Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Damazy Macoch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Damazy Macoch. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 stycznia 2018

Pocztówka z ławy oskarżonych

To był zwyczajny pogrzeb. Odbył się 7 września 1916 roku, pośrodku wojennej zawieruchy, w okupowanym przez Austriaków Piotrkowie Trybunalskim. Ostatnia droga człowieka, którego proces kilka lat wcześniej elektryzował Europę. Polskie gazety pełne relacji frontowych, zajęte problemami gospodarki wojennej, ledwie wspomniały o tym fakcie. Na kilka zdań więcej zdobył się piotrkowski „Dziennik Narodowy”:
W południe jesienne dn. 7 bm. z bramy więzienia piotrkowskiego ruszył skromny pogrzeb w surowej prostocie więziennej. Trumna sosnowa, poprzedzona przez ks. Wojciechowskiego, kryła zwłoki głośnego sprawcy mordu na Jasnej Górze, Damazego Macocha. Tłum gapiów przygodnych odprowadził jedynie z ciekawości zwłoki na cmentarz.
Macoch umarł wskutek gruźlicy płuc i silnej skrofulozy* ogólnej, która zaatakowała ze szczególną siłą szyję i gardło. Ostatnie miesiące jego życia, pełne okropnych cierpień fizycznych i katuszy moralnych, mogą stanowić przykład pokuty.
Choroba ciągnęła się od szeregu miesięcy. Władze austrjackie, obejmując zarząd wiezienia piotrkowskiego w jesieni 1914 roku zastały Macocha już tak chorego, że musiano go osadzić w specjalnej sali dla niedomagających. W styczniu rb. stan jego zdrowia już pogorszył się znacznie, wobec czego przywieziono go do szpitala więziennego, gdzie pod opieką d-ra Rothbauma pozostawał bez przerwy do końca życia. 
Początkowo nie przeczuwał zbliżającej się śmierci i często zapewniał lekarza, że czuje się coraz lepiej; dopiero z początkiem lipca w rozmowie z komendantem więzienia kap. Żdżarskim, Macoch zwierzył się, że czuje zbliżający się koniec.Wówczas przyjął po raz pierwszy ostatnie Sakramenty.
Konał w najzupełniejszem osamotnieniu. Komendant więzienia pragnąc rozproszyć ten ciężki nastrój osamotnienia, który go przygniatał, zapytywał go kilkakrotnie; czy zechce widzieć się z niegdyś bliskim sobie człowiekiem, wspólnikiem zbrodni Starczewskim. Na sam dźwięk tego nazwiska popadał Macoch w najwyższe rozdrażnienie. Nie chciał go widzieć absolutnie. 
Przed samą śmiercią prosił otoczenie, by go nie chowano na cmentarzu, ponieważ nie czuje się godnym leżeć z innymi ludźmi; prosił, by go pochowano na drodze cmentarnej, aby na znak kary, grób jego tratowali ludzie po wieki. Zwłoki Macocha spoczęły na cmentarzu opodal grobów żołnierskich. 
Ostatnie życzenie Macocha nie zostało spełnione. Jego grób nie jest deptany przez przechodniów. A na starą płytę z piaskowca niedawno ktoś nałożył kamienną tablicę z napisem „śp. ksiądz Damazy Macoch wielki grzesznik i wielki pokutnik prosi o modlitwę”.

Jeszcze na 6 lat przed śmiercią, w roku 1910, Macoch żył jak książę-playboy. Potem został gwiazdą mediów. Podczas procesu w 1912 roku, na który ściągnęły tabuny dziennikarzy z całej Europy, a nawet z USA, podpowiadał fotografowi, jak powinien robić mu zdjęcia. W areszcie prowadził tak ożywioną korespondencję, że ktoś napisał humorystyczny 7-zwrotkowy wierszyk „Tydzień Macocha w Piotrkowie”. Tydzień pełen pisania listów i deklaracji:

Poniedziałek
W celi, gdzie słabo kaganek się pali,
Damazy Macoch pisze list do Lali,
A że w nim wciąż się żal serdeczny wzmaga,
Iż ją zasypał – przebaczenia błaga.
Wtorek
Damazy Macoch, wsłuchan w nocną ciszę,
Do policmajstra piotrkowskiego pisze
I przeprasza go, że od zbrodni czasu
Sprawiał mu ciągle tyle ambarasu.
Środa
Damazy Macoch, siedząc w turmy kątku,
Chce z całym światem być dzisiaj w porządku,
Więc śle, spełniając grzeczności powinność,
Władzom krakowskim dzięki za gościnność.

I tak dalej: czwartek, piątek, sobota, niedziela..listy, pisma, listy…
Gdyby sprawa toczyła się dziś, Macoch – dawny pisarz gminny – napisałby zapewne autobiografię, bestseller, na którym zbiłby fortunę i nie musiał żałować utraconych dochodów z klasztoru. Może dostawałby też prowizję od zdjęć z procesu sprzedawanych jako pocztówki. Zgodnie z wyrokiem sądu carskiego, na wolność miał wyjść w roku 1924. Miałby wtedy zaledwie 53 lata i przed sobą być może wielką karierę w biznesie medialnym.

* * *

*przewlekła gruźlica węzłów chłonnych szyi

poniedziałek, 30 października 2017

Nie brat, ale swat

26 lipca 1910 roku w stawie przy drodze obok wsi Zawada pod Częstochową znaleziono drewnianą skrzynię, a w niej  trupa mężczyzny.  Nieboszczyk poniósł śmierć wskutek wielu ran zadanych siekierą. Rozpoznano w nim Wacława Macocha, urzędnika pocztowo-telegraficznego z Granicy. Skrzynia okazała się otomaną, stanowiącą własność klasztoru jasnogórskiego, a znalezione w niej rzeczy, jak ustalono, należały do zakonnika Damazego Macocha. Tak zaczęła się sprawa, która zbulwersowała nie tylko Polaków, ale niemal całą Europę. Pisały o niej gazety we wszystkich trzech zaborach, także zagraniczne. Proces relacjonowała nawet prasa amerykańska.
damazy macoch, helena krzyżanowska macoch, wacław macoch

 24 lipca w nocy paulin Damazy Macoch (świeckie imię Kacper) we własnej celi na Jasnej Górze zamordował męża swojej kochanki, Wacława Macocha. Zadał ofierze kilka ciosów siekierą w głowę. Ponieważ Wacław jeszcze żył, mnich udzielił mu rozgrzeszenia, a następnie udusił. Po trwającym dwa lata śledztwie zbrodniarz z Jasnej Góry razem ze wspólnikami stanął przed sądem w Piotrkowie. Uznano go winnym morderstwa "bez premedytacji", wielu oszustw i kradzieży. Skazano na 12 lat ciężkich robót, ale po apelacji w listopadzie 1912 roku karę podwyższono do 15 lat ciężkich robót, z pozbawieniem wszystkich praw, a potem na przymusowe osiedlenie. Damazy (Kacper) Macoch zmarł w więzieniu w Piotrkowie 6 września 1916 roku. Następnego dnia pochowano go na miejscowym cmentarzu. W rodzinnych stronach mnicha, po wyroku, część Macochów pozbyła się naznaczonego hańbą nazwiska i zmieniła je na Dankowiakowscy.

W procesie nie wyjaśniono sprawy pokrewieństwa zbrodniarza i jego ofiary. Ówczesne gazety przedstawiały ich jako stryjecznych braci lub kuzynów. Zapewne zabicie "brata" dodawało "smaczku" tej tragicznej sprawie, więc nikt nie był zainteresowany wyjaśnieniem, jakie więzy naprawdę łączyły Kacpra i Wacława. Po ponad stu latach jednemu z krewnych Wacława, ofiary z Jasnej Góry i męża fatalnej Heleny, udało się ustalić, że nie było żadnego pokrewieństwa. Poniżej przedstawiamy relację Wiesława Macocha, który gruntowanie zbadał rodzinne koligacje....

* * *

Sprawa zabójstwa na Jasnej Górze w Częstochowie z początku XX wieku budziła sensację na terenie wszystkich trzech zaborów. Zakonnik Damazy (Kacper) Macoch zamordował Wacława Ewarysta Macocha męża swojej kochanki Heleny Katarzyny Krzyżanowskiej. Od pewnego czasu próbuję rozwiązać zagadkę powiązań rodzinnych Kacpra Macocha s. Pawła (zakonnik Damazy) z Wacławem Ewarystem Macochem jego ofiarą, którego zakonnik Damazy zeswatał ze swoją kochanką Heleną Katarzyną Krzyżanowską. Według ówczesnej prasy, która rozpisywała się na ten temat oraz artykułów ukazujących się od czasu do czasu współcześnie, Damazy miał być raz bratem, innym razem bratem stryjecznym, a jeszcze kiedy indziej kuzynem.
akt małżeństwa wacław macoch helena macoch

 Mówi się o drugim bądź trzecim stopniu pokrewieństwa, a w akcie ślubu zamordowanego Wacława (Nr 307. Warszawa z 12.06.1910 roku), wspomina o dyspensie od przeszkody drugiego stopnia pokrewieństwa wydanej przez Warszawskiego Arcybiskupa i Metropolitę z dnia 25 maja 1910 pod numerem 18177. Niestety do tego dokumentu nie dotarłem. Być może wyjaśniłoby się pokrewieństwo. Jestem jednak sceptycznie do tego nastawiony ze względu na fałszerstwa Damazego odnośnie swojej śmierci jako Kacpra i pierwszego męża Heleny Krzyżanowskiej. Fałszerstwo obu dokumentów zostało bezsprzecznie udowodnione podczas procesu w Piotrkowie Trybunalskim.

