sobota, 16 czerwca 2012

Nie chcę prywatnych, tylko rządowe

Niby napad, jak na Dzikim Zachodzie, ale z jakże zaskakującym finałem!  Niezwykły rozbój relacjonował 3 czerwca 1912 roku łódzki dziennik „Rozwój”.




Napad bandycki. Wczoraj o godz. 11 i pół wieczorem ostatni pociąg kolei elektrycznej podjazdowej, zabrawszy z Łodzi dwa dodatkowe wagony, jechał w kierunku Pabianic. Na wagonie motorowym, prowadzonym przez maszynistę: Kazimierza Gawłowskiego, na platformie znajdował się konduktor Józef Dębicki, wewnątrz siedziało sześciu pasażerów; w wagonach dodatkowych, które miały być zepchnięte do remizy, prócz konduktora Władysława Jabłonowskiego nie było nikogo.
Na skręcie pomiędzy ulicą Wólczańską, a mostem kolei obwodowej, kiedy konduktor Dębicki zbliżył się do jednego z pasażerów, aby kupił bilet; ten szybko wyjął rewolwer i grożąc, że będzie strzelał, rozkazał konduktorowi, oraz innym pasażerom podnieść ręce do góry. Bandyta szybko zdjął przewieszoną przez ramię konduktora torbę, w której znajdowało się 19 rubli gotówką i poszedł do wagonów dodatkowych. Tutaj zwrócił się do konduktora Jabłonowskiego z żądaniem, aby oddał mu pieniądze, a gdy ten, sądząc, że to żarty, roześmiał się, bandyta, strzelił z rewolweru; kula przeszła koło ucha Jabłonowskiego i przebiła szybę wagonu.
Po zrabowaniu torby Jabłonowskiemu, w której było 27 rubli gotówką i bilety pasażerskie, bandyta dał sygnał, aby maszynista zatrzymał pociąg, a przy zwolnieniu biegu wyskoczył z wagonu i z łupem zniknął w ciemnościach.
Charakterystyczne było zachowanie się bandyty, gdy jeden z pasażerów zamiast podniesienia rąk oddał bandycie zwitek banknotów. Bandyta rzucił pieniądze mówiąc: „Ja nie chcę prywatnych pieniędzy, tylko rządowe".

niedziela, 10 czerwca 2012

Czapka z zielonym lampasem

Tragiczna prawda o skutkach dziecięcych zabaw w piwnicy pewnego łódzkiego domu pozostałaby zapewne nieujawniona, gdyby nie pomoc wyszkolonego psa. Niestety, prasa nie podała imienia czworonogiego detektywa. O tej niezwykle bulwersującej sprawie informował Dziennik "Rozwój"  3 czerwca 1912 roku. 

W ubiegły piątek zniknęła nagle dziewięcioletnia Leonia Spielrein, córka kupca i właściciela cegielni, Majera Spielreina, zamieszkałego w domu przy ul. Nowo-Targowej nr 12. (…). Dopiero w sobotę po południu stróż tego domu Jakub Szymański przypadkowo zauważył leżące w jednej z komórek piwnicy oficyny zwłoki zamordowanej Szpielreinówny, o czym zawiadomił natychmiast rodziców, a ci ostatni władze policyjne. Przybyli na miejsce zbrodni: towarzysz prokuratora, sędzia śledczy i komisarz trzeciego cyrkułu policyjnego, znaleźli zwłoki dziewczynki obrócone twarzą do ziemi. Usta miała zakneblowane słomą, a na ciele nie znać było żadnych śladów ran. Dokonana przez lekarza cyrkułowego doktora Górskiego sekcja zwłok wykazała, że Szpilreinówna zastała zgwałcona, a następnie, uduszona przez zakneblowanie ust.

komórki w łodzi
W odległości piętnastu kroków od komórki, w której leżała zamordowana, znaleziono pośrodku korytarza w piwnicy siennik napełniony przegniłą słomą. Z siennika tego zbrodniarz pochwycił garść słomy i zakneblował swej ofierze usta, co spowodowało śmierć skutkiem uduszenia. Badając teren dokonanej zbrodni władze śledcze od razu wpadły na myśl, że przestępca dopuścił się gwałtu, doprowadziwszy swą ofiarę do siennika, a następnie, gdy ta widocznie chciała krzyczeć zakneblował jej usta. Dla zatarcia śladów zbrodni, widząc przed sobą zastygłe zwłoki, zawlókł ciało do komórki i tam pozostawił w pozycji, w jakiej je znaleziono. Koszulę i ubranie uduszonej dziewczyny znaleziono zakrwawione.
Władze policyjne dokonały rewizji w całym domu, lecz na ślad zbrodniarza nie natrafiono. Na podstawie tylko domysłów, aresztowano na razie subiekta fryzjerskiego, dwóch robotników fabrycznych, służącą Szpilreinów - 26 letnią Annę Witkowską, stróża Jakuba Szymańskiego i jego syna Józefa. Wszystkie te osoby, jak się następnie okazało, nie brały żadnego w zbrodni udziału, ani też o fakcie tym nic nie wiedziały.

