niedziela, 1 marca 2015

Zbrodnia z powodu ciekawości

Zamaskowany bandyta z bronią gotową do strzału wpadł do mieszkania, w którym była zebrana cała rodzina. Bez słowa strzelił w twarz wychodzącego z pokoju stołowego dyrektora. Biegański zachwiał się i upadł na podłogę. Zmarł po kilku minutach.

Zamordowanie szanowanego dyrektora gimnazjum państwowego im. Kazimierza Wielkiego, wywołało w Zduńskiej Woli wielkie poruszenie. 48-letni Edward Biegański zajmował wraz z rodziną, składającą się z żony, dwojga nieletnich dzieci i teściowej, służbowe mieszkanie obok szkoły, przy ulicy Złotnickiego (obecnie Dąbrowskiego). Stanowisko dyrektora zduńskowolskiego gimnazjum objął we wrześniu 1934 roku. Poprzednio pełnił funkcję dyrektora gimnazjum im. księcia Józefa Poniatowskiego w Łowiczu.

W związku z tragiczną śmiercią Biegańskiego prasa przypomniała o innym koszmarnym wydarzeniu z jego życia. W 1925 roku w gimnazjum w Wilnie omal nie zginął on w zamachu podczas egzaminu maturalnego. Dwóch maturzystów, uzbrojonych w granat i rewolwery, zaatakowało grono nauczycielskie. Była to najprawdopodobniej jedyna masowa zbrodnia dokonana w polskiej szkole. Zginęło pięć osób, dziewięć zostało rannych. Biegański odniósł ciężkie obrażenia wskutek wybuchu granatu. Po wyleczeniu, w sierpniu 1925 roku przeniesiono go do Łowicza, a 9 lat później przybył do Zduńskiej Woli, gdzie poniósł tragiczną śmierć.

Wkrótce po zbrodni, jeszcze tej samej nocy, 29 stycznia 1935, do  Zduńskiej Woli przybyło kilku śledczych z Łodzi. Akcją kierował nadkomisarz Jan Petri - naczelnik wojewódzkiego urzędu śledczego. Początkowo przeważało przekonanie, że zabójstwo dyrektora gimnazjum nie miało podłoża rabunkowego. Świadczyć o tym miał fakt, że bandyci nie ukradli niczego z mieszkania dyrektora, zabrali tylko drobną sumę mieszkającemu w suterenie woźnemu. Śledczy podejrzewali, że zbrodniarzami mogła kierować chęć zemsty na dyrektorze, który uchodził za pedagoga wymagającego i surowego. Urząd śledczy kilka dni po morderstwie wyznaczył 1000 zł nagrody dla osoby, która pomoże w wykryciu sprawców. Nie wiemy czy znalazł się ktoś taki, w każdym razie policja już w pierwszych tygodniach trafiła na właściwy trop. Wraz z postępem trwającego ponad rok dochodzenia, na pierwszy plan wysunął się motyw rabunkowy napadu. Przypuszczenia, że chodziło o zemstę zostały obalone. Co zatem zdarzyło się tragicznej nocy 29 stycznia 1935 roku?

edward-bieganski

 Około godziny 10 wieczorem woźny Walenty Ścigiński leżał w łóżku w suterenie gimnazjum, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Na pytanie "kto tam?" odpowiedział mu jakiś niewyraźny kobiecy głos. Nie otworzył, tylko krzyknął głośno "kto tam jest, do diabła?" Po chwili usłyszał, że ktoś oddala się od jego drzwi w kierunku wyjścia. Odczekał chwilę, po czym ubrał się i wyszedł, by sprawdzić co się dzieje na korytarzu. Wtedy wyskoczyło na niego dwóch zamaskowanych mężczyzn z rewolwerami w dłoniach. Bandyci wepchnęli go z powrotem do pokoju i zażądali wydania pieniędzy. Znaleźli jednak tylko 25 zł. Jeden szukał więc dalej, a drugi wyszedł na korytarz. Gdy plądrowano mu mieszkanie, Ścigiński usłyszał krzyk kobiety dobiegający z mieszkania dyrektora. Wtedy napastnik wybiegł, a woźny zamknął drzwi frontowe na klucz i zaczął krzyczeć: "bandyci, bandyci!".