Moje poszukiwania szły w dwóch kierunkach. Pierwszy – ustalenie przodków zamordowanego Wacława Ewarysta Macocha, drugi ustalenie przodków Kacpra Macocha (imię zakonne Damazy). Nie było to rzeczą trudną, jeśli chodzi o Wacława Ewarysta Macocha ponieważ jego dziadek Józef był najstarszym bratem mojego pradziadka Teofila synów Jakuba i Małgorzaty z Kuśmierków małżonków Macochów. Tak więc Wacław był synem Rocha i Józefy z Widerów małżonków Macochów.
wacław macoch

 Roch Macoch był organistą w kościele dankowskim [Danków – wieś powiecie kłobuckim, w gminie Lipie] i wójtem gminy Lipie. Był synem z pierwszego małżeństwa Józefa i Franciszki z Orzełków małżonków Macochów. Tak więc ten wywód obejmuje cztery pokolenia. Poniżej zamieszczam akt urodzenia Rocha Macocha z 1853 o jego urodzeniu się dnia 2 sierpnia 1852 roku. Z czego wynikało opóźnienie zgłoszenia urodzenia, nie wiadomo.
roch macoch

Natomiast Kacper był najstarszym synem Pawła Macocha i Marianny z Szymałów. Paweł z kolei był synem Marianny Macoch i NN. (Akt ur. 7/1841 Danków). Właśnie ta Marianna Macoch jest „tajemnicą” z którą nie mogę sobie poradzić. Nie jest mi znana ani data urodzenia, ani śmierci. Nie wiem czyją córką była i czy nazwisko Macoch to jej panieńskie nazwisko czy po mężu. Imię Marianna w rodzinach Macochów było popularne zarówno w przypadku córek jak i żon. Stąd wynika wiele problemów z ustalaniem tożsamości, szczególnie w tych okresach, w których dokumentacja aktów kościelnych jest skąpa i często niestaranna.

Poniżej zamieszczam akty urodzenia Kacpra Macocha i jego ojca Pawła. Wynika z nich jasno, że Kacper Macoch i Wacław Ewaryst Macoch nie byli ani braćmi, ani braćmi stryjecznymi czy kuzynami, jak sugerowała ówczesna prasa.
kacper macoch

paweł macoch

Jako, że w żadnych źródłach nie mogłem znaleźć daty zgonu zakonnika Damazego z Jasnej Góry napisałem do AP w Piotrkowie Trybunalskim o skan aktu zgonu. Ku mojemu zaskoczeniu w ciągu kilku dni po załatwieniu formalności otrzymałem ten skan. Damazy zmarł w szpitalu więziennym w Piotrkowie Trybunalskim 6 września 1916 roku, pochowany został następnego dnia. Okazuje się, że są archiwa przyjazne dla amatorów genealogii. AP z Piotrkowa Trybunalskiego dziękuję! A akt zgonu Damazego wygląda tak:
Kacper Macoch zgon

Uważam więc, że sprawa pokrewieństwa pomiędzy zabójcą Kacprem Macochem (imię zakonne Damazy) i jego ofiarą Wacławem Ewarystem Macochem została wyjaśniona. Gorzej będzie ze sprostowaniem błędnej informacji rozpowszechnianej od ponad stu lat...

Autor: Wiesław Macoch

* Dyspensa dotyczyła prawdopodobnie pokrewieństwa (żona brata lub brata stryjecznego). Niestety nie znam treści tego dokumentu, ani pomysłu jak do niego dotrzeć. Zapewne jest on w alegatach do aktów małżeńskich w Archiwum Archidiecezji Warszawskiej. Helena wychodząc za Wacława Ewarysta Macocha była „wdową” po rzekomo zmarłym Kacprze Macochu (fałszywe dokumenty małżeństwa i zgonu o których jest wzmianka w procesie). Była więc Heleną Macoch z Krzyżanowskich i tak podpisała akt małżeństwa z Wacławem. Podejrzewam, że wśród przedstawionych proboszczowi parafii św. Aleksandra w Warszawie oprócz dwóch wyżej wspomnianych dokumentów znajdowały się także sfałszowane akta urodzenia Wacława i Kacpra uznające ich za braci stryjecznych. To wyjaśniałoby częściowo sprawę dyspensy (ale nie do końca). Z aktu małżeństwa wynika, że spisano go dzień po ślubie 13 czerwca 1910 roku (ślub 12 czerwca). Pora ślubu – godzina 8.00 wieczorem też dziwna. Tak jakby starano się ten ślub ukryć. Ślubu udzielał paulin Damazy Macoch czyli Kacper Macoch (nieżyjący „mąż” Heleny Krzyżanowskiej) we własnej osobie na podstawie pełnomocnictwa proboszcza okręgowego parafii św. Antoniego. Dotarcie do alegat małżeństwa rzuciłoby wiele światła na sprawę, tym bardziej, że stopnie pokrewieństwa inaczej były określane w przepisach kościelnych, a inaczej świeckich.  

* * *
Źródła aktów:
1. metryki.genealodzy.pl (AAW)
2. AP Częstochowa
3. Familysearch
4. AP Częstochowa
5. Familysearch
6. AP Piotrków Trybunalski

wtorek, 15 sierpnia 2017

Prawda kole w aureolę

Nie wiadomo kiedy, gdzie, i w jakich okolicznościach, ale Wniebowzięcie nastąpiło. Potwierdzają to autorytety i ich niczym nie ograniczona wyobraźnia. Co roku 15 sierpnia słyszymy na Jasnej Górze, że to ostoja polskości, Maryja Matka i Królowa, szczególnie Polskę upodobała, że uciekamy się pod jej obronę. Potem, że dożyliśmy strasznych czasów, że szargają świętości. O tym, że spisek, szatan czyha, że bóg obrażony, ojczyzna zagrożona, że winni są wolnomyśliciele, żydzi, ateiści, masoneria, bezbożnicy, feministki, lewactwo. Winni wszyscy, tylko nie kościół powszechny i święty oraz słudzy jego słudzy świętobliwi a cnotliwi. Od wieków i na wieki, wieków...


Co pozwala zakonnikom trwać na Jasnej Górze od wieków, utrzymywać potężną budowlę i ponad stu ludzi, a przy tym jeszcze zapełniać skarbiec? Czy wystarczy wsparcie nadprzyrodzonych bytów, aby przez wieki, pomimo niesłychanych zmian w świecie, prowadzić z powodzeniem to ogromne przedsięwzięcie?

Wiele takich pytań postawiono publicznie podczas słynnej sprawy zbrodni Macocha w latach 1910-1912. Artykuł „Ciemne sprawy na Jasnej Górze” ukazał się w czasopiśmie „Myśl Niepodległa” [nr 150] w październiku 1910. Styl i ortografię pozostawiamy oryginalne, aby czytelnik przypadkiem nie zapomniał, że chodzi o „zamierzchłe” sprawy sprzed ponad 100 lat. Gdyby tekst nieco uwspółcześnić i pominąć wątek zbrodni Macocha, nadać mu można byłoby datę 15 sierpnia roku 2000 i wystawić się na wściekłe ataki klerykalnych "prawdziwych" Polaków oraz ich feudalnych panów.  Artykuł jest wciąż zadziwiająco aktualny!

* * * 
Jechał więc w milczeniu, utkwiwszy oczy w jakiś punkt, bardzo błyszczący na widnokręgu. Konie parskały na pogodę; ludzie poczęli śpiewać sennemi godzinami jutrznię. Tymczasem rozwidniało się coraz bardziej, niebo z bladego stawało się zielone i złote, a ów punkt na widnokręgu począł tak błyszczeć, że oczy mrużyły się od tego blasku. Ludzie przestali śpiewać i wszyscy patrzyli w tamtą stronę, wreszcie Soroka rzekł: "Dziwno, czy co?.. Toć tam zachód, a jakby słońce wschodziło!" 
Istotnie owo światło rosło w oczach, z punktu uczyniło się kołem, z koła koliskiem zdala, rzekłbyś, że ktoś zawiesił nad ziemią olbrzymią gwiazdę, siejącą blaski niezmierne. Kmicic i jego ludzie patrzyli ze zdumieniem na owe zjawisko świetliste, drgające, promienne, nie wiedząc, co mają przed oczyma. Wtem od Kruszyna chłop nadjechał w drabinkach. Pan Kmicic zwróciwszy się ku niemu, ujrzał, iż chłop czapkę trzymał w ręku i patrząc w owe światło, modlił się.  "Chłopie? - spytał pan Andrzej - a co się to tak świeci?".  "Kościół Jasnogórski! - odrzekł kmieć...
Ogarnęła rycerza jakaś niewypowiedziana bojaźń, pełna czci, ale zarazem nieznana radość wielka, błoga. Od tego kościoła jarzącego się na wysokości w pierwszych promieniach słońca biła nadzieja, której pan Kmicic dawno nie zaznał, otucha, której napróźno szukał, siła niepokonana, na której chciał się oprzeć. W stąpiło weń jakoby nowe życie i poczęło krążyć po żyłach wraz z krwią. Odetchnął tak głęboko, jak chory, budzący się z gorączki, z nieprzytomności. A kościół lśnił się coraz bardziej, jakby wszystko światło słoneczne w siebie zabrał. Cała kraina leżała u jego stóp, a on patrzył na nią z wysokości, rzekłbyś stróż jej i opiekun...
(H. Sienkiewicz, Potop III, 11)

obrona jasnej góry

*
Przytoczyliśmy na wstępie urywek z sławnej powieści Henryka Sienkiewicza, opisujący dojazd Kmicica i jego drużyny do Częstochowy. Uczyniliśmy to dlatego, aby przypomnieć, jaką aureolą Naród nasz otaczał Jasną Górę. "Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy” - oto inwokacja naszej wielkiej epopei narodowej. Lud, ujrzawszy w czasie pielgrzymki wieżę Jasnogórską, padał na kolana, wyciągał ręce i grążył się w ekstazie.

Od pewnego czasu staraliśmy się, w stosunku do wykrytych zbrodni bardzo nawet oględnie, zwracać uwagę Narodu, że na Jasnej Górze dzieją się jakieś ciemne sprawy. W numerze 119, w artykule naczelnym stawiliśmy przeora Euzebjusza Rejmana przed sądem opinji. Naród nas nie usłuchał. Wierzył bezgranicznie "ojcom" Paulinom. Zapatrzony w wizję swego idealizmu, głuchy był na głosy ostrzegawcze. Dziś, gdy miecz najczarniejszych zbrodni przeszył jego serce ufne i kochające, nie będziemy mu rany posypywali solą. Musimy przedewszystkiem uszanować ból, okazać współczucie dla bezmiernej krzywdy, którą mu wyrządzono, uczcić w nim cierpienie. A przecież Jasna Góra nie była tylko miejscem odpustów i ekstazy religijnej. Była równocześnie pamiątką narodową. Gdyby nawet tradycje historyczne nie odpowiadały pod wielu względami historycznej rzeczywistości, to jednak tradycje te żyły w duszy narodu i działały na nią. Dla tych przeto, którzy na rzeczy inaczej patrzą, Jasna Góra była również droga, choć z innych względów. A wreszcie, jeżeli to miejsce z tych lub innych przyczyn było narodowem PALLADJUM, choćby iluzyjnem, lecz drogiem, znieważenie takiego palladjum jest nietylko straszną krzywdą, ale kompromitacją wobec całego świata.