Dla wykrycia zbrodniarza chwycono się niezwykłego u nas sposobu. Oto użyto odpowiednio tresowanego psa policyjnego, należącego do żandarma kolejowego. Pies, po obwęszeniu zwłok, skierował się do sąsiedniego domu na ulicy Nowo-Targowej nr 10. Za psem szli funkcjonariusze policji.

pies detektyw

Znalazłszy się we wzmiankowanym domu, pies wbiegł po schodach do mieszkania buchaltera Hersza Bleiweissa. Gdy otworzono drzwi, pies zaczął węszyć i schwycił czapkę uczniowską z zielonym lampasem. Czapka ta była własnością starszego syna Bleiweissa, 11-letniego Lejzera-Henocha, który w piątek zeszłego tygodnia podarował ją młodszemu bratu. Henocha nie zastano w domu. Znikł on w piątek wieczorem, tj. w dzień dokonanej zbrodni.

Lejzera-Henocha Bleiweissa przypadkowo aresztowano śpiącego na schodach domu przy ulicy Średniej nr 51. Wziąwszy go za jakiegoś włóczęgę, stróż domu, Antoni Kozielski zatrzymał i zawiadomił o tym rewirowemu. Przyprowadzony do biura trzeciego cyrkułu policyjnego, początkowo zaprzeczał kategorycznie, jakoby brał udział w morderstwie. Później jednak, dzięki umiejętnemu badaniu starszego pomocnika komisarza p. Pierwozwańskiego, przyznał się do zgwałcenia dziewczyny. Twierdzi on, że Szpilreinównę znał od lat paru, bywał w domu jej rodziców, często wyznaczali sobie schadzki. Gawędzili ze sobą, a przed dwoma tygodniami umówili się, że pójdą razem do piwnicy w miejsce wskazane przez dziewczynę.

Z ogólnych zeznań chłopca, bardzo zdenerwowanego, władze policyjne doszły do przekonania, że po zgwałceniu, dziewczyna zaczęła robić mu wymówki, grozić, a następnie krzyczeć. To spowodowało, że Bleiweiss zakneblował jej usta, a następnie zawlókł uduszoną do komórki. Lejzer zeznał, że po wydostaniu się z piwnicy bał się wrócić do domu. Błąkał się po ulicach, potem znużony wpadł do domu przy ul. Średniej nr 51 i tutaj na schodach zasnął.
Wyburzana kamienica przy ul. Sterlinga 12a (dawniej Nowotargowa). Zdjęcie: http://lodz.wyborcza.pl
Władze policyjne podejrzewają, że mają do czynienia z psychopatą. Pomocnik komisarza, p. Pierwozwański nie ukończył badania, gdyż na skutek rozporządzenia naczelnika wydziału śledczego Rachmaninowa, aresztowanego Bleiweissa odwieziono do wydziału śledczego. Został tam wezwany także sędzia śledczy.

Ojciec Bleiweissa zeznał, że syn jego Lejzer uczył się w domu prywatnie, był pilny i nigdy nie zdradzał anormalnego stanu umysłu. Kiedy wczoraj sprowadzono psa, który wykrył ślady zbrodni, do trzeciego cyrkułu policyjnego, w którym znajdował się Bleiweiss, pies, zauważywszy zbrodniarza, chciał rzucić się na niego. Początkowo władze policyjne chciały ustawić rzędem kilku chłopców razem z Bleiweissem, aby przekonać się, czy pies pozna w jednym z nich zbrodniarza. Idąc za radą właściciela psa, eksperymentu tego zaniechano, gdyż obawiano się, aby pies nie poszarpał zbrodniarza.

Wymienione wyżej osoby, aresztowane w sobotę, jako podejrzane o udział w zbrodni, wypuszczono na wolność.

czwartek, 7 czerwca 2012

Zbrodnicze ich ręce nurzały się we krwi…

„Najstarszy z żydów pierwszy, wedle podania, przebił nożem jedną Hostię, z której zaraz krew wytrysnęła i twarz mu znacznie skropiła.. Za przykładem pierwszego, poszła i reszta żydów. Zbrodnicze ich ręce nurzały się we krwi"...

