sobota, 5 lipca 2014

Cud w Bernie wykopany

Piłkarski świat nazwał wynik tego spotkania "cudem w Bernie". 4 lipca 1954 roku na Wankdorf Stadion w Bernie drużyna zachodnioniemiecka pokonała faworyzowany zespół Węgier. Niemcy z RFN zwyciężyli 3:2 i po raz pierwszy zostali mistrzami świata.

Wynik finału drugich po II wojnie światowej piłkarskich mistrzostw świata stał się wielką sensacją. Węgierska tzw. złota jedenastka była murowanym kandydatem do zdobycia tytułu. Przez ponad 4 lata przed mistrzowskim turniejem nie przegrała meczu. W sumie wygrała ich 35, a 6 zremisowała. Węgrzy zdemolowali m. in. Anglików na Wembley 6:3 i w Budapeszcie 7:1. Reprezentacji Polski w czterech meczach towarzyskich strzelili aż 24 gole, czego efektem była rezygnacja naszej drużyny z udziału w eliminacjach do mistrzostw, w których Węgry miały być naszym jedynym konkurentem.
W początkach lat pięćdziesiątych niemiecka piłka nie była jeszcze potentatem na arenie międzynarodowej. Niemieccy kibicie z dumą i rozrzewnieniem mogli tylko wspominać rok 1934, kiedy ich drużyna zajęła 3 miejsce mistrzostw we Włoszech. Do udziału w pierwszych powojennych mistrzostwach świata w roku 1950 kraje niemieckie nie zostały dopuszczone. Dopiero w tym samym, 1950 roku, drużyna zachodnioniemiecka zagrała w Stuttgarcie pierwszy mecz towarzyski, w którym pokonała Szwajcarów 1:0. Do mistrzostw świata w 1954 roku RFN awansowała po rozegraniu zaledwie 18 meczów. W eliminacjach wygrała swoją grupę, pokonując Norwegię oraz drużynę Protektoratu Saary (istniejący w latach 1947-1956 protektorat Francji na terenie Niemiec). Z czterech meczów wygrali trzy, a jeden zremisowali (1:1 w Oslo z Norwegią).

berno węgry niemcy

Na początku turnieju, rozgrywanego w czerwcu i lipcu 1954 roku w Szwajcarii, wielcy faworyci, Węgrzy potwierdzili swoją dominację. W pierwszym meczu grupowym rozgromili Koreę Południową 9:0. Niemcy zachodni, którzy w tym samym czasie pokonali Turcję 4:1, mieli stać się kolejną ofiarą madziarskiej nawałnicy. I faktycznie, nie uniknęli pogromu. Wynik 8:3 dla Węgier nie pozostawił wątpliwości, która z tych drużyn jest lepsza i zajmie pierwsze miejsce w grupie. Upokorzeni Niemcy, aby awansować do ćwierćfinałów musieli wygrać barażowy mecz z Turcją. Po bardzo dobrej i skutecznej grze drużyna RFN zwyciężyła po raz drugi, tym razem jeszcze efektowniej, w stosunku 7:2.

W ćwierćfinałach Węgrzy ograli 4:2 Brazylię - wicemistrza świata z 1950 roku. RFN zwyciężyła pewnie Jugosławię 2:0. 30 czerwca w półfinale mistrzostw Niemcy rozgromili Austriaków 6:1. Godzinę później rozpoczął się drugi mecz Węgry-Urugwaj. Urugwajczykom, wtedy jeszcze aktualnym mistrzom świata, zabrakło kondycji do pokonania złotej jedenastki znad Dunaju. Przegrali po dogrywce 2:4 (0:1, 2:2). Ten półfinał z 30 czerwca 1954 roku często uznawany jest za najlepszy mecz w historii Mistrzostw Świata.