Podczas napadu na Ścigińskiego, znajdujące się w kuchni na parterze służące: Antonina Królikówna i Stefania Omiecińska usłyszały jakieś szmery z suteren. Królikówna uchyliła drzwi i zapytała głośno: "co się stało?", ale odpowiedzi nie otrzymała. Wtedy zeszła na dół z zapaloną świecą. Kiedy zauważyła zamaskowanego mężczyznę, zaczęła uciekać, ale nie zdążyła zamknąć za sobą drzwi, bo napastnik je przytrzymał. Pobiegła do następnego pokoju, ale i tam bandyta nie pozwolił jej zamknąć drzwi. Wreszcie spanikowana schowała się pod stołem. W tym momencie z pokoju stołowego wyszedł dyrektor Biegański. Widząc zamaskowanego mężczyznę przystanął. Wtedy bandyta strzelił mu dwukrotnie prosto w twarz. Dyrektor upadł bez słowa, a obaj bandyci wyskoczyli przez okno i uciekli przez ogród. Świadkami tej tragicznej sceny były żona i teściowa Biegańskiego. Wezwano natychmiast policję i lekarza. Doktor Gimbut stwierdził zgon dyrektora. Już pierwsza kula, która przebiła głowę ofiary na wylot, powodując wylew krwi do mózgu, była śmiertelna.

Śledczy wkrótce ustalili, że woźnego Ścigińskiego kilkakrotnie odwiedzała zduńskowolska prostytutka, Natalia Sobierajska, znana jako "Żółta Talka". Towarzyszyli jej dwaj lub trzej mężczyźni. Bawili się wraz z innymi pracownikami gimnazjum — woźnymi i dozorcą. Pili wódkę w sali gimnastycznej lub w mieszkaniu Ścigińskiego. Sobierajska za udział w tych libacjach otrzymywała od gospodarza drobne, kilkuzłotowe sumy. W czasie jednej z wizyt ukradła mu z szuflady stołu 45 złotych. "Żółta Talka" orientowała się, że woźny Ścigiński jest człowiekiem majętnym. Taką miał opinię w Zduńskiej Woli, a potwierdzał to fakt, że wydając córkę za mąż, dał jej w posagu trzy tysiące złotych.


gimnazjum zduńska wola
Okazało się potem, że Sobierajska była kochanką karanego za oszustwa Bronisława Malinowskiego z Zelowa. Spotykała się z nim często, zarówno w Zelowie, jak i w Zduńskiej Woli. Któregoś razu "Żółta Talka" podczas pobytu w Zelowie, spotkała niejakiego Józefa Barczyńskiego. Nadała mu wtedy "robotę" na 5 - 6 tysięcy złotych u woźnego gimnazjum w Zduńskiej Woli. Śledczy stwierdzili, że Zduńska Wola była dobrze znana i Barczyńskiemu, i Malinowskiemu, gdyż razem z innym podejrzanym typem, Józefem Grabowskim, przyjeżdżali często na zduńskowolskie jarmarki, gdzie oszukiwali naiwnych w grze w trzy karty. Ustalono, że wszelkie wiadomości o Ścigińskim i planie budynku gimnazjalnego dostarczyła bandytom Sobierajska.

Podczas przeszukania u Grabowskiego, podejrzanego wcześniej o dokonanie morderstwa handlarza Berenta, policja znalazła rewolwer, z którego strzelano do dyrektora Biegańskiego. Okazało się, że maski użyte podczas napadu zrobiono z tego samego materiału, co suknię matki Barczyńskiego. Prawdopodobnie uszyto je z bluzki, która gdzieś zniknęła. Kiedy aresztowano Grabowskiego, policjant Feliks Majewski słyszał jak matka bandyty szeptała: "to na pewno za Zduńską Wolę". Świadkowie z Zelowa zeznali, że Sobierajska, na wiadomość o aresztowaniu Malinowskiego miała się wyrazić: "to za Zduńską Wolę". Znaleziony notes ze szkicem gimnazjum zrobionym przez Malinow­skiego był kolejnym dowodem winy tej szajki przestępców.

Ostatecznie ustalono, że celem napadu było ograbienie woźnego Ścigińskiego. Zabójstwo Biegańskiego spowodowała ciekawość służącej Królikówny, za którą pobiegł zbrodniarz oraz bezmyślna brutalność tego bandyty.

