niedziela, 9 grudnia 2012

Życie rodzinne z browningiem w tle

Wielki kryzys gospodarczy lat 30 ubiegłego wieku przyniósł plajty, bezrobocie i biedę. Gazety ówczesne pełne były informacji o samobójstwach wśród bankrutów i o nędzarzach wyrzucanych na bruk. Tragedia, którą opisał łódzki "Głos Poranny", mogła mieć jeszcze inne przyczyny. Wobec milczenia świadków szczegóły życia rodzinnego Wołoszynów pozostały jednak tajemnicą. ["Głos Poranny" 11.12.1932 r. ]


głos poranny 11.12.1935


W domu przy ul. Podmiejskiej 1, za Placem Reymonta rozegrała się wczoraj straszna tragedia rodzinna. Około godziny czwartej po południu w mieszkaniu Daniela Wołoszyna, znajdującym się na drugiem piętrze frontowej oficyny, rozległy się trzy kolejno po sobie następujące strzały. W chwilę potem z mieszkania poczęły wydobywać się rozpaczliwe krzyki i jęki. Przerażeni sąsiedzi nie wiedzieli co czynić.

Po chwili jednak zdobyli się na odwagę i wpadli do mieszkania. Oczom ich przedstawił się okropny widok. Na podłodze małego, jednopokojowego lokalu leżeli brocząc obficie krwią: mężczyzna i młoda kobieta. Byli to: 49-letni Daniel Wołoszyn i najstarsza jego córka, 21-letnia Elżbieta. Wołoszyn leżał w ten sposób na podłodze, że głowa jego ukryta była pod starą kanapą, córka jego miała twarz całą zakrwawioną i nie dawała żadnych znaków życia. Obok niej leżał na ziemi rewolwer.

W ciasnej izdebce lamentowały trzy kobiety: żona, młodsza 17-letnia córka głuchoniema, oraz koleżanka Elżbiety Wołoszyn, która wraz z rodziną była świadkiem okropnego wypadku. Zanim sąsiedzi zdążyli wyjaśnić tragedię żona Wołoszyna popadła w omdlenie. Jednocześnie prawie zaalarmowano pogotowie ratunkowe kasy chorych oraz władze policyjne. Po upływie kilkunastu minut przybyły władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem na czele oraz pogotowie. Lekarz skonstatował już tylko śmierć Elżbiety Wołoszyn. Dwie kule rewolwerowe przeszyły jej głowę, masakrując twarz. Wołoszyn żył jeszcze. Kula przebił mu skroń i utkwiła w czaszce. W stanie beznadziejnym przewieziono natychmiast ciężko rannego do szpitala miejskiego św. Józefa, celem poddania operacji. Władze śledcze przystąpiły niezwłocznie do śledztwa, celem wyświetlenia tła krwawej tragedii.

Redakcja nasza powiadomiona o wypadku, wydelegowała natychmiast swego współpracownika, który zebrał na miejscu następujące szczegóły:

Dom przy ul. Podmiejskiej 1 jest narożnikiem i wejście doń prowadzi przez ulicę Łączną. Na drugiem piętrze we froncie na wprost klatki schodowej znajduje się mieszkanie, w którym rozegrał się tragiczny epizod. Na drzwiach znajduje się pod szkłem bilet wizytowy z napisem  "Daniel Wołoszyn". Wołoszyn zajmował wraz z rodziną jeden mały pokoik, z którego oddzielono jeszcze kotarą i szafą maleńki korytarzyk. Umeblowanie mieszkania stanowią dwa łóżka, kanapa, szafa i stół.

Wołoszynowie żyli ostatnio w wielkiej nędzy. Daniel Wołoszyn, niegdyś zamożny człowiek, w ostatnich latach zarabiał na utrzymanie rodziny jako szofer. W ubiegłym roku stracił zajęcie i przez pewien czas otrzymywał zapomogę. Zaciągał długi, robił co mógł, lecz mimo wszystko rodzina żyła w skrajnej nędzy. Dopiero w bieżącym roku najstarsza córka, Elżbieta, otrzymała w gimnazjum P. Posnera przy ul. Zawadzkiej 1 posadę nauczycielki. Zarabiała niewiele, oddając wszystko na dom. Skromna pensja nie starczyła jednakże na opędzenie wszystkich potrzeb, tym bardziej, że trzeba było leczyć młodszą córkę, głuchoniemą.

