Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żydzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żydzi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lutego 2018

Diogenes chodzi z latarnią

Kiedy Żydom skończyły się pieniądze, ich opiekunowie i gospodarze zaczęli mordować...

W maju 1944 roku niemiecki sąd specjalny skazał polską rodzinę spod Zelowa na karę śmierci za ukrywanie, a następnie wymordowanie rodziny Żydów. Choć było to sprzeczne z oficjalną wykładnią narodowego socjalizmu, głoszącą, iż Żydzi jako "podludzie" byli "największymi biologicznymi wrogami niemieckiej rasy panów".

Późną jesienią 1943 r. funkcjonariusz policji niemieckiej z Zelowa otrzymał anonimowy donos o skrytobójczym wymordowaniu rodziny żydowskiej przez polskich chłopów. Oto jego fragmenty:

[...] przybyliśmy przed akcją wysiedleńczą do Lipińskich [Zgodnie z polskimi przepisami o ochronie danych osobowych personalia skazanych za zabójstwo Polaków zostały zmienione.] do wsi Firlej, gmina Kluki, i byliśmy ukrywani pod sianem. Przygotowano [nam] kryjówkę, w której pozostawaliśmy u L[ipińskich] do 19 lipca 1943 r. Kiedy jednak Lipińscy wymówili nam udzielenia schronienia, zaczęli nas mordować. Miało to miejsce 19 lipca 1943, wówczas [Elżbieta] Lipińska wieczorem przyszła z jedzeniem i powiedziała, że [jej] córka Marysia przyniosła dobre wiadomości z Zelowa. Zawołali nas do mieszkania i tam zamordowali Herszlika Brajtbarta, technika dentystycznego, z jego żoną Helą Brajtbart i dzieckiem [...] oraz Mordkę Brajtbarta [...]. Jako dowód podaję szczegół, że zamordowane dziecko zostało [...] zakopane między ścianą szczytową stodoły a ubikacją na wysokości siódmej belki".
W toku dochodzenia okazało się, że autorem donosu był ojciec dwóch zabitych Żydów, Moszek Brajtbart. Jego denuncjacja zapoczątkowała śledztwo w tej sprawie, a następnie proces sądowy przed niemieckim Sądem Specjalnym w Łodzi (Sondergericht in Litzmannstadt), który zakończył się 2 maja 1944 r. wyrokiem skazującym dwoje Polaków na karę śmierci oraz jednego na dwa lata więzienia karnego za bestialskie zamordowanie czterech osób pochodzenia żydowskiego.

Lipińscy znali Brajtbartów jeszcze sprzed wojny. Łączyły ich raczej luźne kontakty o charakterze handlowo-usługowym, niż towarzyskie. Żydzi zaopatrywali się w gospodarstwie rolnym Lipińskich we wsi Firlej w torf, ci zaś byli stałymi klientami Herszlika Brajtbarta, technika dentystycznego z zawodu, oraz jego brata Mordki Brajtbarta - szewca. Po wybuchu wojny kontakty obu rodzin nie urwały się. Nawet w czasie gdy Brajtbartowie dostali się do getta w Zelowie* Elżbieta Lipińska nadal bywała ich częstym gościem, prowadząc z nimi handel wymienny, głównie żywnością.

Przy okazji jednej z wizyt latem 1942 roku Herszlik Brajtbart, pod wpływem docierających do Zelowa niepokojących informacji o tragicznych losach ludności żydowskiej masowo deportowanej na skutek likwidacji gett w Kraju Warty, zwrócił się do Elżbiety Lipińskiej z prośbą o ukrycie za opłatą siebie i swojej najbliższej rodziny w jej gospodarstwie w Firleju. Pomimo związanego z tym niebezpieczeństwa Polka zgodziła się udzielić schronienia żydowskim znajomym w przypadku ich bezpośredniego zagrożenia. Przed wysiedleniami z getta zelowskiego zorganizowała z synem Romanem transport rzeczy osobistych Brajtbartów i ich ucieczkę z getta do kryjówki po "stronie aryjskiej". Wraz z Herszlikiem Brajtbartem getto opuścili wszyscy jego najbliżsi: żona Hela, brat Mordka, ojciec Moszek oraz bratanek tego ostatniego, również Mordka. Przy przeprowadzce pojawiły się jednak pierwsze problemy. Pamiętając o umowie zawartej w Zelowie, Polacy przygotowali kryjówkę w stodole pod sianem jedynie dla najbliższej, czteroosobowej rodziny Herszlika Brajtbarta i kategorycznie odmówili schronienia towarzyszącemu im bratankowi ojca, tłumacząc, iż nie ma dla niego miejsca. Wobec zdecydowanej postawy rodziny Lipińskich Mordka Brajtbart obiecał w końcu, że opuści Firlej i uda się w rodzinne strony, w okolice Strzyżewic, gdzie poszuka dla siebie schronienia. Nie dotrzymał jednak słowa i w rzeczywistości zamieszkał razem z resztą rodziny w gospodarstwie w Firleju, ukrywając się przed Lipińskimi.

