Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętniki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 kwietnia 2013

Nóg moczenie przy Szopenie...

Słynny nasz poeta romantyczny, zwany czwartym wieszczem - Cyprian Kamil Norwid, często-gęsto swoje teksty ozdabiał zręcznymi rysunkami i okraszał ciętą ironią. W jednym z listów tak na przykład żalił się na niechlujstwo drukarzy:
norwid-dajcie jakąś książkęRaz - dawniej - w rymie, który brzmiał: "Zrazu cię zapał porywa,/ A potem - smutki" - oni - przez halucynację zecera śpieszącego się na obiad - wydrukowali: "Zrazów cię zapach porywa,/ A potem - wódki"
Ulubionym tematem jego żartów i karykatur był jednak typowy przedstawiciel polskiej szlachty - zubożały intelektualnie zacofany prowincjusz. Ale prowincjusz pamiętający "stare-dobre-złote" czasy Rzeczpospolitej i powiedzenie: "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie". Ubóstwo wykształcenia i kultury u takiego jegomościa nie wiązało się bynajmniej z pokorą i skromnością. Chociaż zniknęły szlacheckie sejmiki i król, któremu można wypowiedzieć posłuszeństwo, typ ten nadal uważał się za lepszego od zniewieściałego Francuza, heretyckiego Niemca, nie wspominając o Żydzie-karczmarzu czy barbarzyńskim Moskalu. Nie bardzo też pan szlachcic cenił sobie artystów. Mimo wielkich zachwytów warszawskich elit nad literaturą romantyczną...
Jesienią roku 1841 młody Norwid odbył razem z kolegą podróż po Królestwie Kongresowym. Swoje spostrzeżenia uwiecznił później w "Pamiętniku Podróżnym". Poniżej - fragmenty z oryginalnymi zapiskami poety (w miniaturkach).

norwid - to chleba nie dajeTegoż roku podróżowałem po Polsce - dwóch nas było: śp. Władzio Wężyk i ja - mieliśmy z sobą kilkadziesiąt tomów książek, mianowicie historii dotyczących kronik i pamiętników. Szlachcic jeden, bardzo szanowny obywatel i dobry sąsiad, i dobry patriota, zobaczywszy podróżną biblioteczkę naszą, ruszył głową i mruknął: "To chleba nie daje!..."

Wszelako jednego razu tenże sam, w żółtym szlafroku, w czapce z guzikiem na szczycie głowy i z fajką na długim przedziurawionym kiju, wchodzi do nas: "Oto (powiada półgębkiem i przez ramię) dajcie mi też jaką książkę z brzega, bo idę spać do ogrodu".
Brałem przeto z brzega książkę i podawałem ostrożnie obywatelowi, tak jako w kwarantannie podaje się z rąk do rąk, ile możności dotknięcia osoby unikając. I widziałem tylko tył osoby poważnej w szlafroku żółtym popstrzonym w duże kwiaty piwonii - rzecz ta wychodziła z książką w ręku, a po niedługim przeciągu czasu widziałeś tęż samą postać na trawniku snem ujętą.

norwid - ja lubię nogi moczyć i słuchać, jak mi żona na fortepianie gra ChopinaWszelako, po wielu i wielu latach spotkałem na ekspozycji w Paryżu potomka owegoż obywatela. - Ten mówił mi o sztukach pięknych różne spostrzeżenia swoje... "Lubię i muzykę! (powiadał mi). Lubię i muzykę, i jak sobie wrócę z pola, a człowiek mi buty ściągnie, to ja sobie lubię tak dumać i nogi moczyć, i słuchać, jak mi żona moja gra na fortepianie Chopina...!" [...].

"Malaturę (malaturę!) także lubiłem - nim-em się ożenił!" Nigdy pojąć niemogłem dlaczego malarstwa zaniechał on lubować odkąd ożenił się - myślę, że to znaczy iż ideał wcielony zajął miejsce onej malatury, która pierwej była obywatelowi przyjemną.

Szkoda, że nieboszczyk Fryderyk nie wiedział nic o tem!

sobota, 4 lutego 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia Jaworskiego - 3

Ciąg dalszy mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Krytyczna, miejscami sensacyjna relacja uczestnika powstania. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – WK.


* * * 

Część III - Malwersacje, nominacje i sądowe perturbacje

W tak niepomyślnym stanie zastałem Łęczyckie, gdy przybyłem z Płockiego w pierwszych dniach Kwietnia (1863 r.) w moją okolicę. Powstanie słabe, wątłe jakby upadłe po przegranej pod Dobrą, nie przedstawiało nadziei szybkiego podniesienia. Sawicki prosił mnie, ażebym w jego imieniu zajął się przygotowaniem materjałów do organizacji, co, słysząc liczne zażalenia na nadużycia jakich się jego pomocnicy dopuszczali, bardzo niechętnie przyjąłem, lecz w końcu zgodziłem się, uzyskawszy wprzódy upoważnienie od niego do działania jakie uznam za stosowne i pozwolenie do usunięcia kilku szkodliwych jego pomocników. Przed rozpoczęciem czynności, pojechałem do Warszawy po instrukcje, które otrzymałem od Rządu Narodowego jaknajbardziej dokładne, otrzymałem także polecenie do Łęczyckiej organizacji, nakazujące podanie Sawickiemu jaknajgorliwszej pomocy w uzbrojeniu oddziału. Raz jednak utracone zaufanie trudno było odzyskać. Jeżdżąc po powiecie w obowiązkach służby, nie śmiałem legitymować się upoważnieniem Sawickiego, lecz okazywałem pismo od Komitetu Centralnego jako Tymczasowego Rządu. Bez tego dokumentu, doznałbym nie jednego zawodu od miejscowych obywateli.

Działalność moja zdawała się obiecywać dobre skutki. Znosząc się z administracja łęczycką i sąsiednich powiatów z powodu zgromadzenia broni i amunicji, często po tygodniu bywałem w podróży i wówczas rozumie się nie mogłem zapobiegać wybrykom pomocników naczelnika. Sawicki był słabego charakteru i mimo najsolenniejszych przyrzeczeń, że nie będzie posługiwać się swoimi przyjaciołmi, mimo przekonania, iż oni rzeczywiście nadużyli jego zaufania, powracał pod ich wpływ i dawał się im opanować. Szafowanie pieniędzy zabranych z kass carskich, zostawało w ręku paru młokosów, którzy ze zgorszeniem wszystkich uraniali grosz publiczny, hojnie płacąc w hotelach podczas przejazdów i marnotrawiąc go w restauracjach. Takie postępowanie było przyczyną, iż po dwakroć w czasie umówionym, dostawionej broni nie było czem wykupić i takowa dostała się w ręce powstańców innych powiatów. Szemranie stawało się powszechnem, pieniędzy dawać nie chciano, bo nie był rękojmi, iż grosz dany dobrze użytym zostanie; uzbrojenie a z niem i wystąpienie oddziału opóźniało się.

Sawicki wreszcie otrzymał dymissję; na miejsce jego zanominowany został przez usuniętego w tym czasie zastępcę naczelnika sił zbrojnych województwa Mazowieckiego Sejfrieda, kapitan Robert Skowroński, który dowodził kosynjerami w oddziale pułkownika Oborskiego, nowego wojewódzkiego. Sawicki w dniu instalacji Skowrońskiego przez komisarza wysłanego z Warszawy Stanisława Jarmunda, w obec wielu powstańców i urzędników cywilnych oświadczył, iż rozkaz Rządu Narodowego spełnia z uległością, i że gotów jest służyć jako prosty żołnierz w oddziale swojego następcy. Później jednak gdy się znalazł w gronie swoich przyjaciół i stronników, dał się im namówić do opozycji, przeciwko nowej władzy i odmówił złożenia rachunków z posiadanych pieniędzy, z broni zostającej pod jego zachowaniem, a prócz tego aresztował oficerów wysłanych przez Skowrońskiego. Zebrał przytem obóz ze swoich zwolenników, których pod Łodzią musztrował.

Dopuścił się więc formalnego buntu. Wystosowano do niego kilka wezwań lecz nie był im posłusznym; ponieważ zaś rozdwojenie jakie wywoływał szkodziło łęczyckiemu powstaniu, więc mu zagrożono sądem wojennym. W oporze swoim znajdował pomoc i otuchę w znacznej liczbie biernie mu oddanych ludzi, kierowanych przez jego bliższych wspólników, którzy nieposłuszeństwo rządowi tłumaczyli potrzebą zasad rewolucyjnej energji, a w istocie nie chcieli utracić materjalnych korzyści, jakie im dawało samowolne gospodarowanie pod Sawickim.