W niedzielę 4 lipca 1954, o godzinie 17.00 na nieistniejącym już Wankdorf Stadion w Bernie sędzia Wiliam Ling z Anglii rozpoczął mecz finałowy. Ponad 60-tysięczna widownia spodziewała  się kolejnego triumfu Madziarów. Niemieccy kibice zadowoleni z dotychczasowej gry swojej drużyny i pamiętając pogrom w meczu grupowym, liczyli na honorową porażkę. Węgrzy niepokoili się tylko niedoleczoną kostką Ferenca Puskasa, ich największego asa. Już po ośmiu minutach gry złota jedenastka prowadziła 2:0 i wszystko wskazywało na to, że wynik jest już sprawą przesądzoną. Tymczasem Niemcy szybko otrząsnęli się z szoku i po kolejnych 10 minutach doprowadzili do wyrównania. Remis utrzymał się do przerwy.

Rozdrażnieni Węgrzy przez całą drugą połowę atakowali zaciekle, aby udowodnić swoją wyższość i zdobyć Puchar Rimeta. Ich akcje były jednak, albo zbyt mało precyzyjne, albo znakomicie bronił niemiecki bramkarz Toni Turek. W futbolu obowiązuje niepisana zasada, że niewykorzystane okazje się mszczą, stało się więc to, co wydawało się nieprawdopodobne. W 84. minucie RFN objęła prowadzenie po strzale Helmuta Rahna. Stadion wypełniony w większości przez fanów drużyny niemieckiej szalał z radości. Węgrzy rozpaczliwie próbowali wyrównać. W 89 minucie Puskas trafił do siatki, ale angielski  sędzia William Ling najpierw uznał gola, później jednak zobaczył podniesioną chorągiewkę liniowego i stwierdził, że strzelec był na pozycji spalonej. Mimo szaleńczych ataków Węgrom nie udało się już doprowadzić do remisu. W 90 minucie meczu mieli jeszcze nadzieję na rzut karny, ale sędzia nie zauważył faulu na Kocsisu w polu karnym. Węgrzy mieli ogromne pretensje do Williama Linga. Uważali, że sędziował stronniczo na korzyść Niemców. Po meczu angielski arbiter musiał uciekać przed rozwścieczonym bramkarzem węgierskim Grosics`em.

Ale czy tylko błędy albo stronniczość sędziego były przyczyną ogromnej sensacji w Bernie? Przegląd Sportowy, nie kryjący sympatii do bratanków Węgrów,  5 lipca 1954 roku podsumował to historyczne spotkanie spokojnie i rzeczowo:
Węgrom zabrakło w ostatnim meczu czegoś, co jedni nazywają szczęściem, inni dobrym dniem. Zabrakło im poza tym potrzebnej w takich spotkaniach energii, którą podczas poprzednich meczów imponowali licznej publiczności szwajcarskiej.
Można by różnie tłumaczyć dzisiejszą przegraną Węgrów, można by znaleźć kilkanaście powodów, jak śliski teren, niedyspozycję strzałową, kontuzję Puskasa, kilka błędów sędziego itd., ale do nich wszystkich trzeba jeszcze dodać jeden najważniejszy. Węgrzy nie potrafili go mianowicie rozegrać. Nie potrafili dobrze sprzedać swoich walorów, które wystarczyły by do zdobycia Pucharu Rimeta.
berno niemcy węgry
 Trzeba przypomnieć, o czym milczą statystyki, że od rana 4 lipca w Bernie padał drobny deszcz, który w przerwie meczu zmienił się w ulewę. W tych warunkach doskonale sprawdziły się nowe buty z długimi kołkami, w które niemiecką drużynę wyposażyła firma Adidas. Węgrom o wiele trudniej było o przyspieszenie i zwrotność. Byli też na pewno bardziej zmęczeni turniejem, bo grali we wszystkich meczach niemal w tym samym składzie. Jeśli dodać jeszcze, że ten który miał być asem atutowym - Ferenc Puskas, przez większą część meczu statystował zamiast grać, to "cudowna" porażka węgierska staje się bardziej zrozumiała...