Ale uszanować ból, to wcale nie znaczy milczeć. Stwierdzamy, że może z wyjątkiem jednego dziennika bez charakteru, wszystkie pisma starały się odsłonić kałużę zbrodni i nic nie pozostawić pod obsłoną. A jest to tem bardziej konieczne, że "niegodni stróże najdroższego skarbu Narodu", gdy śledztwo coraz to nowe frymarki pieniędzmi ofiarnemi i klejnotami odkrywa, gdy wpada na trop innego jeszcze morderstwa, już do nowych wzywają Naród "ekspiacji”, a wiadomo przecież, że te "ekspiacje” są zawsze w znaczeniu swem ostatecznem apelacją do kieszeni wiernych.

Gdyby chcieć fakty, dotąd nanizane na sznur kroniki, opisać, trzebaby wskrzesić włoskiego Danta, a przedstawiłby nam jasnogórskie Infernum. Jasna Góra, zmieniona w jaskinię zbrodni, wymagałaby genjuszu Szekspira dla odtworzenia tych intryg, tych hulatyk, tych mordów, tych wywożeń trupów w sofach, tych przysiąg piekielnych nad otchłanią wodną, kryjącą w swej głębi potworną tajemnicę, tych rozgrzeszań ustami zbrodniarzy i tych komunikowań rękami krwią ociekającemi.

A kronika wcale jeszcze nie zamknięta. Dopiero przeczytaliśmy jej pierwsze rozdziały. Ale już wiemy, że "święte ofiary” szły na prezenty dla kochanic, już czytaliśmy, że zakonnicy wykradali sobie z pod poduszek papiery obligacyjne, już nie jest tajemnicą, że wyszukiwali dla swych hurysek mężów, fałszowali akty ślubne, a kochanice ich sprzedawały ofiarne djamenty jubilerom. Miljony, które naród składał w ekstazie klasztorowi, nieraz kawałek suchego chleba od ust sobie odejmując, karmiły zbrodnie.

Najbardziej bodaj zdumiewającą w tem wszystkiem rzeczą jest stwierdzony przez prasę niski stan umysłowości tych "ojców". Damazy Macoch był przed wstąpieniem do klasztoru pisarzem gminnym, czyli jakimś przedstawionym przez Sienkiewicza Zołzikiewiczem. Ukończył zaledwie szkołę elementarną. Człowiek taki wdziewa białą sukienkę Paulina i już tem samem staje się świętą, nietykalną, żadnej krytyce nie podlegającą osobistością – przeciwnie, on będzie jeszcze piętnował "bezbożne pisma”. Jasne jest, że w Częstochowie rządziła Polską garderoba, a jakiego człowieka wetknięto w tę garderobę, o to nikt nie pytał.

Wszelką krytykę księży zwano szkalowaniem. Kazano o ich wybrykach milczeć, a w ostateczności zwracać się ze skargą na nich do przełożonego. A tymczasem odezwa Paulinów całkiem nie dwuznacznie mówi, że przełożony na Jasnej Górze dźwiga na sobie brzemię różnych win, a może nawet bardzo ciężkich win, skoro w tej pierwszej odezwie, wystosowanej w tak znaczącej chwili, Paulini wysuwają go przed oblicze narodu i dają wiele do zrozumienia. Ale ci Paulini zbyt pośpiesznie wystąpili w charakterze oskarżycieli, gdy śledztwo już nie „jednostkę”, jak piszą, objęło, ale szereg "jednostek". To, co przeszło nawet przez sito prasy, już bardzo zastanawia. Czytamy, że ojciec Damazy chciał klasztor porzucić, „więc” stopniowo „usuwał” rzeczy „swoje”. Jakież to „swoje rzeczy” mógł mieć człowiek, ślubujący ubóstwo i nie posiadający nic? W biały dzień wywozi dorożką sofę zaszytą w rogoże. Nikogo to nie dziwi, że zakonnik ma „swoje meble”. Inni twierdzą, że wywoził „książki”. Jakież to „książki mógł mieć zakonnik wobec faktu istnienia bibljoteki klasztornej i wobec bezwarunkowej wspólnoty wszelkiego mienia?

Toteż w tej chwili cała Częstochowa powtarza z ust do ust wersje, które dostają się do Warszawy i krążą nawet w kołach, które dotąd nie zwykły „źle o księżach mówić”. Pieniądze ofiarne i wota miały iść nietylko na uciechy i huryski, ale wspierano podobno także jakichś przedsiębiorców teatralnych, mających powabne żony czy kochanki „śpiewające”. W kołach bardzo poważnych mówią, iż niedawno widziano w Hiszpanji jednego z jasnogórskich Paulinów z taką „śpiewającą” żoną czy kochanką takiego artystycznego przedsiębiorcy, i że potem szły pod jego adresem „subsydia”, dość nawet znaczne.

Idzie wersja, że jeden z Paulinów ma zagranicą piękną kamienicę, w bankach pokaźny kapitalik i że przeznaczył go dla swoich dwóch urodziwych córek... A i to ludzie opowiadają, że gdy z kompanją przychodziły piękne i hoże dziewczyny, niektórzy zakonnicy za pomocą służby, różnych „domów noclegowych”, także konfesjonałów zakładali sieci, aby owe hoże rybki złowić... Pewna „pani” pokazywała w Częstochowie „znajomym” korale, które ktoś jako votum ofiarował Matce Boskiej. Korale te „nabyła” od zakonników za gotówkę, aby się nie dostały do rąk „żydowskich”... Złożony jako votum wachlarz z kości słoniowej jeden z ojców ofiarował pewnej młynarce z pod Częstochowy...

Gdy chcieliśmy dźwignąć moralność za pomocą krytyki kleru i jego nauk, biskup Zdzitowiecki, opiekun klasztoru jasnogórskiego, pisał na autora tych słów skargę następującą do władz krajowych: „Czy Wasza Ekscelencja nie uznałaby za możliwe jąć się odpowiednich środków, aby położyć koniec zgubnej jego działalności, tego głównego wodza nie moralności i nieprzejednanego wroga religji, co w znacznym stopniu obezwładniłoby jego propagandę, a w konsekwencji przyczyniłoby się do uspokojenia kraju, szarpanego bandytyzmem (!) grabieżą (!) i zabójstwami (!)”...

Głosił to w roku 1907. A cóż powie w roku 1910? Zbrodni mordu i kradzieży klejnotów z obrazu świętego nie dokonał żaden wolny myśliciel, nie dokonał nawet żaden czytelnik „pism bezbożnych”, nie dokonał zwykły laik, ale dokonał właśnie - jasnogórski Paulin, przy pomocy innych „świętych ojców”.
Skarbiec jasnogórski
Przeor Euzebjusz Rejman, który w czasie koronacji okradzionego przez zakonników obrazu daje do zrozumienia w przepełnionej wiernymi świątyni i w chwili, kiedy uwaga całego narodu jest na niego zwrócona, iż moralni sprawcy kradzieży znajdują się między polskimi wolnymi myślicielami, ten przeor, na którego obecnie sami zakonnicy rzucają cień - ten dał wyraz panującym u nas stosunkom, wiarom, zaufaniom, tak haniebnie obecnie zdemaskowanym, poniżonym, zdeptanym.

Dawaliśmy wyraźnie do zrozumienia, że w skarbcu mogą być braki, miast klejnotów falsyfikaty i że złodziei koron i sukienki obrazu szukać należy w samym klasztorze. Wygłosiliśmy zasadę, że skarby częstochowskie należą do ogółu i że ogół ma prawo żądać zdawania rachunków. Tymczasem biskup tyraspolski ksiądz Józef Alojzy Kessler w liście pasterskim, ogłoszonym w nr 276 "Kurjera Warszawskiego” inną wygłosił zasadę:
Ani biskup, ani proboszcz nie mają obowiązku zdawania parafjanom sprawozdania z zarządu majątków kościelnych... Żądania niektórych parafji, aby proboszcz zdawał im sprawę ze swych rządów, jest wynikiem protestantyzmu, sprzeciwia się zasadom nauki katolickiej...
Kto nie zdaje rachunków parafjanom, będzie je musiał kiedyś zdawać sędziemu śledczemu. Tak się obecnie dzieje na Jasnej Górze.

Pytamy, któż bardziej podkopał w Polsce katolicyzm nad jego własnych apostołów? Któż się okazał istotnym i groźnym wrogiem religji? Czy myśl filozoficzna, modernizująca pojęcia i starająca się oprzeć etykę na trwalszych podstawach, czy też ci, którzy głoszą „nie zabijaj” a toporami w czasie snu zabijają spólników zbrodni i potem spieszą do konfesjonału odpuszczać grzechy?

Któż splugawił uroczysty akt przysięgi? Czy ci, którzy nie wierząc w Boga, nie chcą się przed sądem zaklinać na niego i kłamać sobie i światu, czy też ci, którzy, przybrani w szatę świętą, białą, symbol niewinności i niepokalaności, nocą nad rzeką wyciągają krucyfiks i każą dwom truchlejącym ze strachu prostakom przysięgać na rany Zbawiciela, iż „dla dobra świętej wiary” nie wyjawią nigdy tego, co się tam stało?

Prawda mówi sama za siebie. Ale tu chodzi o to, czy naród będzie umiał wyciągnąć z tej kałuży zbrodni wszystkie konieczne konsekwencje i czy nareszcie zrozumie, że dalej biernym być nie może. Nie przemawiamy w tej chwili do całego narodu. Miljony nas nie słyszą, te miljony, nie umiejące czytać i pisać. Więc przemawiamy tylko do jego czytającej inteligencji, która „dla dobra religji” nie chciała nigdy poddać kler obywatelskiej krytyce.

Czy inteligencja w tak ważnej i decydującej chwili nie powinna postępowaniem swojem wzbudzić w ludzie zaufania i wpoić w niego, że za jej przyczyną nastaną rzeczywiście inne porządki? Czy lud uwierzy tej inteligencji, jeżeli jakiś „Kurjer Warszawski” będzie już wzywał ogół do "ekspiacyjnych" pielgrzymek, więc czołgania się na kolanach do stóp „ojców” , którzy każdej chwili teraz mogą być zaaresztowani albo o współudział w zbrodniach, albo przynajmniej o zaniedbanie karygodne czujności i patrzenie przez szpary na jątrzącą się ranę deprawacji i nikczemności? I gdy jeszcze w przybliżeniu nawet nie obliczono, co zostało skradzione, gdy czytamy o szafowaniu na pohulanki pieniędzy „mszalnych”, lud nasz ma nowe sypać ofiary?