Kościół katolicki uroczyście obchodzi Święto Bożego Ciała. To jedno z młodszych świąt, ale za to jedno z bardziej widowiskowych, ze względu na tłumne procesje, paraliżujące ruch w wielu miastach. Obchodzone jest od XIII wieku, a powodem jego wprowadzenia były objawienie i cud. Objawienie miała mieć francuska zakonnica Julianna, która ponoć w 1245 została zaszczycona rozmową z samym Chrystusem. Zażądał on wówczas ustanowienia święta ku czci Najświętszej Eucharystii. I nawet wyznaczył dzień uroczystości Bożego Ciała - czwartek po niedzieli Świętej Trójcy. Oficjalnie do Rzymu wprowadził to święto papież Urban IV w 1264 roku. A skłonił go do tego cud, jaki rzekomo zdarzył się we włoskiej wiosce Bolsena, gdzie rozlane mszalne wino zmieniło się w krew chrystusową. Ale takie cuda i dziwy nie omijały też Polski. W Poznaniu wskutek legendy o żydowskich świętokradcach i latających hostiach powstały dwa kościoły: kościół Bożego Ciała oraz kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa.

Poznańska legenda o skradzionych hostiach przez całe wieki uchodziła za szczerą prawdę i dowód na zbrodniczą działalność Żydów. A i dziś wielu religijnych fanatyków, a nawet kościelnych hierarchów traktuje tę bajkę jako świadectwo autentycznych wydarzeń. Tym bardziej, że cud poznański został uwiarygodniony bullą papieską Bonifacego IX, a więc nie można traktować go jako legendy, bo podważałoby się w ten sposób autorytet Stolicy Apostolskiej. Treść tej historii spisana została w roku 1926 przez Mieczysława Noskowicza w książce "Najświętsze trzy Hostie". Książka niedawno została wznowiona przez wydawnictwo WERS i cieszy się ogromnym zainteresowaniem katolickich fundamentalistów.

Oto zadziwiająca opowieść o profanacji boskiego ciała.

15 sierpnia 1399 doszło w Poznaniu do nadzwyczajnych zdarzeń. Na błoniach nad Wartą, gdzieś w miejscu skrzyżowania dzisiejszych ulic Strzeleckiej i Królowej Jadwigi, pastuszek opiekujący się krowami zauważył nagle, że bydło klęka, patrzy w górę i podziwia unoszące się w powietrzu Trzy Hostie. Blask bił taki, że na miejsce zbiegły się tłumy, a wkrótce przybyły też miejskie władze oraz duchowieństwo z biskupem poznańskim Wojciechem Jastrzębcem. Dominikanin Jan Ryczywół uniósł patenę i Trzy Hostie natychmiast na nią spłynęły. Orszak z biskupem na czele odprowadził Hostie do kościoła farnego św. Marii Magdaleny. Na miejscu cudu biskup polecił wznieść drewnianą kaplicę, do której zaczęło pielgrzymować coraz więcej pątników. Wieść o kulcie rozszerzała się na cały region, a wkrótce także na cały kraj. Kiedy o historii Trzech Hostii dowiedział się król Władysław Jagiełło, postawił w tym miejscu kościół Bożego Ciała, a obok niego klasztor Karmelitów Trzewiczkowych.

Jak ustaliło ”śledztwo”, cud na błoniach, był efektem żydowskiej profanacji. Pewna mieszkanka Poznania, chrześcijanka o imieniu Krystyna, przekupiona przez miejscowych Żydów, wkradła się do ówczesnego kościoła Dominikanów i wyniosła pod osłoną nocy Trzy Hostie. Następnie przekazała je Żydom. Świętokradcy przenieśli konsekrowane Hostie do podziemi dawnej kamienicy Świdwów-Szamotulskich. Tam rzekomo doszło do potwornej profanacji: Hostie położono na drewnianym stole, kłuto, przebijano nożami, deptano… Z tak męczonego Ciała Chrystusowego w końcu trysnęła krew na podłogę i ściany. Kilka kropel upadło na stojącą obok niewidomą Żydówkę, która natychmiast odzyskała wzrok. Żydów ogarnęło wówczas przerażenie. Żeby zatrzeć ślady, próbowali utopić Trzy Hostie w piwnicznej studzience. Ale one ciągle wypływały na wierzch. Wtedy postanowili wynieść Hostie poza miasto i porzucić je daleko, na nadwarciańskich łąkach. W drodze na to miejsce pod wpływem Trzech Hostii nastąpiło jeszcze kilka cudownych uzdrowień. Owinięte w szmaty Hostie zostały zakopane przez Żydów w ziemi. Następnie w cudowny sposób odnaleźli je pastuszkowie.

