piątek, 8 sierpnia 2014

Pierwszy tydzień Wielkiej Wojny

Jeszcze nie leciały im bomby na głowy, jeszcze nie strzelano do nich zza węgła i głód nie zaglądał im do izb, ale już czuli, że zbierają się czarne chmury. Mieszkańcy zachodnich rubieży Rosji carskiej, guberń: kaliskiej i piotrkowskiej, na przełomie lipca i sierpnia 1914 nie mogli mieć złudzeń, że wielka wojenna burza ich ominie...

29 lipca w Petersburgu ogłoszono pełną mobilizację. Następnego dnia łodzianie ujrzeli na ulicach plakaty o poniższej treści:
Najjaśniejszy Pan Najwyżej rozkazać raczył powołać na służbę szeregowców pospolitego ruszenia I-rzędu. Pierwszym dniem mobilizacyi ma być piątek, dnia 18-go lipca (st.st.)*

Ogłoszenie łódzkiego urzędu miejskiego do spraw wojskowych o powołaniu należących do pospolitego ruszenia I-go rzędu m. Łodzi.

W wykonaniu Najwyższego rozkazu:
    rozwój 2.08.1914
  1. Powołać zapasowych, a przeniesionych po ukończeniu służby wojskowej z II-ej kategoryi zapasu do pospolitego ruszenia.
  2. Powołani zapasowi powinni stawić się na punkt zborny do naczelnika wojskowego powiatu łódzkiego na drugi dzień mobilizacyi w parku Źródliska (Kwela) o godz. 6-ej rano, mając przy sobie bilety pospolitego ruszenia o odbyciu powinności wojskowej, a nieposiadający ich - świadectwa na prawo zamieszkiwania lub zaświadczenie tożsamości osoby.
  3. Wszystkie instytucye i osoby, u których zapasowi znajdują się  na służbie, obowiązane są natychmiast ukończyć z nimi rachunki i wydać bilety uwalniające, o ile znajdują się one u pracodawców.
Najjaśniejszy Pan Najwyżej rozkazać raczył postawić armię i flotę na stopie wojennej. Pierwszym dniem mobilizacyi naznaczono piątek, dn. 18/31 lipca 1914 r.
Dalsze zarządzenia określały tzw. "powinności wojenno-końskie":
Zgodnie z Najwyższym rozkazem o mobilizacyj armii, powinna być niezwłocznie uskuteczniona dostawa koni dla wojsk. Dlatego wszystkie konie 4-go piotrkowskiego wojennego końskiego rewiru, które uznane zostały za odpowiednie dla służby w wojskach i zaopatrzone kartami popisowemi o wojenno-końskiej powinności, podlegają bezwarunkowemu odstawieniu razem z powołującemi kartami i kuponami przy nich na punkt zborny w mieście Łodzi, Lutomierski Rynek, w piątek dnia 18/31 lipca 1914 r.

Podług Najwyżej zatwierdzonego rozrachunku za każdego konia, przyjętego do wojska od ludności powiatu, określono wynagrodzenie w następującym rozmiarze: za konia wierzchowego l-go gatunku 300 rb, zaprzęgowego I-go gatunku artyler. 275 rb., uprzężnego I-go gat. oznaczono 180 rb. i uprzążnego II gat. 120 rb.
Nie był to zatem dla właścicieli super biznes, za parę koni roboczych można było przecież w 1914 roku wziąć nawet 500 rubli. Ale przynajmniej nie ograbiano ich bezkarnie z dobytku, jak to często bywa podczas wojny.
Po ewakuacji Rosjan władzę w Łodzi 10 sierpnia 1914 r. przejął  Główny Komitet Obywatelski. Nad porządkiem i bezpieczeństwem w mieście czuwała podporządkowana mu  Milicja Obywatelska. Zdjęcie z Archiwum Państwowego w Łodzi.
Choć wieszcz Adam dawno już błagał Wszechmogącego: "O wojnę powszechną za wolność ludów, Prosimy Cię, Panie...", Polacy do nadchodzącej wojny się nie palili. Kto musiał szedł w kamasze, kto nie musiał, myślał, jak przetrwać zawieruchę, która nieuchronnie nadciągała. Trudno było przypuszczać, że front ominie Królestwo Kongresowe.

Kiedy Rosjanie uruchamiali swoją machinę wojenną, po drugiej stronie zachodniej granicy carskiego imperium też nie próżnowano. 30 lipca Niemcy ogłosili mobilizację korpusów granicznych: bydgoskiego, poznańskiego, gdańskiego, katowickiego i krotoszyńskiego. Następnego dnia II Rzesza zagroziła wypowiedzeniem wojny w wypadku, gdyby Rosja nie odwołała mobilizacji. Rosja jednak nie miała zamiaru tego zrobić...

W guberni piotrkowskiej (do której należała również Łódź) stan wojenny ogłoszono 31 lipca. Gubernator, szambelan Michał Jaczewski, ogłosił, że gubernia pozostaje "na stopie wojennej" i, że w tej nowej sytuacji należy zachować spokój i porządek. W podobnym tonie zwrócił się w obwieszczeniu do mieszkańców Łodzi 2 sierpnia naczelnik garnizonu łódzkiego, generał-major Wasiljew.

priwislanski kraj1 sierpnia po południu ambasador niemiecki w Petersburgu, hrabia Friedrich Pourtales, spotkał się z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Sazanowem, by otrzymać odpowiedź na niemieckie ultimatum. Kiedy usłyszał, że Rosja nie zamierza wycofać się z mobilizacji, wręczył szefowi rosyjskiej dyplomacji akt wypowiedzenia wojny. Potem podobno dyplomaci uściskali się serdecznie i hrabia Pourtales wyszedł szlochając i obcierając łzy.

Następnego dnia  w niedzielę, 2 sierpnia 1914 roku car Mikołaj II ogłosił Manifest Najwyższy:
Z Bożej Łaski, My, Mikołaj Drugi, Cesarz i Samowładca Wszechrosyjski, Król Polski, Wielki Książę Finlandzki
etc., etc., etc. ogłaszamy wszystkim Naszym wiernym poddanym:

Postępując w myśl historycznych swych przekazań, Rosya jedyna po wierze i krwi z narodami słowiańskimi, nigdy nie spoglądała obojętnie na ich los. Z zupełną jednomyślnością i niezwykłą siłą przemówiły uczucia braterskie narodu rosyjskiego względem słowian w dniach ostatnich, gdy Austro-Węgry przedłożyły Serbii niemożliwe z góry do przyjęcia przez państwo władcze warunki, wzgardziwszy ustępliwą i pokojową odpowiedzią rządu serbskiego i odrzuciwszy życzliwe pośrednictwo Rosyi. Austrya śpiesznie podjęła akcje wojenną, bombardując bezbronny Białogród.

Zmuszeni, wskutek wytworzonych warunków, przedsięwziąć niezbędne: środki ostrożności, My rozkazaliśmy postawić, armię i flotę na stopie wojennej, lecz ceniąc krew i dobytek Naszych poddanych, czyniliśmy wszelkie usiłowania w kierunku osiągnięcia pokojowego wyniku rozpoczętych wśród przyjacielskich stosunków i rokowań.

Sprzymierzone z Austryą Niemcy, wbrew nadziejom Naszym na wiekowe dobre stosunki sąsiedzkie i nie słuchając zapewnień Naszych, że przedsięwzięte środki bynajmniej nie żywią wrogich celów, zaczęły domagać się natychmiastowego ich odwołania, a otrzymawszy odpowiedź odmowną na swe żądanie, nieoczekiwanie wypowiedziały Rosyi wojnę.

Obecnie Musimy już nietylko ujmować się za niesprawiedliwie skrzywdzonym krajem spokrewnionym, lecz zabezpieczyć honor, godność i całość Rosyi oraz stanowisko Jej wśród wielkich mocarstw.

My, niezachwianie wierzymy, że w obronie ziemi rosyjskiej jednomyślnie i z poświęceniem powstaną wszyscy Nasi wierni poddani, w groźną godzinę doświadczeń zapomną o wewnętrznych nieporozumieniach; niech się utrwali bardziej ścisła łączność Cesarza z Jego narodem i niech Rosya, powstała jak jeden mąż, odeprze bezczelny napad wroga.

Z głęboką wiarą w słuszność, naszej sprawy i bogobojną nadzieją na zrządzenia Wszechmogącego, My, modląc się, prosimy o błogosławieństwo Boże dla Świętej Rusi i dzielnych wojsk Naszych.

Dany w Petersburgu w 20-ty dzień (st. st.) lipca, roku od Narodzenia Chrystusa 1914, panowania zaś Naszego dwudziesty.
Przypomnijmy: trzy dni wcześniej inny Najjaśniejszy Pan - super katolicki Franciszek Józef, wzywał na pomoc tego samego Boga. Obydwaj samowładcy, stojący po przeciwnych stronach barykady, przegrali sromotnie swoje "słuszne" wojny o honor...

