Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2013

Kalisz 1914 [4] - Nie smućcie się i wy tam pójdziecie...

W sierpniu 1914, w pierwszych dniach wielkiej wojny, niemieckie wojska zbombardowały i spaliły Kalisz. Miasto bezbronne, opuszczone przez wojsko rosyjskie. Do dziś nie udało się ustalić prawdziwej przyczyny tego barbarzyństwa. Poniższa relacja świadka wydarzeń została opracowana na podstawie cyklu artykułów w łódzkim dzienniku „Rozwój”, opublikowanym w 1918 roku. Mikołaj Kostenko [Kostienko] był przed wojną pomocnikiem komisarza cyrkułu, a po wyjściu Rosjan został naczelnikiem miejskiej policji. Kostenko odmówił współpracy z niemieckim komendantem. Aresztowany w czwartek 6 sierpnia wraz ze współpracownikiem, Cieślakiem, stanął przed sądem wojennym...

* * *

kalisz-zniszczenia 1914 rok

Śledztwo w sprawie wypadków kaliskich rozpoczęło się już wcześniej. Jego rezultatem było rozstrzelanie owych kilkunastu pod wiatrakiem. Były już pewne papiery. Na śledztwie tym zeznawał i dr Dresser, który nakładał opatrunki i wyjmował kule z ciała mniej rannym. Dowiódł on, że niektóre kule w ciałach żołnierzy pochodziły z mauzerów, niektóre zaś były karabinowe. Na śledztwie powiedziano mu, że to wykluczone, aby zabłąkana kula karabinowa mogła zabić żołnierza. Dr Dresser natychmiast po śledztwie Kalisz opuścił, udając się w stronę Warszawy.
Po dokładnym przesłuchaniu odesłano Kostenkę i Cieślaka do Poznania. Zawiązano im znów oczy i popędzono na dworzec. Tu wpakowano ich do wagonu, gdzie zdjęto im opaski. Warta składała się z czterech żołnierzy i podoficera, który trzymał w ręku szablę obnażoną i rewolwer. Była to już godzina siódma wieczór. Od rana nie mieli nic w ustach, wargi i gardło zaschło tak, że Cieślak już przed sądem nie mógł słowa wymówić, bo język mu zdrętwiał. Dokonano koło nich tak ścisłej rewizji, że kazano im zdjąć obuwie i kamizelki, które zabrano do poprucia. Kiedy w wagonie znów odezwał się Cieślak, pytając dokąd jadą, to podoficer przyłożył mu szablę do twarzy i krzyczał, że jeśli się jeszcze raz odezwie, to mu język utnie... Przywieziono ich do Poznania i umieszczono w więzieniu, pod silną strażą. Na jednej tylko stacji otrzymali po filiżance kawy.

A teraz oceńmy psychiczne walki tych ludzi, którzy od 9 rano do 7 wieczór przepędzili czas z zawiązanymi oczyma. Widzieli oni już takich w Kaliszu, których wiedli pod wiatrak i rozstrzeliwali. Mieli tak samo zawiązane oczy. Szli w tą samą stronę i stali u tego samego wiatraka.
Przyjazd niespodziewany samochodu, był, jak utrzymywali sami, dla nich ratunkiem. Przynajmniej na razie! Jadąc jednak w towarowym wagonie sądzili, że jadą dalej pod tym samym zarzutem. Czekali końca przez 10 z górą godzin i w Ostrowie jeszcze nie byli pewni, że przekonali władzę o swojej niewinności. Że w tych papierach jest już może zapisany wyrok śmierci.

- Z każdą godziną jednak - mówił Kostenko - człowiek coraz bardziej drętwiał. Już własna osoba nie wchodziła w grę. Przed oczyma stała tylko osierocona rodzina.

W więzieniu przyjęto ich dosyć uprzejmie.

- Jutro pójdziecie na szubienicę - mówił z ironią uradowany dozorca. Nie powtarzał tego tylko im. To był zwykły jego komplement dla wszystkich tu przybywających, ale o tym nikt z nowo przybyłych nie wiedział. Już tu kilkunastu powiesili - mówił dalej - I was tu niedługo potrzymam.

Zdenerwowanie i wyczerpanie tak jednak bardzo ich ogarnęło, że rzuciwszy się na pryczę drewnianą natychmiast zasnęli. W nocy obudzono ich i zabrano im do rewizji palta i rzeczy. Potem trudno już było zasnąć. Kostenko był żonaty z poddaną niemiecką, więc umiał trochę po niemiecku. Zażądał adwokata, ale żaden przyjść nie chciał. Podobno palestra tych spraw początkowo nie miała bronić.


- Zaczęto opróżniać Poznań, więc więźniów wysłano do obozu w Hafelbergu*. W Hafelbergu z początku straszne panowały stosunki. Zagnieździła się okropna zaraza ; w starym obozie ludzie marli, jak muchy; z trzech tysięcy osób wymarło dwie trzecie. Pocieszał katolików ksiądz, który bardzo słabo mówił po polsku. Zalecał cierpienia ofiarować Bogu. Czasami wyprowadzał na cmentarz zwłoki i wtedy pocieszał strapionych w ten sposób: "Moi mili, kochani bracia, jeden z was odszedł, ale to nic, nie smućcie się bardzo, bo i wy tam pójdziecie". Potem wracał do obozu i sprzedawał różańce i koronki.
Kalisz 1914

Cieślaka uwolnili i pozwolili mu wrócić po 9 miesiącach do Kalisza. Kostenkę wysłano do Celle**. Główna strzelanina w Kaliszu zaczęła się właśnie dnia tego, w którym go wywieziono. Atak nastąpił nocą. Zniszczono ulice: Mariańską, Warszawską, Złotą, Rzeźniczą i Kapitulną. Było to wymierzenie sprawiedliwości jakoby za wykroczenia przeciwko armii niemieckiej. Bombardowanie powtórzyło się w sobotę i niedzielę. Potem miasto podpalono słomą i naftą. "Sprawiedliwości" stało się zadość...
Konsul hiszpański odwiedził obóz w Kistryniu***, był tam też Eltlinger rejent z Warszawy. Chcieli mu podać petycję — odmówił, bo dał słowo, że żadnych petycji ani dowodów brać nie będzie, nie przyjął nawet bułek czarnych, nie wiadomo z jakiej mieszaniny pieczonych. Dziwił się tylko, widząc takie pieczywo...

Koniec

*Być może chodzi o Hafenberg w Niemczech
**Celle k. Hanoweru
***Kostrzyń nad Odrą

* * *

Na tym kończymy wspomnienia Mikołaja Kostenki. Dalszych losów kaliskiego policjanta niestety nie znamy...

Dziennik "Rozwój" nadał cyklowi artykułów podtytuł "Przyczynek do pruskiego tyraństwa", co wydaje się uzasadnione wobec tak brutalnego potraktowania miasta i jego mieszkańców. Podczas trzytygodniowego ostrzeliwania i podpalania miasta zniszczeniu uległo ponad 400 budynków mieszkalnych, 9 zakładów przemysłowych i kilka budynków użyteczności publicznej, m.in. ratusz i teatr. Straty oceniono na gigantyczną kwotę 33,6 mln rubli. Pod koniec 1914 roku miasto liczyło tylko około 5000 mieszkańców, podczas gdy w roku 1910 - łącznie z ludnością niestałą i wojskiem - ponad 50 tysięcy. Do sprawy kaliskiej tragedii będziemy jeszcze wracać przy okazji wspomnień innych świadków.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Kalisz 1914 [3] - Loteria śmierci pod wiatrakiem


wieża ciśnień kalisz 1914
W sierpniu 1914, w pierwszych dniach wielkiej wojny, niemieckie wojska zbombardowały i spaliły bezbronne, opuszczone przez wojsko rosyjskie, miasto Kalisz. Do dziś nie udało się ustalić prawdziwej przyczyny tego barbarzyństwa. Poniższa relacja świadka wydarzeń została opracowana na podstawie cyklu artykułów w łódzkim dzienniku „Rozwój” opublikowanym w 1918 roku. Mikołaj Kostenko [Kostienko] był przed wojną pomocnikiem komisarza cyrkułu, a po wyjściu Rosjan został naczelnikiem miejskiej policji. Kostenko odmówił współpracy z niemieckim komendantem. 5 sierpnia władze niemieckie wezwały mieszkańców, pod groźbą śmierci, aby zwracali broń. Mimo, że żądanie zostało spełnione, w mieście znów rozpętała się strzelanina...

* * *
Kostenko tłumaczy to w ten sposób, że w Kaliszu do miejscowych wodociągów już od dawna zaprowadzone były parowe motory. Motorów tych doglądali stróże, ale rzadko je czyścili. Wskutek tego następowały dosyć częste wybuchy głośniejsze nawet, niż strzały karabinowe. Otóż utrzymuje on, że te wybuchy z motorów rzuciły podejrzenie, że to do wojska ktoś strzelał. Na to wojsko odpowiedziało salwą, która wywołała popłoch, a kule zbłąkane raniły nie tylko mieszkańców kaliskich, ale również żołnierzy niemieckich.