Ktoś powiedział, iż zaczął się początek końca legendy jasnogórskiej. To, co jeszcze przed miesiącem mogło było uchodzić jedynie za zręczny paradoks, dziś staje przed nami jako rzeczywistość. Tak, bezwarunkowo jesteśmy świadkami początku końca legendy jasnogórskiej i powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że brzemię bardzo poważnych obowiązków ciąży na nas w tej chwili przełomowej. A przecież Infernum Jasnogórskie jest niejako symbolem widomym całego duchowieństwa. Jasna Góra była dotąd polskim Rzymem. Wedle Jasnej Góry sądziło się cały kościół. Kto śmie temu zaprzeczyć? Jasna Góra była sercem organizmu katolickiego w Polsce. Klucz śledztwa otworzył to serce i ukazał ściek zbrodni głównych: morderstwa, kazirodztwa, krzywoprzysięstwa, świętokradztwa, złodziejstwa i co kto chce...

Gdy sięgaliśmy do historji i przytaczaliśmy zbrodnie papieży, kardynałów, klasztorów - wołano ze śmiechem, iż dla zwalczenia innej teraźniejszości inną wyciągamy przeszłość, dawno minioną, pogrzebaną i zapomnianą... A tymczasem najbliższa przyszłość miała głosem przerażającym zaświadczyć, że ta przeszłość wcale nie minęła, że ona trwa, wciąż ta sama, niezmienna. Mówiono, że kościół położył wielkie zasługi dla cywilizacji. Ale czyż największych nawet zasług nie niweczyłyby doszczętnie takie zbrodnie? Czytano z upojeniem świetny romans Sienkiewicza o wędrówce do Częstochowy wielkiego ryzykanta pana Kmicica. Pan Kmicic dla obrony Panny Najświętszej rozsadził szwedzką kolubrynę. Ale cóż uczyniłby ten impulsywny człowiek, gdyby oko w oko zetknął się ze zbrodniami „ojców” Damazych, Izydorów i Bazylich? Czy w przystępie oburzenia nie wysadziłby w powietrze całego klasztoru?

("Myśl Niepodległa" październik 1910 nr 150)

* * * 
Zapowiadany przez „Myśl Niepodległą” początek końca legendy jasnogórskiej trwa w najlepsze - od 100 lat. Wielotysięczne pielgrzymki maszerują do Częstochowy ze śpiewem na ustach i z bólem w stopach. Nikt już nie wspomina jak to kiedyś ksiądz Macoch z Krzyżanowską okradali Matkę Boską. Nikt nie myśli o tym, że jakiś inny paulin właśnie może dobierać się do jasnogórskiego skarbca. Księża - pedofile to tylko ofiary libertyńskich, bezbożnych czasów oraz podstępnych podszeptów szatana. Lekiem na cało zło świata, zdaniem ich eminancji, nadal jest modlitwa, modlitwa, modlitwa…

W diecezji kieleckiej biskup Łosiński w 1910 roku nakazał wiernym intensywne modły błagalne do obrażonego boga. Bo wina wiernych jest tu bezsporna: po co dają chciwym mnichom na tacę? Biskup profilaktycznie "ukarał" także swoich podwładnych: kaznodzieje musieli opracować pogadanki na tematy: "Dlaczego Najświętsza Marya Panna pozwoliła na taką zbrodnię przy boku swoim" i "Do czego dojść może społeczeństwo, jeśli się odwraca od Chrystusa". Nie znamy, niestety, owoców tych świętobliwych rozważań.

A wierny lud (ten bardziej rozgarnięty) miał już własną twórczość na ten temat i recytował takie wierszyki:
damazy macoch
Ojciec Damazy
Kradł z Jasnej Góry, kradł z Jasnej Góry
Obrazy
A ojciec Izydory
Wkładał je w wory
A ojciec Bazyli
Wywoził je do Brazylii
albo
Niekże to syćkie pierony zatrzasnom;
Wybrał się dziadek aż pod Góre Jasnom,
Myślał, że grosik uzbira, tymczasem
Tego widoku dożył dziadek stary,
W całym klasztorze nic, jedno dziandary,
Sytkie osoby duchowne a świente
Pod klucz zamknięte...
Wrócił ciupasem
Prawda was wyzwoli – przypominał święty nasz rodak, ale czy miał na myśli również prawdę, która kole w jasnogórską aureolę?

poniedziałek, 26 maja 2014

Raskolnikow z Jasnej Góry

Czy habit może wyleczyć złe ludzkie serce z niskich pobudek? Damazy i jego koledzy po fachu, zdają się w to wierzyć bez zastrzeżeń. Sądzą, że każda podłość wykonana w imię Pana może być uświęcona i dobra...

Zakonnik z Jasnej Góry jako polski Raskolnikow? Czy tych dwóch zbrodniarzy łączy coś więcej niż narzędzie mordu - siekiera? Oparta na zeznaniach świadków opowieść o zbrodni jasnogórskiej z 1910 roku ma pokazać rzecz od strony dotąd przemilczanej. Jak wygląda z ludzkiego punktu widzenia wybaczenie zbrodni? Jak żyć w obiecanej wieczności obok własnego mordercy? Z kazań kościelnych, ani z katechezy tego się nie dowiecie...
damazy macoch
Ojciec Damazy czuje, że ma poparcie Najwyższego. Że wolno mu dokonać czynów, o jakich zwykły człowiek nawet nie powinien myśleć... Habit, ten kawałek sukna, daje mu większe prawa, niż mają cywile, nawet ci, co gorliwie leżą plackiem pod krzyżem...

W tych opowieściach jest samo życie, tak odmienne od infantylnej treści kościelnych nauk: drapieżne i pełne rozpasania. W końcu to tyłek Heleny był powodem zagłady Troi oraz zbrodni w narodowym, jasnogórskim sanktuarium. A nawet gdyby nie było Heleny, to znalazłaby się pewnie jakaś inna dupa Marysi godna spróbowania zakazanego owocu...

Poniżej fragment pierwszego rozdziału powieści „Jako i my odpuszczamy…”.
* * *
Po co komu stare notatki? - pomyślałem, gdy Krzyś złota rączka ("ścian gipsowanie, malowanie, paneli układanie"), przyniósł zwinięte zakurzone papiery. Znalazł je gdzieś na strychu rozbieranej kamienicy w mieście S. Pewnie infantylne zapiski pensjonarki albo "niezwykłe" przepisy pani domu. Spojrzałem na pierwszą z brzegu kartkę i zdębiałem. Zanim udało mi się odczytać choćby jedno zdanie, ujrzałem imię: "Damazy". Czy to możliwe, żeby chodziło właśnie o niego, zbrodniarza sprzed lat?
- Po co mi przynosisz jakieś śmieci? Nie było tam nic ciekawszego?
- Wszystkie meble i książki zabrali kurwa zanim zaczęliśmy robotę, tylko to kurwa leżało z kącie. Nie chcesz to spierdalaj, wyrzucę do śmieci - zaperzył się Krzyś, który nie znosił żadnej krytyki.
- No dobra, zostaw, przejrzę to później, może kiedyś się wykorzysta - powiedziałem i wrzuciłem papiery do szuflady.
Krzyś w tej sytuacji 
stracił ochotę na dłuższe pogaduszki. Kiedy wyszedł trzasnąwszy drzwiami, natychmiast zabrałem się do czytania...

Ciągle mam wrażenie, że jest to historia nie opowiedziana do końca. Żył, był, zabił, osądzony i osadzony, umarł nie odbywszy nawet połowy kary. Teraz ma sądzić go Najwyższy Trybunał. Ten od żywych i umarłych. Czy pomiędzy tymi dwoma wyrokami: ludzkim i boskim jest jeszcze czas, aby odkupić grzechy, zasłużyć na życie wieczne przed obliczem Pana? Czy w ogóle jest możliwe wymazanie zbrodni po odbyciu kary?
A nawet gdyby odbył ją całą, odpokutował śmiertelny grzech, to czy wybaczy mu jego Bóg, w którego dobroć i sprawiedliwość tak niezachwianie wierzył? Czy wybaczą mu ludzie? A jego ofiara? Co powie, gdy spotkają się w niebiańskiej krainie wiecznej szczęśliwości? "O, jak dobrze cię widzieć, tak się cieszę... Dziękuję, że zarąbałeś mnie we śnie. Nic nie bolało... I nawet nie zapomniałeś o moim rozgrzeszeniu..."?

rodion raskolnikow
Kiedy polski policjant nie może wypisać mandatu czy zabrać prawa jazdy, bo pijany kierowca jest posłem, prokuratorem lub księdzem, to wiedz, że coś się dzieje. Kiedy polska zakonnica sadystka nie idzie do więzienia, by odbyć zasądzoną karę, gdyż twierdzi, że Bóg stworzył ją do wyższych celów niż życie za kratami, to wiedz, że coś się dzieje... Czy poselski mandat, toga albo habit robią ze zwykłego człowieka kogoś lepszego? Czy ten "lepszy ktoś" ma prawo do wykraczania poza prawa dla zwykłych ludzi?
Jeśli może jeździć szybciej i na podwójnym gazie, molestować i dręczyć nieletnich w imię wyższych celów, to może pójdzie dalej? Dlaczego nie miałby prawa zabić człowieka, którego życie, w jego mniemaniu, jest niewiele warte i obraża Pana Boga?
I tak oto ze starych notatek wylazł mi Dostojewski... Znaczy się, nie że osobiście... Stał i patrzył pięknymi czarnymi oczami byłego studenta prawa Rodiona Raskolnikowa. Ale po chwili te piękne oczy Rodiona zmieniły się w elektryzujące, hipnotyzujące gały łysiejącego mnicha w białym habicie...

Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi...

sobota, 31 marca 2012

Zbrodnia jasnogórska [6]

Rozwój 29 lutego 1912 r.
Przy okazji powracających dyskusji o finansowaniu kościoła, warto przypomnieć jak te sprawy wyglądały 100 lat temu. Władze carskie, nie tylko nie dawały pieniędzy na utrzymanie katolickich świątyń i na nauczanie religii, ale kombinowały ciągle jak legalnie uszczknąć coś z kościelnych bogactw, a szczególnie klasztoru jasnogórskiego. Najwyraźniej były one innego zdania niż poseł Niesiołowski, który uważa, że każda złotówka dana na Kościół, jest najlepiej wydaną złotówką.
Skąd ubodzy (z założenia) mnisi z Częstochowy mieli pieniądze na podróże, hulanki i kochanki, wyjaśniło wyjątkowo długie, półtoraroczne śledztwo. Główny podejrzany - Macoch złożył szczegółowe wyjaśnienia, w których nie oszczędzał wspólników. Z zeznaniami ojca Damazego i pozostałych aresztowanych w sprawie zabójstwa i świętokradztwa na Jasnej Górze możemy zapoznać się dzięki rzetelnej robocie Stanisława Łąpińskiego, reportera łódzkiego "Rozwoju". Poniżej kolejny odcinek macochowych opowieści, tym razem dotyczący niezawodnych sposobów pozyskiwania funduszy na wystawne życie skromnego mnicha. „Rozwoj” 27 lutego 1912 r. [pisownia oryginalna, tytuł: wk].

Niech żyją młode żądze, dopóki są pieniądze...

O kradzieży pieniędzy klasztornych i przywłaszczeniu 5000 rubli listami zastawnymi z celi zmarłego księdza Bonawentury Gawełczyka Macoch zeznał co następuje:

Według przepisów Kościoła katolickiego pieniądze za Msze święte powinny stanowić własność księdza, który Mszę odprawia. Taki też porządek zastał Macoch, wstępując do klasztoru. Dopiero przeor Rejman zażądał, iżby mu każdy zakonnik co miesiąc zdawał rachunek. Około półczwarta roku temu wprowadzono do zakonu komunę (wspólność majątkową), ale niektórzy księża nie chcieli do niej się wpisać i wystąpili z klasztoru. On [Macoch] także należał do niezadowolonych wespół z przyjaciółmi swymi, Izydorem Starczewskim i Bazylim Olesińskim i chcieli rzucić klasztor, ale ich wstrzymano, żeby dużo księży naraz nie opuściło klasztoru. Zostali więc, ale nie poddali się przepisom komuny i z tego powodu niektórzy zakonnicy z Piusem Przeździeckim na czele podali do Papieża prośbę o wprowadzenie obowiązkowej komuny w klasztorze częstochowskim. Papież delegował do Częstochowy księdza karmelitę Lamosza, który przeprowadził śledztwo i nastąpiło rozporządzenie, że komuna ma być obowiązująca dla wszystkich zakonników jasnogórskich. Stało się to w roku 1907. Wtedy Bazyli Olesiński poradził jemu i Starczewskiemu, żeby nie oddawali klasztorowi pieniędzy otrzymanych na Msze święte i oni zastosowali się do tej rady. Podówczas ksiądz Bonawentura Gawełczyk był kustoszem czyli zakrystianem, a ksiądz Bazyli Olesiński był prokuratorem, czyli zawiadywał gospodarstwem. Olesiński często zastępował Gawełczyka.

Jasna Góra - dziedziniec klasztoru w 1903 r.
Razu pewnego, mniej więcej w maju 1907 roku, Gawełczyk wyszedł właśnie z zakrystyi, w której był Skarbczyk, a klucz od Skarbczyka zostawił pod poduszką fotelu, na którym siedział. Wtedy podpatrzyli, jak Olesiński wyciągnął klucz z ukrycia i zbliżył się do Skarbczyka. Stanęli przy nim znienacka i zapytali, co tu robi. On wyjął ze Skarbczyka pieniądze, dał im po 50 rubli i zalecił im wyjść natychmiast, żeby nie było jakiej nieprzyjemności, co też spełnili bez sporu. Odtąd Olesiński dawał im obu stale pieniądze ze Skarbczyka i tą drogą otrzymał Macoch 2000 rubli. Prócz tego przywłaszczył sobie około 10000 rubli, które w ciągu 8 lat jego przebywania w klasztorze dali pobożni na Msze i za poradą Olesińskiego brał z zakrystii pieniądze składane klasztorowi na Msze z muzyką.

Na wiosnę 1908 r. obaj ze Starczewskim uznali, że i oni mogą wybierać pieniądze ze Skarbczyka, nie tylko Olesiński. Zaproszony przez nich Józef Pertkiewicz, muzykant klasztorny, kolega szkolny Starczewskiego, któremu dali odciski woskowe kluczów, zrobił im za 30 rub. cztery klucze: jeden do drzwi Skarbczyka, dwa od korytarzy prowadzących do Skarbczyka i jeden od szafy w zakrystii. Powiedzieli mu, na co patrzebują tych kluczy i za robotę zapłacili 30 rubli. Klucze te przechowywali bądź Macoch, bądź Starczewski, Olesiński o nich nie wiedział. Kiedy później zmieniono zamki we drzwiach korytarzy prowadzących do Skarbczyka, to nowe klucze obstalowali u Jakóba Starczewskiego, ślusarza w Częstochowie, brata Izydorowego, nie wyjaśniając mu przeznaczenia kluczów. Za pomocą podrobionych kluczów Macoch wydobył ze Skarbczyka około siedmiu tysięcy rubli, którymi podzielił się ze Starczewskim; dla siebie wyłącznie wziął z zakrystyi około tysiąca lub dwóch.

Jasna Góra - pożar wieży klasztornej w r. 1900
W styczniu 1910 r. przerobiono wszystkie drzwi, od których obaj mieli podrobione klucze, więc te klucze, jako niepotrzebne wyrzucili na strych. W tymże czasie przeor Rejman kazał Macochowi i Olesińskiemu przepatrzyć celę po świeżo zmarłym Bonawenturze Gawełczyku. Gdy weszli tam obaj, Olesiński wyjął szkatułkę, wmurowaną w ścianę, znalazł w niej 20,000 rub. listami zastawnymi oraz testament Gawełczyka. 15,000 rub. wręczyli Rejmanowi, a 5000 rub. przywłaszczyli sobie; Olesiński wziął 3000 rub., Macochowi dał 2000 rubli. Rejman, który przed nimi rewidował celę Gawełczyka, nic w niej nie znalazł. Przeglądając testament Gawełczyka Rejman spostrzegł brak pięciu tys. rubli, ale że testament był już dawno zrobiony, więc sądził, że Gawełczyk sam dał komuś te pieniądze.

Reguła zakonu paulinów nie dozwala, żeby zakonnicy mieli jakieś pieniądze prócz tych, które dostają czasowo na cel oznaczony, gdyż całe utrzymanie mają z klasztoru. Lecz od r. 1864, za wiedzą przeora ówczesnego, zakonnicy, wbrew regule, zachowywali u siebie pieniądze, dawane im na Msze św.; mieli z nich wydawać na swoją odzież, leczenie i drobne potrzeby. Wybrany na przeora w r. 1895 Euzebiusz Rejman usiłował przywrócić ustawę, o ile możności. Pozostawiwszy dla starych zakonników dawniejszy porządek, wymagał od młodych rachunku comiesięcznego z dochodów i wydatków, i oddania reszty do kasy klasztornej. Niepodobna było dopilnować ścisłości takich rachunków i trzeba było polegać na sumieniu zakonników.

skarbiec jasnogórski
Kiedy delegat papieski Lamosz wprowadził komunę, to zwolniono od niej tylko starych zakonników, którzy jednak dobrowolnie sami przypisali się do komuny. Damazy Macoch, Izydor Starczewski i Bazyli Olesiński, jako młodzi, zobowiązani byli do niej należeć.
Skarbiec, w którym są klejnoty klasztorne, Skarbczyk z pieniędzmi i zakrystia z odzieżą kościelną zakonników mieszczą się w jednym gmachu murowanym przy wielkim kościele i kaplicy Matki Boskiej Cudownej; zakrystia i Skarbczyk - na parterze, skarbiec - na pierwszym piętrze nad Zakrystią. Schody do skarbca są z korytarzyka przy drzwiach Skarbczyka. Można tam wejść bądź z wielkiego kościoła, bądź ze znajdujących się na pierwszym piętrze cel zakonnych czyli z tak zwanej klauzury; lecz w tym ostatnim razie trzeba było przejść przez pokój stale zamykany przy kaplicy z cudownym obrazem i zejść po schodach na dół.

Klucze od zakrystii, Skarbczyka i skarbca powinien był przechowywać zakrystian czyli kustosz. Do pomocy dodawano mu wicekustosza. Zakonnicy pełnili obowiązki wicekustoszów, zmieniając się co tydzień. Każdy z nich więc miał podczas dyżuru swojego dostęp wolny do pieniędzy klasztornych. Kustosz powinien był przyjmować pieniądze, napływające do klasztoru, zapisywać je do ksiąg odpowiednich, a także robić drobne wydatki na potrzeby klasztoru. Wicekustosz mógł przyjmować pieniądze, ale obowiązany był oddawać je niezwłocznie kustoszowi. Ofiary do puszek i na talerze zabierał przeor.

Większe ofiary na Msze św. kustosz zapisywał do ksiąg, drobniejsze nie były zapisywane, składano je do Skarbczyka, nie rachując, aby je następnie dać księżom postronnym na te Msze, których w kościele klasztornym niepodobna było odprawić z powodu wielkiej ich ilości. Takich pieniędzy mszalnych zbierało się w Skarbczyku, szczególniej po dniach świątecznych, do 6000 rubli; liczono je dopiero, gdy wydawano księżom. Zazwyczaj tyle Mszy odprawiano, ile było półrublówek. Kustosz prowadził trzy księgi pieniężne: do jednej zapisywał większe ofiary na Msze z muzyką i śpiewem, do drugiej – pieniądze austriackie, do trzeciej – pieniądze rozdawane księżom postronnym.

Żebracy pod klasztorem jasnogórskim
Poprzedni kustosz Bonawentura Gawełczyk był uważany za bogatego. Wiedzieli o tym liczni jego krewni, on sam się z tym nie ukrywał. Między innymi powiedział Karolowi Szymańskiemu, właścicielowi cukierni w Piotrkowie, ożenionemu z jego rodzoną siostrą, że zebrał pieniądze dla dzieci Szymańskich i że dostaną je po jego śmierci. Zachorowawszy w katolickie święta Bożego Narodzenia 1909 r. wezwał do siebie telegraficznie Szymańskiego, dał mu do zachowania kilka kopert z depozytami i pieniędzmi mszalnymi i jedną kopertę z listami zastawnymi na 13,150 rubli, na której własnoręcznie napisał "moja własność". Przyjąwszy pieniądze, Szymański pojechał do Warszawy po lekarza, ale kiedy wrócił Gawełczyk już nie żył. Zaraz po jego śmierci oglądał jego celę Rejman w towarzystwie Olesińskiego i Macocha, lecz pieniędzy żadnych nie znaleźli. Rejman wyszedł polecając Olesińskiemu i Macochowi zrobienie rewizji ściślejszej. Ci dwaj znaleźli skrytkę z pieniędzmi w murze za szafą.