Nieszczęśliwa matka nieraz czyniła wyrzuty swemu mężowi, że nie zarabia, że nie szuka dla siebie zajęcia, że nie dba o dom i rodzinę. Wołoszyn tłumaczył się; kłótnie z żoną nie ustawały. W ubiegłym tygodniu do mieszkania Wołoszynów przybył komornikaby zająć nędzne meble za jakiś dług. Wołoszynowa tak się przejęła tym wypadkiem, że dostała ataku nerwowego. Na łożu boleści prosiła starszą córkę o to, aby zajęła się młodszą siostrą - kaleką i dała jej utrzymanie. Elżbieta złożyła przysięgę, że jak długo żyć będzie troszczyć się będzie o swą siostrę.

instrukcja PPS browning
Wołoszynowa wróciła do zdrowia. Daniel Wołoszyn atakowany ciągle z powodu nieróbstwa oświadczył rodzinie, że chce opuścić Polskę i wyjechać do Rosji Sowieckiej. Kiedy mu odpowiedziano, że może uczynić co chce, zażądał pieniędzy na wyjazd. Żona oświadczyła mu w odpowiedzi, że może mu dać tylko 20 zł.

Podobno rozmowa ta toczyć się miała właśnie wczoraj po południu. Zdenerwowany Wołoszyn począł krzyczeć, a w pewnym momencie wydobył nagle z kieszeni rewolwer systemu Browning i strzelił z tyłu do córki. Elżbieta szyła akurat, rozmawiając z przyjaciółką. Kula zwaliła ją z krzesła na podłogę. Żona i głuchoniema córka rzuciły się na ojca, chcąc go obezwładnić, lecz w tej chwili Wołoszyn przystawił lufę rewolweru do własnej skroniaby pozbawić się życia. Padł strzał i samobójca runął na podłogę. Elżbieta w kilka chwil potem wyzionęła ducha.

O tej okropnej tragedii krąży jeszcze inna wersja. Głosi ona, że denat utrzymywał intymne stosunki ze swą 17-letnią córką. Wiedziała o tym tylko Elżbieta i stale z tego powodu czyniła gorzkie wyrzuty ojcu. Wczoraj, gdy doszło do kłótni młoda nauczycielka miała odkryć całą tajemnicę wobec matki. Nastąpił skandal i śmiertelne strzały, oddane przez skompromitowanego Wołoszyna.

Toczące się śledztwo ujawni bezsprzecznie prawdziwe tło zbrodni i samobójstwa. W każdym razie trzeba jedno skonstatować: dominującą rolę w tej smutnej tragedii rodzinnej odegrała nędza.
Władze śledcze, jak się w ostatniej chwili dowiadujemy, usiłowały zbadać dogorywającego  Wołoszyna. Lekarze jednak oświadczyli, iż jest on nieprzytomny, tak, że uzyskanie zeznań jest wykluczone. Przesłuchiwanie naocznych świadków zbrodni trwa. Wołoszynowa odmówiła wszelkich wyjaśnień. Zanosząc się od płaczu, oświadczyła krótko:
Dajcie mi spokój, ja strasznie cierpię.
****
Daniel Wołoszyn zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Zeznania świadków, szczególnie koleżanki zabitej Elżbiety - Maryli Sicińskiej, nie doprowadziły do wyjaśnienia wszystkich przyczyn tragedii....

niedziela, 2 grudnia 2012

Bo Łodzianka, nie Turczynka…


Ten pesymistyczny wierszyk, w imieniu łódzkich mężczyzn, popełnił nieznany bliżej poeta podpisujący się "Kacz.", a opublikował w 1903 r. Kalendarzu Wesołym "Łodzianka".

piątek, 30 listopada 2012

Szaleństwo nocy listopadowej

To mogło wydarzyć się tylko w kraju, w którym brak wyobraźni nazywa się bohaterstwem, a głupotę patriotyzmem. 182 lata temu grupka spiskowców chcąc wyzwolić Polskę od carskiego imperium, rozpętała awanturę wojenną, nie mającą najmniejszych szans powodzenia.


Poniżej: fragment książki Stanisława Szpotańskiego "Powstanie Listopadowe 1830-1831" wydanej w 1930 r.