Informacja o pewnej już wojnie spowodowała zahamowanie doskonale rozwijającego się przemysłu łódzkiego oraz wiele zaskakujących komplikacji w życiu łodzian. W książce Krzysztofa Kowalczyńskiego  "Łódź 1914. Kronika oblężonego miasta" znajdujemy taki opis sytuacji gospodarczej w mieście nad Łódką:
Kronika oblężonego miasta
Przez całą pierwszą połowę 1914 roku Łódź przeżywa okres wspaniałej koniunktury gospodarczej. Wszystkie fabryki pracują pełną parą, kupcy z Kijowa, Petersburga, Odessy i Tyflisu składają nieustannie duże zamówienia, przewyższające bieżące możliwości produkcyjne. Pod presją rynku kupcy skłonni są akceptować ceny zakupu wyższe niż w poprzednim roku.(...) Mimo zwiększonej ilości zamówień duże zapasy surowca w magazynach zapewniają ciągłość produkcji do wiosny przyszłego, 1915 roku.
Jak przed laty, łódzcy przemysłowcy, zachęceni zwiększonym popytem, rozpoczynają liczne inwestycje, rozpoczynają budowę nowych oddziałów produkcyjnych bądź też całych fabryk. Przy ulicy Rzgowskiej, zaraz za dworcem kolejowym Łódź-Chojny pod dachami stoją już nowe budynki odlewni i zakładów mechanicznych „Józef John, Spadkobiercy SA”, w których zatrudnienie znajdzie ponad 1000 robotników (...) Przy ulicy Benedykta 80 (obecnie 6 Sierpnia) rozpocząć ma pracę z dniem 1 sierpnia tkalnia mechaniczna firmy „Weiss i Poznański”, zatrudniając na razie 40 tkaczy, obsługujących 80 warsztatów. W niedługim czasie liczba warsztatów wzrośnie do 120 (...). Do Łodzi wciąż chętnie napływa kapitał zagraniczny...
Itd, itp... Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewiedzieć, że nadchodząca zawierucha zakłóci, jeśli nie przerwie, ten okres prosperity... Skutki wypowiedzenia wojny dały się natychmiast odczuć w łódzkim przemyśle i handlu. Zdrożała bawełna - najważniejszy dla łódzkich zakładów surowiec. Podrożał również węgiel kamienny. Przedsiębiorcom zaczęło brakować gotówki.Wzrosło oprocentowanie kredytów i stały się one mniej dostępne. Dla łódzkich fabrykantów był to cios dotkliwy, zważywszy że większość z nich miała majątki ulokowane w budynkach, maszynach oraz surowcach, a na bieżące wydatki posiadała weksle. Teraz wartość tych papierów drastycznie spadła, w handlu zaczęła się liczyć gotówka. Nic dziwnego, że wielu przemysłowców z dnia na dzień straciło zdolność opłacania bieżących kosztów biznesu.

Generalnie spadło zaufanie do papierów, w handlu niechętnie przyjmowano banknoty, a na rynku zaczęło brakować bilonu. Z powodu braku drobnych monet w kasie naczelnik poczty 4 sierpnia poinformował  interesantów, że od dnia następnego wydawane będą tylko wkłady 100-rublowe, gdyż tylko takie banknoty poczta posiada. Dyrekcja tramwajów zagroziła, że będzie zmuszona wstrzymać ruch na wszystkich liniach, jeśli nadal pasażerowie będą płacić banknotami i żądać od konduktorów wydawania reszty bilonem. W tramwajach dochodziło do scysji z pasażerami nie posiadającymi 5 kopiejek na bilet. 5 sierpnia "Rozwój" przedstawił zajście, które nazwał wprost "łajdactwem":
W dniu wczorajszym do jednego z tramwajów wsiadł jakiś osobnik, który dał konduktorowi, żądającego odeń pieniędzy za bilet banknot sturublowy, żądając reszty 99 rb. 95 kop. Konduktor nie posiadał tak wielkiej kwoty, przeto poprosił pasażera o opuszczenie wagonu. Pasażer, zamiast spełnić to żądanie, począł się awanturować i znieważył konduktora. Wezwano policyę, która podczas rewizyi osobistej znalazła przy awanturniczym pasażerze wiele banknotów 10, 25, 3 i jednorublowych oraz 25 rubli srebrem. Zarządzona następnie rewizya w mieszkaniu aresztowanego wykryła około tysiąca rubli srebrnych, które skonfiskowano dla wymiany w drobnych sklepikach, właściciela zaś pociągnięto do odpowiedzialności administracyjnej...
Tramwajarze rychło uporali się z problemem. Wprowadzono zasadę wydawania reszty biletami o wartości 5 kopiejek. Od tej pory pasażer, który płacił grubszym nominałem dostawał odpowiednią za tę sumę liczbę biletów. Nieważne czy ich potrzebował.

W sprawie pieniędzy zabrał wreszcie głos naczelnik garnizonu generał-major Wasiljew.
Szkodliwi ludzie rozpowszechniają fałszywe pogłoski o obniżeniu państwowych papierowych pieniędzy, aby tym sposobem skupić je za bezcen. Niniejszem ogłaszam, że szerzyciele tych fałszywych pogłosek, jak również i ci, którzy przeszkadzają jakimbądź sposobem swobodnemu kursowi papierowych pieniędzy i brzęczącej monety, będą pociągani do najsurowszej odpowiedzialności według praw stanu wojennego - wyjaśniał i ostrzegał generał w specjalnym rozporządzeniu.
Sytuację pieniężną dodatkowo komplikowało wstrzymanie, tuż po mobilizacji, przez rosyjski Bank Państwa wykupu weksli oraz zawieszenie przez Państwową Kasę Oszczędności wypłat gotówkowych. Prywatne banki i towarzystwa kredytowo-pożyczkowe z kolei wypłacały tylko do 10 procent wkładu. 2 sierpnia carski ukaz zniósł na czas wojny ("aż do ukończenia okoliczności okresu wojny", jak podano) urzędowe terminy protestu weksli. Robiąc dobrze dłużnikom, pogrążono ich wierzycieli, którzy mogli teraz czekać na spłatę do "świętej Nigdy". Problem braku gotówki połowicznie udało się rozwiązać dopiero w drugiej połowie sierpnia, kiedy staraniem Głównego Komitetu Obywatelskiego uruchomiono emisję lokalnych bonów pieniężnych.

odezwa bony sierpień 1914
Szybko pojawił się też w mieście problem braku rąk do pracy, spowodowany przed pobór mężczyzn do wojska oraz kłopoty z transportem, bo najlepsze konie też poszły do armii. Z powodu powołania rezerwistów wiele zakładów nie mogło utrzymać właściwego cyklu produkcji, nawet w tramwajach miejskich ograniczono liczbę kursów, czego efektem był nadzwyczajny ścisk na niektórych trasach. Zniecierpliwieni pasażerowie na łamach prasy proponowali, aby w miejsce powołanych do armii, zatrudniać ich żony...

Wypowiedzenie wojny i mobilizacja nie mogły nie wpłynąć na zaopatrzenie w żywność. Od pierwszych dni sierpnia rosły ceny na targowiskach. Jak podawał wspomniany już K. Kowalczyński w książce "Łódź 1914. Kronika oblężonego miasta", sprzedający na targowiskach pozwalali sobie na wygłaszanie do kupujących takich optymistycznych dla siebie prognoz:
Przyjdo jeszcze takie czasy, że złotym bedzieta nam płacić za kartofle, pierścionki bedzieta przynosić!
I w tej sprawie próbował działać generał-gubernator Wasiljew. 6 sierpnia "Rozwój" informował, że komendant
polecił policmajstrowi miasta podjąć środki obrony przed łotrzykami, którzy rabują włościan wiozących produkty spożywcze na targi miejskie oraz poczynić kroki ku zabezpieczeniu normalnego zaopatrywania targów miejskich w produkty wiejskie bezpośrednio, ażeby przekupnie i handlarze nie skupowali poza krańcami miasta przywożonych wiejskich artykułów spożywczych, które później sprzedają mieszkańcom miasta po cenach wygórowanych.
Urzędowa walka z "łotrzykami" chyba nie była dość skuteczna, bo wkrótce zaopatrzeniem w żywność zaczął też zajmować się wspomniany wyżej Główny Komitet Obywatelski. Udało mu się uzyskać zezwolenie władz wojskowym i administracyjnych na zbieranie funduszy i organizowanie pomocy biedniejszym mieszkańcom Łodzi. Miał otwierać tanie jadłodajnie oraz ustalać uczciwe ceny na podstawowe produkty potrzebne do życia, jak chleb, węgiel, nafta... 7 sierpnia Komitet uregulował ceny najważniejszych artykułów:
    kolejka po mąkę łódź
  • słonina - 28 kopiejek za funt**
  • smalec - 32 kopiejki
  • kiełbasa zwyczajna - 28 kopiejek
  • kiełbasa "lepsza" - 32 kopiejki
  • kiełbasa koszerna - 45 kopiejek
  • baleron -28 kopiejek
  • mięso wołowe - 22 kopiejki
  • mięso cielęce20-24 kopiejki
  • mięso baranie - 18-20 kopiejek
  • mięso wieprzowe - 21 kopiejek
  • schab - 28 kopiejek
  • mleko - 8 kopiejek za kwartę
  • masło kuchenne - 55 kopiejek
  • masło śmietankowe - 60 kopiejek
  • chleb razowy - 4 kopiejki za funt
  • chleb ciemny - 4,5 kopiejki
  • chleb biały - 5 kopiejek
  • mąka żytnia - 5 kopiejek za funt
  • mąka pszenna - 6-8 kopiejek
  • sól - 2,5 kopiejki
  • kasza gryczana - 6 kopiejek
  • kasza jęczmienna - 7 kopiejek
  • kasza perłowa - 8 kopiejek
  • kasza jaglana - 6 kopiejek
  • fasola - 8 kopiejek
  • cukier kryształ - 13 kopiejek
  • cukier kostka - 15 kopiejek
  • ćwiartka kartofli - 50-60 kopiejek (prawdopodobnie chodziło o ćwierć korca, tj. 32 litry)
  • nafta - 12 kopiejek za kwartę
  • węgiel kostka nr 1 - 1,60 rubla za korzec***
  • węgiel kostka nr 2 - 1,50 rubla
  • węgiel orzech nr 1 - 1,40 rubla
  • węgiel orzech nr 2 - 1,30 rubla

Pewnym zaskoczeniem dla łódzkiej prasy było wprowadzenie wojennej cenzury. Od wtorku, 4 sierpnia wszystkie gazety musiały uzyskiwać akceptację cenzora wojskowego. Dziennikarzom nie wolno było pisać samodzielnie o sytuacji na froncie, mogli  podawać tylko urzędowe komunikaty. Skutek był taki, że wiadomości z pola walki odtąd zawsze były lepsze niż sytuacja faktyczna i znacznie różniły się od tych, które podawały media z zaborów niemieckiego i austriackiego.