Zwycięstwo w Bernie do dziś stanowi chlubę niemieckiej piłki nożnej. W 2003 roku  nakręcono nawet film fabularny zatytułowany "Cud w Bernie" nawiązujący do tego niezapomnianego wydarzenia sportowego. Film, uważany za wiarygodny portret powojennych Niemiec, obejrzało w kinach ponad 6 milionów osób. Podejrzenia o stronniczość sędziego Linga nie są w stanie zepsuć szacunku, jakim darzy się zwycięzców tego meczu. Ale na ich dokonania padł niedawno inny cień. W roku 2010 historyk sportu Erik Eggers ogłosił, że nadzwyczajna forma niemieckich piłkarzy podczas meczu w Bernie mogła być skutkiem wstrzykiwania im pervitinu (metamfetaminy), a nie witaminy C jak wcześniej twierdzono. Pervitin był wtedy stosowany w wielu sportach. A wcześniej jako środek pobudzający żołnierzy podczas II wojny światowej. Według raportu niemieckich naukowców instytucje państwowe w RFN od już w 1950 finansowały eksperymenty ze zwiększaniem wydolności ludzkich organizmów poprzez stosowanie różnego rodzaju dopalaczy. Zachodni Niemcy nie chcieli przecież być gorsi w sporcie niż ich rodacy ze wschodniej części...

Tak czy inaczej, to mistrzostwo świata zdobyte w 1954 roku z zaskoczenia zaowocowało wejściem drużyny RFN na szczyty piłkarskiego świata. I pozostawaniem na tych szczytach przez kolejne dziesięciolecia. Wiele lat później, z pewną przesadą, ale i z zazdrością w głosie, angielski snajper Gary Lineker stwierdzi: "piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy"... Jak będzie w tym roku...?

poniedziałek, 26 maja 2014

Raskolnikow z Jasnej Góry

Czy habit może wyleczyć złe ludzkie serce z niskich pobudek? Damazy i jego koledzy po fachu, zdają się w to wierzyć bez zastrzeżeń. Sądzą, że każda podłość wykonana w imię Pana może być uświęcona i dobra...

Zakonnik z Jasnej Góry jako polski Raskolnikow? Czy tych dwóch zbrodniarzy łączy coś więcej niż narzędzie mordu - siekiera? Oparta na zeznaniach świadków opowieść o zbrodni jasnogórskiej z 1910 roku ma pokazać rzecz od strony dotąd przemilczanej. Jak wygląda z ludzkiego punktu widzenia wybaczenie zbrodni? Jak żyć w obiecanej wieczności obok własnego mordercy? Z kazań kościelnych, ani z katechezy tego się nie dowiecie...
damazy macoch
Ojciec Damazy czuje, że ma poparcie Najwyższego. Że wolno mu dokonać czynów, o jakich zwykły człowiek nawet nie powinien myśleć... Habit, ten kawałek sukna, daje mu większe prawa, niż mają cywile, nawet ci, co gorliwie leżą plackiem pod krzyżem...

W tych opowieściach jest samo życie, tak odmienne od infantylnej treści kościelnych nauk: drapieżne i pełne rozpasania. W końcu to tyłek Heleny był powodem zagłady Troi oraz zbrodni w narodowym, jasnogórskim sanktuarium. A nawet gdyby nie było Heleny, to znalazłaby się pewnie jakaś inna dupa Marysi godna spróbowania zakazanego owocu...

Poniżej fragment pierwszego rozdziału powieści „Jako i my odpuszczamy…”.
* * *
Po co komu stare notatki? - pomyślałem, gdy Krzyś złota rączka ("ścian gipsowanie, malowanie, paneli układanie"), przyniósł zwinięte zakurzone papiery. Znalazł je gdzieś na strychu rozbieranej kamienicy w mieście S. Pewnie infantylne zapiski pensjonarki albo "niezwykłe" przepisy pani domu. Spojrzałem na pierwszą z brzegu kartkę i zdębiałem. Zanim udało mi się odczytać choćby jedno zdanie, ujrzałem imię: "Damazy". Czy to możliwe, żeby chodziło właśnie o niego, zbrodniarza sprzed lat?
- Po co mi przynosisz jakieś śmieci? Nie było tam nic ciekawszego?
- Wszystkie meble i książki zabrali kurwa zanim zaczęliśmy robotę, tylko to kurwa leżało z kącie. Nie chcesz to spierdalaj, wyrzucę do śmieci - zaperzył się Krzyś, który nie znosił żadnej krytyki.
- No dobra, zostaw, przejrzę to później, może kiedyś się wykorzysta - powiedziałem i wrzuciłem papiery do szuflady.
Krzyś w tej sytuacji 
stracił ochotę na dłuższe pogaduszki. Kiedy wyszedł trzasnąwszy drzwiami, natychmiast zabrałem się do czytania...