Na drugi dzień rozpoczęły się rewizje. Szło ulicą dwóch rewirowych z dawnej policji kaliskiej. Ci jeszcze broni nie zwrócili, bo sądzili, że wezwanie ich się nie tyczy. Niemieccy żołdacy kazali im podnieść ręce do góry i znaleźli rewolwery. Nie słuchano żadnych objaśnień, na miejscu zabito policjantów. Jeden zginął nawet z własnego brauninga. Ich ciała walały się potem na ulicy.

Na rynku leżały jeszcze zwłoki Sokołowa. Jego żona, prosta kobieta, (ożenił się Sokołow z własną kucharką) przerażona nie wychodziła z mieszkania, tylko strzegła czworga swoich dzieci. Pogrzebem Sokołowa zajął się Kostenko dopiero we czwartek.

Wieczorem naradził się Kostenko z żoną, aby opuścić Kalisz. Zamówiono konie na godzinę 10-tą rano, gdy o godzinie 9-ej weszli do mieszkania żołnierze i zawezwali go do komendanta. Kostenko był już po cywilnemu. Nie dano mu ani jednej chwili, nie pozwolono przebrać się. Żona dopiero podała mu palto na schodach.

Kiedy wyszli na ulicę już dwaj inni żołnierze prowadzili sekretarza biura policyjnego Cieślaka. Obydwóm na ulicy zawiązano oczy i tak prowadzono przez miasto w stronę odległego aż o 4 wiorsty dworca [ponad 4 km].

Niedaleko dworca stał wiatrak, który od paru dni stał się miejscem historycznym. Tragicznie historycznym. Tu wyprowadzono ludzi i ich rozstrzeliwano. Już poprzedniego dnia spędzono gromadę rzemieślników, czeladników i robotników. Zaczęto śledztwo, a co chwilę wywoływano jednego lub drugiego, stawiano koło wiatraka i rozstrzeliwano. Potem miano losować co piątego i wykonać na nim karę śmierci. Ale po rozstrzelaniu kilkunastu, resztę rozpuszczono do domów.

O ile mogli wnioskować Kostenko i jego towarzysz niedoli Cieślak, zatrzymano ich nieopodal wiatraka. Stali ciągle z zawiązanymi oczyma, gdy wtem jakiś gruby głos odezwał się:

- Co to za jedni?

Poznał ten głos Kostenko. Słyszał go niejednokrotnie na ulicach Kalisza. Był to głos Preuskera.

- Posądzeni o szpiegostwo - brzmiała odpowiedź.

- A, szpiegi! - zabrzmiał znów ów tubalny, gruby głos - Dobrze...

Ale dalsze słowa przerwała trąbka samochodowa i chwilę potem zatrzymał się obok nich samochód.

- Co to za jedni? - odezwał się teraz inny głos.

- Posądzeni o szpiegostwo - odpowiedziano

- Odesłać ich do Poznania, do twierdzy - brzmiał rozkaz.

kalisz ruiny 1914

Popychani i poszturchiwani szli przed siebie, aż dotarli do stacji. Tu wsadzono ich do towarowego wagonu, który po godzinnym postoju ruszył w drogę. Jak długo jechali trudno sobie wystawić, bo czas wlókł się niezmiernie wolno. Dojechali do jakiejś stacji. Tu znów nakazano im wysiadać. Niełatwo z zawiązanymi oczyma wysiąść. Padli na ziemię... Kostenko miał na ręku grube skórzane rękawiczki, to mu ochroniło skórę na palcach, gdyż zarył nimi w żwir. Iść było trudno, więc wsadzono ich do dorożki. Zewsząd słyszeli tylko przekleństwa ludu i groźby. Wrogi szmer szedł dokoła, rzucano w nich błotem. Dorożkarz nie chciał wieźć dalej. Znów zaczęła się droga ciężka po omacku. Wreszcie szturchając, wprowadzono obydwóch do jakiegoś budynku i postawiono przy żelaznej kracie. Tu czekali stojąc godzinę.

- Dajcie mi szklankę wody - prosił Cieślak.

- Będziesz, ty szpiegu niedługo pił wodę, na tamtym świecie.

Rozwiązano im oczy, wtedy spostrzegli, że są w izbie. Ta krata, koło której stali godzinę, i o którą byli oparci, to było ogrodzenie z żelaza przy szamotowym piecu. Po zdjęciu opasek wprowadzono ich do drugiej izby. Tu zasiadał sąd wojenny. Do jednego nich przyszedł sędzia i przyłożył mu brauning do głowy.

- Mów prawdę, bo i tak wszystko wiemy.

Rozpoczęło się badanie ciężkie. Zawołano tłumacza, który źle mówił po polsku i nie rozumiejąc zdania polskiego, tłumaczył inaczej ma język niemiecki.

- Tego nie mówiłem - wyjaśniał podsądny tłumaczowi - trzeba sprostować.

- Jakże będę mówił, kiedy nie pytają... u nas nie można.

Cdn...

środa, 21 sierpnia 2013

Kalisz 1914 [2] - Burza jakaś nad Kaliszem się zbiera

W sierpniu 1914, w pierwszych dniach wielkiej wojny, niemieckie wojska zbombardowały i spaliły otwarte, bezbronne miasto Kalisz. Do dziś nie udało się ustalić prawdziwej przyczyny tego barbarzyństwa. Poniższa relacja świadka wydarzeń została opracowana na podstawie cyklu artykułów w łódzkim dzienniku opublikowanych w 1918 roku. Mikołaj Kostenko [Kostienko] był pomocnikiem komisarza cyrkułu. Kiedy Rosjanie opuszczali Kalisz, gubernator Rafalskij mianował go naczelnikiem pozostawionej w mieście policji. Kostenko odmówił współpracy z niemieckim komendantem Preuskerem, ale dał mu słowo, że nie opuści Kalisza.
* * *
W nocy około 11-ej rozpoczęła się strzelanina na ulicach. Jej rezultatem było 3 zabitych żołnierzy niemieckich i 16 lżej lub ciężej rannych. Z cywilnych padło około 160 osób, w szeregu tym kupiec Frenkel. Żołnierzy niemieckich, rannych wywieziono po opatrzeniu do Ostrowa. O powodzie tej strzelaniny Kostenko podaje następującą wersję:
Po długich libacjach pewna liczba oficerów niemieckich postanowiła powrócić do Skalmierzyc. Najęli więc dorożkarza, który już późno wieczorem wyruszył z nimi w drogę. Na rogatkach oficerów nie zatrzymywano, więc dorożkarz wyjechał zupełnie spokojnie, bez przeszkód ze strony patroli i wart. Krótką siedmiokilometrową odległość z Kalisza do Skalmierzyc przebył w pół godziny. Nie popasając, postanowił powrócić do swego domu na nocleg. Wrócił do Kalisza, ale na rogatce zatrzymał go żołnierz, domagając się przepustki, której oczywiście nie miał. Jako, że wszyscy jego pasażerowie byli pijani, więc i dorożkarz nie chcąc być gorszym, dla animuszu wypił parę kieliszków. Teraz, kiedy warta zastąpiła mu drogę i zabroniła wjazdu do miasta, ten animusz zadziałał. Dorożkarz zaciął konie i bystro począł umykać do centrum miasta. Żołnierz wartujący strzelił do niego, ale chybił. Za to kula trafiła jakiegoś Niemca w głębi ulicy. Z tego powodu wśród okupantów powstało mniemanie, że zabity padł z ręki spiskowców. Na odgłos strzałów warty, wypadli z koszar żołnierze podnieceni alkoholem i zaczęła się na dobre strzelanina, która skończyła się tak fatalnie dla mieszkańców Kalisza.

teatr miejski kalisz

To wszystko nie zadowoliło krwiożerczego Preuskera, on pragnął większej zemsty, on chciał wstrząsnąć umysłami nie tylko ludności kaliskiej, ale całego świata, wojującego z Niemcami. Ta groza miała Niemcom zapewnić spokój, więc musiała silne wywrzeć wrażenie. Nad Kaliszem poczęła się zbierać jakaś burza...

Zaaresztowano zarząd miasta i wzięto zakładników.Równoważnie miał się utworzyć komitet obywatelski. Naznaczono wybory komitetu na godzinę dziesiątą rano w magistracie. Kiedy powołany Kostenko zbliżył się do magistratu, już stały tam warty i nikogo nie dopuszczały. Widząc, co się święci, Kostenko udał się do komendanta z prośbą, aby zwolnił go z danego słowa i pozwolił mu opuścić Kalisz. Przed komendanturą zastał sporo furmanek chłopskich, należących do tych włościan, którzy przybyli na targ i sprzedawszy swoje produkty, wcześniej, niż w innych dniach chcieli powrócić do domu. Wyjazd jednakże z miasta był zabroniony, bez specjalnego zezwolenia. Chłopi poczęli domagać się przepustek, których im nie wydawano, bo komendant był zajęty. Niecierpliwość wśród czekających włościan poczęła wzrastać. Zaczęli się natarczywie domagać, wówczas straże niemieckie dwóch najkrzykliwszych zastrzeliły. Nie miał kto trupów uprzątać.