4 sierpnia łodzianie obserwowali nerwową i pośpieszną ewakuację wielu urzędów rosyjskich. Na dworcach kolejowych panował wzmożony ruch pociągów, odjeżdżających na wschód. Wyjeżdżały całe rodziny rosyjskich urzędników oraz tony dokumentów zapakowane w skrzynie. Ewakuowała się nawet komisja mobilizacyjna, nie dokończywszy rejestracji przybyłych poborowych. W sumie do armii rosyjskiej wcielono 15 000 łodzian, dla reszty zgłaszających się nie starczyłoby już mundurów, broni i prowiantu. Wyglądało na to, że Rosjanie nie widzieli wielkich szans na utrzymanie Łodzi. Z zachodu dotarły już informacje o dramatycznej sytuacji w zajętych przez Niemców miastach na zachodnich rubieżach.

Niedogodności, których w pierwszych dniach sierpnia zaznali łodzianie, były bowiem niczym wobec tego, co spotkało mieszkańców miast przygranicznych: Częstochowy i Kalisza. Częstochowa, znajdująca się w tej samej co Łódź guberni piotrkowskiej, była oddalona zaledwie o 30 km od zachodniej granicy. Wkrótce po wypowiedzeniu wojny przez Niemcy miasto pośpiesznie opuściły wojska rosyjskie. Zostawiły w magazynach znaczną ilość broni i zaopatrzenia, ale wysadziły w powietrze mosty i wiadukty, paraliżując w ten sposób komunikację. 3 sierpnia 1914 roku do miasta wjechał rozpoznawczo podjazd złożony z 50 strzelców, a następnie wkroczyły bataliony rezerwowe z Korpusu Landwehry Woyrscha. Wojsko zatrzymało się blisko klasztoru, obok pomnika cara Aleksandra II. Posterunki wojskowe wystawiono na dworcu kolejowym, przy poczcie i na wałach Jasnogórskich.

częstochowa 1914
Początkowo w mieście było spokojnie, ale 7 sierpnia zaczęły się szykany wobec mieszkańców i klasztoru. Wieczorem doszło na ulicy Kordeckiego do potyczki pomiędzy pijanymi Niemcami, która kilku z nich kosztowała życie. Winą za ich śmierć obarczono mieszkańców miasta. Ostrzelano domy przy ulicy Siedmiu Kamienic, a kilkanaście osób rozstrzelano. Dowódca pułku dragonów, otoczył Jasną Górę i rozkazał rewidowanie w klasztorze. Delegacji obywateli miasta oświadczył, że musi zrobić spis skarbów klasztornych i wszystko pozostanie na miejscu, o ile mieszkańcy zachowają spokój. Na Jasnej Górze odbyła się potem wielka orgia, podczas której niemieccy żołdacy zgwałcili wiele kobiet i dziewcząt. Zebrali je w mieście, pod pretekstem jakichś robót w klasztorze, wybierając oczywiście młode i bardziej urodziwe.

Następnego dnia nastąpiły masowe aresztowania, część więźniów rozstrzelano pod Jasną Górą, a część wywieziono do Niemiec. Na miasto nałożono kontrybucję 20 000  rubli (niektóre źródła podają, że było to 200 000, ale wydaje się to kwota bardzo wygórowana nawet jak na apetyty niemieckich żołdaków) i zagrożono powtórzeniem represji, w razie kolejnych "napaści" na żołnierzy". Ponadto około tysiąca osób wysłano do Rzeszy na przymusowe roboty.

Jeśli można mówić o terrorze, szykanach i gwałtach w Częstochowie, to wypadki kaliskie wypada nazwać po prostu zagładą. Tu również wojenna hekatomba rozpoczęła się niewinnie. Rosyjska administracja i wojsko opuściły Kalisz rano w niedzielę, 2 sierpnia. Część dokumentów zabrano, część spalono. Spalono także pieniądze papierowe. Przed odjazdem zniszczono mosty i skład komory celnej. Na miejscu pozostała policja, w której w większości służyli Polacy. Według jednego ze świadków pierwszy żołnierz niemiecki pojawił się tu w niedzielę około godziny 2 po południu. Godzinę później wjechał do miasta cały patrol w sile 8 konnych. Wkrótce przybyło więcej takich patroli, więc prezydent miasta, Bronisław Bukowiński wyszedł na rogatkę z białą flagą i poddał miasto pierwszemu napotkanemu oficerowi.

Wojsko niemieckie na noc opuściło miasto, wróciło dopiero w poniedziałek rano. Cały dzień panował spokój, dopiero późnym wieczorem przydarzył się fatalny w skutkach incydent. Doszło do strzelaniny na skrzyżowaniu ulic Kazimierzowskiej i Śródmiejskiej, w której zginęło 6 niemieckich żołnierzy oraz 21 cywili. Późniejsze śledztwa nie wykazały, aby ludność Kalisza brał udział w wymianie ognia, że najprawdopodobniej przypadkowo ostrzelały się patrole pruskie. Mówiło się także o prowokacji przeprowadzonej przez samych Niemców. Spanikowani żołnierze zaczęli na oślep strzelać na ulicach i do okien, nierzadko do swoich kolegów...

Nazajutrz na murach miasta ukazało się obwieszczenie majora Preuskera - komendanta miasta, w którym oskarżył kaliszan o podstępny napad.
Do magistratu miasta Kalisza!

Ponieważ nocy bieżącej dano z domów kilka wystrzałów do załogi miasta Kalisza, ustają wszystkie względy wobec ludności. Zakazuję wszelkiej komunikacji z prowincją i znoszę wszystkie listy żelazne. Wszystkie restauracje mają być zamknięte, z wyjątkiem hotelu Europejskiego, który uważać należy za moją kwaterę. Wzbrania się zatrzymywania się na ulicach i placach. Nieprzestrzeganie rozkazów wojskowych karze się śmiercią. Aresztowanych dzisiejszej nocy 6 obywateli zostaje pod moją władzą. Przy najmniejszym oporze będą rozstrzelani. Jako karę za zajścia dzisiejszej nocy zapłaci miasto do godziny 5 po południu 50.000 rubli. Na wypadek powtórzenia się nowych rozruchów ze strony mieszkańców, każdy dziesiąty obywatel zostanie rozstrzelanym. Od godziny 8. dzisiaj wieczorem muszą wszystkie domy być zamknięte i wszystkie okna oświetlone. Magistrat ma - natychmiast postarać się o opublikowanie tego obwieszczenia. Zabraniam wydawania gazet.
kalisz 1914
 Chociaż okup został zapłacony i kaliszanie dostosowali się do rygorów, nic to nie pomogło. Podczas trzytygodniowego ostrzeliwania i podpalania miasta zniszczeniu uległo ponad 400 budynków mieszkalnych, 9 zakładów przemysłowych i kilka budynków użyteczności publicznej, m.in. ratusz i teatr. Straty oszacowano na gigantyczną kwotę 33,6 mln rubli. Przed wybuchem wojny Kalisz miał około 65 tysięcy mieszkańców, po sierpniowej zagładzie zostało ich tylko około 5 tysięcy. W ten sposób niemiecka armia rozpoczęła niesienie swojej "misji wyższej cywilizacji" na zacofany wschód.