W tym miejscu należy zaznaczyć, iż mąż Elżbiety, Kazimierz, najprawdopodobniej nic nie wiedział o pobycie Żydów, gdyż rodzina zataiła przed nim ten fakt. Nie było to trudne, ponieważ był on już sędziwym i schorowanym człowiekiem, który prawie nie opuszczał swojego pokoju, nie interesując się zbytnio tym, co dzieje się w gospodarstwie. Posiłki dla Żydów dostarczali do stodoły na zmianę Elżbieta i jej dzieci, Roman i Maria, oraz pracujący u nich dorywczo w gospodarstwie kuzyn Zdzisław. Brajtbartowie przychodzili również czasami wieczorami w tajemnicy przed Kazimierzem Lipińskim do mieszkania na posiłki.
firlej

Jak wynika z akt sprawy, Polacy nie utrzymywali Brajtbartów bezinteresownie. Wiele wskazuje na to, że godząc się na ukrywanie Żydów, byli nastawieni głównie na czerpanie korzyści materialnych. Od początku ich pobytu żądali regularnej i stale rosnącej zapłaty za wikt, m.in. w obcych walutach, kosztownościach lub rzeczach osobistych. ** Na przykład początkowo Brajtbartowie za ćwierć kilograma masła musieli płacić 10 RM, potem żądano od nich 15 RM, cena zaś za tytoń wzrosła z 5 do 8 RM, itd. Nic więc dziwnego, że przy tak merkantylnej postawie Lipińskich ich nastawienie do Brajtbartów zmieniło się diametralnie od chwili, gdy tym ostatnim zabrakło środków na pokrycie wygórowanych roszczeń "opiekunów". Odtąd sytuacja Brajtbartów systematycznie się pogarszała.

Początkowo Polacy, nie wierząc, że Żydom skończyły się już oszczędności, starali się wymusić dalsze należności przez wstrzymanie dostaw żywności. Kiedy okazało się, że ukrywani naprawdę nic już nie mają, Lipińscy zaczęli traktować Żydów jak intruzów, których za wszelką cenę należało się pozbyć. Pierwszą ofiarą takiej postawy gospodarzy padło nowo narodzone dziecko Brajtbartów, które przyszło na świat 10 stycznia 1943 r. Podczas prowadzonego później przez policję niemiecką przesłuchania Moszek Brajtbart tak opisał podstępne zamordowanie swojego wnuka: ***

W chlewie moja synowa pozostawała około 10 dni. Potem wróciła wraz z dzieckiem z powrotem do stodoły. Od czasu do czasu wieczorami synowa chodziła do domu rodziny Lipińskich umyć dziecko. Po dwóch czy dwóch i pół miesiącach, kiedy moja synowa była z dzieckiem w mieszkaniu, pani [Elżbieta] Lipińska wyraziła pogląd, że dziecko może zostać. Miało być karmione butelką. Moja synowa zostawiła tam dziecko. Kiedy robiłem jej wyrzuty [z tego powodu], poszła następnego wieczora do mieszkania i poprosiła o jego oddanie. Pani Lipińska odmówiła, twierdząc, że jest ono takie śliczne i grzeczne, że może zostać spokojnie [w domu]. Następnego popołudnia pani Lipińska przyszła do nas do kryjówki i powiedziała: "Dziecko nie żyje". Kiedy moja synowa zaczęła płakać, powiedziała: "Uspokój się, już po wszystkim". Kiedy ojciec dziecka, mój syn Herszlik, spytał, co mu dolegało, Lipińska odpowiedziała: "Dziecko miało konwulsje". [...] W nocy, około godziny 11.00, Lipińska przyszła do stodoły i zawołała nas na zewnątrz. W starym, białym ręczniku miała dziecko [...]. Wieczorem za chlewem, przed ubikacją wykopałem dół [...] i złożyłem dziecko do grobu.
Wkrótce Polacy postanowili pozbyć się również pozostałych Żydów. Początkowo liczyli na to, że wystarczą prośby o poszukanie innego schronienia i Brajtbartowie w końcu sobie pójdą. Nie było to jednak takie proste, gdyż Żydzi świetnie zdawali sobie sprawę, że po wyczerpaniu się pieniędzy ich sytuacja stała się beznadziejna, a szukanie nowego schronienia wiązało się ze zbyt wielkim ryzykiem. Świadoma tego musiała być również Lipińska, lecz pomimo to w dalszym ciągu bezskutecznie usiłowała wymóc na Mordce Brajtbarcie dobrowolne opuszczenie gospodarstwa.