Wręczając Rejmanowi 15,000 rubli i testament Gawełczyka, Olesiński powiedział, że Szymański wziął od Gawełczyka jakieś pieniądze. Rejman wezwał więc Szymańskiego i prosił zwrot. Szymański spełnił to chętnie, spodziewając się dostać więcej niż 13,000 rubli. Ale Rejman przyjąwszy pieniądze, oznajmił, że to wszystko są pieniądze klasztorne, że Gawełczyk nic nie zostawił dla dzieci Szymańskiego i że nie znaleziono u niego żadnych pieniędzy, a obecny przy tym Olesiński potwierdził to przysięgą. Testament Gawełczyka znikł później; Rejman twierdził, że oddał go nowemu przeorowi, Justynowi Welońskiemu, w obecności Piusa Przeździeckiego, a Weloński i Przeździecki stanowczo temu przeczą.

Biżuteria dewocyjna w skarbcu jasnogórskimPo Gawełczyku został kustoszem dotychczasowy prokurator, Bazyli Olesiński. Wprowadził on taki nieład do swoich ksiąg rachunkowych, że kiedy następnie zdał swój urząd Piusowi Przeździeckiemu, ten, nic dojść z owych ksiąg nie mogąc, zniszczył je po prostu i założył nowe. Olesiński, objąwszy obowiązki kustosza, kazał przerobić drzwi do zakrystii i do Skarbczyka. Zamiast starych drzwi drewnianych dano wtedy dwoje drzwi żelaznych do Skarbczyka. Powodem tej zmiany była obawa kradzieży, gdy nawet cudowny obraz Matki Boskiej nie uszedł świętokradztwa. Olesińskiego często zastępował w urzędowaniu Macoch, otrzymujący wtedy klucze od Skarbczyka. Prócz tego Macoch bardzo chętnie zastępował dyżurnych wicekustoszów. Miał więc dostęp łatwy do pieniędzy klasztornych. Mówiono też w klasztorze, iż w dni wielkiego napływu pobożnych Macoch między nimi chodził, zbierał ofiary, i tym sposobem zebrać mógł w ciągu jednego dnia do 1000 rubli.

sobota, 10 marca 2012

Zbrodnia jasnogórska [5]


rozwój 27.02.1912
Ciąg dalszy relacji z procesu w sprawie zabójstwa na Jasnej Górze. Po aresztowaniu w Krakowie Macoch przesłuchany został przez inspektora austriackiej policji dr Henryka Jasieńskiego. Usiłując umniejszyć swoją winę, ksiądz Damazy plącze się w zeznaniach. Dopiero przyciśnięty do muru wyznaje wszystko, jak na spowiedzi. Zeznania mordercy przedstawia Stanisław Łąpiński - reporter łódzkiego "Rozwoju" 27 lutego 1912 r. [pisownia oryginalna].

Dnia 9 lipca przyjechał do niego, na Jasną Górę, w gościnę, stryjeczny jego brat, Wacław Macoch, urzędnik biura telegraficzno-pocztowego w Granicy (...) Serdecznie przez Damazego przyjęty, Wacław mieszkał dwa dni w jego celi. Na trzeci dzień koło godz. 10 wieczorem, kiedy już mieli się położyć do snu, zaszła między nimi rozmowa nieprzyjemna. Wacław zaczął mu wyrzucać, że mając tyle stosunków i znajomości, nie wyrobił mu posady urzędnika 3 klasy w Warszawie. Damazy tłumaczył się, że był nieraz u naczelnika okręgu pocztowo-telegraficznego w Warszawie, ale z przyczyny rewizyi senatorskiej i aresztowania wielu urzędników nie mógł nic wskórać. Mimo to Wacław nie uspokoił się i zaczął mu wymyślać, za co też Damazy nazwał go młokosem. Ten skoczył, uderzył Damazego w twarz i odwrócił się ażeby wyjść z pokoju. Wtedy Damazy, nie wiedząc co robi, chwycił toporek, rąbnął Wacława w głowę i jeszcze leżącemu zadał parę ciosów - gdzie - nie pamięta. Widząc, że brat jeszcze żyje, dał mu rozgrzeszenie, później chwycił go za gardło i dusił. Wzburzony tem zajściem i zrozpaczony Damazy chciał pozbawić się życia wystrzałem z rewolweru, ale wstrzymał go jakiś głos wewnętrzny. Całą noc płakał i modlił się nad trupem. Chwilami czuł, że rozsądek go opuszcza.

józef błasikiewiczRankiem oprzytomniawszy trochę, długo wahał się, czy z wyznaniem pójść na policyę, czy też do przeora. Ale kiedy się już rozwidniło zupełnie, zamiast zeznań, owinął trupa w prześcieradło, położył go na materacu, wziął się do ścierania krwi na stole, na podłodze i na ścianach; później zawołał klasztornego sługę, Stanisława Załoga, do którego miał zupełne zaufanie, opowiedział mu, że Wacław Macoch postrzelił się niespodziewanie, a kiedy napadły go konwulsye przedśmiertne, to dobił go toporem. Załóg poradził, żeby nie donosić policyi, ale zapakować w kosz duży i wywieść z klasztoru. Taką samą radę dał mu spowiednik, u którego był rano. We dwóch zawinęli trupa w drugie prześcieradło. Załóg szukał odpowiedniego kosza w klasztorze, ale nie znalazł. Więc Damazy dał mu pieniądze, z któremi sługa poszedł na miasto i sprowadził duży kosz, jako też rogoże. Kosz jednakże był zamały. Szukali więc odpowiedniej skrzyni. Około godz. 1 Załóg i drugi sługa, Józef Błasikiewicz, przynieśli otomanę klasztorną na korytarzyk i postawili ją koło celi Damazego. Po odejściu Błasikiewicza Damazy z Załogiem wnieśli otomanę do celi, włożyli w nią trupa, miejsca puste zapełnili futrem, poduszką i dywanikami z podłogi, poczem owinęli otomanę rogożami, kupionemi przez Załoga w mieście.

Stanisław Pianko - dorożkarz
Około godz. 8 wieczorem Załóg sprowadził dorożkę, przywołał Błasikiewicza i dwóch innych służących, Floryana i Janka, których nazwiska Damazy nie pamięta, i którzy razem wynieśli otomanę na dorożkę. Błasikiewiczowi Damazy dał 50 kop. za pomoc, innym po kilka kopiejek, nie wydając przed nimi swej tajemnicy. Dorożkarzowi kazał jechać z otomaną do Rudnik, a sam z Załogiem wsiadł do drugiej dorożki i pojechał za pierwszą. W Rudnikach obaj wysiedli, odesłali z powrotem dorożkarza, który ich wiózł, przesiedli się na dorożkę wiozącą trupa i pojechali ku Gidlom, gdzie miał się znajdować głęboki rów, napełniony wodą, wskazywany przez Załoga, jako odpowiedni do ukrycia trupa. Macoch opowiedział dorożkarzowi, że w klasztorze zastrzelił się człowiek i że zwłoki jego należy ukryć, aby klasztorowi oszczędzić przykrości. Dorożkarz na prośbę Macocha obiecał dochować tajemnicy. Gdy przyjechali do rowu, dorożkarz i Załóg wrzucili otomanę w wodę, chociaż Damazy odradzał, mówiąc, że sprzęt drewniany nie zatonie w wodzie, że więc na to samo wyjdzie, jak gdyby go wprost na drodze zostawili. Jakoż otomana pozostała na powierzchni wody, tak  też ją zostawili, pojechali do Nowo-Radomska. Macoch zapłacił dorożkarzowi 30 rubli, Załogowi 20 rubli i obaj z Załogiem pojechali koleją żelazną do Warszawy pociągiem kuryerskim.

Helena Macoch (Krzyżanowska)

Helenie Macochowej, w Warszawie mieszkającej, na pytanie, gdzie jej mąż, odpowiedział Damazy, że mąż pojechał zagranicę, może nawet do Ameryki pokłóciwszy się z Damazym podczas bytności swej u niego w klasztorze. Helena zaczęła płakać, chciała jechać do Częstochowy na poszukiwanie męża. Po dwóch dniach pojechał z nią do Częstochowy (...) W klasztorze oboje przemieszkali trzy dni, poczem Damazemu powiodło się nakłonić Helenę, żeby pojechała do Łodzi, do swego ojca. W kilka dni później napisał do niej, że mimo poszukiwań usilnych nie może odnaleźć Wacława. W jakieś dwa tygodnie później zaszedł do niego Załóg, aby mu powiedzieć, że Błasikiewicz coś podejrzewa i żąda pieniędzy. Wtedy on dał Błasikiewiczowi za milczenie 12 czy 13 rb.

Tu przerwał Macochowi komisarz policyjny Jasieński, zwrócił jego uwagę na nieprawdopodobieństwa, zawarte w opowieści i rzekł:
Ksiądz, zabiłeś swego brata, kiedy spał!
Macoch zmieszał się i po chwilowej walce wewnętrznej odpowiedział:
Tak, zabiłem go, kiedy spał. Teraz ze skruchą zupełną powiem całą prawdę...

Franciszek Macoch - brat Damazego
W roku 1903 [Macoch] zaznajomił się Heleną Krzyżanowską, córką urzędnika pocztowo-telegraficznego w Łodzi i pokochał ją bardzo. Znajomość coraz bliższa doprowadziła do stosunków płciowych. Helena Krzyżanowska, podówczas telefonistka w Łodzi, zakochała się w mechaniku Julianie Bulzackim, a kiedy ten przeniósł się do Warszawy, rzuciła posadę i pojechała za nim, pomimo perswazyi Damazego. W Warszawie musiał Macoch ją wspierać, a nawet wniósł na jej imię 5600 rub. do tamtejszej kasy oszczędności przy ulicy Królewskiej. Ażeby Krzyżanowską, bądź co bądź, zachować dla siebie, swatał ją za swego rodzonego brata i nawet urządził zaręczyny, ale do ślubu z jakichś powodów nie doszło. Wtedy puścił między rodzinę i znajomych pogłoskę, że brat jego umarł, poślubiwszy Helenę Krzyżanowską na łożu śmierci. Żeby zaś nie zostawić jej w położeniu dwuznacznem, sporządził podrobiony akt swego ślubu z Heleną Krzyżanowską i świadectwo metryczne o swojej śmierci. Na zasadzie tych dwu sfałszowanych dowodów postarał się dla niej o paszport na imię Heleny Macochowej, wdowy po Kasprze Macochu. Tak też zameldował ją w Warszawie, gdzie dla niej wynajął mieszkanie.