Zwołano więc sąd wojenny, na który się Sawicki nie stawił. Po sprawdzeniu nadużyć i dowodów winy, sąd skazał Sawickiego na karę śmierci. Wyrok ten został przez Wydział Wojny potwierdzonym i opublikowanym (1). Kiedy niebezpieczeństwo zagroziło winnemu, przyjaciele zaczęli go odstępować i już tylko sekretnie z nim naradzali się - poczem Sawicki tajemnie wyjechał w województwo Płockie, do powiatu lipnowskiego, zkąd przez znajomych starał się o zdjęcie z niego wyroku i odzyskanie stanowiska w powstaniu. Zbytecznem jest wspominać, iż zabiegi te spełzły na niczem.
(1) W rozkazie dziennym Wydziału Wojny Rządu Narodowego do wojsk powstańczych z dnia 22 sierpnia 1863 r. wyrok ten brzmi jak następuje:
"Wyrokiem Sądu wojennego z dnia 31 lipca r.b. złożonego z rozkazu Naczelnika sił zbrojnych województw Kaliskiego i Mazowieckiego (t.j. Taczanowskiego), Józef Sawicki, były organizator powiatu łęczyckiego, za samowolne oddalenie się z oddziału do którego należał, za niestawienie się przed sądem wojennym pomimo wielokrotnego wezwania, niezłożenie rachunków z pobranych summ, za aresztowanie oficera, który przybył po niego do miasta Łodzi, za zbiegostwo po przyaresztowaniu, za zabranie kassy w mieście Brzezinach już po uwolnieniu ze służby i przywłaszczenia jej sobie, skazany został na rozstrzelanie, a do czasu wykonania wyroku wyjęty z pod prawa. Z tego powodu, udzielona Sawickiemu przez Wydział wojny karta
wolnego przejazdu aż do czasu stawienia się przed sądem, tem samem ustaje, tracąc całą swą uprzednią moc".

Cdn...

piątek, 3 lutego 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia Jaworskiego - 2

Fragmenty mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Krytyczna, miejscami sensacyjna relacja uczestnika powstania. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – WK]

* * *

Część II - Masakra w Dobrej czyli trafiła kosa na Moskala

Pobyt w Zgierzu ułatwił Moskwie otrzymanie rzeczywistych wiadomości o sile i uzbrojeniu powstańców i ośmielił ją do zaczepnego ruchu. Powstańcy powrócili na obozowisko pod Dobrą - Moskale w liczbie kilkuset piechoty i sotni kozaków poszli za nimi. Lecz oficerowie carscy nie spieszyli się do bitwy. Marsz odbywali powolnie, a na kwadrans przed wejściem do boru (24 Lutego) zatrzymali się przez dziesięć minut dla popasu, na którym raczyli żołnierzy swoich gorzałką. Nasi mieli więc dosyć czasu do przygotowania się do boju, lecz nie było ładu i komendy w obozie. Można było uniknąć bitwy i pójść głębiej w bory, lub też zdecydowawszy się na walkę, rozstawić się jak należy, dobrze przetrzepać Moskali, którzy nie mieli wielkiej siły, zostawali pod wpływem dziwnego strachu i tylko gorzałką zachęcili się do bitwy. Sawickiego nie było, wydalił się z obozu po żywność i inne potrzeby dla powstańców.

Co robił i gdzie był Dr. Dworzaczek w chwili uderzenia na obóz Moskali? Nie wiadomo. Nie było go przecież widać na miejscu w początku bitwy, a gdy już popłoch między powstańcami stał się ogólnym, powstrzymać go nie umiał. Zsiadłszy z konia, pieszo wraz z innymi uchodził. Koloniści niemieccy z Nowosolny schwytali go i związanego dostawili do Łodzi. Moskale przewieźli go do Łęczycy, zkąd po ośmiomiesięcznem więzieniu wysłany na wygnanie do Rossji. Doktór Dworzaczek człowiek z poświęceniem i zdolny urzędnik, wodzem był żadnym, nie dziw więc, że został pod Dobrą rozbity.

Bój przedłużał się od południa do piątej wieczorem i zamienił się w końcu na ręczne zapasy. Obraz pobojowiska był przerażający. Około siedmdziesięciu najokropniej pokaleczonych polskich trupów i bardzo wielu ciężko poranionych, obdartych do naga przez moskiewskie żołdactwo, zaległo pole bitwy. Niektórzy ranni przewiezieni byli do Łodzi, z tych zaraz siedmiu wyzionęło ducha. Pomiędzy poległymi był Gadomski akademik, Orłowski i dwie kobiety. Jedna, Marja Piotrowiczowa z domu Rogalińska,lat 23 licząca, żona nauczyciela wiejskiego, napadnięta i obskoczona przez Moskali, odpędzała ich kosą od siebie, w końcu legła zabita obok swego męża; drugą była Katarzyna, służąca. Pastwienie się żołdaków nad ciałami zabitych kobiet świadczyło o dzikości wojska. Piotrowiczowa miała dwieście pięćdziesiąt ran na swojem ciele. Inne trupy nosiły ślady również barbarzyńskiego okrucieństwa.

Wrażenie jakie ta klęska sprawiła, było najgorsze. Powstanie łęczyckie długo nie mogło po niej przyjść do siły i poważniejszego wystąpienia. Wiele nadziei w niwecz się obróciło, duch w powiecie osłabł, zapał wojenny zmniejszył się w Polakach, a Moskale nabrali otuchy. Lecz mieszkańcy okolicy, nie poprzestali na tej nieszczęśliwej próbie. Sawicki powtórnie zaczął zbierać ochotników, a otrzymawszy nominację na organizatora sił zbrojnych powiatu łęczyckiego, zaczął się szczerze krzątać około sformowania i uzbrojenia oddziału. Organizacja jednak miejscowa cywilna, niechętnie widziała go na wyższym stopniu i nie chciała mu pomagać, co rozumie się niszczyło jego dobre chęci. Sawicki był popularnym w niższej klasie ludności, lecz nie posiadał stosunków i uznania pomiędzy właścicielami. Kredyt zaś i zaufanie w mieszczaństwie utracał powoli z powodu nadużyć, jakich się dopuszczali ajenci, którymi się wyręczać musiał. Temi to nadużyciami tłumaczyła miejscowa organizacja i niestety słusznie swoją niechęć do nowego wojennego organizatora powiatu. Sądzę jednak, że gdyby mu była gorliwie dopomogła, zapobiegłaby przez to nie jednemu smutnemu lub gorszącemu zdarzeniu.
Cdn...

wtorek, 31 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia W. Jaworskiego [1]

Fragmenty mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Krytyczna, miejscami sensacyjna relacja uczestnika powstania. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – WK.

* * *

Część I - Patriotyzm i sztucery

Powiat łęczycki, nie był w Polsce ostatnim co do okazania uczuć patrjotycznych w manifestacjach, jak również w pochwyceniu za oręż w 1863 roku. W roku 1860-61 i 62 manifestacje jakie czyniła ludność Warszawy, powtarzały się to w krótkim czasie, chociaż wiele miast w tym powiecie jest fabrycznych, a w nich jak na przykład w Łodzi, prawie większość mieszkańców składa się z Niemców.

Siła narodowa, jaka ogarnęła Polskę, była tak potężną, że ulegali jej nawet zwykle niechętni nam cudzoziemcy, tak dalece, że pomiędzy napływową, obcą ludnością łęczyckiego powiatu, ruch był rownież ogólny, jak pomiędzy polskimi mieszkańcami, i różnica narodowości pomiędzy niemi zacierała się z dniem każdym. Z biernego w początkach zachowania się, przerzucili się Niemcy w czynnych przeciwników Moskali, a mianowicie też więksi właściciele majątków ziemskich pochodzenia niemieckiego, okazali się gorliwymi polskimi patrjotami. Udział ich w uroczystościach narodowych był bardzo szczery. Niemki ubrały się w żałobne suknie jak i Polki. W miastach nie łatwo było widzieć inną barwę sukni jak czarną lub szarą.

W rocznicę unji Litwy z Polską z miast naszych wyszły świetne processje do krzyży przy drogach stojących, z narodowemi chorągwiami, wieczorem zaś rzęsista illuminacja, szczególniej w Łodzi, była świadectwem radości mieszkańców. W Zgierzu, gdzie się znajdowałem, nie widziałem jednego ciemnego okna. Wszędzie gorzało światło wśród wieńców i bukietów. W rocznicę śmierci Kościuszki, we wszystkich kościołach katolickich, protestanckich i żydowskich odbyły się nabożeństwa. Umiarkowanie w tych uroczystościach zachowane było, a porządek i spokój nie był naruszonym. Tylko w stolicy powiatu, Łęczycy, wyszła ludność z granic przyzwoitych i dopuściła się z zniewagi biskupa kujawsko-kaliskiego księdza Marszewskiego, któremu wyprawiła kocią muzykę, wśród nieprzyjaznych okrzyków i kamieni oprowadzając karetę jego po rynku (3 Września 1861).