W tej sytuacji ojciec Mordki, Mosze Brajtbart, aby nie zadrażniać i tak już napiętych stosunków, postanowił sfingować własne odejście. Poprosił Lipińskich o wyprowadzenie go na drogę do rodzinnej miejscowości, jednak tuż po pożegnaniu się z towarzyszącym mu Romanem chyłkiem podążył z powrotem jego śladem, z zamiarem ukrycia się u swych najbliższych wzorem bratanka. Kiedy cała sprawa się wydała, Mosze wymyślił naprędce historię, że przyszedł się pożegnać z dziećmi, ponieważ wyrusza w daleką drogę w poszukiwaniu pracy, obiecując przy tym również, że jak tylko ją zdobędzie, ściągnie do siebie całą rodzinę. Po tej deklaracji ponownie został wyprowadzony na drogę przez Romana i powtórnie po kryjomu za nim wrócił. Odtąd przebywał w pobliżu gospodarstwa Lipińskich i tylko w nocy wślizgiwał się do stodoły, gdzie nocował ze swoimi bliskimi.

Podobne "wpadki" miał również bratanek Moszego - Mordka, który został zauważony w okolicy stodoły przez Romana. Tłumaczył się wówczas, że przyszedł jedynie odwiedzić rodzinę. Roman odprowadzał go, tak jak jego stryja, do drogi prowadzącej w ich rodzinne strony, ale on również zawsze wracał w tajemnicy przed Lipińskimi. Tak więc Polacy nie byli pewni, czy w ich gospodarstwie zamieszkuje pięcioro, czy troje Żydów. Dodatkowe zaniepokojenie Lipińskich wzbudzał fakt, iż sytuacja wymknęła im się spod kontroli, a swobodne poruszanie się Brajtbartów po okolicy i ciągłe odwiedziny u reszty rodziny w stodole w każdej chwili mogły sprowadzić na wszystkich nieszczęście. W tej sytuacji zdesperowani Lipińscy postanowili ostatecznie rozprawić się z niewypłacalnymi "intruzami".