1 i 2 lutego 1936 roku Sąd Okręgowy w Kaliszu na sesji wyjazdowej w Sieradzu rozpatrywał sprawę zabójstwa dyrektora gimnazjum w Zduńskiej Woli. Akta śledztwa składały się z 7 tomów, zaś akt oskarżenia zawierał 22 strony. Na rozprawę wezwano około 50 świadków z 4 powiatów. Na salę policja wpuściła nieznaczną ilość osób, gdyż sami świadkowie zajmowali przeszło pół sali.

Na ławie oskarżonych zasiedli:
1. Józef Grabowski, urodzony w 1904 roku we wsi Kuźnia w gminie Bujny Szlacheckie - karany wcześniej trzy razy za kradzieże.
2. Józef Barczyński, urodzony w 1902 roku w Pabianicach - karany za rozbój i kradzieże.
3. Bronisław Malinowski urodzony w 1906 roku w Pabianicach - karany 6 razy za oszustwo.
4. Natalia Sobierajska urodzona w 1908 roku w Zduńskiej Woli - karana za kradzież.

Nikt z oskarżonych nie przyznał się do winy. Barczyński oświadczył, że nie wie za co znalazł się w areszcie oraz, że Grabowskiego i Malinowskiego nie zna. Potem zaczął plątać się w zeznaniach i potwierdził, że jednak zna Malinowskiego i, że Sobierajska mówiła mu o jakimś bogatym woźnym, do którego należy iść z "maszyną". Malinowski potwierdził, że zna Barczyńskiego, ale że Grabowskiego widzi po raz pierwszy. Przyznał, że Sobierajska była jego kochanką od kilku lat i odwiedzała go kilka razy w Zelowie. O żadnych planach napadu jednak nie rozmawiali. Potwierdziła te zeznania Natalia Sobierajska, która również nie przyznała się do winy. Na pytanie przewodniczącego sądu co wie o całej sprawie opowiadała, iż zna dobrze tylko Malinowskiego, z którym łączą ją bliższe stosunki. Barczyńskiego widziała tylko raz na zabawie w Zelowie. Bardzo obciążające było zeznanie żony zamordowanego dyrektora, przybyłej aż z Wilna, Józefy Biegańskiej, która rozpoznała w Malinowskim zabójcę męża.

Wieczorem 2 lutego 1936 roku sąd ogłosił wyrok. Józef Grabowski i Bronisław Malinowski zostali skazani na 8 lat więzienia, a Natalia Sobierajska na 3 lata więzienia. Józef Barczyński został uniewinniony. Wszystkich skazanych pozbawiono praw publicznych na 10 lat.

liceum zduńska wola

 * * *
Edward Biegański, urodzony 20 lipca 1887 r. w Grodnie był nauczycielem matematyki, dyrektorem szkół państwowych, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Ochotniczej Straży Pożarnej i Towarzystwa Przyjaciół Związku Strzeleckiego. Za zasługi w pracy społecznej został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Ostatnią drogę ze Zduńskiej Woli do Łowicza odbył w wozie strażackim. 1 lutego 1935 roku udekorowany kwiatami i wieńcami strażacki karawan, jadąc przez Pabianice i Łódź, dotarł do Łowicza. Szczątki dyrektora Edwarda Biegańskiego złożono w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Kolegiackim w Łowiczu.

czwartek, 26 lutego 2015

Nie karm kaczki sucharem!

Nasz współczesny arcymistrz sucharów Karol S., aczkolwiek człowiek twórczy i oryginalny, mógłby wiele skorzystać na lekturze starej prasy. Najlepsze sucharburgery siadają przy dowcipie, jakim próbował rozbawić czytelników Głos Poranny 30 stycznia 1935.
Po stawie pływa stara kaczka z kaczętami.
Nagle na brzegu ukazuje się redaktor pewnego pisma sensacyjnego i zaczyna się rozbierać.
W tym momencie stara kaczka woła do swych małych:
- Dzieci odsuńcie się! Tatuś chce się kąpać!
kaczka dziennikarska