...do teatru, gdzie na przedstawieniu znajdował się generał Chłopicki, wszedł podporucznik Dobrowolski i zwróciwszy się do publiczności zawołał:
— Polacy! do broni! Braci naszych Moskale wyrzynają w Łazienkach! Nie czas się bawić! Damy do domów! — Poczem do Chłopickiego:
— Pomagaj nam, generale, teraz czas!
— Zastanów się pan, co pan robisz?!
— Nie czas zastanawiać się, generale.
— Dajcie mi spokój, odparł Chłopicki. I poszedł do mieszkania jednego z oficerów, gdzie całą noc spędził przy fajce, w ten sposób oceniając wybuch:
— Półgłówki zrobiły burdę, mieszać się do tego nie należy. Pomysł walki z Rosją, w 300.000 wojska zalać nas mogącej, gdy my tylko 50.000 wystawić jesteśmy w stanie, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje.

sobota, 13 października 2012

Nie pytaj bracie: po co duszy gacie?

norblin mnisi monachomachiaSkuteczność działania sił nadprzyrodzonych w walce o prawdę i sprawiedliwość jest nieoceniona. Potwierdzają to niepodważalne autorytety świątobliwe i wielebne. Jednakże warto pamiętać, że nawet czcigodni ojcowie korzystają chętnie także ze środków bardziej przyziemnych i pragmatycznych. Wiedzieli o tym doskonale i biskup Krasiński, i ksiądz Juszczyński - autorzy komicznych poematów o niezbyt pobożnym życiu pobożnych mnichów, o klasztorach, gdzie bronią przeciw oponentom mogą być kufle, szklanki, talerze, księgi, a nawet kropidło...
Poniżej zamieszczony tekst nie dotyczy tak dramatycznych zdarzeń. Rywalizacja, nawet ostra, jest, ale to tylko walka na pióra i literackie talenta. Artykuł opublikowany został w 1847 roku. 

* * *
Ustęp z prawdziwej Monachomachii

Nie pamiętam, w którym to ze znaczniejszych miast Radziwiłłowskich - podobno, że w Nieświeżu - były w osiemnastym wieku dwa osobliwie klasztory, doznające względów książęcych, i walczące o nie ze sobą zacięcie, to jest: OO. Reformaci i Jezuici. Po zgonie któregoś z Radziwiłłowskiej rodziny, obydwa zgromadzenia na wyścigi starały się świetnością żałobnych obrządków okazać wdzięczność za doznawane od familii łaski, a tym samym nowe sobie zaskarbić. W obu kościołach sypały się gradem: mowy pogrzebne, elegie i epitafia, huczały dzwony jak na gwałt, gorzały świece, brzmiały śpiewy i muzyka. 

Na ten raz przecie prości Reformaci wzięli górę nad subtelnymi synami Lojoli... (..) Tryumf ten zgotował braciszek Tadeusz (...)  Przedstawił w końcu nabożeństwa duszę nieboszczyka Radziwiłła, w lekkim, przejrzystym odzieniu anielskim, ulatującą z katafalku do nieba. Koncept ten w całym mieście tyle narobił aplauzów i wrzawy, że ani wspomniano nawet o Jezuickich egzekwiach.
Wspaniałe animusze nie zniosą obojętnie żadnego upokorzenia. Bogobojni Ojcowie, nie mogąc zepsuć Reformackiego sukcesu, chcieli przynajmniej żółcią swą obryzgać jasny ich tryumf. Ojciec poeta, drugi może Baka*, nasmarzywszy kilka godzin mózgu, skomponował, ojciec kaligraf przepisał, a żak usłużny o świcie przylepił na drzwiach Reformackiego klasztoru następne epigramma:
malczewski mnisi

"Wielce się żali Radziwiłła dusza,
Na Reformata, brata Tadeusza,
Że ją do nieba posyła bez gaci...
Niech mu Bóg płaci!"

Lecz brat Tadeusz, upojony świeżym powodzeniem, podniósł śmiało rzuconą rękawicę i ex promptu** wypalił natychmiast odpowiedź:

"Niech się nie żali Radziwiłła dusza,
Na Reformata, brata Tadeusza;
Będzie jej w niebie, choć bez gaci, dobrze -
Daleko lepiej niźli komu w bobrze."
(Wiadomo, że Jezuici nosili czapki bobrowe)

Ustęp ten z prawdziwej wojny mnichów, mam z autentycznego źródła, bo od Reformata z Radziwiłłowskiej Biały, na Rusi Podlaskiej.
R. Z.
(Przyjaciel Ludu 1847 nr 48)

* * *
*ks. Józef Baka ., (1707-1780), poeta
**ex promptu [łac.] - bez przygotowania, naprędce