W tym samym dniu napotkano w mundurze rosyjskiego kasjera Sokołowa. Podoficer niemiecki zastrzelił go z rewolweru około magistratu. Zwłoki leżały przez parę dni nie pochowane na rynku. Miasto było, jak wyludnione, jak zamarłe, nikt z domu nie wychylał się... Potem trochę się ruch ożywił, ale około godziny siódmej znów posypały się salwy karabinowe, a potem opustoszał Kalisz. W pół godziny wszystko ucichło, a w godzinę potem rozbiegła się pogłoska, że Niemcy opuścili Kalisz. Bardzo się ucieszono z tej okazji, ruch na mieście ożywił się, sklepy zaczęły otwierać swoje podwoje, restauracje zaś zapełniać się gośćmi - "zawodowymi politykami". Mówiono, że oddziały rosyjskie nadeszły i dlatego Niemcy cofnęli się.

kalisz ulica wrocławska
Nie długo się jednakże tym cieszono. Ze wzgórza około dworca poczęły zionąć działa. Wpadał jeden granat za drugim w centrum miasta, wyrządziwszy niewielkie szkody. Ucierpiał szpital. Strzały sypały się w krótkich odstępach czasu przez pół godziny. Co się w mieście działo trudno powiedzieć, mieszkańcy kryli się w piwnicach, pod ścianami, gdzie kto mógł. Tymczasem kominy waliły się jeden za drugim. Pierwszy padł w posesji Mestkowskiego. Cegły, dachówki, dachy leciały na ulice lub podwórka.

Po półgodzinnej strzelaninie działa ucichły. Noc zapadała. Teraz rozpoczęła się wielka wędrówka Kaliszan. Jedni piechotą, inni szczęśliwsi, na wozach lub dorożkach ruszali w stronę Warszawy. Kto mógł tylko, opuszczał Kalisz. We środę wezwano wszystkich pod groźbą śmierci, aby zwracali broń, którą też mieszkańcy znieśli do komendantury. Kalisz wyglądał jak wymarły — żołnierze ukazali się na ulicach. Przybył też na automobilu i jeden z generałów. Podczas jego przejazdu podobno padł gdzieś strzał. Znów po Kaliszu rozsypały się strzały karabinowe.
Cdn..

środa, 14 sierpnia 2013

Kalisz 1914 [1] - Szampan lał się strumieniami...

Niemcy to wychodzili z miasta, to wkraczali z powrotem, a ile razy wrócili - kończyło się to zawsze wariacką strzelaniną, po której wojsko znów się wycofywało, by zacząć bombardowanie. W chwilach ciszy ludzie wylegali przed bramę jak roje pszczół, śmielsi szli w miasto oglądać szkody wyrządzone przez pociski. Tu trafiło w mieszkanie i zabiło w nim dwoje ludzi, tam leżały na ulicy nie pogrzebane trupy, ktoś widział nawet dziecko z głową rozbitą na miazgę.
Tak pisała Maria Dąbrowska w "Nocach i Dniach" o pogromie Kalisza, bombardowanego i palonego przez Niemców w sierpniu 1914 roku. Do dziś nie udało się ustalić co było prawdziwą przyczyną barbarzyńskiego działania okupanta. Może to jeden z pierwszych objawów rodzącego się niemieckiego nacjonalizmu, który wkrótce przyniósł użycie broni chemicznej, a wiele lat później jeszcze okrutniejszą II wojnę światową? Przejaw bezwzględnego nacjonalizmu, nie uznającego prawa do życia innych narodów..? Poniższa relacja świadka wydarzeń została opracowana na podstawie cyklu artykułów w łódzkim dzienniku "Rozwój" opublikowanych w 1918 roku. Mikołaj Kostenko [Kostienko] był pomocnikiem komisarza cyrkułu. Kiedy Rosjanie opuszczali Kalisz, gubernator Rafalskij mianował go naczelnikiem pozostawionej w mieście policji.

* * *

W niedzielę [2 sierpnia 1914 r.] po południu przybyły wojska niemieckie do Kalisza. Weszło ich niewiele, może kompania. Miasto przyjęło je ze spokojem i powagą. W hotelach władze wojskowe zastały kilku okolicznych ziemian, którzy poczęli się umawiać z Niemcami o dostawę prowiantów. W hotelu Europejskim było gwarno.

Przed wejściem armii niemieckiej w Kaliszu wrzała robota. Urzędnicy rosyjscy porządkowali, pakowali, wywozili lub niszczyli akta. Polecono, aby pieniądze papierowe, będące w kasie guberialnej zostały spalone. Pociąg z urzędnikami odszedł z soboty na niedzielę o godzinie 3 rano. Równocześnie zaczęto niszczyć mosty i palić składy komory celnej. Rano gubernator był jeszcze w Kaliszu. Czekały na niego i na wyższych urzędników samochody.

Kasjer Sokołow, spaliwszy pieniądze w kasie guberialnej, dwa worki srebra wpakował do samochodu gubernatora i oddał mu protokoły o spalonych pieniądzach. Sokołow pozostał w Kaliszu. Więźniów nie wypuszczono i cały nadzór więzienny pozostał na miejscu wraz z policją.

dworzec kalisz

 W poniedziałek rano, ubrany w urzędowy uniform poszedł Kostenko do komendanta Kalisza [major Hermann Preusker] , przedstawił mu się i oddając miasto prosił o zwolnienie. Komendant chciał, aby policja dalej strzegła miasta, ale Kostenko stanowczo oświadczył, że spełnić tego nie może, gdyż nie odebrał pod tym względem dalszych rozkazów swojej władzy. Wtedy posterunki niemieckie zajęły miejsca na rogatkach, a rosyjska policja została zwolniona.

Czasy nie były zbyt pewne. Już po wyjściu wojska rosyjskiego w Kaliszu zaczęły się kradzieże. W niedzielę przed południem policja rosyjska zaaresztowała kilkunastu rzezimieszków z tobołkami, z których posiadania nie potrafili się wytłumaczyć. Wylazły też i jakieś czarne siły, gotowe zawsze do rabunku. Po mieście uwijały się też innego rodzaju osobniki, dotąd na ulicach nie widziane. Mimo to, wszędzie było w miarę spokojnie, handle wszystkie otwarte, pijanych na ulicach sporo.
dworzec kolejowy kalisz

Kostenko odchodząc z biura komendanta prosił, aby mu rewolwer zostawiono, na co tenże się zgodził. Zażądał jednak Preusker słowa, że się Kostenko bez jego zezwolenia z miasta nie oddali. Na co ma się rozumieć, słowo otrzymał.

Po południu w poniedziałek pijanych na ulicach było coraz więcej, mimo to ruch panował zwykły. W Europejskim hotelu w dalszym ciągu pito szampana, który lał się strumieniami.

cdn...

piątek, 3 lutego 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia Jaworskiego - 2

Fragmenty mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Krytyczna, miejscami sensacyjna relacja uczestnika powstania. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – WK]

* * *

Część II - Masakra w Dobrej czyli trafiła kosa na Moskala

Pobyt w Zgierzu ułatwił Moskwie otrzymanie rzeczywistych wiadomości o sile i uzbrojeniu powstańców i ośmielił ją do zaczepnego ruchu. Powstańcy powrócili na obozowisko pod Dobrą - Moskale w liczbie kilkuset piechoty i sotni kozaków poszli za nimi. Lecz oficerowie carscy nie spieszyli się do bitwy. Marsz odbywali powolnie, a na kwadrans przed wejściem do boru (24 Lutego) zatrzymali się przez dziesięć minut dla popasu, na którym raczyli żołnierzy swoich gorzałką. Nasi mieli więc dosyć czasu do przygotowania się do boju, lecz nie było ładu i komendy w obozie. Można było uniknąć bitwy i pójść głębiej w bory, lub też zdecydowawszy się na walkę, rozstawić się jak należy, dobrze przetrzepać Moskali, którzy nie mieli wielkiej siły, zostawali pod wpływem dziwnego strachu i tylko gorzałką zachęcili się do bitwy. Sawickiego nie było, wydalił się z obozu po żywność i inne potrzeby dla powstańców.

Co robił i gdzie był Dr. Dworzaczek w chwili uderzenia na obóz Moskali? Nie wiadomo. Nie było go przecież widać na miejscu w początku bitwy, a gdy już popłoch między powstańcami stał się ogólnym, powstrzymać go nie umiał. Zsiadłszy z konia, pieszo wraz z innymi uchodził. Koloniści niemieccy z Nowosolny schwytali go i związanego dostawili do Łodzi. Moskale przewieźli go do Łęczycy, zkąd po ośmiomiesięcznem więzieniu wysłany na wygnanie do Rossji. Doktór Dworzaczek człowiek z poświęceniem i zdolny urzędnik, wodzem był żadnym, nie dziw więc, że został pod Dobrą rozbity.