19 lipca 1943 r. około godziny 22 doszło do skrytobójczego mordu na ukrywających się członkach rodziny Brajtbartów, Herszliku, jego żonie Heli oraz Mordce. Elżbieta Lipińska w trakcie przesłuchania na posterunku policji niemieckiej następująco zrelacjonowała przebieg wydarzeń:
Zamordowania tychże [Żydów] dokonaliśmy [we dwójkę,] mój syn i ja. Poszłam do stodoły i poprosiłam Żydów, ażeby przyszli pomóc mojemu synowi Romanowi [w noszeniu wody], ponieważ skaleczył się w rękę. Wówczas przyszedł najpierw Żyd [Mordka Brajtbart, z zawodu] szewc do stajni i tam został ogłuszony i powieszony przez Romana. Poszłam wtedy do stodoły i powiedziałam, że jeszcze jeden musi przyjść pomóc. Przyszedł następnie żydowski technik dentystyczny [Herszlik Brajtbart] do stajni i tam również został uderzony i powieszony przez mojego syna Romana. Potem zwabiłam Żydówkę [Helę Brajtbart] ze stodoły, którą [to kobietę] także uderzył Roman. Zaciągnęłam jej pętlę na szyi. Potem Roman i ja wywlekliśmy Żydów na pole i tam pogrzebaliśmy. [...] Moja córka Marysia stała podczas mordowania Żydów na czatach. Plan zamordowania Żydów pochodził ode mnie i został zaakceptowany przez mojego syna Romana.
Lipińscy nie wiedzieli, że dwóch członków rodziny Brajtbartów, którzy mieszkali potajemnie w ich stodole, domyślało się przebiegu tragicznych wydarzeń. Choć przebywali oni w momencie morderstwa poza kryjówką, byli jednak na tyle blisko, by nabrać słusznych podejrzeń, że coś się wydarzyło. Zaniepokoiły ich docierające do nich odgłosy uderzeń oraz rozsypywanie przez Elżbietę słomy wokół stodoły w celu zatarcia śladów. Złe przeczucia potwierdziły się, gdy wrócili do kryjówki i nie zastali swoich bliskich ani ich rzeczy. Aby wyjaśnić tę sprawę, udali się o świcie do mieszkania Lipińskich, co Moszek Brajtbart zrelacjonował potem następująco:
Zapukałem do okna. Przyszła do okna Marysia [...], za nią pani [Elżbieta] Lipińska i Roman. Kiedy zacząłem krzyczeć, gdzie są moje dzieci, co im zrobiliście, ci odpowiedzieli, że dzieci wyszły od nich trzy tygodnie temu. Wówczas powiedziałem: "To jest kłamstwo, ponieważ jeszcze kilka godzin temu byłem z nimi w kryjówce. Jeśli je zabiliście, powiedzcie mi [...]". Wtedy Marysia zwróciła się do swojej matki: "No powiedz im". Kiedy ta milczała, powiedziałem: "Idę na policję". Marysia chwyciła mnie za ubranie, a ja zacząłem krzyczeć. Marysia powiedziała: "Chciałabym ci powiedzieć, że twoje dzieci są już w niebie. Chcesz iść na policję i przyczynić się do śmierci ośmiu osób?" Odpowiedziałem: "Nie wiem".
Obaj Brajtbartowie świadomi byli swojej bezsilności. Pomimo ewidentnej, bestialskiej zbrodni, która domagała się ukarania, musieli wybierać między dążeniem do zadośćuczynienia sprawiedliwości, co mogło zakończyć się dekonspiracją oznaczającą dla nich zgubę, a rezygnacją z ukarania zbrodniarzy. W tej sytuacji początkowo zwyciężył instynkt samozachowawczy. Brajtbartowie zwrócili się więc do Lipińskich, by oddali im część ukrytych przez Marię rzeczy należących do ich bliskich, i zdecydowali się odejść do lasu. Potem wrócili do gospodarstwa, gdzie Elżbieta poczęstowała ich kawą, chlebem i zupą, siląc się nawet na słowa "pocieszenia":
[Twierdziła, że] powinniśmy być spokojni, gdyż już jest po wszystkim, oni już nie żyją. Ona [deklarowała, że] będzie nas wspomagać. Przyniosła z domu jeszcze 300 RM, których jednak nie wziąłem. Zaoferowała nam, żebyśmy codziennie wieczorem przychodzili ukryć się w stodole. Odmówiłem, ponieważ bałem się. W rzeczywistości jednak wiele wieczorów spędzaliśmy w przybudówce stodoły.
Brajtbartowie nie mieli jednak złudzeń co do prawdziwych intencji gospodyni, skoro pod koniec sierpnia 1943 r. postanowili ostatecznie oddalić się od gospodarstwa w Firleju, gdyż przypominało im ono o tragicznych losach najbliższych. Zdawali sobie bowiem sprawę, że są niewygodnymi świadkami wydarzeń, które sprawcy woleliby za wszelką cenę utrzymać w tajemnicy. Brajtbartowie, wiedząc, do czego zdolni są ich "opiekunowie", bali się u nich pozostać. Nie chcieli narażać się na ryzyko podzielenia losu swoich bliskich.

Udali się więc w okolice Strzyżewic, gdzie przez kilka tygodni skutecznie ukrywali się w stodołach. Dopiero wówczas zaczęli wysyłać za pośrednictwem Polaków donosy na policję, dokładnie przedstawiając okoliczności mordu. To właśnie te listy zapoczątkowały wszczęcie śledztwa w tej sprawie. Dzięki szczegółowym informacjom policja 25 i 26 października dokonała wstępnej rewizji w gospodarstwie Lipińskich i odnalazła zwłoki niemowlęcia oraz uzyskane od Żydów kosztowności, ukryte przez Elżbietę w zakopanych butelkach. Szczątki pozostałych zamordowanych odkryto później.

26 października 1943 roku aresztowano wraz z Elżbietą jej najbliższych: synów Romana i Mieczysława oraz męża Kazimierza, tylko córce Marii udało się zbiec. Dalsze szczegóły morderstwa ujawnił Moszek Brajtbart, zatrzymany 14 marca 1944 roku przez posterunkowego w drodze do Zelowa. Moszek w obszernych zeznaniach rzucił inne światło na przedstawiane przez Elżbietę wersje tragicznych wydarzeń, w których za wszelką cenę starała się umniejszyć rolę swojej rodziny w zabójstwie Brajtbartów, oskarżając o inspirację i udział w nim osoby postronne. Dzięki temu możliwe jest dziś zweryfikowanie kilkakrotnie zmienianych zeznań Elżbiety, co pozwala na dokładniejsze odtworzenie przebiegu wydarzeń.
W ogłoszonym 17 kwietnia 1944 roku akcie oskarżenia zarzucano Elżbiecie, Romanowi i Kazimierzowi Lipińskim udzielenie schronienia Żydom oraz popełnienie bestialskiego morderstwa z niskich pobudek na trzech osobach. Wyrok Sądu Specjalnego zapadł 2 maja 1944 roku. Elżbieta i Roman Lipińscy zostali skazani na podstawie artykułu I punkt 3 Specjalnego Prawa Karnego dla Polaków i Żydów za działanie na szkodę narodu niemieckiego przez udzielenie
schronienia Żydom i złamanie w ten sposób rozporządzenia dotyczącego nakazu przebywania ludności żydowskiej w "dzielnicach zamkniętych" oraz na podstawie paragrafów 211, 47 niemieckiego kodeksu karnego (Strafgesetzbuch für das Deutsche Reich) za wspólne popełnienie morderstwa na karę śmierci. W przypadku Kazimierza Lipińskiego uwzględniono okoliczności łagodzące, a więc fakt, iż nie miał wpływu na to, co dzieje w gospodarstwie, oraz zaawansowany wiek oskarżonego, liczącego wówczas 76 lat. Wymierzono mu w związku z tym karę dwóch lat pozbawienia wolności w obozie karnym****