6 sierpnia 1914 roku w guberni kieleckiej miało miejsce wydarzenie, które później zostanie uznane za milowy krok ku odzyskaniu polskiej państwowości. Pierwsza Kompania Kadrowa, utworzona w Krakowie przez Józefa Piłsudskiego, przekroczyła granicę austriacko-rosyjską. Pododdział piechoty liczący niespełna 170 żołnierzy polskich miał wywołać antyrosyjskie powstanie w Królestwie Kongresowym. Jednak ludność Kielecczyzny nie kwapiła się do walki w sojuszu z zaborcami, którzy masakrowali Polaków i polskie miasta w sąsiednich guberniach. Zwyciężył zdrowy rozsądek, którego zwykle w trudnych momentach Polakom brakowało. A może zadziałały też apele o rozwagę ogłaszane często przez prasę. Na przytoczenie z pewnością zasługuje tu krótki artykuł redaktora "Rozwoju", Stanisława Łąpińskiego, opublikowany 7 sierpnia 1914 roku:
Wobec ciężkich chwil, jakie przeżywamy, wskazanem jest dla każdego, serdecznie miłującego swą ojczyznę, czy to będzie mąż dojrzały, czy też, dorastające pacholę, za wszelką cenę zachować spokój, rozwagę, zimną krew.
Nic nie poczynać pod wrażeniem chwili, a zwłaszcza pod wrażeniem krążących po mieście wieści, nieuzasadnionych. Ktokolwiek bowiem, choćby w najlepszych intencyach, spełni czyn nierozważny, będzie nie dobrym synem ojczyzny, nie gorącym patryotą, ale zdrajcą własnego narodu i jego katem.
Kobiety polskie, znane ze swego patryotyzmu, powinny czuwać nad młodzieżą, nawołując ją do spokoju i rozwagi, trzeźwić, prosić i zaklinać, aby nie dawano ucha podszeptom lekkomyślnym.
Zachowajmy powagę i godność, znamionujące polityczną dojrzałość narodu.
Nadejść mogą dni stokrotnie cięższe, wymagające wielkiej rozwagi, dni decydujące o naszym bycie.
Nikt nie ma prawa brać na siebie odpowiedzialności za skutki nierozważnych czynów, spełnionych choćby z najlepszą wolą, albowiem jest odpowiedzialność straszliwa za tych, którzy mogliby srogo pokutować bez winy, karani solidarnie za postępki ludzi mało poczytalnych.
Mamy przerażający przykład przed oczyma. Gromadka spiskowców zamordowała austryackiego następcę tronu. Czyż pomyśleli, że niezawisłość ojczyzny swojej, Serbii, że krew i mienie tylu jej synów stawiają na kartę?
 Kto jeszcze w początkach sierpnia miał problem z wyobrażeniem sobie tej wojny mógł sięgnąć po literaturę. Dziennik "Rozwój" zachęcał do zakupu książek o wiele mówiących tytułach "Nowy Napoleon" i "Do krwawej nocy".

* * * 
* W Rosji do 1918 roku liczono czas według kalendarza juliańskiego - 18 lipca 1914 starego czasu oznacza 31 lipca nowego.
** funt = 0,406 kg
*** korzec = 4 ćwierci = 128 litrów

Bibliografia:
Prasa lokalna

Krzysztof R. Kowalczyński - Łódź 1914. Kronika oblężonego miasta

niedziela, 3 sierpnia 2014

My chcemy wojny!

Od soboty unosi się widmo wojny nad Europą, które jak potworny nietoperz, olbrzymie swoje skrzydła to zupełnie rozpościera, zaciemniając widnokrąg, to znowu nieco je ściąga i wtedy przepuszcza błyski nadziei pokoju.
Lipiec 1914 roku - ostatni miesiąc starej Europy. Potem już nic nie będzie takie samo. Podręczniki historii okres od zamachu w Sarajewie do wybuchu wojny zwykle pomijają, jako mało istotny. Tymczasem pomiędzy 28 czerwca a 28 lipca 1914 miały miejsce wydarzenia, które dramatycznie wpłynęły na losy Europy i świata. I nie chodzi tu tylko o austriackie ultimatum wobec Serbii i serbską na nie odpowiedź.

sarajewo pocztówka

Po zabójstwie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego małżonki w dyplomacji europejskiej zapanowała nerwowa atmosfera. Niezależnie od panujących upałów, gorączka polityczna udzieliła się tłumom nasiąkniętym nacjonalistyczną propagandą. Mało kto sądził jednak, że już za chwilę dojdzie do niespotykanej rzezi i niesłychanych zniszczeń na kontynencie, który wydawał się pionierem cywilizacji, kultury i postępu w świecie. Spodziewano się co najwyżej kolejnej lokalnej wojny bałkańskiej.

W Sarajewie (czy Serajewie, jak wtedy mówiono) prowadzono intensywne śledztwo. Szybko wyszło na jaw, że za zamachem stała nie tylko nacjonalistyczna serbska organizacja "Czarna ręka", ale i przedstawiciele serbskich służb rządowych. Gawriło Princip (początkowo gazety podawały nazwisko Princzicz) zeznał, że nie tylko broń i bomby, ale i pieniądze na zamach dostał w Białogrodzie (jak wtedy nazywano w Polsce Belgrad). Ustalono również, że kule, których zamachowiec użył należały do rodzaju eksplodujących tzw. dum-dum, zakazanych przez konwencję haską, nie dających ofierze szans na przeżycie.


Okazało się również, że Sarajewo i okolice były naszpikowane serbskimi bombami. Gdyby Princip nie zastrzelił pary arcyksiążęcej w samochodzie, czekały na nią bomby podłożone w wielu miejscach, między innymi na torach kolejowych, a nawet w rezydencji gubernatora. Zamachowcy zeznali, że otrzymali 6 bomb (prawdopodobnie były to ręczne granaty) i 6 rewolwerów od serbskiego urzędnika. Bomby mieli rzucić jednocześnie, aby zabić jak najwięcej osób i wywołać panikę. Ustalono, że po akcji wszyscy zażyją cyjanek, który też otrzymali w Belgradzie. Główny "bohater", Princip chętnie składał wyjaśnienia. Był dumny ze swojego "dzieła", ale czuł się oszukany przez wspólników, którzy nie wykonali należycie zadania. Poza tym sądził, że wkrótce po zamachu do Bośni wkroczą serbskie wojska, a jego czyn bardzo przysłuży się ojczyźnie. W każdym razie, takie wizje mieli przed nim roztaczać belgradzcy organizatorzy.

Podejrzenia śledczych wzbudziła praca policji bośniackiej, której funkcjonariusze o serbskiej narodowości zadziwiająco lekceważąco podchodzili do swoich obowiązków. Robili wszystko, aby nie utrudnić roboty zamachowcom. Komisarz policji, który odpowiadał za bezpieczeństwo pary arcyksiążęcej podczas wizyty w Sarajewie, popełnił samobójstwo w godzinę po zamachu.

Natychmiast po zbrodni w Austro-Węgrzech nastąpił gwałtowny wzrost antyserbskich nastrojów. Na ulice wyszli mieszkańcy wielu miast, demonstrując swój gniew wobec Serbów oraz poparcie dla rządu i cesarza. W niektórych miejscach wystąpienia te przekształciły się zamieszki, których ofiarami padli obywatele narodowości serbskiej. Tłumy Chorwatów i bośniackich muzułmanów upodobały sobie szczególnie sklepy i bogatsze serbskie domy. W Sarajewie, według niektórych relacji, w serbskiej dzielnicy nie ostał się po tych wydarzeniach ani jeden cały dom, a po ulicach walały się gruzy z rozbitych sklepów, fragmenty mebli, resztki ubrań i inny mniej wartościowy dobytek serbskich mieszkańców. Kompletnie zdemolowano między innymi hotel "Evropa" należący do Gligorije Jeftanovića, serbskiego polityka, teścia posła Serbii w Petersburgu.

sarajewo 1914

Podczas zajść wielu Serbów napadnięto i pobito. Co do ofiar śmiertelnych, źródła podawały zupełnie rozbieżne liczby. Według współcześnie dostępnych nam informacji, w samym Sarajewie śmierć poniosło dwóch Serbów, ale 100 lat temu niektóre źródła przyjazne Serbii i Rosji podawały, że zabito wtedy nawet około 200 osób. Być może ta liczba ofiar dotyczyła całej Bośni-Hercegowiny wraz z terenem dzisiejszej Chorwacji. Antyserbskie manifestacje i pogromy miały przecież miejsce nie tylko w Sarajewie i Zagrzebiu, ale także w wielu innych większych austro-węgierskich miastach.W podburzaniu tłumu miała znaczący udział prasa rządowa i katolicka, które powielały plotki, jakoby wszyscy Serbowie posiadali ukryte bomby. Na ulicach rozwieszano odezwy wzywające do pogromu Serbów. Lokalne władze i  policja nie reagowały, a o podburzanie do antyserbskich wystąpień oskarżano nawet Oskara Potiorka, austro-węgierskiego gubernatora prowincji Bośni i Hercegowiny.

oskar potiorek
Zamieszki w Bośni na bieżąco relacjonowały polskie gazety we wszystkich zaborach. Krakowski "Czas" oceniał, że antyserbskie demonstracje „zrodziły się z ogromnego etycznego i ludzkiego rozgoryczenia katolickiego i mahometańskiego obywatelstwa” i z tego powodu wojsko austriackie musiało postępować bardzo ostrożnie. Nie mogło przecież surowo tłumić wystąpień tłumu z pobudek patriotycznych. Agresywni Bośniacy skwapliwie z tego korzystali, rabowali bezczelnie serbskie sklepy, a gdy tylko nadeszło wojsko, śpiewali hymn cesarski i pokazywali portret cesarza.

Odnotowano również demonstrację serbską. 1 lipca Serbowie sarajewscy zgromadzili się, aby pokazać swoją siłę Chorwatom. Jak relacjonowała prasa, demonstranci mieli krzyczeć: "Nie boimy się was. Za kilka dni przyjdą tu wojska serbskie i pomszczą nasze krzywdy. Przyjdą i zajmą te rdzennie serbskie ziemie!" Bośniaccy Serbowie czuli poparcie swoich rodaków zza pobliskiej granicy. W Belgradzie i innych miastach Serbii na porządku dziennym były manifestacje antyaustriackie. Dopiero kiedy zamieszki w Bośni wymknęły się spod kontroli władze Austro-Węgier wprowadziły stan wyjątkowy i sądy doraźne. Karano jednak głównie Serbów.