W początkach Lutego 1863 roku, w mieście Łodzi został sformowanym pierwszy zbrojny oddział powiatu łęczyckiego, wynoszący paręset ludzi, na owe czasy nie źle uzbrojony, bo trzecia część powstańców posiadała sztucery. Oddział ten poprowadził w Sieradzkie ksiądz J. C. W parę tygodni drugi oddział także z kilkuset ludzi sformowany został w okolicach Łodzi i Zgierza. Nad tym oddziałem w braku uzdolnionych oficerów objął dowództwo nieznający wojny doktor Dworzaczek, naczelnik cywilny powiatu łęczyckiego. Pod dowództwem zdolnego fachowego oficera, mógł był ten oddział szybko wzrosnąć do tysiąca ludzi. Wszystko sprzyjało jego organizacji. Okolica leśna, znaczny napływ ochotników ułatwiał formację. Moskwa wówczas posiadała w powiatowych miastach nie tak liczne załogi, ażeby się nie można było kusić o ich zniesienie. Odsunięcie Józefa Sawickiego od dowództwa który miał zasługę zebrania oddziału, wywarło niekorzystny wpływ na młodzież, która sprzyjała Sawickiemu.
Stojąc w lasach pod wsią Dobrą w okolicach Strykowa, blisko przez trzy tygodnie zostawali łęczyccy powstańcy w spokojności, nie zaczepiani przez nieprzyjaciela. W nocy z dnia 21 na 22 Lutego ruszyli z miejsca i przymaszerowali do Zgierza w celu zebrania większej liczby ochotników i różnych rekwizytów wojskowych. Mieszczanie przyjęli ich z prawdziwym zapałem.

Cdn...

sobota, 28 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [7]

Ostatni fragment pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Epilog - powstańcze echa

W marcu 1864 r. zostałem odwieziony przez matkę do gimnazjum w Kaliszu. Tutaj został mi w pamięci bardzo dokładnie jeden obrazek. Było to w zimie. Wczesnym wieczorem, gdy było już ciemno, przechodziłem koło klasztoru franciszkanów. Stał tam szereg furmanek, na których siedzieli zakonnicy, a przy nich uzbrojeni żołnierze z karabinami w ręku. Był to akt doraźnego zamknięcia wielu klasztorów w Kaliskiem. Będący w nich zakonnicy zostali wszyscy zawiezieni do klasztoru kaliskiego franciszkanów, który miał pozostawiony sobie charakter klasztoru etatowego. Ale obietnicy swej pod tym względem rząd rosyjski, jak zwykle, nie dotrzymał. Do klasztoru, pomimo nadanego mu charakteru, nowicjusze dopuszczani nie byli. Zczasem faktycznie konwent cały wymarł. Co do gimnazjum kaliskiego, to w latach 1864-65 było ono zupełnie polskiem. Krótko przed mojem przybyciem tamże, nauczyciel języka rosyjskiego i inspektor bardzo dokuczliwy dla uczniów, chociaż Polak, Przystanowski, pospolicie Pryster nazywany, wyszedł skutkiem ostrego wystąpienia uczniów klas wyższych. Kilku z nich zostało wydalonych, ale gimnazjum czas jakiś pozostało zupełnie polskiem.

Gdy w r. 1864 już jako gimnazjasta przyjechałem na wielkanocne wakacje do Wodzierad, ojca odwiedziłem w Łodzi, gdzie był jeszcze w areszcie, ale już domowym tylko. Mieszkał w hotelu Engla pod groźbą zakazu opuszczania go i z obowiązkiem meldowania się w urzędzie wojennym. Gdym na wielkie wakacje przyjechał, już ojciec był w domu. Miał tylko nakaz czas jakiś w oznaczonych terminach meldować się u naczelnika wojennego w Pabjanicach. Naczelnikiem tym był oficer Usakowski. I jego pamiętam także bardzo dobrze. Typ przyzwoity, od Bremsena zgoła odmienny. Zdaje się, pochodził z szlachty ziem naszych wschodnich. Tak się skończyła likwidacja powstania w moich stronach rodzinnych.

Na zakończenie tej garstki wspomnień z dawno minionych lat jeszcze kilka ech, kilka szybko niknących, tonących w ciszy i zapomnieniu odgłosów powstania styczniowego - ale już nie z okolic Łodzi i z czasów nieco późniejszych. W gimnazjum kaliskiem byłem bardzo krótko. Doskonale w domu przez mego nauczyciela przygotowany, zwłaszcza w przedmiotach filologicznych i historycznych, przyjęty zostałem odrazu do klas wyższych. W jesieni 1865 roku, lubo bardzo młodziutkiemu i niemającemu granicy wieku, udało mi się zostać studentem Szkoły Głównej. W zimie stan wojenny, prawnie i formalnie nigdy potem niezniesiony, był jeszcze faktycznie przestrzegany w Warszawie. Wieczorami trzeba było na ulicy chodzić z latarką. Kilka razy zdarzyło mi się z powodu opóźnienia wejść w konflikt z tym przepisem. Za każdym razem byłem przez stójkowego zatrzymany i odprowadzony do cyrkułu. Tam jednak kończyło się tylko na spisaniu protokółu, czy też może tylko na wylegitymowaniu się co do osoby.

Wśród studentów Szkoły Głównej było oczywiście bardzo wielu, którzy w oddziałach powstańczych w różnych bitwach walczyli. Byli jednak i tacy, którzy, pomimo wieku odpowiedniego do noszenia broni i udziału w walce zbrojnej, "do lasu" nie wyciągnęli. Opowiadano, że była podobno pod tym względem jakaś świadoma dyrektywa, aby przez opuszczenie ogólne kazimiroskiego pałacu nie spowodować zamknięcia polskiej wyższej uczelni. Może z tego powodu, może i dlatego, że niewszyscy mieli ochotę iść w ogień, Szkoła Główna przetrwała do r. 1869, wywierając swoją naprawdę wysoce pożyteczną działalność. W psychologji całej młodzieży nastąpiło pewne ostudzenie. W audytorjach, w wielkiej auli, gdzie przez pierwsze dwa lata odbywały się wykłady wydziału prawnego, wreszcie w czasie przerw między godzinami przy kawie u "szwajcara" - o ostatnich wypadkach, o powstaniu zwykle nie mówiono. Natomiast było ono przedmiotem gawęd, rozmów, żalów przeszłości i nadziei na przyszłość w małych prywatnych kółkach.

Pamiętam takie kółko, w którem często bywałem, a które zbierał student prawnik Wacław Horodyński z okiem wystrzelonem w bitwie pod Poddębicami w oddziale Oborskiego, syn Karola Horodyńskiego, starego pułkownika z wojen napoleońskich. Na zebraniach tych między innymi bywał Henryk Sienkiewicz. Zbieraliśmy się w tem kółku na Tamce w jakimś poddaszowym pokoju. Ale jednocześnie było także kółko studentów, dla których powstanie nie było tylko pięknem minionem wspomnieniem, ale zarazem obowiązkiem bliskiej, w każdym razie niezbyt odległej przyszłości. Wtem przekonaniu, aby się odpowiednio przygotować do walki zbrojnej, uczęszczaliśmy, bodaj w zimie 1867 r., na lekcje fechtunku do instytutu gimnastycznego Majewskiego na Sewerynowie. Chodziło nas coś około dwudziestu pięciu, a może trzydziestu. (...)

Wogóle jednak wśród większości studentów zapanował modny w Warszawie pozytywizm - nietylko jako kierunek filozoficzny, ale także jako dyrektywa dla życia społecznego, dla wszystkich jego aktualnych zagadnień. "Precz z wszystkiemi ideałami!" - stało się powszechnem hasłem. Przegląd Tygodniowy Adama Wiślickiego, będący organem tego
kierunku, stał się ogromnie rozpowszechnionem pismem. Pisało w nim wielu młodych, także z Szkoły Głównej. Jedną z charakterystycznych cech nowego kierunku było pilne śledzenie ruchu umysłowego w Rosji i uświadamianie o nim opinji polskiej. W dziedzinie literackiej i publicystycznej Warszawy zaczęła się walka starych z młodymi, oryginalna
z tego powodu, że właśnie starzy przechowali kult dla ideału, gdy tymczasem młodzi schylali głowy ku nizinom życia i prozie rzeczywistości. Cały ten kierunek rozszerzał się coraz więcej, jednając sobie zwolenników wśród młodzieży.