Po ogłoszeniu wyroku Elżbieta Lipińska wycofała się ze wszystkich swoich dotychczasowych zeznań i 6 maja 1944 roku złożyła wniosek o zamianę kary śmierci na karę pozbawienia wolności, uzasadniając go następująco:
Nie byłam przy zabójstwie, słyszałam tylko, że Żydzi byli bici, i potem uciekłam.
Namiestnik Kraju Warty i jednocześnie prokurator generalny, Arthur Greiser nie skorzystał z prawa łaski. 22 maja 1944 r. wyrok został wykonany przez powieszenie.

Opisana tu sprawa sądowa rodziny Lipińskich o skrytobójcze wymordowanie ukrywających się u nich Żydów rzuca nowe światło na działanie nazistowskiego wymiaru "sprawiedliwości" oraz na stosunki polsko-żydowskie w czasie II wojny światowej. Przede wszystkim dziwić może fakt postawienia przed Sądem Specjalnym i skazania na karę śmierci Polaków, czyli "aryjczyków", za mord na Żydach, oficjalnie przecież wyjętych spod nazistowskiego prawa, którzy w świetle ideologii państwowej byli tylko przeznaczonymi na zagładę "podludźmi". Jak więc Sąd Specjalny w Łodzi uzasadnił fakt skazania na najwyższy wymiar kary Lipińskich oraz co spowodowało, iż zaangażowano tak wiele środków i ludzi do dochodzenia praw nieżyjących już Żydów?

Pierwsza część uzasadnienia wyroku zasadniczo nie odbiega od retoryki powszechnie stosowanej przez nazistowski wymiar "sprawiedliwości" na terenach okupowanej Polski:
Według ustaleń [sądu] oskarżeni, jako Polacy na wschodnich terenach przyłączonych do Rzeszy, nie zastosowali się do niemieckich praw i wydanych specjalnie dla nich rozporządzeń niemieckich instytucji państwowych. Wiedzieli oni o tym, że Żydzi zostali odizolowani w zamkniętych dzielnicach mieszkaniowych i nie wolno im było przebywać w innych miejscach Kraju Warty. Pomimo tego wszyscy troje oskarżeni złamali to rozporządzenie i udzielili Żydom schronienia, przez co działali na szkodę narodu niemieckiego i popełnili wykroczenie przeciwko artykułowi I punkt 3 Specjalnego Prawa Karnego dla Polaków. Ukrywanie Żydów poza zamkniętymi dzielnicami mieszkaniowymi stanowi wielkie zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego i musi być za wszelką cenę zwalczane. Okazało się bowiem, że to właśnie tacy [ukrywający się] Żydzi tworzą bandy i dotkliwie naruszają porządek w okolicznych wsiach".
Powyższe uzasadnienie ukazuje możliwości instrumentalnego wykorzystania nazistowskiego prawa na ziemiach wcielonych, które właśnie z powodu swego bardzo ogólnikowego charakteru świetnie nadawało się do dowolnego "naciągania" i ferowania w praktycznie każdej sprawie bardzo surowych wyroków, aż do kary śmierci włącznie. Tak więc, choć na tych terenach, w odróżnieniu od Generalnego Gubernatorstwa, nie istniał przepis wyraźnie zakazujący ludności polskiej udzielania pomocy Żydom pod sankcją kary śmierci, faktycznie ją stosowano, powołując się na łamanie rozporządzeń nakazujących izolację ludności żydowskiej w "dzielnicach zamkniętych". Sąd, argumentując, że Lipińscy poprzez udzielanie pomocy Żydom działali na szkodę panującego na terenach wcielonych do Rzeszy niemieckiego porządku prawnego, musiał tylko uzasadnić znaczną szkodliwość tego czynu, aby móc orzec najwyższy wymiar kary. W tym celu posłużono się argumentem o rzekomym zagrożeniu ze strony zorganizowanych "band" żydowskich, działających w okolicach wiejskich. Fakt, iż twierdzenie to nie znajdowało żadnego odbicia w realiach panujących na terytorium wcielonym do Rzeszy, dla wymiaru "sprawiedliwości" nie miał znaczenia. Sąd Specjalny odwołał się tym samym w uzasadnieniu do zakorzenionych od dawna stereotypów, już wcześniej skutecznie wykorzystanych do masowych eksterminacji całych siedlisk żydowskich, choćby w czasie kampanii 1941 roku na Wschodzie.
getto zelów