W Wiedniu było mniej dramatycznie, ale może dlatego, że w pobliżu nie było wielu Serbów. "Nowa Gazeta Łódzka" informowała 1 lipca 1914:
Wiedeń. Wczoraj koło 9 wieczorem odbyły się burzliwe demonstracje przed poselstwem serbskim. Demonstranci wołali: "Niech żyje Austrja, niech żyje dynastia Habsburgów, precz z Serbią, precz z królem Piotrem, zdrajcą i mordercą." W pewnej chwili pojawiła się nad głowami tłumu trikolora serbska  i została momentalnie rozszarpana wśród dzikich okrzyków patrjotycznych. W poselstwie widoczne nie było nikogo, gdyż światła nie były zapalone. Następnie demonstranci udali się pod pomnik Schwartzenberga, gdzie przygodni mówcy wygłosili szereg płomiennych mów podburzających przeciwko Serbii.
Tydzień później w podobnym tonie relacjonował kolejne wiedeńskie demonstracje krakowski "Ilustrowany Kurier Codzienny":
My chcemy wojny. Wiedeń. W sali ratuszowej odbyło się wczoraj liczne zgromadzenie katolickiego związku ludowego. Przemawiali między inemi hr. Trautmannsdorf i redaktor „Reichspost". Po zgromadzeniu odbył się pochód pod pomnik 4 pp. Po drodze tłum wznosił okrzyki przeciw Serbii, domagając się wojny ze Serbią.

Rząd Austro-Węgier już 30 czerwca wydał oświadczenie, w którym informował, że w zamachu brały udział zagraniczne siły i, że w tej sytuacji będzie on działał stanowczo, nie okaże słabości:
Przyszłe dni i tygodnie muszą wykazać, czy uznaje się wszędzie obowiązki jakie podobna zbrodnia nakłada rządom zagranicznym wobec irydentystycznych* podburzań i spekulacji. Dalsza polityka Austro-Węgier zależeć będzie od od tego jak się miarodajne czynniki wchodzącej w rachubę zagranicy załatwią z tym obowiązkiem i żadna próba zastraszenia nie powstrzyma jej od tego, by poczynić zarządzenia, które uważać będzie za potrzebne dla ochrony swych krajów..."
Cesarz Franciszek Józef wysłał 2 lipca list do cesarza Niemiec Wilhelma II, w którym informował o powadze sytuacji i konieczności podjęcia zdecydowanych działań przeciw serbskim spiskowcom. 5 lipca Wilhelm II odpowiedział oficjalnie ambasadorowi C.K. Monarchii, hrabiemu Szogeny-Marichowi, że Niemcy z całą pewnością nie opuszczą sojusznika, nie zostawią Austro-Węgier bez pomocy, choćby akcja przeciw Serbii miała wywołać wojnę europejską.

pogrzeb arcyksięcia Franciszka Ferdynanda

4 lipca w Artstetten (ok. 60 km na zachód od Wiednia) odbył się pogrzeb arcyksiążęcej pary. Wbrew oczekiwaniom, miał on charakter bardzo skromny, nie było pocztów sztandarowych i tak wielkiej liczby orkiestr i biskupów, jak w przypadku pochówku każdego innego Habsburga. Niechęć dworu cesarskiego do następcy tronu, z powodu jego trudnego charakteru i mezaliansu, jaki popełnił żeniąc się ze zwykłą hrabianką, spowodowały, że nie dopuszczono do udziału w uroczystościach monarchów europejskich. Tym samym nie wykorzystano okazji do izolacji politycznej "Serbów-królobójców" na arenie międzynarodowej.

Cesarsko-królewski rząd 7 i 8 lipca debatował nad podjęciem konkretnych działań przeciw inspiratorom zamachu. Uznając za udowodnione, że źródło spisku znajdowało się w Belgradzie, ministrowie postanowili przedstawić rządowi belgradzkiemu wyniki swojego dochodzenia oraz stanowczo zażądać od Serbów przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie, ukarania winnych oraz ukrócenia antyaustriackiej propagandy. Prawdopodobnie w tym pierwszym wystąpieniu do rządu w Belgradzie, mimo takich zapowiedzi, nie zdecydowano się na żądanie dopuszczenia austriackich organów śledczych do pracy na terytorium Serbii. Gdyby Serbia odpowiedziała odmownie, grożono zerwaniem stosunków dyplomatycznych. Cesarz zaakceptował decyzje rządu, a poseł austro-węgierski w Belgradzie baron Giesl von Gieslingen miał je przedstawić rządowi serbskiemu.

Wśród grupy ostrożnych polityków CK Monarchii, którzy nie chcieli, aby światowa opinia oskarżyła ich o eskalację konfliktu,  panował w tej sprawie umiarkowany optymizm. Niepokoiła za to wroga postawa serbskiej prasy, która w większości pochwalała zamach i podszczuwała nastroje antyaustriackie. Belgradzka "Stampa" oskarżając władze CK (poniekąd słusznie) o ukrywanie zamieszek antyserbskich w Bośni, podawała, że było tam ok. 10 000 rannych lub zabitych. "Krwiożercze Austro-Węgry chciały pić krew serbską i piły ją", "Nikt w Bośni i Hercegowinie nie kocha tego paskudztwa, które się nazywa Austryą" - podburzała czytelników.

baron_giesl
Kiedy wydawało się, że sytuacja jest w miarę opanowana, pojawiły się nowe, niespodziewane okoliczności. Otóż rosyjski ambasador w Wiedniu, Mikołaj Szebeko, zaoferował ministrowi spraw zagranicznych, hrabiemu Berchtoldowi, pomoc w zażegnaniu konfliktu z Serbią. Pośrednikiem i negocjatorem miał być słynny z antyaustriackich intryg poseł rosyjski w Serbii, Mikołaj Hartwig. Wobec takiej propozycji Austriacy wstrzymali ustalone wcześniej kroki dyplomatyczne.

Do spotkania posła austriackiego, barona Giesla z Hartwigiem doszło 10 lipca 1914 roku. Ich rozmowa w gmachu poselstwa austriackiego w Belgradzie miała być ważnym krokiem ku zmniejszeniu napięcia. Stało się jednak inaczej.  W trakcie spotkania Rosjanin nagle poczuł się słabo i zmarł wskutek udaru serca. Śmierć Hartwiga w siedzibie austriackiego poselstwa narodowcy serbscy uznali za mord polityczny. Po Belgradzie krążyły plotki, że otruto go herbatą, mimo iż rządowe media to zdementowały. Rokowania austriacko-serbskie zostały w tej sytuacji odroczone. Zamiast uspokojenia doszło do dalszego podgrzania atmosfery.

Mikołaj Hartwig był ulubieńcem serbskich nacjonalistów. Dzięki jego działaniom Serbia wiele zyskała w wojnach bałkańskich i mogła się rozwijać idea "Wielkiej Serbii" - sojuszniczki Rosji. Mówiło się nawet, że właśnie jego dziełem był, snujący się gdzieś po europejskich gabinetach, plan rozbioru Austro-Węgier. Śmierć Hartwiga w tak ważnym momencie i w takich okolicznościach właściwie przekreśliła szanse na pokojowe rozstrzygnięcie konfliktu. Wojenne frakcje w obu krajach złapały wiatr w żagle...

14 lipca napięcie stosunków austriacko-serbskich wchodzi w tak ostrą fazę, że możliwe są już wszelkie dramatyczne scenariusze. Rząd w Belgradzie nie jest w stanie zahamować parcia serbskiej opinii publicznej do wojny. Prasa belgradzka otwarcie prorokuje, że Austria wiecznie w Bośni siedzieć nie będzie... Nienawiść do Austrii jest tak wielka, że rozpuszczona przez kogoś plotka o planowanej rzezi poddanych austriackich dla wszystkich wydaje się prawdopodobna. Szef policji granicznej w Zemunie opowiadał, że otrzymał z Belgradu informacje o serbskich planach wymordowania 600 poddanych węgierskich. Powstała panika wśród obywateli austriackich w Belgradzie, większość z nich uciekła do pobliskiego Zemunu, który był już po drugiej stronie granicy. Wkrótce pojawiła się nieoficjalna groźba zamachu na austriackie poselstwo w Belgradzie. Poseł Giesl poinformował o tym premiera Serbii Pasicza i na skutek decyzji rządu serbska policja wzmocniła ochronę budynku poselstwa.


Mimo wszystko wydawało się jeszcze, że do wojny nie dojdzie. Dla europejskiej opinii publicznej dowodem na to, że pokój w Europie utrzyma się, była akcja żniwna: jak co roku żołnierze austro-węgierscy dostali urlopy na czas zbiorów. Działo się to w czasie, kiedy politycy w Wiedniu mozolili się nad ostateczną wersją ultimatum, jakie przedstawią Serbii. Miało być na tyle stanowcze i obraźliwe dla Serbów, by nie mogli go przyjąć w całości, ale na tyle dyplomatyczne, żeby wina za rozpętanie ewentualnej wojny nie spadła na Austro-Węgry.