Izydor Starczewski
Ze swym bratem stryjecznym, Wacławem Macochem, który służył w biurze pocztowo-telegraficznem częstochowskiem, Damazy żył niezgodnie. Pojednał się z nim dopiero, gdy Wacław otrzymał posadę w Kaliszu. Za staraniem Damazego przeniesiono Wacława do Granicy i stamtąd przyjeżdżał on często do klasztoru, żeby  odwiedzić brata. W klasztorze, zaznajomił Damazy Wacława z Heleną Krzyżanowską i nakłonił ich do małżeństwa, które zawarli d. 11 lipca 1910 r. w Warszawie. Ślub dawał on sam w asystencyi księdza Izydora Starczewskiego. Wacław Macoch nie wiedział o jego stosunkach miłosnych z Heleną, ale wiedział, że Damazy  jest w niej zakochany i dlatego zabronił mu bywać w swoim domu. W dniu 22 lipca (nowego stylu) Wacław przyjechał do Częstochowy, zamieszkał w jego celi, a 24-go, w nocy, gdy sobie podpili, zaszło między nimi nieporozumienie. Wacław mu robił wymówki za ożenienie go z kobietą kabaretową, która ma mnóstwo znajomych  mężczyzn, powiedział, że w tych dniach znalazł u niej list Juliana Bulzackiego, przekonywający o stosunkach między tym człowiekiem a Heleną. Wzburzony tem wszystkiem Damazy nazwał Wacława młokosem i pokłócił się z  nim. A kiedy Wacław poszedł spać do drugiego pokoju, on długo chodził po swojej celi, nie mogąc zasnąć.  Nagle wzrok jego padł na toporek, leżący koło pieca. Niedługo myśląc, chwycił toporek, wpadł do brata z  krzykiem: "Toś ty mnie obraził?", rzucił się na brata i uderzył go toporkiem jeden  raz w głowę. Gdy Wacław zeskoczył z łóżka, wymierzył mu jeszcze dwa czy trzy uderzenia, również w głowę. Wacław padł na podłogę i zaczął się kurczyć w męczarni; wtedy Damazy przydusił go za gardło i odpuścił mu grzechy.  Toporek, narzędzie zabójstwa, on przed paru tygodniami wziął od stolarza klasztornego.

Bazyli Olesiński
Z uwagi, że przy Damazym Macochu znaleziono dość znaczną kwotę i że on, bądź to sam, bądź w towarzystwie  Krzyżanowskiej robił nieraz kosztowne wycieczki do Austryi, Francyi i Włoch, komisarz policyjny Jasieński zadał mu pytanie, skąd czerpał fundusze na takie wydatki.
Początkowo Damazy Macoch objaśnił, że grając, szczęśliwie, wygrał raz na loteryi 4000 rubli, że prócz  tego przeor klasztoru Rejman dał mu 300 rubli na wyjazd zagranicę, później powiedział, że znalezione przy nim pieniądze stanowią jakiś depozyt, nakoniec wyrzekł się tych obu wyjaśnień i oświadczył, że w ciągu ostatnich półczwarta roku przywłaszczał sobie pieniądze z zakrystyi klasztornej, mianowicie tak zwane kwoty nieobowiązujące, które składali pobożni i które przechowywano w zakrystyi bez rachunku. Z tych pieniędzy wziął około 9000 rub., prócz tego brał do 10 000 rub. od różnych osób za msze; nadto kasyer klasztoru, ksiądz Bazyli Olesiński, w różnych czasach i rozmaitemi kwotami dał mu w r. 1910 z kasy klasztornej około 3000 rub. Kiedy zaś Macochowi zdarzało się zastępować kasyera, to brał poprostu pieniądze z kasy bez żadnego rachunku. Nie może więc określić, ile pieniędzy wybrał w ten sposób. I jeszcze przypomina sobie,  że kiedy w styczniu 1910 r. umarł kasyer klasztorny, ksiądz Bonawentura Gawełczyk to on, razem z księdzem Bazylim Olesińskim, poszedł do jego jego celi, znalazł w szafie nieboszczyka paczkę obligacyj na ogólnej sumie 20000 rubli, z których 15000 doręczyli przeorowi, a 5000 rubli sobie przywłaszczyli; Olesiński wziął 3000, Macochowi dał 2000 rubli.

* * *

Zamieszczone rysunki pochodzą z Tygodnika Ilustrowanego nr 10 z 9 marca 1912 roku - autor Z. Badowski.

poniedziałek, 5 marca 2012

Zbrodnia jasnogórska [4]

Ciąg dalszy relacji ze śledztwa w sprawie zbrodni na Jasnej Górze. Ojcu Damazemu pali się grunt pod stopami, nerwowo poszukuje więc możliwości ucieczki. („Rozwój” Łódź 27 lutego 1912 roku – pisownia oryginalna).

Depesza Macocha

Macoch podczas procesu
Z najbliższej stacji pocztowo-telegraficznej, Proszowic, Macoch wysłał do swego przyjaciela Izydora Starczewskiego zakonnika jasnogórskiego, telegram następującej treści; "Jutro rano dziewięć bądź na stacji. Dyzio". O tym, że Starczewski otrzymał powyższy telegram, dowiedział się potajemnie policmajster miasta Częstochowy, Czesnakow i tegoż dnia o czwartej po południu wybrał się do klasztoru, ale po drodze spotkał jadącego do miasta Izydora Starczewskiego, który na pytania Czesnakowa, odpowiedział, że o miejscu pobytu Macocha nic nie wie, telegram zaś otrzymał rzeczywiście, ale od swego brata, buchaltera kasy w mieście Kole, gub. Kaliskiej, Dionizego Starczewskiego. Tejże samej nocy wszakże, na powtórnym badaniu, zeznał, że telegram był od Macocha.

Macoch w Łazach

Łazy dworzec kolejowy
Pozostało niewyjaśnione, dlaczego Damazy Macoch nie zjawił się na stacji w Częstochowie w tym czasie, który sam naznaczył, ale pokazał się 23 września o g. 7 min.30 rano na stacji Łazy, kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. O tej porze przybywa tam pociąg pasażerski. W Łazach Macoch wstąpił do swego znajomego aptekarza, Antoniego Krawczyńskiego i zabawił tam 20 minut, oświadczając, że jedzie na kurację do wsi Niegowonice w powiecie Będzińskim, gdzie ksiądz miejscowy rzeczywiście leczy jakimiś ziołami. Przez cały ten czas Macoch drżał czegoś, ale kiedy Krawczyński częstował go herbatą gorącą, wymówił się od przyjęcia poczęstunku i prosił, żeby go jak najprędzej przeprowadzić do wsi Młynek, leżącej na drodze ku Niegowonicom. Wyszedł piechotą, niosąc w ręku niewielką walizkę. Po drodze wypytywał Krawczyńskiego, jak daleko do miasta Olkusza, kiedy pociąg pocztowy przychodzi do Łaz, kiedy i jakie tam przychodzą gazety. Za wsią Młynkiem Krawczyński pożegnał Macocha i wrócił do domu, a dopiero około godz. 2 po południu dowiedział się z gazet, że Macoch jest podejrzewany o zabójstwo i poszukiwany przez władze. Zaraz więc zawiadomił miejscowe władze policyjne o przybyciu Macocha do Łaz i skierowania się do Niegowonic.

Szukanie drogi do ucieczki

Olkusz rynek
Około g. 9 z rana Macoch był u księdza Pawła Czapli, proboszcza w Niegowonicach i prosił o wynajęcie mu koni do Olkusza, mówiąc, że chce u tamtejszego lekarza zasięgnąć rady w cierpieniu sercowym. Był w okularach, których przedtem nigdy nie używał i miał na sobie nie biały habit pauliński, ale czarną sutannę. W tym czasie właśnie przyjechano po księdza Czaplę, ażeby udzielił duchownej pomocy choremu w Błędowie. Ponieważ wieś Błędów leży na drodze do Olkusza, więc Macoch uprosił księdza Czaplę, żeby pozwolił mu tam pojechać w zastępstwie. Zabawił Macoch w Niegowonicach nie więcej niż 20 minut. Do Olkusza zajechał około godz. 1 z południa, wziął na rynku dorożkę Himpela Urmana, zajechał przed restaurację Bolesława Piechockiego i posłał Urmana do restauracji po butelkę wódki. W restauracji otrzymano już wychodzące w Sosnowcu gazety "Kuryera Zagłębia" i "Iskrę" z d. 23 września, zawierające wiadomość sensacyjną, że otomana ze zwłokami, znaleziona w Zawadach, była wywieziona tam z klasztoru jasnogórskiego, że zabójcą był ksiądz paulin Damazy Macoch, a zabitym francuski detektyw, który przybył do Częstochowy i wykrył sprawców kradzieży sukienki perłowej z cudownego obrazu Matki Boskiej. Goście restauracyjni, między którymi był referent biura powiatowego w Olkuszu Jan Banasik, zawiązali o tym rozmowę, a brali także w niej udział restaurator Bolesław Piechocki i bufetowa Waleria Majcher.

Ta ostatnia wyraziła wątpliwość, oświadczając, że zna dobrze księdza Damazego Macocha, nieraz się spowiadała u niego i zawsze wydawał jej się wielce pobożnym. Piechocki usłyszał turkot zajeżdżającej bryczki Himpela Urmana, wyjrzał przez okno, a zobaczywszy księdza w dorożce, wypowiedział pod jego adresem jakieś jadowite słowo. Usłyszawszy, że ksiądz przyjechał, Waleria Majcher pobiegła do okna i osłupiała.
- Matko Boska! - krzyknęła - a toż ksiądz Damazy Macoch, o którym piszą?
Wszyscy rzucili się do okna, zaczęli rozmawiać o tym, że trzeba zaraz dać znać na policję, bo inaczej Macoch może się ukryć. Ale wdał się w to Piechocki, powiedział, że wiadomość gazeciarska jeszcze wymaga sprawdzenia i jeżeli teraz Macoch będzie aresztowany, to będą uważali Piechockiego za łapacza i przestaną uczęszczać do jego restauracji.