Mało zorientowanym w sprawach drobiu i mediów drukowanych przypominamy skąd wziął się termin "kaczka dziennikarska". Wymyślił ją podobno Egide Norbert Cornelissen, Belg żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku. Ten żołnierz i literat o specyficznym poczuciu humoru, postanowił sprawdzić, jak daleko sięga naiwność czytelników. Zamieścił w prasie ogłoszenie o sprzedaży kaczki. Kupców zachęcał zmyśloną historią tego ptaka. Niezwykła kaczka miała pochodzić rzekomo z makabrycznej hodowli. Autor ogłoszenia twierdził, że była ostatnią z dwudziestu kaczek, jakie posiadał początkowo. Kaczki te po kolei zabijał i dawał pozostałym na pożarcie. W końcu została jedna, która wskutek potwornego kanibalizmu miała wykazywać się niezwykłą drapieżnością i siłą. Niezwykła była również jej cena, przewyższająca pięciokrotnie cenę zwykłej kaczki. Mimo to, chętnych kupców nie brakowało. Eksperyment Cornelissena powiódł się, okazało się, że "ciemny lud" (i nie tylko ciemny) łyka każdą niedorzeczność, byle była poparta jakimś pseudonaukowym opisem.

"Kaczka dziennikarska" oznacza zatem świadomie kłamliwą, albo niepotwierdzoną informację opublikowaną w mass-mediach. Co takiego stworzył "redaktor pewnego pisma sensacyjnego", że trafił do prasowego dowcipu, niestety nie wiemy...

sobota, 14 lutego 2015

Wspaniałe ruchy Twojej kiszki

Co do mnie, wszystek drżę, ale nie od zimna, lecz z wewnętrznej niespokojności. Cały mój umysł pomieszany, gorycz w mem sercu, i czuję gorączkę szarpiącą me wnętrzności.
Tadeusz Kościuszko w liście do ukochanej Tekli Żurowskiej nie zapomniał, że zakochani, tak jak i pozostali ludzie, posiadają wnętrzności. Nie wdawał się jednak w szczegóły, gdyż kiszki, trzewia czy bebechy, jeśli kochankom miały do czegoś służyć, to tylko do szarpania wskutek ekstremalnych przeżyć. Tylko serce zostało należycie docenione przez autorów wyznań i listów miłosnych. No, i czasem żołądek, bo do serca kochanka można było trafić i tą drogą. Co z trzustką, wątrobą czy jelitem grubym? Są zbyt mało ponętne, by wzbudzić gorące uczucia? Osiemdziesiąt lat temu łódzki felietonista postanowił przywrócić im należne miejsce, tyle że w odległej przyszłości... Dla nas rok 1980 to już historia, więc mamy okazję, by zweryfikować jego futurystyczne wizje... List miłosny z roku 1980 opublikował Głos Poranny 30 stycznia 1935 roku. A zatem, mamy tu rodzimy, nasz łódzki walentynkowy powrót do przyszłości...

* * *
W roku 1980 ludzie już dawno porzucili zachwycanie się wyłącznie zewnętrznym wyglądem, ponieważ mieli dość możliwości i środków oraz niezwykle dokładnych instrumentów, które pozwalały im na spojrzenie wgłąb, pod wprowadzającą w błąd skórę. Wobec tego list miłosny z roku 1980 miał mniej więcej następujące brzmienie:

„Wspaniała, jedyna Erno! Widziałem wczoraj twoje zdjęcie roentgenowskie i krzywą twego serca! Och, jakże radośnie mi było na duszy! Wzruszenie ogarnęło mnie, gdy dojrzałem urocze położenie Twych wnętrzności. Twoje oba wierzchołki płuc, czyste bez skazy! Żadnego śladu przyćmienia, żadnych pozostałości po przebytych ongiś bronchitach, żadnych zrostów z żebrami, jak u Twej przyjaciółki Olgi! Żadnego zwapnienia. A cóż dopiero powiedzieć o Twej wątrobie! Byłem zachwycony, gdym ją zobaczył! Jaka gładka i sprężysta, jak dzielnie i pilnie produkuje czerwone ciałka krwi. Twojej szlachetnej krwi, której zawartość cukru jest wprost wzorowa... Twój żołądek - ach! Swą skończoną siłą i pięknością zapowiada wiecznie wesołe usposobienie, jak również Twoja żółć, której mógłby pozazdrościć gołąb! Ręka w rękę z tą wspaniałą żółcią, droga moja przyjaciółko, przeżyję z Tobą wspaniałe życie, szczególnie jeśli uwzględnię wspaniałe ruchy Twej kiszki, które dopiero wczoraj oglądałem w filmie domowym.