Wydawało się, że ich plany zostaną w zupełności zrealizowane. Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami poseł C.K. baron Wladimir Giesl von Gieslingen w czwartek, 23 lipca  o godzinie 18, złożył notę z tekstem ultimatum ministrowi skarbu w rządzie serbskim. Nota składała się z części wstępnej oraz  dziesięciu postulatów rządu austro – węgierskiego, niepodlegających negocjacji. W części wstępnej rząd Austro-Węgier przypominał Serbom o deklaracji z 31 marca 1909 roku, w której uznali austriacką aneksję Bośni za niezagrażającą ich interesom oraz poinformował o wynikach śledztwa w sprawie zamachu w Sarajewie, które wykazało, że na terenie Serbii działają bez przeszkód ruchy wywrotowe dążące do oddzielenia części terytorium Monarchii Austro-Węgierskiej. Żeby położyć temu kres, rząd wiedeński zażądał od rządu serbskiego zobowiązania się do stłumienia takiej działalności i niezwłocznego ogłoszenia następującej deklaracji:
Królewski Rząd Serbii potępia propagandę skierowaną przeciwko Austro-Węgrom, to jest całość działań, których ostatecznym celem jest oddzielenie od Monarchii Austro-Węgier terytoriów, które do Niej należą, i szczerze żałuje strasznych konsekwencyj tych kryminalnych transakcyj. Królewski Rząd Serbii wyraża ubolewanie, że oficerowie i urzędnicy serbscy brali po części udział we wspomnianej wyżej propagandzie i w ten sposób zagrozili przyjaznym i życzliwym stosunkom, do kultywacji których Królewski Rząd uroczyście się zobowiązał swoimi deklaracjami z 31 marca 1909 roku. Królewski Rząd, który nie pochwala i odpiera każdy pomysł i każdą możliwość wtrącania się do losów ludności jakiejkolwiek części Austro-Węgier, wyraża ubolewanie, gdyż jest jego najbardziej wyraźnym obowiązkiem zwracać uwagę na oficerów, urzędników i całej ludności królestwa, że na przyszłość będzie kontynuował najwyższą surowość w stosunku do osób, które staną się winne takich działalności, działalności do których zapobieganiu i tępieniu Rząd użyje wszelkich wysiłków.
Kolejne postulaty dotyczyły:
  1. konfiskaty publikacji wrogich Austro – Węgrom
  2. rozwiązania organizacji popularyzujących nienawiść wobec c. k. monarchii, a w szczególności "Narodnej Obrany"
  3. usunięcia ze szkół programów nauczania i osób siejących nienawiść do Austro – Węgier
  4. wykluczenia z wojska i administracji ludzi o antyaustriackich postawach
  5. umożliwienia współpracy organów rządu austriackiego w ściganiu zamachowców na terenie Serbii
  6. wszczęcia śledztwa przeciw osobom zamieszanym w zamach Sarajewski i pozwolenia uczestnictwa w jego udziale przedstawicielom monarchii habsburskiej
  7. aresztowania majora Vojislava Tankosića i Milan Ciganovića
  8. zakazu nielegalnego handlu bronią i ukarania winnych kontrybucji
  9. wyjaśnienia antyaustriackich wypowiedzi po zamordowaniu Franciszka Ferdynanda
  10. poinformowania Austro – Węgier o wykonaniu żądań.
Dalej, zgodnie z instrukcją z Wiednia, poseł Giesl ustnie poinformował serbski rząd, że na odpowiedź ma 48 godzin. Odrzucenie noty lub nie zadowalająca odpowiedź Serbii miała skutkować nie wojną, ale zerwaniem stosunków dyplomatycznych. Poseł austriacki miał  w takim przypadku wraz z personelem natychmiast opuścić Belgrad. Termin wręczenia ultimatum nie był przypadkowy. Miało ono dotrzeć do Serbów dopiero po zakończeniu wizyty francuskich władz w Rosji i uniemożliwić sojusznikom zajęcia wspólnego stanowiska w sprawie austro-węgierskich żądań.


"Europa znalazła się w wymiernej odległości od prawdziwego Armageddonu" - stwierdził po zapoznaniu się z notą austro – węgierską brytyjski premier Herbert Asquith. Część polityków europejskich zrozumiała, że Europa stanęła przed widmem wielkiej wojny. Dla dalszych losów kontynentu najważniejsza była teraz reakcja Niemiec i Rosji, poza Austro – Węgrami, mocarstw najbardziej zainteresowanych sprawą. II Rzesza zaproponowała "lokalizację” konfliktu czyli sprowadzenia go do lokalnego starcia pomiędzy Austro – Węgrami, a Serbią. Rosja zamierzała bezwzględnie poprzeć Serbię, sugerując jej przyjęcie większości słusznych postulatów austro-węgierskich, dotyczących walki z wielkoserbskim terroryzmem, a odrzucenie co najmniej punktów 5 i 6, jako godzących w niezawisłość kraju.

Zarówno rząd serbski, jak i panujący Karadziordziewiciowie nie mogli przyjąć w całości żądań Austrii, gdyż groziłoby to wybuchem buntu antyhabsburgsko nastawionej ludności oraz części wojska. Jednym zdaniem: Serbia musiała wybierać: upokorzenie, albo wojna. Wybrała wojnę. Jeszcze przed udzieleniem odpowiedzi na ultimatum (po południu 25 lipca) ogłoszono w Belgradzie powszechną mobilizację. Zarządzono również ewakuację Belgradu, rząd przeniósł się do odległego o 200 kilometrów Niszu. Mobilizację zaczęła także Rosja, na razie od korpusu kijowskiego.

Serbska odpowiedź na ultimatum dotarła do austro-węgierskiego posła Giesla na czas: dwie minuty przed godziną 18, 25 lipca 1914 roku. Wręczył ją sam premier Pasič. Serbowie sporządzili pismo niby dyplomatyczne i rzeczowe w treści, ale ironiczne i wymijające. Przyjmowali jakoby wszystkie warunki za wyjątkiem 5 i 6, ale w taki sposób, że dyplomacja w Wiedniu musiała ją uznać za szyderstwo. Zgodzili się na przykład na zwalczanie propagandy antyaustriackiej, lecz z powątpiewaniem, że coś takiego w ogóle ma miejsce w Serbii... To nie mogło zadowolić Austro-Węgier. Nie dopuszczenie cesarsko-królewskich przedstawicieli do udziału w śledztwie na terenie Serbii nie dawało żadnej gwarancji, że władze belgradzkie uczciwie wypełnią przyjęte postulaty. Wojna była już nieunikniona. Tylko cesarz Wilhelm II mógł naiwnie stwierdzić: "To wielkie moralne zwycięstwo Wiednia, teraz nie ma powodu do wojny".
Baron Giesl wkrótce po otrzymaniu odpowiedzi wsiadł do pociągu i opuścił Belgrad. Nie było już wątpliwości: Austro-Węgry zerwały stosunki dyplomatyczne z Serbią, wojna wisiała na włosku... 26 lipca ogłoszono w Wiedniu częściową mobilizację, a pełną mobilizację - w Czarnogórze.


Galicyjska "Nowa Reforma" 27 lipca tak oceniała prawdopodobieństwo wybuchu konfliktu, o parcie do niego oskarżając Serbię:
Od soboty unosi się widmo wojny nad Europą, które jak potworny nietoperz, olbrzymie swoje skrzydła to zupełnie rozpościera, zaciemniając widnokrąg, to znowu nieco je ściąga i wtedy przepuszcza błyski nadziei pokoju. Nadzieja ta — powiedzmy otwarcie — jest bardzo słaba. Austro-Węgry nie są z pewnością za wojną "a outrance"**, gdyby bowiem takie usposobienie panowało na Ballplatzu w Wiedniu, to po sobotniem odrzuceniu noty austro-węgierskiej przez Serbię, już gabinet wiedeński wypowiedziałby do dzisiaj wojnę, rzucając równocześnie nad Dunaj całe korpusy wojska. Wojny pragnie widocznie Serbia pod parciem oficerów, a wbrew lepszemu przekonaniu jej polityków, którzy już muszą chyba przewidywać pogrom kraju. Jak niepomyślnem jest wojskowe stanowisko Serbii wobec Austryi, świadczy fakt, że natychmiast po wyjeździe posła austryackiego z Belgradu, dwór serbski i wszystkie władze opuściły Belgrad, a nawet wojsko cofnęło się na południe w głąb kraju. Opuszczona i opustoszała stolica Serbii budzi grozę wśród ludności, która uważa to mimowoli za złą wróżbę.
Próbowano podejmować jeszcze działania w obronie pokoju. Rząd carski proponował Austrii negocjacje w sprawie serbskiej odpowiedzi na ultimatum, ale Wiedeń odmówił. Próbował także Wilhelm II, zwracając się do swych kuzynów: cara Mikołaja II i do króla Jerzego V. Nadzieją dla Europy miała być lokalizacja konfliktu, ograniczenie go do Austrii i Serbii. Jednak szybko okazało się to political fiction. Pozostawiona sama sobie Serbia poległaby szybko wobec znacznej przewagi militarnej CK Monarchii. Do tego nie mogła dopuścić Rosja, która znów musiałaby przełknąć gorzką pigułkę, jak 6 lat wcześniej, gdy Austria dokonała aneksji Bośni i Hercegowiny, nie licząc się z nikim. Także dla Francji porażka Serbii byłaby problemem. Choć politycy znad Sekwany powtarzali, że nie zamierzają narażać swego kraju dla serbskich interesów, to musieli przecież dbać o zainwestowane w tym kraju własne kapitały i narażać się na brak spłaty pożyczek udzielonych Serbom. Poza tym Francuzi nie widzieli możliwości pokojowego odzyskania swoich prowincji Alzacji i Lotaryngii, utraconych podczas wojny z Prusami w 1871 roku.

leopold berchold
Ostatnią nadzieją mógł być w tej sytuacji projekt brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Edwarda Greya. Deklarował on Niemcom niechęć Wielkiej Brytanii do wojny, lecz przestrzegał, że wojny nie da się zlokalizować, a jego kraj nie będzie wtedy stał na uboczu. Zaproponował Grey konferencję czterech mocarstw: Anglii, Francji, Niemiec i Włoch, która miałyby doprowadzić do pokojowego rozwiązania konfliktu. Niemcy odmówiły jednak udziału pod pretekstem, że nie wypada pozywać Austrii przed trybunał europejski, gdy to ona jest ofiarą (zamachu sarajewskiego).