Bój przedłużał się od południa do piątej wieczorem i zamienił się w końcu na ręczne zapasy. Obraz pobojowiska był przerażający. Około siedmdziesięciu najokropniej pokaleczonych polskich trupów i bardzo wielu ciężko poranionych, obdartych do naga przez moskiewskie żołdactwo, zaległo pole bitwy. Niektórzy ranni przewiezieni byli do Łodzi, z tych zaraz siedmiu wyzionęło ducha. Pomiędzy poległymi był Gadomski akademik, Orłowski i dwie kobiety. Jedna, Marja Piotrowiczowa z domu Rogalińska,lat 23 licząca, żona nauczyciela wiejskiego, napadnięta i obskoczona przez Moskali, odpędzała ich kosą od siebie, w końcu legła zabita obok swego męża; drugą była Katarzyna, służąca. Pastwienie się żołdaków nad ciałami zabitych kobiet świadczyło o dzikości wojska. Piotrowiczowa miała dwieście pięćdziesiąt ran na swojem ciele. Inne trupy nosiły ślady również barbarzyńskiego okrucieństwa.

Wrażenie jakie ta klęska sprawiła, było najgorsze. Powstanie łęczyckie długo nie mogło po niej przyjść do siły i poważniejszego wystąpienia. Wiele nadziei w niwecz się obróciło, duch w powiecie osłabł, zapał wojenny zmniejszył się w Polakach, a Moskale nabrali otuchy. Lecz mieszkańcy okolicy, nie poprzestali na tej nieszczęśliwej próbie. Sawicki powtórnie zaczął zbierać ochotników, a otrzymawszy nominację na organizatora sił zbrojnych powiatu łęczyckiego, zaczął się szczerze krzątać około sformowania i uzbrojenia oddziału. Organizacja jednak miejscowa cywilna, niechętnie widziała go na wyższym stopniu i nie chciała mu pomagać, co rozumie się niszczyło jego dobre chęci. Sawicki był popularnym w niższej klasie ludności, lecz nie posiadał stosunków i uznania pomiędzy właścicielami. Kredyt zaś i zaufanie w mieszczaństwie utracał powoli z powodu nadużyć, jakich się dopuszczali ajenci, którymi się wyręczać musiał. Temi to nadużyciami tłumaczyła miejscowa organizacja i niestety słusznie swoją niechęć do nowego wojennego organizatora powiatu. Sądzę jednak, że gdyby mu była gorliwie dopomogła, zapobiegłaby przez to nie jednemu smutnemu lub gorszącemu zdarzeniu.
Cdn...

wtorek, 31 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia W. Jaworskiego [1]

Fragmenty mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Krytyczna, miejscami sensacyjna relacja uczestnika powstania. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – WK.

* * *

Część I - Patriotyzm i sztucery

Powiat łęczycki, nie był w Polsce ostatnim co do okazania uczuć patrjotycznych w manifestacjach, jak również w pochwyceniu za oręż w 1863 roku. W roku 1860-61 i 62 manifestacje jakie czyniła ludność Warszawy, powtarzały się to w krótkim czasie, chociaż wiele miast w tym powiecie jest fabrycznych, a w nich jak na przykład w Łodzi, prawie większość mieszkańców składa się z Niemców.

Siła narodowa, jaka ogarnęła Polskę, była tak potężną, że ulegali jej nawet zwykle niechętni nam cudzoziemcy, tak dalece, że pomiędzy napływową, obcą ludnością łęczyckiego powiatu, ruch był rownież ogólny, jak pomiędzy polskimi mieszkańcami, i różnica narodowości pomiędzy niemi zacierała się z dniem każdym. Z biernego w początkach zachowania się, przerzucili się Niemcy w czynnych przeciwników Moskali, a mianowicie też więksi właściciele majątków ziemskich pochodzenia niemieckiego, okazali się gorliwymi polskimi patrjotami. Udział ich w uroczystościach narodowych był bardzo szczery. Niemki ubrały się w żałobne suknie jak i Polki. W miastach nie łatwo było widzieć inną barwę sukni jak czarną lub szarą.

W rocznicę unji Litwy z Polską z miast naszych wyszły świetne processje do krzyży przy drogach stojących, z narodowemi chorągwiami, wieczorem zaś rzęsista illuminacja, szczególniej w Łodzi, była świadectwem radości mieszkańców. W Zgierzu, gdzie się znajdowałem, nie widziałem jednego ciemnego okna. Wszędzie gorzało światło wśród wieńców i bukietów. W rocznicę śmierci Kościuszki, we wszystkich kościołach katolickich, protestanckich i żydowskich odbyły się nabożeństwa. Umiarkowanie w tych uroczystościach zachowane było, a porządek i spokój nie był naruszonym. Tylko w stolicy powiatu, Łęczycy, wyszła ludność z granic przyzwoitych i dopuściła się z zniewagi biskupa kujawsko-kaliskiego księdza Marszewskiego, któremu wyprawiła kocią muzykę, wśród nieprzyjaznych okrzyków i kamieni oprowadzając karetę jego po rynku (3 Września 1861).

W początkach Lutego 1863 roku, w mieście Łodzi został sformowanym pierwszy zbrojny oddział powiatu łęczyckiego, wynoszący paręset ludzi, na owe czasy nie źle uzbrojony, bo trzecia część powstańców posiadała sztucery. Oddział ten poprowadził w Sieradzkie ksiądz J. C. W parę tygodni drugi oddział także z kilkuset ludzi sformowany został w okolicach Łodzi i Zgierza. Nad tym oddziałem w braku uzdolnionych oficerów objął dowództwo nieznający wojny doktor Dworzaczek, naczelnik cywilny powiatu łęczyckiego. Pod dowództwem zdolnego fachowego oficera, mógł był ten oddział szybko wzrosnąć do tysiąca ludzi. Wszystko sprzyjało jego organizacji. Okolica leśna, znaczny napływ ochotników ułatwiał formację. Moskwa wówczas posiadała w powiatowych miastach nie tak liczne załogi, ażeby się nie można było kusić o ich zniesienie. Odsunięcie Józefa Sawickiego od dowództwa który miał zasługę zebrania oddziału, wywarło niekorzystny wpływ na młodzież, która sprzyjała Sawickiemu.
Stojąc w lasach pod wsią Dobrą w okolicach Strykowa, blisko przez trzy tygodnie zostawali łęczyccy powstańcy w spokojności, nie zaczepiani przez nieprzyjaciela. W nocy z dnia 21 na 22 Lutego ruszyli z miejsca i przymaszerowali do Zgierza w celu zebrania większej liczby ochotników i różnych rekwizytów wojskowych. Mieszczanie przyjęli ich z prawdziwym zapałem.

Cdn...

środa, 25 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [6]

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - WK].

Część VI - Represje barona Bremsena

W noc ostatniej bytności zbrojnych powstańców w Wodzieradach ojca w domu już nie było. Siedział aresztowany w więzieniu w Łodzi. Wogóle ku końcowi lata zaczęły się w naszych stronach duże represje. Kierował niemi baron Bremsen, mianowany naczelnikiem wojennym Łodzi wraz z okręgiem. Do okręgu tego wcielone zostały sąsiednie najbliższe części powiatów sieradzkiego, piotrkowskiego, rawskiego i łęczyckiego. Przedtem zaś Łódź nie stanowiła żadnego centrum, była zwykłem miastem w obrębie powiatu łęczyckiego. Sąd pokoju z Zgierza przeniósł do Łodzi Bremsen, nie czekając na decyzję Komisji Rządowej Sprawiedliwości, do której sprawa translokacji sądu należała. Aresztowania zarządzał na szeroką skalę, i to mianowicie w sferze ziemiańskiej.

Ojca mego zaaresztował oddział łódzkiego garnizonu i powiózł w stronę Szadku do Wólki Przatowskiej. Właścicielem jej był Ignacy Leopold, bardzo czynny w organizacji powstańczej. Prawdopodobnie zatem, a nawet na pewno można twierdzić, że ów oddział rosyjski zamierzał go aresztować. Gdy już zbliżał się do wsi, a było to w nocy, od strony Wólki odezwał się donośny głos rosyjski: "Kto idiot - kto idzie?". Rosyjscy jeźdźcy przekonani, że natrafili na swój oddział, odpowiedzieli po rosyjsku, że swoi - czy też" kozacy". Tymczasem nastąpił zawód. Z owego patrolu, mówiącego po rosyjsku, huknął wystrzał z strzelby. Kula przedziurawiła ojcu memu czapkę. Prawdziwy tragizm zrządził, że ojciec o mało co nie zginął od kuli, wystrzelonej przez Rosjanina, służącego w polskim obozie. Gdyż w Wólce Przatowskiej stał mały oddział polski, a ów na warcie patrolujący jeździec był Rosjaninem, który jeszcze w czerwcu był wzięty do niewoli przez oddział Miśkiewicza w małej utarczce rekonesansowej pod Wartą. Odtąd pozostał on w szeregach powstańczych i służył w nich zupełnie lojalnie. Pochodził z gubernji kazańskiej czy permskiej, wygląd miał tatarski. Pamiętam go dobrze, bo jakiś czas przebywał także w Wodzieradach. Jak się nazywał, nie wiem. Znany był pod nadanem mu nazwiskiem Przybylskiego, niby ten, który przybył. Wiele później został uwięziony gdzieś niedaleko Łęczycy i w mieście tem rozstrzelany. Wówczas po owym alarmującym wystrzale w Wólce Przatowskiej na alarmie się tylko skończyło.
Oddział polski, nieliczny niewątpliwie, wszedł do lasu i ruszył w dalszą drogę. Oddział rosyjski, nie widząc z jakim przeciwnikiem ma do czynienia, cofnął się do Łodzi, skąd wkrótce ojciec mój wypuszczony powrócił do domu. Ale nie na długo. Został bowiem uwięziony powtórnie, i na ten raz na czas dłuższy.
Przy okazji następnego, już na czas dłuższy dokonanego aresztowania ojca widziałem raz jeden Bremsena. Miał wstrętny zewnętrzny wygląd. Typowy rosyjski Niemiec; uosobienie w jednym człowieku syntezy dwóch naszych wrogów. Gdy matka prosiła go o uwolnienie ojca, odburknął, że to mało, że właściwie i mnie powinien był za agitację buntowniczą uwięzić. Jeśli tego nie czyni, to z uwagi na mój wiek dziecięcy. Pamiętam, że to było w Wodzieradach. Wogóle represje były wtedy liczne. Z naszej okolicy aresztowani byli ziemianie: Bolesław Kozarski z Wilamowa, Kazimierz Leopold z Tarnówki, Eugenjusz Dobek z Leśnicy, z rawskiej części okręgu łódzkiego Turobojski i Bom, z pod Piotrkowa Hilary Maleszewski. Ten ostatni był mimo uwięzienia w doskonałym humorze. Opowiadał mianowicie, że razu jednego wartujący przy nim żołnierz zapytał, za co został uwięziony. "Kuricu sworował", była odpowiedź Maleszewskiego. "U nas bywa to samo, też w takim razie więżą" - zauważył nieorjentujący się w całej sytuacji sołdat.