Ciągle mam wrażenie, że jest to historia nie opowiedziana do końca. Żył, był, zabił, osądzony i osadzony, umarł nie odbywszy nawet połowy kary. Teraz ma sądzić go Najwyższy Trybunał. Ten od żywych i umarłych. Czy pomiędzy tymi dwoma wyrokami: ludzkim i boskim jest jeszcze czas, aby odkupić grzechy, zasłużyć na życie wieczne przed obliczem Pana? Czy w ogóle jest możliwe wymazanie zbrodni po odbyciu kary?
A nawet gdyby odbył ją całą, odpokutował śmiertelny grzech, to czy wybaczy mu jego Bóg, w którego dobroć i sprawiedliwość tak niezachwianie wierzył? Czy wybaczą mu ludzie? A jego ofiara? Co powie, gdy spotkają się w niebiańskiej krainie wiecznej szczęśliwości? "O, jak dobrze cię widzieć, tak się cieszę... Dziękuję, że zarąbałeś mnie we śnie. Nic nie bolało... I nawet nie zapomniałeś o moim rozgrzeszeniu..."?

rodion raskolnikow
Kiedy polski policjant nie może wypisać mandatu czy zabrać prawa jazdy, bo pijany kierowca jest posłem, prokuratorem lub księdzem, to wiedz, że coś się dzieje. Kiedy polska zakonnica sadystka nie idzie do więzienia, by odbyć zasądzoną karę, gdyż twierdzi, że Bóg stworzył ją do wyższych celów niż życie za kratami, to wiedz, że coś się dzieje... Czy poselski mandat, toga albo habit robią ze zwykłego człowieka kogoś lepszego? Czy ten "lepszy ktoś" ma prawo do wykraczania poza prawa dla zwykłych ludzi?
Jeśli może jeździć szybciej i na podwójnym gazie, molestować i dręczyć nieletnich w imię wyższych celów, to może pójdzie dalej? Dlaczego nie miałby prawa zabić człowieka, którego życie, w jego mniemaniu, jest niewiele warte i obraża Pana Boga?
I tak oto ze starych notatek wylazł mi Dostojewski... Znaczy się, nie że osobiście... Stał i patrzył pięknymi czarnymi oczami byłego studenta prawa Rodiona Raskolnikowa. Ale po chwili te piękne oczy Rodiona zmieniły się w elektryzujące, hipnotyzujące gały łysiejącego mnicha w białym habicie...

Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi...

Torebki i parasola niedola

Woda lała się ludziom za kołnierze i do butów, a wichura bezczelnie wyrywała z rąk parasole... Kto lubi takie dni...?

W niedzielę 17 lutego 1935 roku nad Łodzią szalały huragany i ulewy. Wszystkie okoliczne rzeczki powylewały, przypominając łodzianom o swoim istnieniu. W czasie największej zawieruchy ulicą Rzgowską szła w stronę torów kolejowych elegancka kobieta. Nigdy już nie dowiemy się dlaczego Helena Kowalewska wybrała się na przechadzkę w taką pogodę. Była mieszkanką Kielc, a do Łodzi przyjechała z wizytą do krewnych mieszkających przy ulicy Pryncypalnej. Historia, która przydarzyła się jej była niezwykła...
dziewczyna z parasolem
Pani Helena, chcąc osłonić się od deszczu, wpadła na niefortunny pomysł otwarcia parasola. Ale ledwie go odemknęła, wiatr zaczął nim szarpać z ogromną siłą. Kobieta, rzucana z jednego krańca chodnika na drugi, wystraszyła się, że wicher porwie ją razem z tą jej wątpliwą osłoną. Nie mogąc w żaden sposób poradzić sobie jedną ręką, spróbowała uwolnić drugą, zawieszając torebkę na rączce parasola. Mocowała się z huraganem przez chwilę, aż potężny podmuch ją przewrócił. Wyrwany z rąk parasol poszybował wysoko, ponad domy, z torebką uwieszoną u rączki.
Na próżno Kowalewska goniła fruwającą zgubę. Kiedy stwierdziła, że nie ma szans na jej odzyskanie, zrezygnowana wróciła do krewnych. Bez parasola, bez torebki i bez 15 złotych, które w niej miała. Kobieta, poszkodowana w ten niezwykły sposób przez siły natury, musiała pogodzić się ze stratą.