Później okazało się, że Wilhelm II mógł odrzucić propozycję pokojową wskutek przekonania, że Wielka Brytania w razie wojny pozostanie neutralna. Taką informację otrzymał od swego młodszego brata, księcia pruskiego Henryka, który rozmawiał o tym z królem Wielkiej Brytanii, Jerzym V. Niefortunna rozmowa odbyła się 26 lipca i była jednym ważnych czynników, które zdecydowały o dalszych losach Europy i świata. Z powodu tej niefortunnej rozmowy Niemcy przez całą wojnę będą uważać Anglików za wiarołomnych zdrajców. W tym samym dniu w Petersburgu uchwalono rozpoczęcie mobilizacji wojsk na zachodzie i południu Rosji.

27 lipca już nikt nie miał złudzeń, rząd w Wiedniu ogłosił stan wyjątkowy w całej C.K. Monarchii. Zawieszono wolność osobistą i tajemnicę korespondencji, wprowadzono kontrolę połączeń telekomunikacyjnych oraz wzmocniono cenzurę mediów. Ponadto ustawy wyjątkowe doprowadziły do zamknięcia parlamentu i sejmów krajowych. Rozpoczęła się mobilizacja przeciw Serbii.

We wtorek 28 lipca rząd cesarsko-królewski ogłosił wypowiedzenie wojny wobec Serbii. Nota podpisana przez ministra Berchtolda brzmiała następująco:
Królewski Rząd Serbii nie odpowiedział w sposób satysfakcjonujący na notę z 23 lipca 1914 roku, przedstawioną przez austro-węgierskiego Ministra w Belgradzie. Cesarski i Królewski rząd jest zmuszony sam zajmować się ochroną swoich praw i interesów, i, co jest tego wynikiem, musi uciec się do siły broni. W rezultacie, Austro-Węgry uznają się odtąd za będące w stanie wojny z Serbią.
Te samego dnia następuje częściowe mobilizacje: rosyjska przeciw Austro-Węgrom oraz belgijska.


Do pierwszej potyczki zbrojnej w tej wojnie miało dojść 28 lipca koło Temesz-Kubin, gdzie wojska serbskie z parowców na Dunaju rzekomo ostrzeliwały wojsko austriackie. Później okazało się, że był to fakt medialny stworzony przez ministra Berchtolda, aby cesarz łatwiej dał się przekonać do zgody na wypowiedzenie wojny.

29 lipca wojska austriackie zaczynają działania wojenne, ostrzeliwując Belgrad znajdujący się po drugiej stronie Dunaju. Cesarz Franciszek Józef ogłasza manifest dla poddanych:
Manifest Najjaśniejszego Pana. W wielkiej historycznej godzinie Najjaśniejszy Pan zwraca się do swoich wiernych ludów, wzywa je do obowiązku, pełnego ofiar, odwagi, pogardy śmierci, celem utrzymania państwa. Zionący nienawiścią wrogowie Austrii nie chcieli uczynić zadość sprawiedliwym i umiarkowanym żądaniom Monarchii, nie chcą wyrazić żalu i dać rękojmię pokojowego sąsiedztwa. W tej sytuacji, według Najwyższej Woli, miecz ma powiedzieć ostatnie słowo. Ta narzucona Monarchii wojna jest dobra i sprawiedliwa, a błogosławieństwo Boże będzie po naszej stronie. Manifest cesarski znajdzie echo radosne w jednym, pełnym mocy, daleko brzmiącym okrzyku: Boże wspieraj ukochanego Cesarza, Boże ochroń drogą ojczyznę!

Bóg nie dosłyszał chyba próśb sędziwego cesarza, następnego dnia Rosja wypowiada Austro-Węgrom wojnę. Rozpoczyna się ostatni akt imperium Habsburgów....

* * *

*Irredenta, irredentyzm – ruch polityczny i społeczny, dążący do połączenia w jeden organizm państwowy ziem zamieszkiwanych przez podobne grupy etniczne.

**wojna w nadmiarze z użyciem maksimum środków, aż do założonego skutku - dość popularna filozofia wojenna przed I wojną światową.

niedziela, 20 lipca 2014

Wśród ciemnej nocy, co koń wyskoczy...

O tragicznych skutkach pewnego alarmu na granicy rosyjsko-austriackiej informowała 1 lipca 1914 roku "Nowa Gazeta Łódzka":

Na kordonie straży pogranicznej w Sierosławicach* zaszedł straszny wypadek. Straż została zaalarmowana podczas ciemnej nocy, więc z dwu posterunków popędzili ku sobie dwaj konni szeregowcy straży. W ciemności nastąpiło starcie obu jeźdźców, którego skutek był fatalny. Oba konie padły na miejscu, jeden z jeźdźców został zabity, drugi walczy ze śmiercią.
Nie znamy powodu wszczęcia tegoż alarmu, za to możemy sobie wyobrazić, jak nerwowo musiało być latem 1914 roku na granicy Królestwa z Galicją, skoro strażnicy skoczyli na koń w ciemną noc zapominając o jakimkolwiek oświetleniu...

* obecnie w gminie Nowe Brzesko, powiat proszowicki

czwartek, 17 lipca 2014

Złodziej w kroku skórą podszyty

Dawno, dawno temu z wieluńskiego więzienia uciekło dwóch młodych koniokradów. Wysłany za nimi list gończy zawierał niezwykle szczegółowe rysopisy. Robią wrażenie nawet po 200 latach... [Styl i ortografia oryginalne z roku 1815].
złodziej koni obraz
Prefekt Departamentu Kaliskiego. Wzywa wszelkie Władze w Departamencie, tuteyszym urzędujące, ażeby niejakiego Wawrzeńca Lipińskiego i Jerzego (Georga) Szwarc głównych złodziei o kradzież czterech koni obwinionych, z aresztu Sądu Policyji Prostey Powiatu Wieluńskiego przez wyłamanie się z więzienia zbiegłych, stosownie do poniżey umieszczonego opisu ściśle śledzić nieomieszkały, i w przypadku schwytania tychże pod bespieczną Strażą do Sądu pomienionego Policyj Prostey do Wielunia przez transport odesłały.

Wawrzeniec Lipiński jest rodem iak twierdził ze Szląska z Wsi Bogacza (Baumgarten) Krysu Lignickiego*, liczy lat 20, religii katolickiey, wzrostu niskiego, twarzy okrągłey pelney, oczu niebieskich, włosow na głowie jasnoblond krotko ostrzyzonych, nad czołem kręcących się, na brodzie i wąsach biało porasta, z prefesyi cieśla, przy ucieczce miał na sobie kurtkę granatową sukienną, z guzikami żołtemi wypukłemi, raytuzy zielone sukienne stare, skorą czarną w kroku podszyte, po bokach zaś od paska aż do stop na guziki metallowe białe zapinane, kamizelkę cycową w modre kwiatki iuż starą, chustkę na szyi bawełnicową modrą w kratki szerokie czerwone, bóty dobre szląskiey roboty podkowkami pokute, kapelusz na głowie okrągły czarny wysoki, mowi po polsku i po niemiecku bardzo szybko.
Jerzy (George) Szwarc, lat maiący 29 , Ewangelik, rodem także ze Sląska z Wsi Bekkern Krysu Lignickiego, z professyi mularz, wzrostu wysokiego, żołto zarastaiący, oczu niebieskich zabolałych i zapalonych, włosow na głowie żółtawych z frontu ostrzyżenych z tyłu zaś długo opuszczonych, twarzy pociągłey, nosa małego, mowi tylko po niemiecku, ma na sobie kurtkę ciemnozieloną sukienną szląskiey roboty, z guziczkami mosiężnemi , westkę** z takiegoż sukna, na jeden rząd guzików zółtych zapinaną, spodnie długie płócienne białe, chustkę na szyi bawełnicową ponsową z białym szlakiem, kapelusz wysoki okrągły.


* powiat legnicki

** kamizelka w gwarze poznańskiej

Źródło: Dziennik Departamentu Kaliskiego, Kalisz, 9 czerwca 1815 roku.

sobota, 5 lipca 2014

Cud w Bernie wykopany

Piłkarski świat nazwał wynik tego spotkania "cudem w Bernie". 4 lipca 1954 roku na Wankdorf Stadion w Bernie drużyna zachodnioniemiecka pokonała faworyzowany zespół Węgier. Niemcy z RFN zwyciężyli 3:2 i po raz pierwszy zostali mistrzami świata.