Oczywiście wszystkich nazwisk uwięzionych nie pamiętam. W więzieniu łódzkiem siedziały niewątpliwie setki. Wspominam tylko o ziemianach. Dwa dni w tygodniu, zdaje mi się wtorki i piątki, były dostępne dla rodzin uwięzionych do widywania się z więźniami. Matka korzystała i często bardzo jeździła do Łodzi, zabierając nas ze sobą, mnie i młodszą ode mnie siostrzyczkę Melanię. Niekiedy jeździła z nami razem do swego męża najbliższa sąsiadka z Leśnicy p. Julja Dobkowa. W gmachu więziennym był oddzielny, niezbyt wielki pokój dla tych spotkań. Bywało w nim gwarno, żywo, czasami nawet wesoło. Widzenia nie trwały nigdy długo i zawsze w obecności warty i oficera. W oficerskiem kole, służącem pod rozkazami Bremsena, byli także i Polacy. Był pułkownik czy podpułkownik Karnicki, jak się okazało - znajomy ojca, bo kiedyś przed laty w czasie kampanji węgierskiej czy wojny krymskiej, gdy oddziały rosyjskie, prawdopodobnie dla zapobieżenia wybuchowi polskiego ruchu zbrojnego, stały nawet po wsiach, on stał w Wodzieradach, czy może gdzieś w najbliższej okolicy. Był także młody oficer Libek, rodem, zdaje się, z Podola.

Do Łodzi jeździliśmy zwykle przez Lutomiersk i Konstantynów, czasami, lubo rzadko, przez Pabjanice. Szosa była dopiero od Konstantynowa i Pabjanic. Łódź ówczesna była niewielkiem miastem, bardzo dalekiem od tego, czem się stała później, od tej Łodzi, kiedym ją po raz ostatni widział w dniach wielkiego zjazdu śpiewaczego w początkach bieżącego wieku. Na ulicy Piotrkowskiej były małe parterowe domki lub puste place. W bok od niej, w jedną i drugą stronę pustki także lub ogrody. Głównym, centralnym punktem życia był Nowy Rynek, a na nim Magistrat, dom zboru ewangelickiego, szkoła powiatowa i niewysokie zresztą kamienice. Daleko, w kierunku Pabjanic, w końcu już Piotrkowskiej ulicy - fabryka Geyera, bodaj największa wtedy, w Łodzi, ożywiała Wólkę, a więc część miasta, do obrębu jego wcieloną, leżącą niewątpliwie na miejscu dawniejszej wsi tegoż nazwiska. W przeciwną stronę, ku Zgierzowi - była już bardziej rozbudowana, po miejsku wyglądająca, najstarsza, przeważnie żydowska część miasta. Radogoszcz był zwykłym majątkiem ziemskim z staroświeckim dworem i ładnym ogrodem, polami przedzielony od miasta. Należał w owym czasie do p. Ansberty z Badyńskich Rogolińskiej, 2-do voto Michalskiej. Była to kobieta już stara, bardzo ruchliwa, patrjotyczna, opowiadała wszystkim, jak mąż jej został zamordowany przez Moskali. Z tego, powodu była dobrze znaną w Łodzi. Obok niej z łódzkich mieszkańców owych czasów pozostali mi w pamięci dwaj bardzo sympatyczni ludzie: dr. Plichta, którego i przedtem znałem, bo jako lekarz bywał u nas w Wodzieradach, i rejent Jaworski, już wówczas starzec o wielkiej patrjarchalnej brodzie i niezwykle poważnym wyglądzie.
Gdyśmy do Łodzi dla odwiedzenia ojca przyjeżdżali, powóz z końmi stawał zwykle w hotelu Engla na Piotrkowskiej, a czasem w "Paradyzie". Paradyz był to staroświecki zajazd parterowy z dużem podwórzem, ogrodem i stajniami, z drugorzędną restauracją - na Piotrkowskiej ulicy, niedaleko od Wólki. Matka i wogóle rodziny, przyjeżdżające do więźniów politycznych, zatrzymywały się dla obiadów w cukierni Szwetysza na rynku; w domu narożnym, gdzie wpadała ulica i droga od Konstantynowa. Oboje małżonkowie Szwetyszowie robili wrażenie bardzo sympatyczne, ludzi zupełnie spolonizowanych i dla sprawy powstania życzliwych. U nich mówiono i dowiadywano się o Bremsenie, o rosyjskim zarządzie wojennym, o przyszłych losach uwięzionych. Losy te zaczynały się klarować. Dla wielu, zwłaszcza ziemian, kary pieniężne stawały się drogą do uwolnienia. Jak one, były określane, jaką decyzją formalną wymierzane, jak były płacone i kto z nich właściwie korzystał, - nie wiedziałem wówczas i dzisiaj, wypowiedzieć dokładnych wspomnień nie mogę. Chodziła tylko wieść, niebardzo ukrywana, że, z tych "sztrafów" korzystał osobiście Bremsen.
To też wysokość kar była stosowana nietyle do stopnia winy, ukaranego, ile do jego zamożności. Kozarski z Wilamowa, znany z zamożności, zapłacił, jak to było wiadomem, sześć tysięcy rubli, lubo czynnego udziału w organizowaniu powstania nie przyjmował. Siedział zresztą bardzo krótko. Dobek z Leśnicy nie chciał nic zapłacić, to też był zesłany, zdaje się, na dwa lata, w każdym razie na niezbyt długo do gubernij wewnętrznych Rosji, gdzieś nad Wołgę. Ojciec mój musiał zapłacić tysiąc pięćset rubli. Poza tem poniósł materjalną stratę, bo kolonistów, którzy nabyli na prawie wieczysto-czynszowem parę włók z folwarcznych pól (późniejsza kolonja Alfonsów) i dali tylko bardzo małe zaliczki, musiał zwolnić z zapłaty całego umówionego szacunku. Było to jakby wynagrodzenie od rządu za to, że niektórzy z nich chodzili istotnie z donosami do Łodzi. W powietrzu czuć było ukaz o uwłaszczeniu: akt politycznego charakteru i nasłanie komisarzy włościańskich, jako awangardy ogólnej rusyfikacji urzędów w Królestwie Polskiem.

piątek, 20 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [4]

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Część IV - Szpiedzy, warchoły, malkontenci

Pod wieczór umilkły w Kwiatkowicach śpiewy, umilkł tętent jazdy. Taczanowski wyruszył gdzieś ku południowi czy zachodowi, Parczewski na północ w Łęczyckie. Odtąd kilka razy jeszcze widziałem oddziały kawalerii. W Mikołajewicach zatrzymał się raz oddział jazdy gostyńskiej. Dowodził nim Edmund  Callier, Wielkopolanin, którego w późniejszych czasach często widywałem w Poznaniu, gdy redagował Tygodnik Wielkopolski i pisywał liczne historyczno-geograficzne monografje z dziejów Wielkopolski. Taczanowskiego widziałem po raz wtóry w jakieś kilka tygodni później w Krokockiej Woli. Oddział jego był już znacznie liczniejszy niż w Kwiatkowicach. Byli także inni dowódcy, bez swych oddziałów, niby asystujący czasowo. Był Oksiński, tego pamiętam doskonale; zdaje się, był także Luttich.

mikołajewice dwór


Do Krokockiej Woli  pojechałem już nie sam, ale z oficerem powstańczym Adolfem Koberem, który służył przedtem w wojsku rosyjskiem. Jechaliśmy bryczką, a towarzyszył nam jeździec z powstania, w mundurze i przy broni, który się odbił od jakiegoś patrolu, odcięty przez oddział rosyjski. Kober dłuższy czas przebywał w Wodzieradach, przygotowując większe formacje oddziałów piechoty. Raz o mało co nie wpadł w ręce rosyjskie, a że służył przedtem w wojsku rosyjskiem, byłby na  pewno rozstrzelany.