Była jednakże i opozycja, wierna dawniejszym ideałom i wspomnieniom powstania. Zamierzaliśmy nawet wydawać pismo perjodyczne, jako antytezę Przeglądu Tygodniowego. Było to w latach siedemdziesiątych, może pierwszym lub drugim. (...) Tytuł czasopisma miał być, o ile pamiętam, Ognisko, ale pewny tego nie jestem. Komitet cenzury odmówił pozwolenia na wydawnictwo, lubo program nie zawierał w sobie nic podejrzanego. W aktach cenzury, które pozostały w Warszawie, prawdopodobnie znaleźć można przyczyny, dla których nastąpiła dość niezwykła w owych czasach odmowa. Nie mogąc działać w drodze publicystyki, postanowiliśmy jednak w tem samem kole działać wśród ludu wiejskiego w kierunku jego narodowego uświadomienia, w duchu niepodległości.(...)

Przedtem jednak zaszedł w dążeniach polskich do wywalczenia niepodległości pewien epizod, będący jakby dalszym ciągiem i zamknięciem styczniowego powstańczego cyklu naszych porozbiorowych dziejów. (...) Otóż, jak wiadomo, w czasie rosyjsko-tureckiej wojny w roku 1877 w gorętszych umysłach obudziły się nadzieje walki z Rosją i zdobycia niepodległości. Anglja, mając własne interesa na Wschodzie, podniecała polskie pragnienia, a tureckie zwycięstwo pod Plewną zdawało się dawać im punkt oparcia. W Galicji zawiązała się w celach czynnej akcji Konfederacja Narodu Polskiego, ostatnia konfederacja, jaka wogóle w dziejach Polski miała miejsce. Sformował się nawet rząd narodowy. Ja, siedząc w Kaliszu i rzadko bywając wtedy w Warszawie, o całej tej akcji nic nie wiedziałem, ale w duszy odczuwałem, że moment do czynu nastąpił. (...)

Na jesieni 1877 roku, będąc we Lwowie, a potem kilka razy w Złoczowskiem, zaszedłem do Agatona Gillera. Były członek rządu narodowego, gorący w ciągu całego życia patriota-emigrant, wydawał mi się zupełnie autorytatywnem źródłem dla orjentacji, tem więcej, że poznałem go przed kilku laty w Zakopanem i znałem dobrze jego brata, wspomnianego już poetę i nauczyciela gimnazjalnego w Kaliszu. Do Gillera zatem zwróciłem się we Lwowie, aby zapoznać się z całą polityczną sytuacją i naszą w niej narodową akcją. Spoglądał on na całą rzecz życzliwie, ale bez zapału i żadnych realnych widoków dla całej akcji nie przedstawił; zresztą odesłał mnie do Koszyca, jako głównego w tej sprawie
działacza na gruncie lwowskim. Ale i Koszyc, lubo zwolennik akcji i wystąpienia narodu w czasie wojny, mówił o zamiarach i życzliwości Anglji, ale konkretnego planu działania, jego metod i widoków nie przedstawił. Wkrótce rozwiały się ówczesne nadzieje. Układ w San-Stephano i traktat berliński położyły im koniec.

Koniec

środa, 25 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [6]

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - WK].

Część VI - Represje barona Bremsena

W noc ostatniej bytności zbrojnych powstańców w Wodzieradach ojca w domu już nie było. Siedział aresztowany w więzieniu w Łodzi. Wogóle ku końcowi lata zaczęły się w naszych stronach duże represje. Kierował niemi baron Bremsen, mianowany naczelnikiem wojennym Łodzi wraz z okręgiem. Do okręgu tego wcielone zostały sąsiednie najbliższe części powiatów sieradzkiego, piotrkowskiego, rawskiego i łęczyckiego. Przedtem zaś Łódź nie stanowiła żadnego centrum, była zwykłem miastem w obrębie powiatu łęczyckiego. Sąd pokoju z Zgierza przeniósł do Łodzi Bremsen, nie czekając na decyzję Komisji Rządowej Sprawiedliwości, do której sprawa translokacji sądu należała. Aresztowania zarządzał na szeroką skalę, i to mianowicie w sferze ziemiańskiej.

Ojca mego zaaresztował oddział łódzkiego garnizonu i powiózł w stronę Szadku do Wólki Przatowskiej. Właścicielem jej był Ignacy Leopold, bardzo czynny w organizacji powstańczej. Prawdopodobnie zatem, a nawet na pewno można twierdzić, że ów oddział rosyjski zamierzał go aresztować. Gdy już zbliżał się do wsi, a było to w nocy, od strony Wólki odezwał się donośny głos rosyjski: "Kto idiot - kto idzie?". Rosyjscy jeźdźcy przekonani, że natrafili na swój oddział, odpowiedzieli po rosyjsku, że swoi - czy też" kozacy". Tymczasem nastąpił zawód. Z owego patrolu, mówiącego po rosyjsku, huknął wystrzał z strzelby. Kula przedziurawiła ojcu memu czapkę. Prawdziwy tragizm zrządził, że ojciec o mało co nie zginął od kuli, wystrzelonej przez Rosjanina, służącego w polskim obozie. Gdyż w Wólce Przatowskiej stał mały oddział polski, a ów na warcie patrolujący jeździec był Rosjaninem, który jeszcze w czerwcu był wzięty do niewoli przez oddział Miśkiewicza w małej utarczce rekonesansowej pod Wartą. Odtąd pozostał on w szeregach powstańczych i służył w nich zupełnie lojalnie. Pochodził z gubernji kazańskiej czy permskiej, wygląd miał tatarski. Pamiętam go dobrze, bo jakiś czas przebywał także w Wodzieradach. Jak się nazywał, nie wiem. Znany był pod nadanem mu nazwiskiem Przybylskiego, niby ten, który przybył. Wiele później został uwięziony gdzieś niedaleko Łęczycy i w mieście tem rozstrzelany. Wówczas po owym alarmującym wystrzale w Wólce Przatowskiej na alarmie się tylko skończyło.
Oddział polski, nieliczny niewątpliwie, wszedł do lasu i ruszył w dalszą drogę. Oddział rosyjski, nie widząc z jakim przeciwnikiem ma do czynienia, cofnął się do Łodzi, skąd wkrótce ojciec mój wypuszczony powrócił do domu. Ale nie na długo. Został bowiem uwięziony powtórnie, i na ten raz na czas dłuższy.
Przy okazji następnego, już na czas dłuższy dokonanego aresztowania ojca widziałem raz jeden Bremsena. Miał wstrętny zewnętrzny wygląd. Typowy rosyjski Niemiec; uosobienie w jednym człowieku syntezy dwóch naszych wrogów. Gdy matka prosiła go o uwolnienie ojca, odburknął, że to mało, że właściwie i mnie powinien był za agitację buntowniczą uwięzić. Jeśli tego nie czyni, to z uwagi na mój wiek dziecięcy. Pamiętam, że to było w Wodzieradach. Wogóle represje były wtedy liczne. Z naszej okolicy aresztowani byli ziemianie: Bolesław Kozarski z Wilamowa, Kazimierz Leopold z Tarnówki, Eugenjusz Dobek z Leśnicy, z rawskiej części okręgu łódzkiego Turobojski i Bom, z pod Piotrkowa Hilary Maleszewski. Ten ostatni był mimo uwięzienia w doskonałym humorze. Opowiadał mianowicie, że razu jednego wartujący przy nim żołnierz zapytał, za co został uwięziony. "Kuricu sworował", była odpowiedź Maleszewskiego. "U nas bywa to samo, też w takim razie więżą" - zauważył nieorjentujący się w całej sytuacji sołdat.

Oczywiście wszystkich nazwisk uwięzionych nie pamiętam. W więzieniu łódzkiem siedziały niewątpliwie setki. Wspominam tylko o ziemianach. Dwa dni w tygodniu, zdaje mi się wtorki i piątki, były dostępne dla rodzin uwięzionych do widywania się z więźniami. Matka korzystała i często bardzo jeździła do Łodzi, zabierając nas ze sobą, mnie i młodszą ode mnie siostrzyczkę Melanię. Niekiedy jeździła z nami razem do swego męża najbliższa sąsiadka z Leśnicy p. Julja Dobkowa. W gmachu więziennym był oddzielny, niezbyt wielki pokój dla tych spotkań. Bywało w nim gwarno, żywo, czasami nawet wesoło. Widzenia nie trwały nigdy długo i zawsze w obecności warty i oficera. W oficerskiem kole, służącem pod rozkazami Bremsena, byli także i Polacy. Był pułkownik czy podpułkownik Karnicki, jak się okazało - znajomy ojca, bo kiedyś przed laty w czasie kampanji węgierskiej czy wojny krymskiej, gdy oddziały rosyjskie, prawdopodobnie dla zapobieżenia wybuchowi polskiego ruchu zbrojnego, stały nawet po wsiach, on stał w Wodzieradach, czy może gdzieś w najbliższej okolicy. Był także młody oficer Libek, rodem, zdaje się, z Podola.