Dopiero ostatnia część uzasadnienia wyroku wprowadza prawdziwie sensacyjne elementy, stojące w jawnej sprzeczności zarówno z ideologią nazistowską, jak i hitlerowską praktyką eksterminacji ludności żydowskiej:
Oskarżeni Elżbieta Lipińska i Roman Lipiński musieli zostać potraktowani jako mordercy z paragrafu 211 niemieckiego kodeksu karnego, ponieważ pozbawili życia ludzi, aby zakamuflować popełnione przez siebie przestępstwo karne. Według paragrafu 211 ustęp 1 kodeksu karnego, morderca z zasady podlega zaś karze śmierci.
Skazanie Polaków za zamordowanie Żyda było sprzeczne z oficjalną wykładnią narodowego socjalizmu, głoszącą, iż Żydzi jako "podludzie" byli "największymi biologicznymi wrogami niemieckiej rasy panów". Wyrok Sądu Specjalnego stanowił również głęboki dysonans wobec codziennej praktyki antyżydowskich akcji eksterminacyjnych przeprowadzanych w majestacie nazistowskiej "praworządności" na całym okupowanym Wschodzie przez funkcjonariuszy SS i policji, które zaplanowane były na najwyższych szczeblach państwowych jako "ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej". Przypadek sądowego skazania polskich morderców wyjętych spod prawa Żydów skłania więc do zastanowienia, czy był on wynikiem wyjątkowo represyjnej polityki okupanta wobec Polaków, czy też raczej regułą prawną, mającą zastosowanie wobec wszystkich "aryjczyków" bez względu na narodowość.
*Getto w Zelowie powstało w 1941 r. Było to tzw. getto otwarte - nie zostało odgrodzone od reszty miasta, ale obowiązywał bezwzględny zakaz przekraczania jego granic. Pod koniec 1941 r. znajdowało się w nim około 6 tys. Żydów, z których część pochodziła z pobliskich miejscowości. Likwidacja getta w Zelowie nastąpiła w sierpniu 1942 r. Zelów znajdował się na obszarze ziem wcielonych do Rzeszy.

**Jak wynika z wykazu rzeczy skonfiskowanych w wyniku inspekcji policji w gospodarstwie Lipińskich, Polacy otrzymali od Brajtbartów co najmniej następujące kosztowności: jeden zegarek męski marki Moser, jedną obrączkę brylantową, jeden damski złoty zegarek wysadzany trzema kamieniami, złoty łańcuszek (2 metry długości), cztery banknoty po 5 dolarów (AP Łódź, SgŁd, 2752,Sprawozdanie końcowe policji z dochodzenia w sprawie zabójstwa, 4 II 1944 r., k. 44).  Z zeznań Moszka Brajtbarta wynika natomiast, że Brajtbartowie przekazali Lipińskim następujące rzeczy: dwa męskie płaszcze, dwa damskie płaszcze, dwa ubrania damskie, dwie pary butów, jeden kołnierz futrzany, jedną parę butów damskich, 80 dolarów, trzy obrączki z brylantami, dwa złote zegarki damskie, jedna obrączkę platynowa z dwoma brylantami, jeden długi złoty łańcuszek, dwa funty brytyjskie, około 1000 RM (AP Łódź, SgŁd, 2752, Protokół przesłuchania Moszka Brajtbarta, 18 III 1944 r., k. 140-143).

***Inną wersję zabójstwa niemowlęcia podała Elżbieta Lipińska, która podczas przesłuchania na policji twierdziła, że zostało ono tuż po narodzinach zamordowane i pochowane przez ojca Herszlika Brajtbarta. Z tych i innych zeznań wyraźnie wynika, że Elżbieta usilnie próbowała "podzielić" się winą z osobami spoza rodziny Lipińskich. Nie przewidziała jednak, że Moszek Brajtbart złoży doniesienie na posterunku policji o popełnionej zbrodni, a później również obszerne zeznania w tej sprawie.

****Kazimierz Lipiński przebywał w więzieniu karnym w Sieradzu. W związku z zaawansowanym wiekiem i licznymi schorzeniami administracja więzienia zwróciła się z zapytaniem do prokuratora generalnego Kraju Warty w sprawie możliwości skrócenia wymiaru kary. W odpowiedzi podkreślono, że wariant ten nie wchodzi w rachubę, a Kazimierz Lipiński ma pozostać w więzieniu w Sieradzu i odbyć pełny wymiar kary. Przeżył i po wojnie powrócił do rodzinnej miejscowości.