Ale korona wszystkiego: krzywa Twego serca! Czyś o mnie myślała w chwili, kiedy nastąpiło to gwałtowne odchylenie linji, które tak zwraca uwagę wobec reszty absolutnie regularnej? Przy niniejszym przesyłam Ci moją krzywą serca, podczas której wymawiałem Twe imię. Spójrz na wielkie wybrzuszenie w prawem górnem polu...

Związkowi naszemu nic już nie stoi na przeszkodzie. Rodzice złożyli mi życzenia z powodu mego wyboru, proszą jedynie z czystej pedanterji o kilka uzupełnień bez znaczenia, jak: grupę krwi Twojej rodziny, długotrwałość życia Twoich przodków i ewentualnie linii bocznej, dalej czasy reakcji przy próbach asocjalnych i jeśli to możliwe tabelę twego sex-apealu, kiedy i przy jakich okazjach rumienisz się i jak to długo trwa, a wreszcie tabelę wszystkich rodzinnych raków od 1910 roku. O Twych muzykalnych uzdolnieniach wiem sam dość, podobnie jak o Twych turystycznych rekordach. Zaraz potem będziemy mogli się pobrać.

Weźmiemy wówczas jeszcze w pośpiechu kurację heliumową i uzupełnimy nasze hormony w kierunku małżeńskiej gatunkowości do pełnej dojrzałości rozpłodowej. Kocham Cię wedle formule 1017 tabeli, Libido III i spodziewam się miłości wzajemnej wedle formuły 2016 II. Przypuszczam, że badanie erotycznej kontrolnej stacji instytutu psychotechnicznego okaże się zbędne, ponieważ Twój ostatni pocałunek pali mi jeszcze wargi! Wybacz mi ten staromodny zwrot! Do szybkiego telewizyjnego zobaczenia. Twój Wiktor".

niedziela, 1 lutego 2015

Rozpustne dziewki z Jakubic

Kiej ostatki, to ostatki, cieszcie się dziouchy i matki, kiej ostatki to ostatki, niech tańcują wszystkie babki, kiej ostatki, to ostatki, niech się trzęsą babskie zadki.
Tak śpiewano dawnymi czasy w karczmach podczas karnawałowych zabaw.  Więc, trzęsły się babskie zadki, oj trzęsły.... Obecne bale i imprezy karnawałowe to już nie to samo, co tamte hulanki i swawole.

karnawał staropolski

Karnawał pojawił się w Polsce za czasów sarmackich. Nazywany był również zapustami i trwał od Trzech Króli do Wielkiego Postu. Szczególnie popularne były kuligi oraz maskarady czyli zabawy w maskach. Kulig był oczywiście rozrywką zarezerwowaną dla szlachty i magnaterii. Mieszczanie i chłopi organizowali inne zapustowe imprezy. W miastach przyjęły się zabawy pod gołym niebem i barwne pochody w maskach. Na wzór włoski organizowano tzw. reduty, czyli bale z płatnym wstępem. Na wsiach spotykano się w karczmach, gdzie biesiadowano i tańczono do rana. Karnawałową tradycją stały się pochody przebierańców, którzy przebrani za turonia i inne zwierzęta, wędrowali od domu do domu i zbierali podarunki. Było hucznie i wesoło. Księża często gromili te szaleństwa, uważając że taka przesada służy diabłu. Szczególnie naruszenie reguł Wielkiego Postu groziło poważnymi konsekwencjami. Przypomina o tym opowieść o tragicznym losie rozpustnych dziewczyn, które nie potrafiły poskromić swych żądz i skończyć w porę karnawałowej zabawy. Legendę o Dziewczym Wzgórzu spisał w 1976 roku nauczyciel szkoły w Jakubicach koło Sieradza na podstawie opowiadań dzieci szkolnych.

* * *

Migotliwym światłem łuczywa jarzyły się okna jakubickiej karczmy dzierżawionej przez Żydka warckiego, ostatniego z rodu Rossenbachów. Cały budynek liczący sobie ze dwa wieki, jakby rozkraczył się od pohukiwań, tańców, wiwatów, pijatyk i bójek ostatnich dni owego karnawału, który tego wieczoru dobiegł końca. Jeszcze tańczono, wiwatowano, ile tylko mogła wydołać chłopska dusza, kiedy nagle nocny stójka, co wieś od pożaru i złodziei chronił, kołatką oznajmił, że nadeszła północ, a z nią początek popielcowej środy.