Było to w prześliczny poranek lata, w początkach sierpnia lub w końcu lipca; folwarczna służąca, imieniem Zuzanna, idąc z pola rano, spostrzegła wojsko rosyjskie od strony Łasku i Chorzeszewa, pośpieszyła przez  ogród i zawiadomiła o niebezpieczeństwie. Kober zdążył przez ogród i łąkę schować się do lasu. Tam się posunął daleko, i już blisko od jego skraju zobaczył na drodze ludzi biało ubranych. Sądząc, że to włościanie, wysunął się ku ich spotkaniu i dopiero wtedy spostrzegł, że ci, ku którym dążył, byli odzianymi w letnie białe "rubaszki" sołdatami. Cofnął się śpiesznie i tylko niezwykła gęstwina tej części lasu, tak zwanych w miejscowej nomenklaturze "źródlisk", ocaliła go od uwięzienia i śmierci. Wrócił pod wieczór do wodzieradzkiego dworu, gdyż widocznie owo szukanie go w lesie miało charakter przypadkowy i nie było skutkiem denuncjacji. Przetrwał szczęśliwie powstanie, zamieszkał jako emigrant w Strassburgu, gdzie po zaanektowaniu Alzacji skutkiem wojny 1870 roku uzyskał automatycznie obywatelstwo niemieckie i w tym charakterze osiedlił się w Poznańskiem. Jak mi mówiono na wiele lat przed wojną w Poznaniu, mieszkał stale w Buku.

W tym czasie, w sierpniu ukazał się w naszych stronach oddział pieszy pod dowództwem Tyca. Był to oddział nieliczny, może koło 40 ludzi, uzbrojony w sztucery, bez uniformów. Z oddziałem tym wiąże się moje czysto osobiste wspomnienie. Już od wiosny marzyłem o tem, aby wstąpić jako szeregowiec do powstania. Razem z moim rówieśnikiem, synem przyjaciela mego ojca, radcy Dyrekcji Głównej Towarzystwa Kredytowego Antoniego Klimaszewskiego z Bąków, Stefanem Klimaszewskim, który bawił wtedy u nas w gościnie, wybieraliśmy się potajemnie uciekać do obozu Oborskiego. Oddział ten kręcił się wtedy w Łęczyckiem. Tymczasem w chwili, gdyśmy się wybierali na piechotę w podróż, przyszła wiadomość, że Oborski został rozbity gdzieś między Poddębicami a Uniejowem. Narazie musiałem odłożyć mój zamiar, ale go nie porzuciłem. Rozstać się z nim nie mogłem.
Gdy już latem obozy kawalerji zaczęły się ukazywać w naszych stronach, zwracałem się do dowódców z prośbą o przyjęcie. Tak było w oddziałach Miśkiewicza, Calliera, a chcąc zjednać sobie Taczanowskiego, ofiarowałem mu wcale nieosobliwy wiersz na cześć wodzów powstańczych, a szczególniej jego ułożony. Nic nie pomogło - wszędzie spotykała mnie odmowa. Jeden z powstańców w obozie Taczanowskiego nazwał mnie wprost dzieciakiem. W rzeczywistości byłem nim jeszcze, a wyglądałem znacznie młodziej, niż na lata, które już miałem.(...)

Utraciwszy nadzieję dostać się do kawalerji, usiłowałem być przyjętym do oddziału piechoty. Otuchy pod tym względem dodawała mi znajomość z Tycem. Widząc, że oddział jego zatrzymał się rano w sąsiedniej Leśnicy, a obiad miał zamówiony w Wodzieradach, pobiegłem tam dotąd. Wyraziłem swą prośbę dowódcy o przyjęcie mnie do oddziału, życzenie moje poparł będący czasowo przy Tycu, widocznie z ramienia władz organizacyjnych, Poznańczanin Powidzki i cała sprawa była, zdawało się, pomyślnie załatwiona. Razem z oddziałem Tyca wróciłem do Wodzierad i gdy po zjedzonym obiedzie powstańcy ruszyli w dalszą drogę w kierunku wschodnim ja przez ogród wybiegłem i zaraz za wsią przyłączyłem się do oddziału, otrzymałem sztucer i uzbrojony już maszerowałem z innymi w szeregu dwójek czy trójek. Czułem się niepospolicie dumny i uszczęśliwiony nadzieją udziału w przyszłych walkach z wrogiem. Tymczasem los zrządził inaczej.
Oddział zatrzymał się na kolonji Teodorów, aby tam zaaresztować kogoś, zdaje się Niemca, oskarżonego o szpiegostwo. To wystarczyło, że matka moja, podejrzywając co się stało, wziąwszy do pomocy ogrodnika Paluszkiewicza, bryką zaprzężoną w parę koni dopędziła nas. Zacząłem uciekać w stronę pobliskiego lasu, ale ów ogrodnik dogonił mnie, przyprowadził przed naczelnika Tyca, który teraz stanął stanowczo po stronie mojej matki i kazał mi wracać do domu. Gdyby nie ów przystanek w Teodorowie, oddział ruszyłby w las janowicki i dalej w lasy dóbr łaskich, a wtedy matka jużby mnie napewno nie dogoniła. Skutkiem owego postoju, prysła moja nadzieja partyzantki. Już odtąd nie ponawiałem starań o przyjęcie do oddziału. Jeździłem tylko na kucu po sąsiednich kolonjach i wioskach, zachęcając młodych parobków do powstania. Wielkich skutków cała ta moja impreza nie dała. Józef Skonieczka z Wodzierad był bodaj jedynym, którego udało mi się namówić.
Z okresu letnich miesięcy mogę też zaznaczyć kilka pozostałych w mojej pamięci fragmentów, bliżej co do czasu nieokreślonych; a więc - wyjazd ojca z jakiemiś zleceniami władz polskich rzemiennym dyszlem w okolicę Kalisza nad granicę pruską, to znowu zatrzymanie się w Wodzieradach na popas całego furgonu z bronią, który prowadził Zdzisław Błeszyński z Żelisławia pod Błaszkami, ranny w r. 1861 w dzień lutowej manifestacji na Krakowskiem Przedmieściu w Warszawie. Dochodziły także przykre wiadomości o zamieszkach, które miały miejsce w oddziale Taczanowskiego pod Łaskiem, spowodowanych brakiem dostatecznej karności wśród pewnej grupy powstańców, wchodzących przedtem w skład oddziału Miśkiewicza. Zamieszki te zaraz się uspokoiły, lecz rezultat ich był bardzo bolesny, mianowicie powstaniec, nazwiskiem Kubarski, został za niekarność rozstrzelany pod Widawą. Pod Łaskiem także miał miejsce inny fakt. Mianowicie przez oddział nasz została na szosie w lesie aresztowana i powieszona młoda kobieta, będąca szpiegiem rosyjskim. Nazwisko jej Sójka, należała do półinteligentnej sfery.

W drugiej połowie sierpnia, jakoś już ku końcowi, był w naszych stronach duży ruch organizacyjny w kierunku formowania piechoty dla Taczanowskiego. Zjechało się i u nas kilku oficerów, wybierających się do nowej formacji. Z rosyjskiego wojska był dawniej już przebywający Kober oraz Malukiewicz, z wojska austriackiego byli Birtus i Nykel. Byli jeszcze i inni, których nazwisk nie pamiętam. Wtedy, czy może jeszcze wcześniej, i to bardziej prawdopodobne, był u nas oficer Młochowski, który pozostał mi w pamięci, że głośno i ostro narzekał na błędy wodzów powstańczych, zwłaszcza jakiegoś dowódcy z okolic Rawy. W owe sierpniowe dni zebrani w naszym dworze głośno rozmawiali o planach przyszłych działań. Rozkładali mapę, o której jeden wyraził się: "to nasza ewangelja, która nas do zbawienia doprowadzi". Wreszcie wyjechali wszyscy. Po ich wyjeździe w niedługim czasie przyszły wieści o bitwie pod Sędziejewicami, w której Mniewski został ciężko ranny w rękę w chwili, gdy szwadron swój prowadził do ataku. Rękę amputowano mu.

niedziela, 15 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [3]

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Cześć III - Kwiatkowicka parada wolności


Niewiele czasu minęło, a zobaczyłem w Puczniewie, majątku Wernerów, oddział kawalerii łęczyckiej. Dowódcą był także stryjeczny brat ojca, Walenty Parczewski. Był to jeden z bardziej znanych dowódców powstańczych, więc o nim kilka szczegółów mało, a może zupełnie nieznanych. Jako Poznańczanin służył przed laty w wojsku pruskiem, z początku obowiązkowo, w 19-tym pułku piechoty linjowej, w którym zwykle dużo Poznańczanów służyło, a potem ochotniczo w kawalerji, w huzarach hrabiego Ziethen (...). Uczynił to z porady ojca swego, starego napoleończyka, który uważał, że gdy pozna różne rodzaje służby wojskowej, tem więcej użytecznym będzie w przyszłości dla Polski. (...)
walenty parczewski