Źródło: Dorota Siepracka: Mordercy Żydów przed nazistowskim Sądem Specjalnym w:
Pamięć i Sprawiedliwość 3/2 (6).

* * * 

Człowiek był. Spoczął pod darnią / Tłuszcza zalewa świat cały / Diogenes chodzi z latarnią.
[Leopold Staff]

Zapytany, dlaczego spaceruje po mieście z zapaloną latarnią starożytny myśliciel miał odpowiedzieć: "szukam człowieka". Jeśli podczas pokoju trudno o człowieczeństwo, to co mówić o czasach tak okrutnych jak okupacja niemieckich nazistów...

czwartek, 7 czerwca 2012

Zbrodnicze ich ręce nurzały się we krwi…

„Najstarszy z żydów pierwszy, wedle podania, przebił nożem jedną Hostię, z której zaraz krew wytrysnęła i twarz mu znacznie skropiła.. Za przykładem pierwszego, poszła i reszta żydów. Zbrodnicze ich ręce nurzały się we krwi"...

Kościół katolicki uroczyście obchodzi Święto Bożego Ciała. To jedno z młodszych świąt, ale za to jedno z bardziej widowiskowych, ze względu na tłumne procesje, paraliżujące ruch w wielu miastach. Obchodzone jest od XIII wieku, a powodem jego wprowadzenia były objawienie i cud. Objawienie miała mieć francuska zakonnica Julianna, która ponoć w 1245 została zaszczycona rozmową z samym Chrystusem. Zażądał on wówczas ustanowienia święta ku czci Najświętszej Eucharystii. I nawet wyznaczył dzień uroczystości Bożego Ciała - czwartek po niedzieli Świętej Trójcy. Oficjalnie do Rzymu wprowadził to święto papież Urban IV w 1264 roku. A skłonił go do tego cud, jaki rzekomo zdarzył się we włoskiej wiosce Bolsena, gdzie rozlane mszalne wino zmieniło się w krew chrystusową. Ale takie cuda i dziwy nie omijały też Polski. W Poznaniu wskutek legendy o żydowskich świętokradcach i latających hostiach powstały dwa kościoły: kościół Bożego Ciała oraz kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa.

Poznańska legenda o skradzionych hostiach przez całe wieki uchodziła za szczerą prawdę i dowód na zbrodniczą działalność Żydów. A i dziś wielu religijnych fanatyków, a nawet kościelnych hierarchów traktuje tę bajkę jako świadectwo autentycznych wydarzeń. Tym bardziej, że cud poznański został uwiarygodniony bullą papieską Bonifacego IX, a więc nie można traktować go jako legendy, bo podważałoby się w ten sposób autorytet Stolicy Apostolskiej. Treść tej historii spisana została w roku 1926 przez Mieczysława Noskowicza w książce "Najświętsze trzy Hostie". Książka niedawno została wznowiona przez wydawnictwo WERS i cieszy się ogromnym zainteresowaniem katolickich fundamentalistów.

Oto zadziwiająca opowieść o profanacji boskiego ciała.

15 sierpnia 1399 doszło w Poznaniu do nadzwyczajnych zdarzeń. Na błoniach nad Wartą, gdzieś w miejscu skrzyżowania dzisiejszych ulic Strzeleckiej i Królowej Jadwigi, pastuszek opiekujący się krowami zauważył nagle, że bydło klęka, patrzy w górę i podziwia unoszące się w powietrzu Trzy Hostie. Blask bił taki, że na miejsce zbiegły się tłumy, a wkrótce przybyły też miejskie władze oraz duchowieństwo z biskupem poznańskim Wojciechem Jastrzębcem. Dominikanin Jan Ryczywół uniósł patenę i Trzy Hostie natychmiast na nią spłynęły. Orszak z biskupem na czele odprowadził Hostie do kościoła farnego św. Marii Magdaleny. Na miejscu cudu biskup polecił wznieść drewnianą kaplicę, do której zaczęło pielgrzymować coraz więcej pątników. Wieść o kulcie rozszerzała się na cały region, a wkrótce także na cały kraj. Kiedy o historii Trzech Hostii dowiedział się król Władysław Jagiełło, postawił w tym miejscu kościół Bożego Ciała, a obok niego klasztor Karmelitów Trzewiczkowych.