Pierwsza pogoń

Wieś Żurada - leśna kapliczka
Podczas tej rozmowy wszedł do restauracji Urman, poprosił o butelkę wódki za 60 kopiejek, a gdy mu odmówiono, kupił wódkę w pobliskim sklepie skarbowym, podał ją Macochowi, siadł na kozioł i wyjechał. Bryczka potoczyła się w poprzek plantu kolei żelaznej, a następnie przez szosę skierowała się ku punktowi przejściowemu w Niesułowicach, na granicy austriackiej. Wtedy dopiero Banasik pośpieszył do biura powiatu i zameldował o wypadku naczelnikowi powiatu Łabudzińskiemu, który już pierwej przeczytał był numer "Iskry" z 23 września. Niezwłocznie zarządzono pogoń, która jednakże cały trakt aż do punktu przejściowego przebywszy nie spotkała Macocha. Ten bowiem, o kilka wiorst za Olkuszem, skręcił do wsi Żurady, gdzie Urman zawiózł go do przemytnika Wincentego Wadasa.

Kiedy Macoch umawiał się z przemytnikiem o przeprowadzenie przez granicę, nadeszło kilku włościan, z którymi już poprzednio umówił się Wadas co do przeprowadzenia ich przez granicę. Wybierali się tam po spirytus, Macoch zaś powiedział Wadasowi, że mu pilno jechać zagranicę do lekarza i z tej przyczyny, nie może tracić czasu w oczekiwaniu na paszport. Za przeprowadzenie dał mu 10 rubli, tyleż dał Urmanowi za przejazd, i jeszcze dołożył mu rubla za podwiezienie do granicy. Wszyscy inni poszli piechotą i złączyli się dopiero w lesie pogranicznym. Około 4 po południu przeszli z Wadasem granicę i zaszli do wsi Płoki. Tam w oberży niejakiego Stachera, Macoch ugaszczał wszystkich, sam zaś, z radości, że jest już w Austrii, nie mógł z początku ani jeść, ani pić, tylko się pomodlił. Później napił się wódki, najął wóz włościański, pojechał do stacji Trzebini i przenocował w hotelu Berty Gelinger, na której zrobił takie wrażenie, jakby kogoś oczekiwał, bo wzburzony chodził po swej izbie, spoglądając wciąż przez okno ku stacji. Nazajutrz około godziny 1 po południu poszedł na dworzec kolejowy.

Zastawione sidła

Aresztowanie Macocha - rysunek z pisma Mucha
Gdy Urman wrócił do Olkusza, policja dowiedziała się od niego, że Macoch już jest w Austrii. Naczelnik powiatu, Łabudziński, telegrafował natychmiast do dyrektora policji krakowskiej z prośbą o aresztowanie Macocha, oskarżonego o zabójstwo i świętokradztwo. Przyjechał też do Olkusza pomocnik komisarza policji częstochowskiej, Arbuzow i przywiózł fotografię Macocha. Między innymi oglądał tę fotografię Marceli Testewicz, sekretarz magistratu olkuskiego i podjął się wycieczki do Austrii na poszukiwanie Macocha.

24 września Testewicz, w czapce mundurowej, pojechał z trzema towarzyszami do stacji Trzebinia. Stał tam już pociąg, mający wyruszyć do Krakowa. Na peronie Testewicz ujrzał księdza, siedzącego na ławce z gazetą w ręku, a podobnego do Macocha. Zobaczywszy urzędnika rosyjskiego, ksiądz rzucił gazetę i wskoczył do pociągu. Testewicz nie miał już wątpliwości, że to Macoch. Powiedział o tym nadkonduktorowi pociągu i telefonem dał znać policji krakowskiej. Kiedy pociąg przybył do Krakowa, oczekiwano tam Macocha i zatrzymano, jak tylko wyszedł na peron. Badany przez komisarza policji, przyznał się że on jest Macoch i że popełnił zabójstwo w klasztorze częstochowskim. Podczas rewizji znaleziono przy nim dowody osobiste, w ich liczbie paszport zagraniczny, wydany w roku 1909 przez gubernatora radomskiego, paszport na podróżowanie wewnątrz kraju, wydany tegoż roku przez wójta gminy Drzewica i około 400 rubli gotówką. Badany przez komisarza policji Jasińskiego, po co przybył do Krakowa, Macoch oświadczył, że miał. zamiar oddać się w ręce władz rosyjskich, ale chciał pierwej nabyć w Krakowie odzież cywilną, dopiero wyjechać do Warszawy i tam stawić się u gubernatora warszawskiego. Teraz zaś, ponieważ dopuścił się zbrodni, więc chce ze skruchą uczynić zeznanie, aby ulżyć swemu sumieniu i oczyścić się w oczach współziomków.

* * *

O przebiegu procesu przed sądem w Piotrkowie i wydanych wyrokach -  już wkrótce...

czwartek, 1 marca 2012

Zbrodnia jasnogórska [3]

Ciąg dalszy relacji ze śledztwa w sprawie zbrodni w klasztorze jasnogórskim. Mimo, sprzecznych zeznań świadków, policja ustala pochodzenie otomany, w której odnaleziono zwłoki oraz tożsamość trupa. Osaczony Macoch próbuje zatrzeć ślady i znika z Częstochowy. ("Rozwój" Łódź 27 lutego 1912 roku - pisownia oryginalna).

Gdy Piance pokazano znalezioną pod Zawadami otomankę, stwierdził, że pod względem rozmiarów jest podobna do skrzyni, wywiezionej z klasztoru. Badania, dokonane w klasztorze Jasnogórskim, dowiodły, że w korytarzyku przy pokojach gościnnych u drzwi numeru pierwszego stała przez długi czas otomanka, pokryta ceratą i znikła niewiadomo gdzie około połowy lipca. Utrzymywać ten korytarzyk w porządku był obowiązany szwajcar Józef Błasikiewicz.

jasna góra 1905

Słudzy klasztorni, Floryan Wójcik i Jan Roguś zeznali, że w połowie lipca na prośbę Stanisława Załoga wynieśli z celi księdza Damazego Macocha na dorożkę jakiś długi ciężki pakunek, obszyty rogożą i przewiązany postronkami, z rozmiarów podobny do otomanki. Pomagał im Błasikiewicz, który jednakże, gdy mu pokazano znalezioną pod Zawadami otomankę, oświadczył, że takiej otomanki nigdzie nie widział i że pakunek, do wyniesienia którego z celi Macocha pomagał, mniejszy był o połowę. Wbrew temu prokurator klasztoru ksiądz Wincenty Olszewicz, ekonom Józef Trubicki, słudzy Aleksander Toczyłowski i Antoni Kocela zeznali, że przedstawiona im otomanka należała do sprzętów, stojących w korytarzyku i że nie wiadomo, gdzie się podziała.

Ksiądz Paweł Ciepliński i felczer klasztorny Feliks Filipowicz, obejrzawszy kartkę fotograficzną przedstawiającą zwłoki, znalezione w otomanie, poznali Wacława Macocha, który był urzędnikiem pocztowo-telegraficznym w Granicy, a bratem stryjecznym księdza Damazego Macocha. Poznali go także i wszyscy urzędnicy biura pocztowo-telegraficznego w Częstochowie, gdzie Wacław Macoch służył poprzednio.

jasna góra rycina
Zeznania wielu świadków stwierdziły, że znalezione w otomanie z trupem futro i pościel należały do Damazego Macocha, a inne rzeczy, stanowiące własność klasztoru Jasnogórskiego, rozpoznał ekonom klasztorny, Trubicki. Felczer klasztorny Filipowicz zauważył, że bandaże z merli, którymi były związane ręce i nogi trupa, są takież same, jakimi on owijał w czerwcu tegoż roku szyję Damazego Macocha, któremu zrobiła się wrzodzianka.

Wyjaśniło się, dlaczego Damazy Macoch własnoręcznie malował ściany swej celi. Malarz klasztorny, Piotr Kloc, proszony przez Damazego o przysłanie mu farb do celi, posłał mu pomocnika swego, Józefa Malinowskiego, który, wszedłszy do celi, zauważył, że szafa, na środek wysunięta, zasłania część ściany. Damazy odebrał od niego farby i pędzle, wysłał go jeszcze po linię i natychmiast zajął się malowaniem, poczynając od wchodowego pokoju. Kiedy Malinowski powrócił, to już dolna część ściany była zamalowana. Resztę roboty Macoch kazał skończyć Malinowskiemu. Po zamalowaniu ścian w pierwszym i drugim pokoju Stanisław Załóg wymył podłogi a Damazy kazał je pomalować olejno. Dotychczas były to posadzki woskowane. Przeszukując zajmowaną przez Damazego Macocha celę numer 38, znaleziono w niej czarne gacie z przodem wyrzniętym i jakieś podejrzane wycinki z innych gaci.

Już przedtem Damazy Macoch zdążył uciec z klasztoru, a niebawem znikł także i Stanisław Załóg, opowiedziawszy służbie klasztornej, że wyjeżdża do Ameryki. 19 września Damazy Macoch przybywa w gościnę do małżonków Michała i Zofii Zajączkowskich, w cukrowni "Szreniawa", powiecie Miechowskim, gubernii Kieleckiej. Towarzyszy mu żona nieboszczyka Wacława Macocha, Helena, rodzona siostra Zofii  Zajączkowskiej. W trzy dni potem, 22 września, Damazy Macoch wyjeżdża sam ze  Szreniawy. Przed wyjazdem zapytuje Zajączkowskiego, czy można z gubernii Kieleckiej przejechać granicę za książeczką legitymacyjną z Częstochowy, a otrzymawszy odpowiedź przeczącą, mówi, że w takim razie pojedzie zagranicę z Częstochowy.

* * *

W początkach XX wieku  Królestwo Polskie (zwane również Kongresowym), wchodzące w skład Cesarstwa Rosyjskiego, podzielone było na 10 guberni. Częstochowa (tak jak m. in. Łodź, Łask i Będzin) należały do guberni piotrkowskiej. Dlatego wszystkie poważniejsze przestępstwa sądzono w Piotrkowie.

Macoch planując ucieczkę za granicę mógł myśleć zarówno o Austrii, jak i Niemczech. Granice rozbiorów przebiegały niedaleko Częstochowy. Ostatecznie wybrał Kraków w zaborze austriackim. O wędrówkach ojca Damazego i jego aresztowaniu już wkrótce...