W 1863 r. zaraz w początkach powstania znalazł się naprzód na Litwie i tam, będąc ranny, zawieziony został dla wyleczenia z ran do ziemiańskiego domu, a domem tym okazał się Czerwony Dwór pod Niemenczynem, własność Antoniego Parczewskiego. Z ziemi wileńskiej przejechał w Łęczyckie. Oddział, który sformował, miał w składzie swoim wielu z straży ogniowej warszawskiej. Parczewski chwalił ich bardzo, jako niezwykle dzielny element wojskowy. Cały ten oddział bił się bardzo często i nieraz z powodzeniem, pod Kterami, Walewicami, alarmował Kutno i Łódź, gdzie z dwóch stron jednocześnie od Zgierza i Konstantynowa wpadł do środka miasta ku wielkiemu zdumieniu garnizonu rosyjskiego. Opowiadano sobie wówczas dużo o tym niezwykłym i śmiałym ataku. Oddział zresztą liczny nie był. Podobnie jak w oddziale Miśkiewicza, mogło być w nim jakieś sto kilkadziesiąt, może najwyżej dwieście koni.Z oficerów pozostali mi w pamięci: Skowroński, szczupły, niezbyt wysoki - z wojska rosyjskiego i Władysław Wardęski, młody właściciel Dalikowa w Łęczyckiem. Tego widywałem często w czasie wojny światowej w Warszawie jako radcę Dyrekcji Głównej Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego i namawiałem do skreślenia pamiętnika z czasów powstania. Zachował mi się także w pamięci Sokolnicki, bo później spotykałem go często jako ziemianina w pobliżu Kalisza, ale szczególnie wrył się w pamięć, lubo potem nigdy go w życiu nie widziałem, oficer czy wachmistrz niezwykłego wzrostu i postawy. Odbijał i wyróżniał się wśród całego oddziału, zwłaszcza gdy na koniu siedział. Wysoki, barczysty, grubej tuszy, a przytem dziwacznie ubrany, w jakąś długą bronzową grubą burkę, z czapką turecką na głowie. Coś niby zakonnik, niby człowiek z Wschodu. Nie był już człowiekiem pierwszej młodości, raczej w średnich latach. Z ojcem moim w rozmowie coś sobie przypominali. Widocznie znali się dawniej. W oddziale służył pod pseudonimem jako Dzida, prawdziwe zaś nazwisko jego było Spiess, z znanej warszawskiej rodziny.


Oto garść wspomnień z Puczniewa, z pobytu w nim oddziału Parczewskiego. Wracaliśmy do domu w nocy, jadąc bez furmana na tak zwanej wówczas "prelotce", w jednego konia zaprzężonej, którą ojciec powoził. Ja drzemałem, siedząc ztyłu. Nagle, gdyśmy już do Kwiatkowic zbliżali się, budzi mnie ojciec i powiada: "Pamiętaj, gdyby się pytali, powiedz, żeśmy byli u Maleszewskiego w Przyrownicy". Okazało się, że ojciec zobaczył stojący pod wsią patrol konny i w pierwszej chwili myślał, że to Moskale. Tymczasem jeździec, stojący na warcie, był nasz. W Kwiatkowicach stał oddział Taczanowskiego. Konie przy płotach wzdłuż drogi i w podwórzu karmiły się ziarnem lub sianem, ludzie budzili się już ze snu.

puczniew dwór

Oddział był o wiele większy od oddziałów Miśkiewicza i Parczewskiego. Rekrutował się on na terenie całego województwa kaliskiego w granicach Kongresówki. Szwadron Miśkiewicza już był tutaj wcielony. Cały oddział był jakby pułkiem. Składał się z czterech szwadronów, z których każde dwa stanowiły jeden dywizjon. Pamiętam doskonale nazwiska komenderujących pojedyńczemi grupami. Na czele jednego dywizjonu stał Miśkiewicz, drugim komenderował Bojarski, wąsal w średnich już latach, o którym mówiono, że służył przedtem w legjonie polskim w Turcji, czyli w tak zwanych kozakach tureckich. Szwadronami dowodzili rotmistrze: pierwszym - Okoniewski, drugim Teodor Mniewski, trzecim Miłkowski, czwartym Zdzisław Błeszyński. Trzej ostatni służyli przedtem w wojsku pruskiem, a prawdopodobnie także, sądząc z nazwiska, i rotmistrz pierwszego szwadronu. Mniewski i Błeszyński byli mi od najmłodszych lat znani jako krewni i, choć służyli w pruskiem wojsku, nie byli Poznańczanami, lecz ziemianami z pod Kalisza. Był bowiem w czasach przedpowstaniowych (...) zwyczaj w Kaliskiem, że wielu ziemian, mieszkając stale w Królestwie, wyjednywało dla siebie lub dla swych synów obywatelstwo pruskie. Zostawali, jak się wyrażano, "wazalami" pruskimi. Zapewniało to więcej swobody w uzyskiwaniu paszportów, w możności kształcenia się w gimnazjach i uniwersytetach zagranicznych, wogóle dawało swobodę ruchów. Majątek Ociąż pod Ostrowem, własność Teodora Morawskiego, członka rządu narodowego w r. 1831, a potem jego żony z domu Szczanieckiej, był tem miejscem, gdzie Kaliszanie zapisywali się do ksiąg ludności, uzyskując tym sposobem obywatelstwo pruskie.


edmund taczanowski
Poza tem w oddziale Taczanowskiego, jak wogóle w oddziałach czynnych na zachodzie Kongresówki, było dużo ochotników z Poznańskiego. Wielu było gimnazistów z polskich naówczas gimnazjów w Ostrowie, Marji Magdaleny w Poznaniu i Trzemesznie. Zwłaszcza trzemeszniacy z wyższych klas w tak dużej ilości ruszyli do powstania, że gimnazjum to rząd pruski zamknął. Oddział Taczanowskiego był już cały należycie umundurowany i uzbrojony. W każdym szwadronie trzy plutony były ułańskie, a więc z lancami, ozdobionemi w chorągiewki. Czwarty szwadron był strzelecki, uzbrojony w sztucery. W Kwiatkowicach oddział stał cały dzień; przybył także z Puczniewa, jakby w gościnę, widocznie na skutek porozumienia się, oddział Parczewskiego. Były manewra i ćwiczenia konne na polach w stronę Leśnicy. Słychać było komendę oficerów: "Od prawego zajeżdżaj!". Rozlegały się pieśni narodowe.

Cdn...

wtorek, 10 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [2]

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - WK].

Część II - Granatowe mundury, wysokie konfederatki, humory wyborne...

Wracam do właściwego przedmiotu, do wspomnień 1863 roku. Ranni z pod Nowosolnej leczyli się zupełnie swobodnie i przemieszkiwali w dworskim domu na wsi, w którym mieszkał ekonom. W tym domu przebywali także inni przyszli powstańcy w oczekiwaniu formacji zbrojnych oddziałów. Swoboda ruchów była zupełna; rosyjskie oddziały nie kręciły się wcale w naszych stronach. Jakby w ziemię zapadły. Łódź przysyłała ciągle w gościnę do Wodzierad tych,  którzy do boju się szykowali. Przebywał dłużej Ferdynand Fiszer. Raz przyjechał Cham, Niemiec, który wcale po polsku nie umiał. Był to człowiek olbrzymiego wzrostu. Opowiadano o nim, że był w bitwie pod Nowosolną, gdzie po rozbiciu naszego oddziału schował się do stodoły i przykrył słomą. Kiedy kozacy w poszukiwaniu powstańców weszli do stodoły i słomę odrzucili, Cham nagle powstał, wówczas ujrzawszy niezwykłego olbrzyma, krzyknęli: "czort" i uciekli. Olbrzym do niewoli się nie dostał. Si non e vero...
Bywali też powstańcy i z innych miasteczek koło Łodzi. Z Konstantynowa, zdaje się, pochodził stolarz Aleksander Tyc, przyszły dowódca oddziału. Do  Wodzierad przyjeżdżał często. Dłuższy czas bawił szewc Tobolski. Także młody Fechner z Warszawy, syn jednego z wyższych urzędników Banku Polskiego.  Wszystkich nazwisk, oczywiście, nie pamiętam.

Na wiosnę szykowała się organizacja powstańcza na większą skalę, na podstawie terytorjalnej oparta, a nie w formie luźnych przypadkowo gromadzonych oddziałów. Dla trzech powiatów: sieradzkiego, piotrkowskiego i wieluńskiego, które niegdyś za czasów dawnej Rzeczypospolitej tworzyły województwo sieradzkie, formował się oddział, na czele którego miał stanąć Napoleon Urbanowski. Był to Poznańczanin, inżynier z zawodu, później właściciel znanej bardzo w Poznaniu fabryki narzędzi rolniczych. W naszej okolicy był znany i przedtem, bawił bowiem nieraz u siostry swej, żony właściciela Mikołajewic Roberta Tobiaselli i u krewnych Lazarewów w Żytowicach.