Dla katolika to ciekawa, wzruszająca, dydaktyczna historyjka z happy andem. Utwierdzająca jego wiarę, która bez cudów i tajemnic byłaby płytka jak przykościelna kałuża. Tyle tylko, że religijna propaganda tak chętnie powołującą się na owe „fakty”, udokumentowane przez kościelnych kronikarzy, omija jak może jeden istotny dla tej historii „fakt”, który w XXI wieku jest już nieco niewygodny i podważa codzienne nawoływania o miłość do bliźniego. Oczywiście „sprawcy” profanacji zostali surowo ukarani, co oznacza, że zamieszani w sprawę rabin i trzynastu Żydów oraz Krystyna i jej córka spłonęli na stosie urządzonym na podmiejskich polach. Sprawiedliwości stało się zadość. Oskarżeni, jak zwykle bywało w takich procesach, przyznali się nie tylko do wszystkiego co im zarzucano, ale i do wielu innych myślo-zbrodni. Ówczesne metody przesłuchań były przecież dużo skuteczniejsze od dzisiejszych. Ukarani zostali również potomkowie „świętokradców”. Gmina żydowska musiała co roku wpłacać na procesję Bożego Ciała datek w wysokości 800 tynfów, a trzech starszych z gminy dla przykładu chodziło z nożami w ręku na czele procesji.
Współcześni propagatorzy tej „budującej” historii nie kwapią się również do uczciwego przyznania, że z kawałka pieczywa nie da się nijak wydobyć ani kropli krwi. Choćby nie wiadomo jak był wypieczony i uświęcony…

Ponad dwieście lat po cudzie karmelici zaświadczą, że odnaleźli w piwnicy przy ul. Żydowskiej stół dębowy, na którym kłuto hostie. "Stół od niewiernych Żydów, iżby się zbrodnia nie wydała, w filarze przez długi czas aż do bieżącego roku był ukryty". Odnajdą na stole ślady krwi. Za swą zdumiewająca spostrzegawczość ojczulkowie dostaną od miasta w darze rzeczoną kamienicę i przebudują ją na kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa. Później odkryją jeszcze w piwnicy studnię, w której hostie były topione przez Żydów. Po oczyszczeniu ze "śmieci i odchodów" napełnią ją wodą "ku radości miasta, a zwłaszcza chorych, którzy pijąc ową wodę, poczęli powracać do zdrowia z wielu słabości". Do dziś w Wielką Sobotę wierni ustawiają się w kolejce do tej studni.

Przez całe wieki w kościele przy Żydowskiej wisiała tablica: "Ty Boże, jak za taką krzywdę nagrodzimy? / Twoję, gdy ciężką mękę w Poznaniu widzimy. / Ty sam Boże jakoś jest zawsze sprawiedliwy, / Ty wyniszcz aż do szczętu ten naród złośliwy". Dopiero w 2005 roku metropolita poznański abp Stanisław Gądecki kazał ją zdjąć.

Ta historia pokazuje sposób, w jaki kościół dochodził do olbrzymich bogactw, zaczynając od władzy nad ludzkimi umysłami. Wystarczyło ogłosić odpowiedni cud, aby stosownie do jego rangi otrzymać w darze świątynię lub posiadłość ziemską. Na głoszenie boskiej chwały nie wypadało przecie skąpić złotówek. Nawet królowi, skoro władza jego od Boga pochodziła...

Historia trzech hostii na youtubie

* * *

Wszystkie ilustracje pochodzą z książki Mieczysława Noskowicza "Najświętsze trzy Hostie", wydanej w Poznaniu w 1926 r.

wtorek, 1 maja 2012

Honor posła Gadulskiego

Długie, prawie czteroletnie obrady Sejmu Wielkiego obfitowały w wydarzenia dramatyczne i konfliktowe. Atmosfera bywała gorąca. Posłom często puszczały nerwy, zwłaszcza, że poza polityką, w grę wchodziło jeszcze bardzo rozbuchane szlacheckie poczucie honoru. Poniżej fragmenty książki Bartłomieja Szyndlera „Pojedynki”.

pojedynek

W czasie Sejmu Czteroletniego [Kazimierz] Rzewuski został bohaterem kolejnego pojedynku. Stało się to za przyczyną strażnika polnego koronnego i zarazem posła podolskiego, Józefa Mierzejewskiego. 6 grudnia 1791 r. sejm uchwalił Deklarację zakazującą pod karami przyjmowania kancelariom i sądom manifestów i protestacji wymierzonych przeciwko Konstytucji 3 maja i innym uchwałom sejmowym. Na następnej sesji, w dniu 9 grudnia, zabrał głos poseł podolski Mierzejewski, przeciwnik Ustawy Majowej, który następnie oświadczył, że pragnie mówić w sprawie będącej przedmiotem debaty. Po czym, zaczął odczytywać „mowę pisaną”, ganiąc w niej Konstytucję 3 maja. Mierzejewskiemu często przerywano. Wówczas zirytowany oznajmił, że jeszcze swego wystąpienia nie zakończył. Na to Rzewuski, który posłował z tego samego co mówca województwa, zauważył ironicznie: "Jak początek nie do rzeczy, tak i koniec nie będzie lepszy"; zaś poseł poznański Celestan Sokolnicki, najwięcej przeszkadzający Mierzejewskiemu w jego wystąpieniu, zawołał: "Odpowiem ja temu jurypale!" W tym momencie z pomocą Mierzejewskiemu pośpieszył wojewoda wołyński, książę Hieronim Sanguszko, mówiąc do Sokolnickiego: "Nie masz Wać tyle dowcipu, abyś mu odpowiedział". Na co zaczepiony wypalił: "Alboż to ja flaki mam w głowie jak książę". Obrażony Sanguszko zerwał się z miejsca i ruszył w kierunku Sokolnickiego, lecz drogę, zastąpił mu Rzewuski, który złapał księcia za suknie. Doszło między nimi do gwałtownej sprzeczki i szamotania. Do zajścia przyłączyli się inni posłowie i w izbie sejmowej powstała wielka wrzawa. Temperatura scysji była tak wysoka, że wojewoda wołyński — jak donosił król Stanisław August w liście swemu posłowi w Londynie, Franciszkowi Bukatemu - "poszedł na górę wodę pić, bo się czuł bardzo zapalonym".