Wynik finału drugich po II wojnie światowej piłkarskich mistrzostw świata stał się wielką sensacją. Węgierska tzw. złota jedenastka była murowanym kandydatem do zdobycia tytułu. Przez ponad 4 lata przed mistrzowskim turniejem nie przegrała meczu. W sumie wygrała ich 35, a 6 zremisowała. Węgrzy zdemolowali m. in. Anglików na Wembley 6:3 i w Budapeszcie 7:1. Reprezentacji Polski w czterech meczach towarzyskich strzelili aż 24 gole, czego efektem była rezygnacja naszej drużyny z udziału w eliminacjach do mistrzostw, w których Węgry miały być naszym jedynym konkurentem.
W początkach lat pięćdziesiątych niemiecka piłka nie była jeszcze potentatem na arenie międzynarodowej. Niemieccy kibicie z dumą i rozrzewnieniem mogli tylko wspominać rok 1934, kiedy ich drużyna zajęła 3 miejsce mistrzostw we Włoszech. Do udziału w pierwszych powojennych mistrzostwach świata w roku 1950 kraje niemieckie nie zostały dopuszczone. Dopiero w tym samym, 1950 roku, drużyna zachodnioniemiecka zagrała w Stuttgarcie pierwszy mecz towarzyski, w którym pokonała Szwajcarów 1:0. Do mistrzostw świata w 1954 roku RFN awansowała po rozegraniu zaledwie 18 meczów. W eliminacjach wygrała swoją grupę, pokonując Norwegię oraz drużynę Protektoratu Saary (istniejący w latach 1947-1956 protektorat Francji na terenie Niemiec). Z czterech meczów wygrali trzy, a jeden zremisowali (1:1 w Oslo z Norwegią).

berno węgry niemcy

Na początku turnieju, rozgrywanego w czerwcu i lipcu 1954 roku w Szwajcarii, wielcy faworyci, Węgrzy potwierdzili swoją dominację. W pierwszym meczu grupowym rozgromili Koreę Południową 9:0. Niemcy zachodni, którzy w tym samym czasie pokonali Turcję 4:1, mieli stać się kolejną ofiarą madziarskiej nawałnicy. I faktycznie, nie uniknęli pogromu. Wynik 8:3 dla Węgier nie pozostawił wątpliwości, która z tych drużyn jest lepsza i zajmie pierwsze miejsce w grupie. Upokorzeni Niemcy, aby awansować do ćwierćfinałów musieli wygrać barażowy mecz z Turcją. Po bardzo dobrej i skutecznej grze drużyna RFN zwyciężyła po raz drugi, tym razem jeszcze efektowniej, w stosunku 7:2.

W ćwierćfinałach Węgrzy ograli 4:2 Brazylię - wicemistrza świata z 1950 roku. RFN zwyciężyła pewnie Jugosławię 2:0. 30 czerwca w półfinale mistrzostw Niemcy rozgromili Austriaków 6:1. Godzinę później rozpoczął się drugi mecz Węgry-Urugwaj. Urugwajczykom, wtedy jeszcze aktualnym mistrzom świata, zabrakło kondycji do pokonania złotej jedenastki znad Dunaju. Przegrali po dogrywce 2:4 (0:1, 2:2). Ten półfinał z 30 czerwca 1954 roku często uznawany jest za najlepszy mecz w historii Mistrzostw Świata.

W niedzielę 4 lipca 1954, o godzinie 17.00 na nieistniejącym już Wankdorf Stadion w Bernie sędzia Wiliam Ling z Anglii rozpoczął mecz finałowy. Ponad 60-tysięczna widownia spodziewała  się kolejnego triumfu Madziarów. Niemieccy kibice zadowoleni z dotychczasowej gry swojej drużyny i pamiętając pogrom w meczu grupowym, liczyli na honorową porażkę. Węgrzy niepokoili się tylko niedoleczoną kostką Ferenca Puskasa, ich największego asa. Już po ośmiu minutach gry złota jedenastka prowadziła 2:0 i wszystko wskazywało na to, że wynik jest już sprawą przesądzoną. Tymczasem Niemcy szybko otrząsnęli się z szoku i po kolejnych 10 minutach doprowadzili do wyrównania. Remis utrzymał się do przerwy.

Rozdrażnieni Węgrzy przez całą drugą połowę atakowali zaciekle, aby udowodnić swoją wyższość i zdobyć Puchar Rimeta. Ich akcje były jednak, albo zbyt mało precyzyjne, albo znakomicie bronił niemiecki bramkarz Toni Turek. W futbolu obowiązuje niepisana zasada, że niewykorzystane okazje się mszczą, stało się więc to, co wydawało się nieprawdopodobne. W 84. minucie RFN objęła prowadzenie po strzale Helmuta Rahna. Stadion wypełniony w większości przez fanów drużyny niemieckiej szalał z radości. Węgrzy rozpaczliwie próbowali wyrównać. W 89 minucie Puskas trafił do siatki, ale angielski  sędzia William Ling najpierw uznał gola, później jednak zobaczył podniesioną chorągiewkę liniowego i stwierdził, że strzelec był na pozycji spalonej. Mimo szaleńczych ataków Węgrom nie udało się już doprowadzić do remisu. W 90 minucie meczu mieli jeszcze nadzieję na rzut karny, ale sędzia nie zauważył faulu na Kocsisu w polu karnym. Węgrzy mieli ogromne pretensje do Williama Linga. Uważali, że sędziował stronniczo na korzyść Niemców. Po meczu angielski arbiter musiał uciekać przed rozwścieczonym bramkarzem węgierskim Grosics`em.

Ale czy tylko błędy albo stronniczość sędziego były przyczyną ogromnej sensacji w Bernie? Przegląd Sportowy, nie kryjący sympatii do bratanków Węgrów,  5 lipca 1954 roku podsumował to historyczne spotkanie spokojnie i rzeczowo:
Węgrom zabrakło w ostatnim meczu czegoś, co jedni nazywają szczęściem, inni dobrym dniem. Zabrakło im poza tym potrzebnej w takich spotkaniach energii, którą podczas poprzednich meczów imponowali licznej publiczności szwajcarskiej.
Można by różnie tłumaczyć dzisiejszą przegraną Węgrów, można by znaleźć kilkanaście powodów, jak śliski teren, niedyspozycję strzałową, kontuzję Puskasa, kilka błędów sędziego itd., ale do nich wszystkich trzeba jeszcze dodać jeden najważniejszy. Węgrzy nie potrafili go mianowicie rozegrać. Nie potrafili dobrze sprzedać swoich walorów, które wystarczyły by do zdobycia Pucharu Rimeta.
berno niemcy węgry
 Trzeba przypomnieć, o czym milczą statystyki, że od rana 4 lipca w Bernie padał drobny deszcz, który w przerwie meczu zmienił się w ulewę. W tych warunkach doskonale sprawdziły się nowe buty z długimi kołkami, w które niemiecką drużynę wyposażyła firma Adidas. Węgrom o wiele trudniej było o przyspieszenie i zwrotność. Byli też na pewno bardziej zmęczeni turniejem, bo grali we wszystkich meczach niemal w tym samym składzie. Jeśli dodać jeszcze, że ten który miał być asem atutowym - Ferenc Puskas, przez większą część meczu statystował zamiast grać, to "cudowna" porażka węgierska staje się bardziej zrozumiała...

Zwycięstwo w Bernie do dziś stanowi chlubę niemieckiej piłki nożnej. W 2003 roku  nakręcono nawet film fabularny zatytułowany "Cud w Bernie" nawiązujący do tego niezapomnianego wydarzenia sportowego. Film, uważany za wiarygodny portret powojennych Niemiec, obejrzało w kinach ponad 6 milionów osób. Podejrzenia o stronniczość sędziego Linga nie są w stanie zepsuć szacunku, jakim darzy się zwycięzców tego meczu. Ale na ich dokonania padł niedawno inny cień. W roku 2010 historyk sportu Erik Eggers ogłosił, że nadzwyczajna forma niemieckich piłkarzy podczas meczu w Bernie mogła być skutkiem wstrzykiwania im pervitinu (metamfetaminy), a nie witaminy C jak wcześniej twierdzono. Pervitin był wtedy stosowany w wielu sportach. A wcześniej jako środek pobudzający żołnierzy podczas II wojny światowej. Według raportu niemieckich naukowców instytucje państwowe w RFN od już w 1950 finansowały eksperymenty ze zwiększaniem wydolności ludzkich organizmów poprzez stosowanie różnego rodzaju dopalaczy. Zachodni Niemcy nie chcieli przecież być gorsi w sporcie niż ich rodacy ze wschodniej części...

Tak czy inaczej, to mistrzostwo świata zdobyte w 1954 roku z zaskoczenia zaowocowało wejściem drużyny RFN na szczyty piłkarskiego świata. I pozostawaniem na tych szczytach przez kolejne dziesięciolecia. Wiele lat później, z pewną przesadą, ale i z zazdrością w głosie, angielski snajper Gary Lineker stwierdzi: "piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy"... Jak będzie w tym roku...?