Dziwcza Góra na mapie
Większość roztańczonych i pijanych szybko opamiętała się i co rychlej w powadze, jaką przystoi w okresie Wielkiego Postu, opuściła karczmę, udając się do swoich zagród. To samo uczynili parobcy wiejscy i dziadowie, co resztki żebranego przeznaczyli na płukanie gardła. Kilka dziewcząt, którym gorzała w głowach mocno szumiała, dzierżawca karczmy długo nakłaniał do opuszczenia karczemnej izby, a kiedy opuściły ją, miast iść do swych chat, wzięły się pod ręce i wśród śpiewu, śmiechów i krzyków szły, nie wiadomo po co, w kierunku sąsiedniej wioski Gołuchy, budząc starych i młodych w całej wsi. Ludzie złorzecząc im, obudzili swe domostwa i uspokajali rozszczekane psy.

Kiedy dziewczęta minęły ostatnie zabudowanie napotkały starca wracającego ze wsi Łabędzie. Wbrew jego woli ujęły go pod ręce i zaczęły z nim tańczyć, śpiewając przy tym sprośne śpiewki. Starzec protestował i błagał o pozostawienie go w spokoju z racji jego wieku i Wielkiego Postu, ale dziewczęta nie uległy jego prośbom, a nawet niektóre z nich zaczęły mu ściągać spodnie. Wtedy starzec rozgniewany do ostatniego, rzucił na nie klątwę, życząc im, aby je piekło pochłonęło. Na klątwę starca dziewczęta odpowiedziały pustym śmiechem, a jedna z nich dodała, że i w piekle z dziadkiem nie będzie im źle.

I stało się. Mroźną ugwieżdżoną noc od wschodu ku zachodowi przecięła błyskawica, a uśpionym światem wstrząsnął głuchy grzmot. Otworzyło się wnętrze ziemi, w którym rozpustne dziewczęta znalazły swój grób. Po latach nad dołem, jaki powstał w tym miejscu wzniesiono krzyż, który przetrwał tam do pierwszej wojny światowej. Pod nim w głuche zimowe noce niektórzy z przechodniów widywali grupkę rozhulanych dziewcząt. Ku przestrodze młodych, starzy ludzie jeszcze wspominają o losie rozpustnych dziewcząt. Miejsce, w którym zapadły się dziewczęta, nazwano Dziewczym Wzgórzem. Znajduje się ono tuż za wsią. Kim był starzec?... Dołek jako znak po zapadlisku, pozostał do dziś.

* * *
dziewcza góra
Za wsią Jakubicami na zachód, o wiorstę drogi, leży góra stożkowa, którą lud tamtejszy nazywa „Dziewczą", zapewne dlatego, że na niej za czasów pogańskich dziewice musiały ofiary składać...(Gazeta Świąteczna 1891 nr. 570). Foto: Piotr Tameczka
Czasy się zmieniają, dzisiejsi starcy raczej nie mieliby pewnie nic przeciwko zabawom z rozpustnymi dziewczętami. A i niebiosa jakby rzadziej w sprawach obyczajowych interweniują...

Źródło: http://sieradzkiewsie.blogspot.com/.

niedziela, 11 stycznia 2015

Tymczasowy zastępca pisarza

Piszę, bo nie mam co innego robić. Piszę więc nie dla pisania, ale dla zastąpienia tego, czego nie mogę robić. Jestem przeto zastępcą pisarza...
tomasz teodor jeż
11 stycznia 1915 roku zmarł w Lozannie Zygmunt Fortunat Miłkowski. Ten działacz społeczny i polityczny, publicysta oraz powieściopisarz znany jest dziś, jako Teodor Tomasz Jeż, autor powieści historycznych. O jego działalności politycznej mało kto jeszcze pamięta.

Miłkowski, urodzony 23 marca 1824 we wsi Saracei na Podolu, twórczość literacką traktował, jako zadanie społeczno-ideowe. Był autorem licznych powieści mających służyć propagandzie niepodległościowej. Pisał pod pseudonimami Tomasza Teodora Jeża lub Władysława Bonara. Opublikował około 90 powieści, z których wiele pozostało w czasopismach. Największą popularność zyskały jego  powieści historyczne, m.in. "Za króla Olbrachta" (1876), "Z ciężkich dni" (1881); trylogia: "Historia o pra-pra-pra...dziadku" (1861), "Historia o pra-pra-pra...wnuku" (1863), "Wnuk chorążego" (1881).