lekcja szermierki

Syn księcia wojewody, Eustachy Sanguszko, postanowił pomścić zniewagę ojca. W nocy posłał Rzewuskiemu kartelusz, wyzywając go na pojedynek na następny dzień. Król, dowiedziawszy się o tym, wysłał o północy swego adiutanta Gołkowskiego, aby doręczył obu Sanguszkom i Rzewuskiemu "areszt pojedynkowy". Gołkowski zastał w domu jedynie księcia wojewodę Rzewuski, uprzedzony o areszcie królewskim, pojechał natychmiast do Eustachego Sanguszki i nalegał, ze względu na zaistniałą sytuację, żeby bezzwłocznie odbyć pojedynek, mówiąc "Co ma być jutro, niech będzie zaraz".

Poprosiwszy na sekundantów Michała Wielhorskiego i księcia Józefa Poniatowskiego obaj przeciwnicy udali się w ich towarzystwie zaraz do ogrodu Bielińskich i tam przy świetle księżyca stoczyli walkę na pałasze. Sanguszko raniony został lekko w rękę, Rzewuski otrzymał cięcie w twarz. Na tym pojedynek przerwano, rywale się pogodzili, po czym zjedli razem kolację.

Do grona posłów niezadowolonych z uchwalenia Kontytucji 3 maja należał też poseł sandomierski, Albin Skórkowski. Przy każdej nadarzającej się okazji napadał on w sejmie na Ustawę Majową, a w dodatku szukał zwady z posłami z obozu patriotyczno-reformatorskiego. Szczególną nienawiścią pałał Skórkowski do posła krakowskiego, Aleksandra Linowskiego, który swoimi mocnymi mowami w izbie i licznymi pismami, znacznie się przyczynił do utorowania drogi w sejmie dla Konstytucji 3 maja. Linowski, pragnąc dokuczyć oponentom występujacym na forum sejmu przeciwko Ustawie Majowej, dziękował im za każdym razem ironicznie, że tak "przychylnie" odnoszą się do Konstytucji.


Na jednej z sesji czerwcowych sejmu ganił Konstytucję kasztelan przemyski, Antoni Czetwertyński. Kiedy zakończył swą mowę, Linowski pośpieszył, jak zwykle z publicznym "podziękowaniem". Skórkowski, zabierając z tego powodu głos, oświadczył, że będąc stanowczym przeciwnikiem Konstytucji, nie życzy sobie niczyich ironicznych pochwał. Dotknięty tymi słowami Linowski wyzwał Skórkowskiego na pojedynek. Początkowo zamierzali się bić w mieszkaniu pisarza polnego, Kazimierza Rzewuskiego. Później zmienili ten zamiar i postanowili udać się na Wolę.

stanisław małachowski
Pojedynek odbył się 29 czerwca 1791 r. Skórkowskiemu towarzyszyli jako sekundanci, kasztelan lubaczowski Adam Rzyszczewski i pułkownik wojsk koronnych Konstanty Janikowski. Linowski natomiast przybył w otoczeniu posłów podolskich, Józefa Zajączka i Kazimierza Rzewuskiego oraz kasztelana raciąskiego Tadeusza Mostowskiego i komisarza skarbowego Antoniego Lanckorońskiego. Linowski ciął Skórkowskiego w rękę, ale sam oberwał w nos. Na tym pojedynek przerwano, a obaj rywale pogodzeni przyrzekli sobie przyjaźń.

Poseł kaliski, Jan Suchorzewski, wyzwał na pojedynek marszałka Sejmu Czteroletniego, Stanisława Nałęcz Małachowskiego. Suchorzewski był bodajże największym krzykaczem sejmowym. Często w impulsywny sposób oponował przeciwko rozpatrywanym na sesjach postępowym projektom reform, a później starał się nie dopuścić do ich uchwalenia. Za swą działalność opozycyjną i warcholską w sejmie był sowicie wynagradzany przez hetmana wielkiego koronnego, Franciszka Ksawerego Branickiego, który nie szczędził mu dukatów z własnej szkatuły.