Do Łodzi jeździliśmy zwykle przez Lutomiersk i Konstantynów, czasami, lubo rzadko, przez Pabjanice. Szosa była dopiero od Konstantynowa i Pabjanic. Łódź ówczesna była niewielkiem miastem, bardzo dalekiem od tego, czem się stała później, od tej Łodzi, kiedym ją po raz ostatni widział w dniach wielkiego zjazdu śpiewaczego w początkach bieżącego wieku. Na ulicy Piotrkowskiej były małe parterowe domki lub puste place. W bok od niej, w jedną i drugą stronę pustki także lub ogrody. Głównym, centralnym punktem życia był Nowy Rynek, a na nim Magistrat, dom zboru ewangelickiego, szkoła powiatowa i niewysokie zresztą kamienice. Daleko, w kierunku Pabjanic, w końcu już Piotrkowskiej ulicy - fabryka Geyera, bodaj największa wtedy, w Łodzi, ożywiała Wólkę, a więc część miasta, do obrębu jego wcieloną, leżącą niewątpliwie na miejscu dawniejszej wsi tegoż nazwiska. W przeciwną stronę, ku Zgierzowi - była już bardziej rozbudowana, po miejsku wyglądająca, najstarsza, przeważnie żydowska część miasta. Radogoszcz był zwykłym majątkiem ziemskim z staroświeckim dworem i ładnym ogrodem, polami przedzielony od miasta. Należał w owym czasie do p. Ansberty z Badyńskich Rogolińskiej, 2-do voto Michalskiej. Była to kobieta już stara, bardzo ruchliwa, patrjotyczna, opowiadała wszystkim, jak mąż jej został zamordowany przez Moskali. Z tego, powodu była dobrze znaną w Łodzi. Obok niej z łódzkich mieszkańców owych czasów pozostali mi w pamięci dwaj bardzo sympatyczni ludzie: dr. Plichta, którego i przedtem znałem, bo jako lekarz bywał u nas w Wodzieradach, i rejent Jaworski, już wówczas starzec o wielkiej patrjarchalnej brodzie i niezwykle poważnym wyglądzie.
Gdyśmy do Łodzi dla odwiedzenia ojca przyjeżdżali, powóz z końmi stawał zwykle w hotelu Engla na Piotrkowskiej, a czasem w "Paradyzie". Paradyz był to staroświecki zajazd parterowy z dużem podwórzem, ogrodem i stajniami, z drugorzędną restauracją - na Piotrkowskiej ulicy, niedaleko od Wólki. Matka i wogóle rodziny, przyjeżdżające do więźniów politycznych, zatrzymywały się dla obiadów w cukierni Szwetysza na rynku; w domu narożnym, gdzie wpadała ulica i droga od Konstantynowa. Oboje małżonkowie Szwetyszowie robili wrażenie bardzo sympatyczne, ludzi zupełnie spolonizowanych i dla sprawy powstania życzliwych. U nich mówiono i dowiadywano się o Bremsenie, o rosyjskim zarządzie wojennym, o przyszłych losach uwięzionych. Losy te zaczynały się klarować. Dla wielu, zwłaszcza ziemian, kary pieniężne stawały się drogą do uwolnienia. Jak one, były określane, jaką decyzją formalną wymierzane, jak były płacone i kto z nich właściwie korzystał, - nie wiedziałem wówczas i dzisiaj, wypowiedzieć dokładnych wspomnień nie mogę. Chodziła tylko wieść, niebardzo ukrywana, że, z tych "sztrafów" korzystał osobiście Bremsen.
To też wysokość kar była stosowana nietyle do stopnia winy, ukaranego, ile do jego zamożności. Kozarski z Wilamowa, znany z zamożności, zapłacił, jak to było wiadomem, sześć tysięcy rubli, lubo czynnego udziału w organizowaniu powstania nie przyjmował. Siedział zresztą bardzo krótko. Dobek z Leśnicy nie chciał nic zapłacić, to też był zesłany, zdaje się, na dwa lata, w każdym razie na niezbyt długo do gubernij wewnętrznych Rosji, gdzieś nad Wołgę. Ojciec mój musiał zapłacić tysiąc pięćset rubli. Poza tem poniósł materjalną stratę, bo kolonistów, którzy nabyli na prawie wieczysto-czynszowem parę włók z folwarcznych pól (późniejsza kolonja Alfonsów) i dali tylko bardzo małe zaliczki, musiał zwolnić z zapłaty całego umówionego szacunku. Było to jakby wynagrodzenie od rządu za to, że niektórzy z nich chodzili istotnie z donosami do Łodzi. W powietrzu czuć było ukaz o uwłaszczeniu: akt politycznego charakteru i nasłanie komisarzy włościańskich, jako awangardy ogólnej rusyfikacji urzędów w Królestwie Polskiem.

piątek, 20 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [4]

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Część IV - Szpiedzy, warchoły, malkontenci

Pod wieczór umilkły w Kwiatkowicach śpiewy, umilkł tętent jazdy. Taczanowski wyruszył gdzieś ku południowi czy zachodowi, Parczewski na północ w Łęczyckie. Odtąd kilka razy jeszcze widziałem oddziały kawalerii. W Mikołajewicach zatrzymał się raz oddział jazdy gostyńskiej. Dowodził nim Edmund  Callier, Wielkopolanin, którego w późniejszych czasach często widywałem w Poznaniu, gdy redagował Tygodnik Wielkopolski i pisywał liczne historyczno-geograficzne monografje z dziejów Wielkopolski. Taczanowskiego widziałem po raz wtóry w jakieś kilka tygodni później w Krokockiej Woli. Oddział jego był już znacznie liczniejszy niż w Kwiatkowicach. Byli także inni dowódcy, bez swych oddziałów, niby asystujący czasowo. Był Oksiński, tego pamiętam doskonale; zdaje się, był także Luttich.

mikołajewice dwór


Do Krokockiej Woli  pojechałem już nie sam, ale z oficerem powstańczym Adolfem Koberem, który służył przedtem w wojsku rosyjskiem. Jechaliśmy bryczką, a towarzyszył nam jeździec z powstania, w mundurze i przy broni, który się odbił od jakiegoś patrolu, odcięty przez oddział rosyjski. Kober dłuższy czas przebywał w Wodzieradach, przygotowując większe formacje oddziałów piechoty. Raz o mało co nie wpadł w ręce rosyjskie, a że służył przedtem w wojsku rosyjskiem, byłby na  pewno rozstrzelany.

Było to w prześliczny poranek lata, w początkach sierpnia lub w końcu lipca; folwarczna służąca, imieniem Zuzanna, idąc z pola rano, spostrzegła wojsko rosyjskie od strony Łasku i Chorzeszewa, pośpieszyła przez  ogród i zawiadomiła o niebezpieczeństwie. Kober zdążył przez ogród i łąkę schować się do lasu. Tam się posunął daleko, i już blisko od jego skraju zobaczył na drodze ludzi biało ubranych. Sądząc, że to włościanie, wysunął się ku ich spotkaniu i dopiero wtedy spostrzegł, że ci, ku którym dążył, byli odzianymi w letnie białe "rubaszki" sołdatami. Cofnął się śpiesznie i tylko niezwykła gęstwina tej części lasu, tak zwanych w miejscowej nomenklaturze "źródlisk", ocaliła go od uwięzienia i śmierci. Wrócił pod wieczór do wodzieradzkiego dworu, gdyż widocznie owo szukanie go w lesie miało charakter przypadkowy i nie było skutkiem denuncjacji. Przetrwał szczęśliwie powstanie, zamieszkał jako emigrant w Strassburgu, gdzie po zaanektowaniu Alzacji skutkiem wojny 1870 roku uzyskał automatycznie obywatelstwo niemieckie i w tym charakterze osiedlił się w Poznańskiem. Jak mi mówiono na wiele lat przed wojną w Poznaniu, mieszkał stale w Buku.