Wojskową organizację najbliższej naszej okolicy miał sobie powierzoną Juljusz Romocki, właściciel Marzenina pod Łaskiem, były oficer, w każdym razie wojskowy z armji rosyjskiej. Punktem zbornym był Poleszyn, położony wśród znacznie większych niż dzisiaj lasów dóbr łaskich. Przypominam sobie, że ojciec objechał przedtem parafję Mikołajewice, a przynajmniej majątki w obrębie jej położone, poczem na noc pojechał na punkt zborny do Poleszyna. Rano powrócił z swej wędrówki. Słyszałem, jak opowiadał o tem matce. Co zawiózł z sobą, nie wiem, najprawdopodobniej brał dubeltówki i pistolety swoje i pozbierane od innych. Działania sieradzkiego oddziału Urbanowskiego trwały niedługo, w bardzo krótkim czasie po sformowaniu się oddział ten został rozbity pod Rychłocicami nad Wartą. Niedługo także działał jednocześnie sformowany oddział kaliski, którym dowodził mój stryj Franciszek Parczewski, dawny pruski wojskowy i dowódca kompanji powstańczej w oddziałach Białoskórskiego i Mierosławskiego w r. 1848 w bitwach pod Odolanowem, Raszkowem, Miłosławiem i Wrześnią. Oddział ten rozbity został pod Parzymiechami w Wieluńskiem.

O rosyjskich oddziałach wojskowych, a nawet policyjnych posterunkach nie było w naszej okolicy słychać. Trzymały się w oddali. Natomiast od początku lata, pamiętam, przesuwają się wciąż polskie oddziały kawalerji. Cudowny kalejdoskop ładnie umundurowanych, dobrze uzbrojonych, na dobrych koniach szeregów jazdy! Jakby armia regularna. W początkach lata było, gdy przyszła wiadomość, że w Wilamowie jest oddział jazdy kaliskiej pod wodzą Władysława Miśkiewicza. Oddział był niewielki, ale dobrze wyekwipowany. Pojechali oboje rodzice z prowjantem dla oddziału, ja przy powozie na kucu towarzyszyłem im. Był cudowny dzień słoneczny i cudowny był widok tej polskiej jazdy. Granatowe mundury, wysokie konfederatki. Humory kawalerzystów  wyborne, widocznie pełne najlepszych nadziei. Na trawie spoczywa młody Bronikowski z Wólki Miłkowskiej pod Wartą i śpiewa piosenkę, której słowa pozostały mi doskonale w pamięci:

Tam młody żołnierz długość nocy skraca
I tak sobie śpiewa na swej broni wsparty:
Zefirze luby, zefirze jedyny!
Nieś moje pienia do lubej krainy,
Powiedz jej, że żyję tu zajęty cały
Chlubą przyszłości i miłością sławy.

Nawet melodja tej piosenki, pomimo upływu tylu lat, z pamięci mi dotąd nie uleciała. Pozostała żywą, jakbym ją wczoraj słyszał. W oddziale pełno znajomych; jest i dwóch kuzynów, Władysław i Ludwik Mazurkiewicze. Po południu oddział ruszył dalej w stronę lasku, przez las ku Wrzeszczewicom. Jakeśmy do domu przyjechali, już nie pamiętam, bo furman nasz Józef Borzęcki już do Wodzierad nie wrócił. Wsiadł na koń i ruszył z oddziałem. Odpokutował to potem na Syberii.

Cdn...

sobota, 7 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [1]

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego - urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].


alfons parczewski

Część I - Szlachta z powiatu sieradzkiego szykuje się do walki. Śpiewy patriotyczne i szarpie

W lutym 1861 r. zapowiedziane zebranie Towarzystwa Rolniczego w Warszawie budziło powszechny interes, ciągnęło ziemian do stolicy Królestwa. W powietrzu czuć było coś niezwykłego. Ojciec mój wybierał się także, ale w ostatniej chwili skutkiem cierpienia w ręku musiał zaniechać podróży. Jakoś bardzo niedługo potem wchodzi ojciec do pokoju matki, w którym i ja się znajdowałem, i w stanie pewnego wstrząsu duchowego odzywa się: "Siedem tysięcy zostało zabitych". Nie objaśnia bliżej, gdzie i kto zabity. Matka także nie pyta, milczy skutkiem silnego wrażenia. Nie było potrzeby bliższych objaśnień. Z góry wiedziano, że to było w Warszawie, że ofiarami byli nasi, a mordercami Moskale. Owa rozmowa stoi mi dzisiaj żywo w pamięci. Jakbym ją słyszał i widział wczoraj. Wiadomość o lutowych wypadkach na Krakowskiem Przedmieściu i olbrzymich ofiarach przywiózł kotlarz Brzóska z Lutomierska. Wkrótce potem wyjaśniła się prawdziwa i dokładna wiadomość o pięciu poległych, wśród których był i znajomy nam Marceli Karczewski, ziemianin z Sieradzkiego, z pod Zduńskiej Woli.

biwak wojskowy warszawa 1861
Nadeszła epoka narodowych manifestacyj. Przedewszystkiem więc śpiewy patriotyczne w niedziele w kościołach. W Mikołajewicach próbowano ich także; ja z moim rówieśnikiem Stanisławem Lazarewem z Żytowic chcieliśmy swoje głosy przyłączyć do chóru, ale proboszcz X. Żak zabronił śpiewów patrjotycznych.  Nie był on i przedtem wśród ziemian lubiony. Należał do generacji duchownych, którzy wraz z X. Biskupem Marszewskim z Prus Zachodnich do diecezji kujawsko-kaliskiej się przenieśli. Byli jednak wśród tej grupy inni, powszechnie szanowani kapłani, jak X. Szulc, prałat kolegjaty kaliskiej, i  bratanek jego również prałat, obaj proboszczowie w Pabjanicach. Po wydaniu zakazu śpiewów patrjotycznych przez X. Żaka rodzice przestali jeździć do  kościoła w Mikołajewicach, jeździli natomiast do pobliskich Kwiatkowic, gdzie proboszcz X. Górecki na śpiewy narodowe pozwalał. Rozlegały się wówczas co niedziela pieśni: "Boże, coś Polskę" i "Z dymem pożarów", tak długo, dopóki wogóle nie nastąpiły pod tym względem represje. Jedno bardzo uroczyste  nabożeństwo o charakterze patriotycznym pamiętam w Szadku, wyszło mi jednak z pamięci, czy to było za Kościuszkę, Czartoryskiego, czy może najprawdopodobniej na pamiątkę Unji Lubelskiej. Wpobliżu kościoła parafialnego, przy drodze prowadzącej do Zadzimia został wzniesiony i tego dnia poświęcony wielki krzyż drewniany. Zjazd był ogromny, ziemianie zjechali się i z dalszych okolic - z pod Lutomierska, Poddębic i Łasku. Ojciec zabrał mnie z sobą; pamiętam doskonale, że wielu było w narodowych ubiorach, kontuszach i czamarach, w konfederatkach na głowie. Na bryczkach lśniły różne kolory, głównie niebieski, który, rzecz dziwna, pozostał mi w pamięci jak najdokładniej.

wodzierady dwór
Obok manifestacyj narodowych, był, lubo pewnie nie we wszystkich dworach i dworkach ziemiańskich, ruch w kierunku szerzenia oświaty i narodowego uświadomienia włościan. Rodzice moi założyli własnym kosztem szkołę elementarną dla dzieci wiejskich w Wodzieradach. Sprowadzili w tym celu nauczyciela. Dla dzisiejszych mieszkańców tej wsi [lata 20. XX w. ] będzie może interesującem dowiedzieć się, że owa szkoła mieściła się w domu, jednym z większych, położonym wprost drogi, która wówczas od strony Chorzeszowa wpadała do wsi. Lubiłem często do owej szkoły zaglądać, a musiała ona być w naszych stronach rzadkością, nie mówiono bowiem w owych czasach, aby w której z sąsiednich wsi "szkółkę" również założono. W Wodzieradach stała się także w dziedzinie społecznej druga pokrewna założeniu szkółki rzadkość. Oto ojciec mój, nie czekając ukazów, zaraz po warszawskich manifestacjach uwłaszczył pańszczyźnianych włościan. I o tem w innych majątkach okolicznych nie było słychać.

Tymczasem w powietrzu unosiło się przeczucie walki zbrojnej. Późną jesienią 1862 r. matka w długie wieczory jesienne skubała szarpie dla przyszłych rannych. My z siostrą pomagaliśmy jej w tej robocie. Przeczucie nie  omyliło. Zaraz w początkach powstania przywieziono do Wodzierad pierwszych rannych z bitwy pod Nowosolną [w źródłach historycznych znana jako bitwa pod Dobrą], w okolicach Łodzi stoczonej, w której z naszej strony dowodził Dworzaczek. Dwaj byli mieszkańcami Łodzi: Bidorf i Lebelt. Trzecim był Grochulski. O Lebelcie mówiono wówczas, że on w imieniu władz narodowych pokwitował zabranie w Łodzi funduszu rządowego na rzecz powstania, i z tego powodu schwytanie jego przez Rosjan byłoby z wielkiem niebezpieczeństwem i obawą ciężkich represyj połączone. Z tego może powodu nie wrócił już do kraju po upadku powstania.

Cdn...