15 stycznia 1791 r. odbyła się w Teatrze Bogusławskiego premiera komedii Juliana Ursyna Niemcewicza „Powrót posła”. ”Celem moim - wspomina autor sztuki - było dać na pośmiewisko wszystkie zastarzale, a jeszcze nie wykorzenione przesądy nasze. Skupiłem je wszystkie na osobie starosty Gadulskiego, który płacze, że liberum veto ma być zniesionym, wynosi pod niebo elekcję królów i korzyści stąd dla szlachty przez ujmowanie jej starostwami, urzędami, pensjami; było to niejakie torowanie drogi do zbawiennych zasad rządowych, które się w Konstytucji Trzeciego Maja rozwinąć miały” (…).

Występujący w „Powrocie posła” negatywny bohater, starosta Gadulski, miał tyle cech charakterystycznych posła kaliskiego, Suchorzewskiego, iż nikt prawie nie wątpił, że to on właśnie został ośmieszony w sztuce. Rozgniewany wielce Suchorzewski, podbuntowany dodatkowo przez zelantów hetmańskich, zaatakował gwałtownie Niemcewicza w sejmie, w dniu 18 stycznia 1791 r., oskarzając go, iż w swej sztuce „prawo narodu wolnej elekcji przysięgą króla zatwierdzone [...] znieważył i wydrwił, a komedianci powtórzyli, że przez sukcesję kajdany zachwalił i uwielbił”. Oskarżył także policję w Warszawie, że pozwoliła na „złe użycie teatru”. Domagał się, aby marszałkowie sejmowi, Stanisław Małachowski i Kazimierz Nestor Sapieha, zwołali Sąd Sejmowy dla osądzenia autora komedii „Powrót posła” oraz policji.

poseł suchorzewski

Podczas przemówienia Suchorzewskiego rozlegały się śmiechy i drwiny na sali. Kiedy zaś zakończył swe przemówienie i skontatował, że nikt go nie popiera, wymógł na sekretarzu sejmowym odczytanie swego projektu o zwołanie Sądu Sejmowego. Po czym domagał się, dyskusji, ale zewsząd rozlegały się głosy: „Nie ma zgody nawet na deliberacje”. Poseł słonimski Sołtan zwrócił nawet uwagę Małachowskiemu, że dopuścił do zmiany porządku obrad, który tego dnia przewidywał dyskusję w sprawach skarbowych. Małachowski, korzystając skwapliwie z upomnienia, stwierdził, że projekt Suchorzewskiego nie nadaje się do dyskusji, jako nie mający związku z tematem obrad, po czym odroczył sesję do następnego dnia. Suchorzewski, nie mogąc ścierpieć doznanej porażki, wyzwał marszałka sejmowego na pojedynek. Suchorzewskiego znów z kolei wyzwał na pojedynek Tadeusz Czacki, zarzucając mu, że swoim zachowaniem uwłaczył czci cnotliwego męża - tj. Małachowskiego. Do skrzyżowania broni jednakże nie doszło, gdyż sprawę udało się załatwić polubownie. Poseł kaliski tylko się ośmieszył. Warszawę obiegło wiele wierszyków satyrycznych. Jeden z nich, ułożony przez Franciszka Zabłockiego, zaczynał się następująco:

„Mości panie kaliski! Wiadomość się szerzy,
Którą ja mam za potwarz, której nikt nie wierzy,
Przynajmniej nie powinien bez największej trwogi,
Komu miła ojczyzna, komu i ty drogi,
A czym się cieszą wspólni nam nieprzyjaciele:
Że po życie marszałka wydałeś kartele”.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Titanic – klapa systemu klapowego

titanic
Może trudno to sobie wyobrazić, ale 100 lat temu, kiedy zatonął luksusowy liniowiec „Titanic”, prasa po obu stronach Atlantyku podawała wiadomości o katastrofie niemal na bieżąco. Umożliwiło to małe urządzenie nadawczo-odbiorcze, przesyłające sygnały radiowe kodem Morse'a. Tzw. telegraf „bez drutu”, choć wynaleziony ledwie kilka lat wcześniej, był już powszechnie stosowany do nadawania sygnałów wzywających na pomoc. Teraz okazał się niezwykle użyteczny do przesyłania korespondencji prasowych. Jako, że katastrofa miała miejsce na oceanie, daleko od lądu, w nocy z niedzieli na poniedziałek, pierwsze wiadomości prasowe ukazały się w Łodzi we wtorek. Informacje docierały wprawdzie szybko, ale gorzej było z ich wiarygodnością.