W tym czasie, w sierpniu ukazał się w naszych stronach oddział pieszy pod dowództwem Tyca. Był to oddział nieliczny, może koło 40 ludzi, uzbrojony w sztucery, bez uniformów. Z oddziałem tym wiąże się moje czysto osobiste wspomnienie. Już od wiosny marzyłem o tem, aby wstąpić jako szeregowiec do powstania. Razem z moim rówieśnikiem, synem przyjaciela mego ojca, radcy Dyrekcji Głównej Towarzystwa Kredytowego Antoniego Klimaszewskiego z Bąków, Stefanem Klimaszewskim, który bawił wtedy u nas w gościnie, wybieraliśmy się potajemnie uciekać do obozu Oborskiego. Oddział ten kręcił się wtedy w Łęczyckiem. Tymczasem w chwili, gdyśmy się wybierali na piechotę w podróż, przyszła wiadomość, że Oborski został rozbity gdzieś między Poddębicami a Uniejowem. Narazie musiałem odłożyć mój zamiar, ale go nie porzuciłem. Rozstać się z nim nie mogłem.
Gdy już latem obozy kawalerji zaczęły się ukazywać w naszych stronach, zwracałem się do dowódców z prośbą o przyjęcie. Tak było w oddziałach Miśkiewicza, Calliera, a chcąc zjednać sobie Taczanowskiego, ofiarowałem mu wcale nieosobliwy wiersz na cześć wodzów powstańczych, a szczególniej jego ułożony. Nic nie pomogło - wszędzie spotykała mnie odmowa. Jeden z powstańców w obozie Taczanowskiego nazwał mnie wprost dzieciakiem. W rzeczywistości byłem nim jeszcze, a wyglądałem znacznie młodziej, niż na lata, które już miałem.(...)

Utraciwszy nadzieję dostać się do kawalerji, usiłowałem być przyjętym do oddziału piechoty. Otuchy pod tym względem dodawała mi znajomość z Tycem. Widząc, że oddział jego zatrzymał się rano w sąsiedniej Leśnicy, a obiad miał zamówiony w Wodzieradach, pobiegłem tam dotąd. Wyraziłem swą prośbę dowódcy o przyjęcie mnie do oddziału, życzenie moje poparł będący czasowo przy Tycu, widocznie z ramienia władz organizacyjnych, Poznańczanin Powidzki i cała sprawa była, zdawało się, pomyślnie załatwiona. Razem z oddziałem Tyca wróciłem do Wodzierad i gdy po zjedzonym obiedzie powstańcy ruszyli w dalszą drogę w kierunku wschodnim ja przez ogród wybiegłem i zaraz za wsią przyłączyłem się do oddziału, otrzymałem sztucer i uzbrojony już maszerowałem z innymi w szeregu dwójek czy trójek. Czułem się niepospolicie dumny i uszczęśliwiony nadzieją udziału w przyszłych walkach z wrogiem. Tymczasem los zrządził inaczej.
Oddział zatrzymał się na kolonji Teodorów, aby tam zaaresztować kogoś, zdaje się Niemca, oskarżonego o szpiegostwo. To wystarczyło, że matka moja, podejrzywając co się stało, wziąwszy do pomocy ogrodnika Paluszkiewicza, bryką zaprzężoną w parę koni dopędziła nas. Zacząłem uciekać w stronę pobliskiego lasu, ale ów ogrodnik dogonił mnie, przyprowadził przed naczelnika Tyca, który teraz stanął stanowczo po stronie mojej matki i kazał mi wracać do domu. Gdyby nie ów przystanek w Teodorowie, oddział ruszyłby w las janowicki i dalej w lasy dóbr łaskich, a wtedy matka jużby mnie napewno nie dogoniła. Skutkiem owego postoju, prysła moja nadzieja partyzantki. Już odtąd nie ponawiałem starań o przyjęcie do oddziału. Jeździłem tylko na kucu po sąsiednich kolonjach i wioskach, zachęcając młodych parobków do powstania. Wielkich skutków cała ta moja impreza nie dała. Józef Skonieczka z Wodzierad był bodaj jedynym, którego udało mi się namówić.
Z okresu letnich miesięcy mogę też zaznaczyć kilka pozostałych w mojej pamięci fragmentów, bliżej co do czasu nieokreślonych; a więc - wyjazd ojca z jakiemiś zleceniami władz polskich rzemiennym dyszlem w okolicę Kalisza nad granicę pruską, to znowu zatrzymanie się w Wodzieradach na popas całego furgonu z bronią, który prowadził Zdzisław Błeszyński z Żelisławia pod Błaszkami, ranny w r. 1861 w dzień lutowej manifestacji na Krakowskiem Przedmieściu w Warszawie. Dochodziły także przykre wiadomości o zamieszkach, które miały miejsce w oddziale Taczanowskiego pod Łaskiem, spowodowanych brakiem dostatecznej karności wśród pewnej grupy powstańców, wchodzących przedtem w skład oddziału Miśkiewicza. Zamieszki te zaraz się uspokoiły, lecz rezultat ich był bardzo bolesny, mianowicie powstaniec, nazwiskiem Kubarski, został za niekarność rozstrzelany pod Widawą. Pod Łaskiem także miał miejsce inny fakt. Mianowicie przez oddział nasz została na szosie w lesie aresztowana i powieszona młoda kobieta, będąca szpiegiem rosyjskim. Nazwisko jej Sójka, należała do półinteligentnej sfery.

W drugiej połowie sierpnia, jakoś już ku końcowi, był w naszych stronach duży ruch organizacyjny w kierunku formowania piechoty dla Taczanowskiego. Zjechało się i u nas kilku oficerów, wybierających się do nowej formacji. Z rosyjskiego wojska był dawniej już przebywający Kober oraz Malukiewicz, z wojska austriackiego byli Birtus i Nykel. Byli jeszcze i inni, których nazwisk nie pamiętam. Wtedy, czy może jeszcze wcześniej, i to bardziej prawdopodobne, był u nas oficer Młochowski, który pozostał mi w pamięci, że głośno i ostro narzekał na błędy wodzów powstańczych, zwłaszcza jakiegoś dowódcy z okolic Rawy. W owe sierpniowe dni zebrani w naszym dworze głośno rozmawiali o planach przyszłych działań. Rozkładali mapę, o której jeden wyraził się: "to nasza ewangelja, która nas do zbawienia doprowadzi". Wreszcie wyjechali wszyscy. Po ich wyjeździe w niedługim czasie przyszły wieści o bitwie pod Sędziejewicami, w której Mniewski został ciężko ranny w rękę w chwili, gdy szwadron swój prowadził do ataku. Rękę amputowano mu.

niedziela, 15 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [3]

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Cześć III - Kwiatkowicka parada wolności


Niewiele czasu minęło, a zobaczyłem w Puczniewie, majątku Wernerów, oddział kawalerii łęczyckiej. Dowódcą był także stryjeczny brat ojca, Walenty Parczewski. Był to jeden z bardziej znanych dowódców powstańczych, więc o nim kilka szczegółów mało, a może zupełnie nieznanych. Jako Poznańczanin służył przed laty w wojsku pruskiem, z początku obowiązkowo, w 19-tym pułku piechoty linjowej, w którym zwykle dużo Poznańczanów służyło, a potem ochotniczo w kawalerji, w huzarach hrabiego Ziethen (...). Uczynił to z porady ojca swego, starego napoleończyka, który uważał, że gdy pozna różne rodzaje służby wojskowej, tem więcej użytecznym będzie w przyszłości dla Polski. (...)
walenty parczewski


W 1863 r. zaraz w początkach powstania znalazł się naprzód na Litwie i tam, będąc ranny, zawieziony został dla wyleczenia z ran do ziemiańskiego domu, a domem tym okazał się Czerwony Dwór pod Niemenczynem, własność Antoniego Parczewskiego. Z ziemi wileńskiej przejechał w Łęczyckie. Oddział, który sformował, miał w składzie swoim wielu z straży ogniowej warszawskiej. Parczewski chwalił ich bardzo, jako niezwykle dzielny element wojskowy. Cały ten oddział bił się bardzo często i nieraz z powodzeniem, pod Kterami, Walewicami, alarmował Kutno i Łódź, gdzie z dwóch stron jednocześnie od Zgierza i Konstantynowa wpadł do środka miasta ku wielkiemu zdumieniu garnizonu rosyjskiego. Opowiadano sobie wówczas dużo o tym niezwykłym i śmiałym ataku. Oddział zresztą liczny nie był. Podobnie jak w oddziale Miśkiewicza, mogło być w nim jakieś sto kilkadziesiąt, może najwyżej dwieście koni.Z oficerów pozostali mi w pamięci: Skowroński, szczupły, niezbyt wysoki - z wojska rosyjskiego i Władysław Wardęski, młody właściciel Dalikowa w Łęczyckiem. Tego widywałem często w czasie wojny światowej w Warszawie jako radcę Dyrekcji Głównej Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego i namawiałem do skreślenia pamiętnika z czasów powstania. Zachował mi się także w pamięci Sokolnicki, bo później spotykałem go często jako ziemianina w pobliżu Kalisza, ale szczególnie wrył się w pamięć, lubo potem nigdy go w życiu nie widziałem, oficer czy wachmistrz niezwykłego wzrostu i postawy. Odbijał i wyróżniał się wśród całego oddziału, zwłaszcza gdy na koniu siedział. Wysoki, barczysty, grubej tuszy, a przytem dziwacznie ubrany, w jakąś długą bronzową grubą burkę, z czapką turecką na głowie. Coś niby zakonnik, niby człowiek z Wschodu. Nie był już człowiekiem pierwszej młodości, raczej w średnich latach. Z ojcem moim w rozmowie coś sobie przypominali. Widocznie znali się dawniej. W oddziale służył pod pseudonimem jako Dzida, prawdziwe zaś nazwisko jego było Spiess, z znanej warszawskiej rodziny.


