Nie mieli wątpliwości? Do dziś szukają usprawiedliwienia dla swojego bohaterskiego czynu. Oczekują naszej wdzięczności. Pamięć im się należy, ale czy wdzięczność? Za co? Za bezrozumne działanie, które przyniosło narodowi tylko straty? Czy uznając ich racje mamy prawo krytykować Jaruzelskiego za stan wojenny albo tzw. stronnictwo patriotyczne za sojusz z Prusami, który przyspieszył rozbiory?
Nie pozwólmy narzucić sobie takiej wizji świata, takiego pojęcia patriotyzmu! Patriotyzm nie zwalnia od myślenia...

czwartek, 1 sierpnia 2013

O uśmiech proszę, ptaszek leci!

Na pomysł wykorzystania gołębi do fotografowania wpadł... niemiecki farmaceuta Julius Neubronner. W swoim fachu był kimś, pełnił nawet funkcję nadwornego aptekarza cesarzowej Wiktorii Adelajdy. Zasłynął jednak w innej dziedzinie. 
W roku 1908 opatentował wynalazek fotografii z lotu ptaka. Wcześniej korzystał często z gołębi pocztowych, aby szybko dostarczać recepty lub zaopatrywać się w składniki leków. W wolnym czasie Neubronner amatorsko fotografował i filmował. W 1907 roku udało mu się skonstruować miniaturowy aparat fotograficzny. Za pomocą specjalnych szelek umocował go na gołębiej piersi. Podczas lotu aparat robił zdjęcia w regularnych odstępach czasu. Nowatorski sposobów fotografowania oraz wykonane zdjęcia przyniosły mu złote medale na międzynarodowych wystawach oraz światową sławę. Naturalnie, wynalazek niemieckiego aptekarza przydał się bardzo podczas I wojny światowej i później.

niedziela, 7 kwietnia 2013

piątek, 11 stycznia 2013

Stary Stary Rynek

Grupa studentów Politechniki Łodzkiej w ramach projektu Problem Based Learning wykonała animację 3D Starego Rynku w Łodzi. Modele powstały na bazie zdjęć archiwalnych rynku z lat 30 XX w.



Studentom udało się odtworzyć północną i wschodnią stronę Rynku. Projekt zrealizował zespół w składzie: Mateusz Andrzejewski, Maciej Badura, Joanna Olczyk, Agnieszka Świderska, Dariusz Woźniak, pod opieką dr inż. Adama Wojciechowskiego.

Stary Rynek był kiedyś centralnym punktem Łodzi, w tym miejscu miasto zostało założone w 1414 roku (prawa miejskie król Jagiełło przyznał mu w 1423 r.). Już w początkach XIX wieku stanęły przy Rynku murowane domy. Przez stulecia miejsce to tętniło życiem: odbywały się na nim targi, a w połowie lat 20 ub. wieku powstał tu zieleniec.

Podczas okupacji Rynek znalazł się na terenie getta. Kiedy getto Niemcy likwidowali, zniszczyli budynki okalające Stary Rynek. Powojennej odbudowy dokonano już wg. nowych planów, dlatego miejsce to dziś wygląda inaczej niż przed wojną.  M.in. nie ma już południowej zabudowy, w jej miejscu utworzono park Staromiejski.

Poniższe zdjęcia Rynku pochodzą z serwisu: fotopolska.eu
  
Stary Rynek stanowi dziś stanowi rażący konstrast wobec elegancko odrestaurowanej pobliskiej Manufaktury. Od lat nie może ruszyć plan renowacji tej części miasta. I to mimo, że raz w roku - 29 lipca - władze miasta pod obeliskiem na Starym Rynku składają uroczyście kwiaty w rocznicę powstania miasta. Być może dzięki pracy studentów i jej upowszechnieniu sprawa rewitalizacji zainteresuje większą liczbę łodzian i wreszcie coś zacznie się tu dziać.

Przy Rynku ma siedzibę Stowarzyszenie Przyjaciół Starego Miasta, które na swojej stronie internetowej prezentuje gotowy projekt rewitalizacji.