16 kwietnia 1912 roku dziennik „Rozwój” publikował depesze z dnia poprzedniego i bieżące:

Nowy Jork, 15 kwietnia (wł.) Okręt „Titanic” zawiadamia telegrafem bez drutu, że pomimo ciężkich, uszkodzeń, zwłaszcza na przodzie okrętu, płynie wolno w stronę Halifaxu, holowany przez okręt „Wirginia”. Wszyscy pasażerowie uratowani i w liczbie 1650 przeniesieni na pokład okrętu "Carpadia". Jest nadzieja, że „Titanic” pomimo uszkodzeń, dopłynie do portu.

Londyn, 15 kwietnia (wł.) Wielki nowo zbudowany okręt parowy „Titanic”, należący do kompanii transatlantyckiej „White Stare”, odbywający swą pierwszą podróż pomiędzy Southampton i Nowym Jorkiem, a mający na pokładzie 3 tysiące osób, natknął się na wysokości Nowej Fundlandii na góry lodowe i został silnie uszkodzony. Pierwsze telegramy donoszą, że kobiety, znajdujące się na pokładzie, zostały uratowane.

Nowy Jork, 16 kwietnia (wł.) Władze portowe (…) otrzymały wiadomość telegrafem bez drutu późnym wieczorem, że okrętowi „Titanic” grozi zatonięcie. Okręty holownicze usiłowały wyciągnąć go na płytką wodę pod Casse-Roe.

titanic
Londyn, 16 kwietnia (wł.) Według ostatnich telegramów, katastrofa „Titanica” wydarzyła się w niedzielę o godz. 10 wieczorem. Ostatnie słowo, otrzymane przez telegraf bez drutu brzmiało: "toniemy". Od tej chwili połączenie radio-telegraficzne przerwało się. Góra lodowa, która spowodowała katastrofę, napotkała poprzednio kilka innych okrętów, które tylko z wielkim trudem zdołały ją ominąć. Między innymi był w niebezpieczeństwie okręt francuski „Niagara”, wiozący wychodźców; doznał on lekkich uszkodzeń. Nieszczęściem dla „Titanica” było, że w chwili katastrofy spadła gęsta mgła. Zachodzi obawa, że płynące masy lodowe spowodują dalsze katastrofy.

Nowy Jork, 16 kwietnia (wł.) Pomimo ostatnich niepokojących wiadomości o stanie „Titanica”, tutejszy przedstawiciel linii okrętowej White-Star, wyraża przekonanie, że „Titanic”, chociażby odniósł bardzo poważne uszkodzenia w przedniej części, nie zatonie, ponieważ system klapowy wyklucza zupełnie możliwość tego.

Nowy Jork, 16 kwietnia (wł.) Ostatnie doniesienia wykazują, że wiadomości o uratowaniu „Titanica” ze wszystkimi pasażerami były bałamutne. Okręt zatonął. Można uważać za rzecz pewną, że pasażerowie i marynarze w znacznej części zginęli.

titanic
Następnego dnia ( środa 17 kwietnia) w „Rozwoju” ukazał się obszerniejszy materiał o katastrofie „Titanica”.

Straszna katastrofa największego okrętu

O katastrofie okrętu „Titanic” nadeszły dotąd bardzo skąpe wiadomości.
Okręt „Titanic”, dopiero co zbudowany, zaopatrzony był we wszystkie możliwe przyrządy bezpieczeństwa, odznaczał się przepychem, przechodzącym wszystkie tego rozmiaru urządzenia.
Rozmiary tego okrętu są – jak wiadomo - olbrzymie, jest on 250 metrów długi, a 30 metrów wysoki. Pojemność jego wynosi 45 000 ton. Może on wygodnie pomieścić 2500 osób. Dzienniki porównywają ten okręt z największym gmachem wiedeńskim, z ratuszem i stwierdzają, że okręt ten jest dwa razy dłuższy od ratusza. Długość jego jest o 114 metrów większa od wysokości wieży tumu św. Szczepana w Wiedniu. Kominy są tak olbrzymie, że w każdym z nich zmieściłaby się lokomotywa i kilka wagonów. Okręt ten posiada nie tylko kabiny, ale całe mieszkania z salonami, z basenami do pływania, z placami do gry w tenisa i do innych gier, sale do gimnastyki, łazienki parowe itd.
tonący titanic

Katastrofa nastąpiła w pobliżu Nowej Fundlandii, gdzie o tym czasie płyną z północy wielkie masy lodu, przypędzane falami z Grenlandii. „Titanic” zderzył się właśnie z jedną z takich gór lodowych, mającą 15 kilometrów długości. Zapewniają, że tylko dzięki nadzwyczajnej konstrukcji, „Titanic” nie rozbił się całkowicie. Na okręcie znajduje się 129 pieców i 27 kotłów. W razie uszkodzenia jednego pieca lub kotła, okręt może płynąć jeszcze dalej. Drzwi do poszczególnych sal i kabin zamykają się automatycznie w chwili, gdy tylko woda wtargnie do okrętu.