Oto garść wspomnień z Puczniewa, z pobytu w nim oddziału Parczewskiego. Wracaliśmy do domu w nocy, jadąc bez furmana na tak zwanej wówczas "prelotce", w jednego konia zaprzężonej, którą ojciec powoził. Ja drzemałem, siedząc ztyłu. Nagle, gdyśmy już do Kwiatkowic zbliżali się, budzi mnie ojciec i powiada: "Pamiętaj, gdyby się pytali, powiedz, żeśmy byli u Maleszewskiego w Przyrownicy". Okazało się, że ojciec zobaczył stojący pod wsią patrol konny i w pierwszej chwili myślał, że to Moskale. Tymczasem jeździec, stojący na warcie, był nasz. W Kwiatkowicach stał oddział Taczanowskiego. Konie przy płotach wzdłuż drogi i w podwórzu karmiły się ziarnem lub sianem, ludzie budzili się już ze snu.

puczniew dwór

Oddział był o wiele większy od oddziałów Miśkiewicza i Parczewskiego. Rekrutował się on na terenie całego województwa kaliskiego w granicach Kongresówki. Szwadron Miśkiewicza już był tutaj wcielony. Cały oddział był jakby pułkiem. Składał się z czterech szwadronów, z których każde dwa stanowiły jeden dywizjon. Pamiętam doskonale nazwiska komenderujących pojedyńczemi grupami. Na czele jednego dywizjonu stał Miśkiewicz, drugim komenderował Bojarski, wąsal w średnich już latach, o którym mówiono, że służył przedtem w legjonie polskim w Turcji, czyli w tak zwanych kozakach tureckich. Szwadronami dowodzili rotmistrze: pierwszym - Okoniewski, drugim Teodor Mniewski, trzecim Miłkowski, czwartym Zdzisław Błeszyński. Trzej ostatni służyli przedtem w wojsku pruskiem, a prawdopodobnie także, sądząc z nazwiska, i rotmistrz pierwszego szwadronu. Mniewski i Błeszyński byli mi od najmłodszych lat znani jako krewni i, choć służyli w pruskiem wojsku, nie byli Poznańczanami, lecz ziemianami z pod Kalisza. Był bowiem w czasach przedpowstaniowych (...) zwyczaj w Kaliskiem, że wielu ziemian, mieszkając stale w Królestwie, wyjednywało dla siebie lub dla swych synów obywatelstwo pruskie. Zostawali, jak się wyrażano, "wazalami" pruskimi. Zapewniało to więcej swobody w uzyskiwaniu paszportów, w możności kształcenia się w gimnazjach i uniwersytetach zagranicznych, wogóle dawało swobodę ruchów. Majątek Ociąż pod Ostrowem, własność Teodora Morawskiego, członka rządu narodowego w r. 1831, a potem jego żony z domu Szczanieckiej, był tem miejscem, gdzie Kaliszanie zapisywali się do ksiąg ludności, uzyskując tym sposobem obywatelstwo pruskie.


edmund taczanowski
Poza tem w oddziale Taczanowskiego, jak wogóle w oddziałach czynnych na zachodzie Kongresówki, było dużo ochotników z Poznańskiego. Wielu było gimnazistów z polskich naówczas gimnazjów w Ostrowie, Marji Magdaleny w Poznaniu i Trzemesznie. Zwłaszcza trzemeszniacy z wyższych klas w tak dużej ilości ruszyli do powstania, że gimnazjum to rząd pruski zamknął. Oddział Taczanowskiego był już cały należycie umundurowany i uzbrojony. W każdym szwadronie trzy plutony były ułańskie, a więc z lancami, ozdobionemi w chorągiewki. Czwarty szwadron był strzelecki, uzbrojony w sztucery. W Kwiatkowicach oddział stał cały dzień; przybył także z Puczniewa, jakby w gościnę, widocznie na skutek porozumienia się, oddział Parczewskiego. Były manewra i ćwiczenia konne na polach w stronę Leśnicy. Słychać było komendę oficerów: "Od prawego zajeżdżaj!". Rozlegały się pieśni narodowe.

Cdn...

wtorek, 10 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [2]

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - WK].

Część II - Granatowe mundury, wysokie konfederatki, humory wyborne...

Wracam do właściwego przedmiotu, do wspomnień 1863 roku. Ranni z pod Nowosolnej leczyli się zupełnie swobodnie i przemieszkiwali w dworskim domu na wsi, w którym mieszkał ekonom. W tym domu przebywali także inni przyszli powstańcy w oczekiwaniu formacji zbrojnych oddziałów. Swoboda ruchów była zupełna; rosyjskie oddziały nie kręciły się wcale w naszych stronach. Jakby w ziemię zapadły. Łódź przysyłała ciągle w gościnę do Wodzierad tych,  którzy do boju się szykowali. Przebywał dłużej Ferdynand Fiszer. Raz przyjechał Cham, Niemiec, który wcale po polsku nie umiał. Był to człowiek olbrzymiego wzrostu. Opowiadano o nim, że był w bitwie pod Nowosolną, gdzie po rozbiciu naszego oddziału schował się do stodoły i przykrył słomą. Kiedy kozacy w poszukiwaniu powstańców weszli do stodoły i słomę odrzucili, Cham nagle powstał, wówczas ujrzawszy niezwykłego olbrzyma, krzyknęli: "czort" i uciekli. Olbrzym do niewoli się nie dostał. Si non e vero...
Bywali też powstańcy i z innych miasteczek koło Łodzi. Z Konstantynowa, zdaje się, pochodził stolarz Aleksander Tyc, przyszły dowódca oddziału. Do  Wodzierad przyjeżdżał często. Dłuższy czas bawił szewc Tobolski. Także młody Fechner z Warszawy, syn jednego z wyższych urzędników Banku Polskiego.  Wszystkich nazwisk, oczywiście, nie pamiętam.

Na wiosnę szykowała się organizacja powstańcza na większą skalę, na podstawie terytorjalnej oparta, a nie w formie luźnych przypadkowo gromadzonych oddziałów. Dla trzech powiatów: sieradzkiego, piotrkowskiego i wieluńskiego, które niegdyś za czasów dawnej Rzeczypospolitej tworzyły województwo sieradzkie, formował się oddział, na czele którego miał stanąć Napoleon Urbanowski. Był to Poznańczanin, inżynier z zawodu, później właściciel znanej bardzo w Poznaniu fabryki narzędzi rolniczych. W naszej okolicy był znany i przedtem, bawił bowiem nieraz u siostry swej, żony właściciela Mikołajewic Roberta Tobiaselli i u krewnych Lazarewów w Żytowicach.

Wojskową organizację najbliższej naszej okolicy miał sobie powierzoną Juljusz Romocki, właściciel Marzenina pod Łaskiem, były oficer, w każdym razie wojskowy z armji rosyjskiej. Punktem zbornym był Poleszyn, położony wśród znacznie większych niż dzisiaj lasów dóbr łaskich. Przypominam sobie, że ojciec objechał przedtem parafję Mikołajewice, a przynajmniej majątki w obrębie jej położone, poczem na noc pojechał na punkt zborny do Poleszyna. Rano powrócił z swej wędrówki. Słyszałem, jak opowiadał o tem matce. Co zawiózł z sobą, nie wiem, najprawdopodobniej brał dubeltówki i pistolety swoje i pozbierane od innych. Działania sieradzkiego oddziału Urbanowskiego trwały niedługo, w bardzo krótkim czasie po sformowaniu się oddział ten został rozbity pod Rychłocicami nad Wartą. Niedługo także działał jednocześnie sformowany oddział kaliski, którym dowodził mój stryj Franciszek Parczewski, dawny pruski wojskowy i dowódca kompanji powstańczej w oddziałach Białoskórskiego i Mierosławskiego w r. 1848 w bitwach pod Odolanowem, Raszkowem, Miłosławiem i Wrześnią. Oddział ten rozbity został pod Parzymiechami w Wieluńskiem.