16 stycznia 1915 roku "Tygodnik Ilustrowany" we wspomnieniu pośmiertnym napisał o Miłkowskim-Jeżu:
Poprzez jędrny realizm opowieści wysuwa Jeż na czoło swą ideologię społeczną. Zastanawiając się nad stosunkiem dworu do chłopa, żąda, aby w chłopie uznano człowieka, aby mu dano możność rozwijania się, swobodnej pracy i równych praw z innymi. Ale twórczość literacka jest dla Jeża wciąż pracą przypadkową. Nawet wówczas, gdy już był znany powszechnie, pisał w "Dzienniku Literackim": "Piszę, bo nie mam co innego robić. Piszę więc nie dla pisania, ale dla zastąpienia tego, czego nie mogę robić. Jestem przeto zastępcą pisarza, ale nie pisarzem i muszę dodać, że jestem zastępcą tymczasowym, bo robota moja czeka na mnie i ja na nią czekam".
"Robota", do której Miłkowski tak się palił miała charakter polityczny i militarny. W latach 1848-1849 brał udział w anty habsburskim powstaniu na Węgrzech. W Legionie Polskim dosłużył się stopnia porucznika. Po upadku powstania przez rok był internowany w Turcji. Potem wyjechał do Anglii, gdzie został członkiem Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. W roku 1851 udał się do Mołdawii jako agent Komitetu Centralnego Demokracji Europejskiej. Kiedy wybuchła wojna krymska  został  obserwatorem przy wojsku tureckim. Próbował wtedy sformować legion polski, który walczyłby przeciw Rosjanom. Po upadku tego projektu przebywał na Bałkanach i w Turcji. Potem wrócił do Londynu.

W 1862 roku podjął współpracę z Komitetem Centralnym Narodowym, który po wybuchu powstania styczniowego mianował go pułkownikiem oraz naczelnikiem sił zbrojnych na Rusi. Zorganizował oddział powstańczy w Tulczy (Rumunia), który miał wkroczyć na terytorium Rosji. Oddział został jednak rozbrojony przez Rumunów, a Miłkowski uwięziony przez Austriaków we Lwowie.

W latach 1864-1866 polityk mieszkał w Belgradzie, następnie w Brukseli, Lozannie i Genewie. W latach 1866-1871 był jednym z przywódców Zjednoczenia Emigracji Polskiej w Brukseli. W 1887 roku Zygmunt Miłkowski wydał książkę "Rzecz o obronie czynnej i Skarbie Narodowym", w której opisał projekt utworzenia funduszu, mającego służyć  finansowaniu przyszłych akcji zbrojnych w kraju. Jako inicjator Miłkowski został prezesem Komisji Nadzorczej Skarbu Narodowego. Był także twórcą i pierwszym prezesem Ligi Polskiej, powstałej w 1887 roku, tajnej organizacji niepodległościowej, która przekształciła się później w Narodową Demokrację. Działał w Zarządzie Związku Wychodźstwa Polskiego i Radzie Zarządzającej Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswillu.

tomasz teodor jeż
Pod koniec życia osiedlił się w Lozannie, gdzie zmarł 11 stycznia 1915 roku. Tam też - na cmentarzu Bois de Vaux - został pochowany. O tym niezmordowanym patriocie "Tygodnik Ilustrowany" napisał optymistycznie:
Jeż aż do śmierci, to jest do 92 roku życia, zachował świeżość i niezłomną wiarę w Ideał, ucząc kolejne pokolenia rzymskiego hartu ducha i poświęcenia dla Ojczyzny. Losy nie dały mu ujrzeć zmartwychwstającej Polski i tej jutrzenki ludów, o której marzył. Ale przyszła Polska będzie umiała uczcić należycie pamięć tego bohatera, obywatela, tułacza, patryoty...
To oczekiwanie, wyrażone w roku 1915, nie bardzo się sprawdziło. Czy rzeczywiście Polska potrafi należycie uczcić tego człowieka? Ile ulic i szkół nazwano jego imieniem? Ile scenariuszów filmowych napisano na podstawie jego niezwykłej biografii...?