Wobec tego uważają całkowite zniszczenie okrętu za wykluczone. Mimo to wątpić należy czy okręt ten da się naprawić, ponieważ w całej Ameryce nie ma tak wielkich doków, w których można by tak olbrzymi okręt umieścić, a potem naprawić. W tym celu musiano by okręt przewieść do Anglii, nie wiadomo jednak, czy „Titanic” będzie mógł w obecnym stanie odbyć tak wielką podróż.

Szczegóły uratowania podróżnych dotąd nie są znane. Wiadomo tylko, że najpierw ocalono wszystkie kobiety, a potem zajęto się ratunkiem innych podróżnych. Wielkie usługi oddały przytem okrętowi aparaty telegrafu bez drutu Marconiego, przy pomocy których zawiadomiono szybko inne okręty o katastrofie.

Wczoraj w nocy nadeszły do Paryża alarmujące depesze donoszące, że wiadomości o ocaleniu podróżnych okrętu „Titanic”, są nieprawdziwe. Depesze te znalazły potwierdzenie we wczorajszym nadzwyczajnym wydaniu „New York Heralda”, który doniósł, że ocalono tylko 675 podróżnych, a przeszło 1000 zginęło w morzu. Okręt „Titanic" zatonął. Po morzu pływają tylko szczątki okrętu.

Redakcja „Echo de Paris”, która tak samo, jak i redakcje innych dzienników, zwróciła się do dyrekcji „White Star Line” nie otrzymała prawdziwych informacyj. Zdaje się jednak, że dyrekcja już wczoraj wiedziała o katastrofie okrętu, jednak wiadomość tę zataiła.

Dzienniki londyńskie potwierdzają wiadomość o strasznej katastrofie, której ofiarą padł okręt „Titanic". Jest to największa katastrofa okrętu, jaka w ogóle kiedykolwiek się wydarzyła. Była to pierwsza jazda okrętu „Titanic”, który przed kilkoma dniami wyruszył w swoją podróż z Southampton, wśród ogromnych uroczystości.

Katastrofa, zdaje się, nastąpiła w chwili, gdy większość podróżnych była w teatrze, znajdującym się na okręcie, na przedstawieniu. Podczas katastrofy panowała ogromna mgła. Okręt-olbrzym dostał się z powodu tej mgły między dwie wielkie góry lodowe, które go zdruzgotały. Okręty „Virginian” i „Carpatia”, które pośpieszyły pierwsze na pomoc, zdołały ocalić tylko część podróżnych. Są to przeważnie kobiety i dzieci. Wielu innych podróżnych ocaliło się na łodziach ratunkowych. Okazało się jednak, że na okręcie "Titanic" znajdowało się za mało łodzi ratunkowych, było ich bowiem tylko 20. Inne okręty, które pośpieszyły na pomoc, przybyły za późno. Ogółem zginęło 1683 podróżnych. Na okręcie znajdowało się 20 podróżnych z Niemiec i Austro-Węgier. Między nimi znajdował się niejaki Emil Tassigu z Wiednia. Nie wiadomo, jaki los spotkał tych podróżnych. Ocalono przeważnie podróżnych I i II klasy.

Jako przyczynę katastrofy podają także i tę okoliczność, że kapitan chciał uzyskać rekord szybkości i zmienił kurs, wybierając drogę zanadto wysuniętą na północ, pełną o tej porze gór lodowych.
Spotkanie z tymi górami lodowymi przyniosło okrętowi zgubę. Straty materialne są ogromne. Na okręcie znajdowały się klejnoty, wartości 5 milionów koron, wiezione przez pewnego handlarza diamentów i papiery wartościowe, wartości 200 mili. kor. Ponadto znajdowało się na okręcie 3400 worków pocztowych z przesyłkami pieniężnymi.
titanic

Między podróżnymi był też jeden z Rotschildów i amerykański miliarder Vanderbildt. Czy ich ocalono – nie wiadomo. Na okręcie znajdowało się ogółem 2350 osób, z których 900 należało do załogi. „Titanic” zatonął wczoraj o godzinie 2 minut 20 rano.

Dyrekcja „White Star Line” donosi, że z 2200 pasażerów i załogi „Titanic” prawdopodobnie tylko 675 osób zostało wyratowanych. Parowiec „Olimpic” donosi, że ocalały przeważnie tylko kobiety i dzieci.

Parowiec „Olimpic" donosi dalej za pomocą telegramu Marconiego do Cap Race, że okręt „Carpatia", który nad ranem dopłynął do miejsca katastrofy, znalazł tylko szczątki okrętu.