O rosyjskich oddziałach wojskowych, a nawet policyjnych posterunkach nie było w naszej okolicy słychać. Trzymały się w oddali. Natomiast od początku lata, pamiętam, przesuwają się wciąż polskie oddziały kawalerji. Cudowny kalejdoskop ładnie umundurowanych, dobrze uzbrojonych, na dobrych koniach szeregów jazdy! Jakby armia regularna. W początkach lata było, gdy przyszła wiadomość, że w Wilamowie jest oddział jazdy kaliskiej pod wodzą Władysława Miśkiewicza. Oddział był niewielki, ale dobrze wyekwipowany. Pojechali oboje rodzice z prowjantem dla oddziału, ja przy powozie na kucu towarzyszyłem im. Był cudowny dzień słoneczny i cudowny był widok tej polskiej jazdy. Granatowe mundury, wysokie konfederatki. Humory kawalerzystów  wyborne, widocznie pełne najlepszych nadziei. Na trawie spoczywa młody Bronikowski z Wólki Miłkowskiej pod Wartą i śpiewa piosenkę, której słowa pozostały mi doskonale w pamięci:

Tam młody żołnierz długość nocy skraca
I tak sobie śpiewa na swej broni wsparty:
Zefirze luby, zefirze jedyny!
Nieś moje pienia do lubej krainy,
Powiedz jej, że żyję tu zajęty cały
Chlubą przyszłości i miłością sławy.

Nawet melodja tej piosenki, pomimo upływu tylu lat, z pamięci mi dotąd nie uleciała. Pozostała żywą, jakbym ją wczoraj słyszał. W oddziale pełno znajomych; jest i dwóch kuzynów, Władysław i Ludwik Mazurkiewicze. Po południu oddział ruszył dalej w stronę lasku, przez las ku Wrzeszczewicom. Jakeśmy do domu przyjechali, już nie pamiętam, bo furman nasz Józef Borzęcki już do Wodzierad nie wrócił. Wsiadł na koń i ruszył z oddziałem. Odpokutował to potem na Syberii.

Cdn...

sobota, 7 stycznia 2012

Powstanie Styczniowe - wspomnienia A. Parczewskiego [1]

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego - urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].


alfons parczewski

Część I - Szlachta z powiatu sieradzkiego szykuje się do walki. Śpiewy patriotyczne i szarpie

W lutym 1861 r. zapowiedziane zebranie Towarzystwa Rolniczego w Warszawie budziło powszechny interes, ciągnęło ziemian do stolicy Królestwa. W powietrzu czuć było coś niezwykłego. Ojciec mój wybierał się także, ale w ostatniej chwili skutkiem cierpienia w ręku musiał zaniechać podróży. Jakoś bardzo niedługo potem wchodzi ojciec do pokoju matki, w którym i ja się znajdowałem, i w stanie pewnego wstrząsu duchowego odzywa się: "Siedem tysięcy zostało zabitych". Nie objaśnia bliżej, gdzie i kto zabity. Matka także nie pyta, milczy skutkiem silnego wrażenia. Nie było potrzeby bliższych objaśnień. Z góry wiedziano, że to było w Warszawie, że ofiarami byli nasi, a mordercami Moskale. Owa rozmowa stoi mi dzisiaj żywo w pamięci. Jakbym ją słyszał i widział wczoraj. Wiadomość o lutowych wypadkach na Krakowskiem Przedmieściu i olbrzymich ofiarach przywiózł kotlarz Brzóska z Lutomierska. Wkrótce potem wyjaśniła się prawdziwa i dokładna wiadomość o pięciu poległych, wśród których był i znajomy nam Marceli Karczewski, ziemianin z Sieradzkiego, z pod Zduńskiej Woli.

biwak wojskowy warszawa 1861
Nadeszła epoka narodowych manifestacyj. Przedewszystkiem więc śpiewy patriotyczne w niedziele w kościołach. W Mikołajewicach próbowano ich także; ja z moim rówieśnikiem Stanisławem Lazarewem z Żytowic chcieliśmy swoje głosy przyłączyć do chóru, ale proboszcz X. Żak zabronił śpiewów patrjotycznych.  Nie był on i przedtem wśród ziemian lubiony. Należał do generacji duchownych, którzy wraz z X. Biskupem Marszewskim z Prus Zachodnich do diecezji kujawsko-kaliskiej się przenieśli. Byli jednak wśród tej grupy inni, powszechnie szanowani kapłani, jak X. Szulc, prałat kolegjaty kaliskiej, i  bratanek jego również prałat, obaj proboszczowie w Pabjanicach. Po wydaniu zakazu śpiewów patrjotycznych przez X. Żaka rodzice przestali jeździć do  kościoła w Mikołajewicach, jeździli natomiast do pobliskich Kwiatkowic, gdzie proboszcz X. Górecki na śpiewy narodowe pozwalał. Rozlegały się wówczas co niedziela pieśni: "Boże, coś Polskę" i "Z dymem pożarów", tak długo, dopóki wogóle nie nastąpiły pod tym względem represje. Jedno bardzo uroczyste  nabożeństwo o charakterze patriotycznym pamiętam w Szadku, wyszło mi jednak z pamięci, czy to było za Kościuszkę, Czartoryskiego, czy może najprawdopodobniej na pamiątkę Unji Lubelskiej. Wpobliżu kościoła parafialnego, przy drodze prowadzącej do Zadzimia został wzniesiony i tego dnia poświęcony wielki krzyż drewniany. Zjazd był ogromny, ziemianie zjechali się i z dalszych okolic - z pod Lutomierska, Poddębic i Łasku. Ojciec zabrał mnie z sobą; pamiętam doskonale, że wielu było w narodowych ubiorach, kontuszach i czamarach, w konfederatkach na głowie. Na bryczkach lśniły różne kolory, głównie niebieski, który, rzecz dziwna, pozostał mi w pamięci jak najdokładniej.

wodzierady dwór
Obok manifestacyj narodowych, był, lubo pewnie nie we wszystkich dworach i dworkach ziemiańskich, ruch w kierunku szerzenia oświaty i narodowego uświadomienia włościan. Rodzice moi założyli własnym kosztem szkołę elementarną dla dzieci wiejskich w Wodzieradach. Sprowadzili w tym celu nauczyciela. Dla dzisiejszych mieszkańców tej wsi [lata 20. XX w. ] będzie może interesującem dowiedzieć się, że owa szkoła mieściła się w domu, jednym z większych, położonym wprost drogi, która wówczas od strony Chorzeszowa wpadała do wsi. Lubiłem często do owej szkoły zaglądać, a musiała ona być w naszych stronach rzadkością, nie mówiono bowiem w owych czasach, aby w której z sąsiednich wsi "szkółkę" również założono. W Wodzieradach stała się także w dziedzinie społecznej druga pokrewna założeniu szkółki rzadkość. Oto ojciec mój, nie czekając ukazów, zaraz po warszawskich manifestacjach uwłaszczył pańszczyźnianych włościan. I o tem w innych majątkach okolicznych nie było słychać.

Tymczasem w powietrzu unosiło się przeczucie walki zbrojnej. Późną jesienią 1862 r. matka w długie wieczory jesienne skubała szarpie dla przyszłych rannych. My z siostrą pomagaliśmy jej w tej robocie. Przeczucie nie  omyliło. Zaraz w początkach powstania przywieziono do Wodzierad pierwszych rannych z bitwy pod Nowosolną [w źródłach historycznych znana jako bitwa pod Dobrą], w okolicach Łodzi stoczonej, w której z naszej strony dowodził Dworzaczek. Dwaj byli mieszkańcami Łodzi: Bidorf i Lebelt. Trzecim był Grochulski. O Lebelcie mówiono wówczas, że on w imieniu władz narodowych pokwitował zabranie w Łodzi funduszu rządowego na rzecz powstania, i z tego powodu schwytanie jego przez Rosjan byłoby z wielkiem niebezpieczeństwem i obawą ciężkich represyj połączone. Z tego może powodu nie wrócił już do kraju po upadku powstania.

Cdn...