Jak ustaliło ”śledztwo”, cud na błoniach, był efektem żydowskiej profanacji. Pewna mieszkanka Poznania, chrześcijanka o imieniu Krystyna, przekupiona przez miejscowych Żydów, wkradła się do ówczesnego kościoła Dominikanów i wyniosła pod osłoną nocy Trzy Hostie. Następnie przekazała je Żydom. Świętokradcy przenieśli konsekrowane Hostie do podziemi dawnej kamienicy Świdwów-Szamotulskich. Tam rzekomo doszło do potwornej profanacji: Hostie położono na drewnianym stole, kłuto, przebijano nożami, deptano… Z tak męczonego Ciała Chrystusowego w końcu trysnęła krew na podłogę i ściany. Kilka kropel upadło na stojącą obok niewidomą Żydówkę, która natychmiast odzyskała wzrok. Żydów ogarnęło wówczas przerażenie. Żeby zatrzeć ślady, próbowali utopić Trzy Hostie w piwnicznej studzience. Ale one ciągle wypływały na wierzch. Wtedy postanowili wynieść Hostie poza miasto i porzucić je daleko, na nadwarciańskich łąkach. W drodze na to miejsce pod wpływem Trzech Hostii nastąpiło jeszcze kilka cudownych uzdrowień. Owinięte w szmaty Hostie zostały zakopane przez Żydów w ziemi. Następnie w cudowny sposób odnaleźli je pastuszkowie.

Dla katolika to ciekawa, wzruszająca, dydaktyczna historyjka z happy andem. Utwierdzająca jego wiarę, która bez cudów i tajemnic byłaby płytka jak przykościelna kałuża. Tyle tylko, że religijna propaganda tak chętnie powołującą się na owe „fakty”, udokumentowane przez kościelnych kronikarzy, omija jak może jeden istotny dla tej historii „fakt”, który w XXI wieku jest już nieco niewygodny i podważa codzienne nawoływania o miłość do bliźniego. Oczywiście „sprawcy” profanacji zostali surowo ukarani, co oznacza, że zamieszani w sprawę rabin i trzynastu Żydów oraz Krystyna i jej córka spłonęli na stosie urządzonym na podmiejskich polach. Sprawiedliwości stało się zadość. Oskarżeni, jak zwykle bywało w takich procesach, przyznali się nie tylko do wszystkiego co im zarzucano, ale i do wielu innych myślo-zbrodni. Ówczesne metody przesłuchań były przecież dużo skuteczniejsze od dzisiejszych. Ukarani zostali również potomkowie „świętokradców”. Gmina żydowska musiała co roku wpłacać na procesję Bożego Ciała datek w wysokości 800 tynfów, a trzech starszych z gminy dla przykładu chodziło z nożami w ręku na czele procesji.
Współcześni propagatorzy tej „budującej” historii nie kwapią się również do uczciwego przyznania, że z kawałka pieczywa nie da się nijak wydobyć ani kropli krwi. Choćby nie wiadomo jak był wypieczony i uświęcony…

Ponad dwieście lat po cudzie karmelici zaświadczą, że odnaleźli w piwnicy przy ul. Żydowskiej stół dębowy, na którym kłuto hostie. "Stół od niewiernych Żydów, iżby się zbrodnia nie wydała, w filarze przez długi czas aż do bieżącego roku był ukryty". Odnajdą na stole ślady krwi. Za swą zdumiewająca spostrzegawczość ojczulkowie dostaną od miasta w darze rzeczoną kamienicę i przebudują ją na kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa. Później odkryją jeszcze w piwnicy studnię, w której hostie były topione przez Żydów. Po oczyszczeniu ze "śmieci i odchodów" napełnią ją wodą "ku radości miasta, a zwłaszcza chorych, którzy pijąc ową wodę, poczęli powracać do zdrowia z wielu słabości". Do dziś w Wielką Sobotę wierni ustawiają się w kolejce do tej studni.

Przez całe wieki w kościele przy Żydowskiej wisiała tablica: "Ty Boże, jak za taką krzywdę nagrodzimy? / Twoję, gdy ciężką mękę w Poznaniu widzimy. / Ty sam Boże jakoś jest zawsze sprawiedliwy, / Ty wyniszcz aż do szczętu ten naród złośliwy". Dopiero w 2005 roku metropolita poznański abp Stanisław Gądecki kazał ją zdjąć.

Ta historia pokazuje sposób, w jaki kościół dochodził do olbrzymich bogactw, zaczynając od władzy nad ludzkimi umysłami. Wystarczyło ogłosić odpowiedni cud, aby stosownie do jego rangi otrzymać w darze świątynię lub posiadłość ziemską. Na głoszenie boskiej chwały nie wypadało przecie skąpić złotówek. Nawet królowi, skoro władza jego od Boga pochodziła...

Historia trzech hostii na youtubie

* * *

Wszystkie ilustracje pochodzą z książki Mieczysława Noskowicza "Najświętsze trzy Hostie", wydanej w Poznaniu w 1926 r.