pelerynka z celofanuLos jednakże zgotował jej kolejną niespodziankę, tym razem zaskakująco miłą. Otóż, po dwóch dniach w mieszkaniu przy ul. Pryncypalnej zjawił się wieśniak spod Rzgowa. Przyszedł z torebką i parasolem Kowalewskiej w ręku. Okazało się, że parasol, uniesiony przez wicher poszybował aż pod cmentarz wojenny koło Rzgowa i tam dopiero wylądował. W poniedziałek znalazł go przypadkowy i (trzeba przyznać!) dość niezwykły przechodzień. Ustaliwszy z listu, który znalazł w torebce, adres Kowalewskiej, następnego dnia ten uczciwy człowiek odniósł znalezisko na Pryncypalną. I nawet nie chciał podać swojego nazwiska...

Wiek XX, wiek okrutnych wojen i bezprzykładnych grabieży miał i takie mikro sensacje. Cóż z tego, że nieodkryte przez niezmordowanego redaktora Wołoszańskiego? Mają one swoją wartość, gdyż optymistycznie dowodzą, że wśród ludzi trafiają się jednostki, które bez względu na stan umysłu i portfela, są w stanie działać według starej zasady: Czyń innym tak, jak chciałbyś, aby oni czynili tobie...

Źródło: "Ilustrowana Republika" 20 lutego 1935 [środa].

środa, 7 maja 2014

Ciasto dla George`a

Ta propagandowa pocztówka z czarnym obramowaniem powstała by upamiętnić jedną z wielu niemieckich zbrodni popełnionych podczas I wojny światowej. 12 października 1915 roku oficer niemiecki wyjął rewolwer i strzelił w głowę zemdlonej Edith Cavell. Tym samym wyręczył pluton egzekucyjny, który odmówił otwarcia ognia do nieprzytomnej kobiety.



Siostra Cavell była przełożoną szpitala wojskowego w Brukseli. Gdy do Belgii wkroczyły wojska niemieckie,  pomagała rannym żołnierzom brytyjskim w ucieczce do Holandii. Przez kilka miesięcy udało się jej uratować prawie dwustu pacjentów. Niemcy aresztowali ją i postawili przed sądem wojennym.

Wyrok był zaskakujący i szokująco niesprawiedliwy: śmierć przez rozstrzelanie. Podobno ostatnie słowa Edith przed egzekucją brzmiały: "Patriotyzm nie wystarczy"... Po ich wypowiedzeniu padła zemdlona.

Bohaterska postawa i tragiczna śmierć przyniosła tej brytyjskiej pielęgniarce miano męczennicy okresu I wojny światowej. Dla brytyjskiej propagandy wojennej była to okazja do utrwalenia opinii o barbarzyństwie niemieckich wojsk. Tym bardziej, że ta tragedia zdarzyła się ledwie kilka miesięcy po zatopieniu przez niemiecki okręt podwodny pasażerskiego statku "Lusitania".

Po wojnie ciało Edith Cavell  ekshumowano i przetransportowano do rodzinnego Norwich. W Londynie wzniesiono jej pomnik. Jej imię otrzymał szczyt górski w Parku Narodowym w Kanadzie oraz jedna z planetoid.


Pocztówka ta została wysłana 6 lipca 1916 na adres w Essex przez żołnierza służącego na froncie zachodnim. Czasami, na podobnych kartkach nadawcy pisali krótki komentarz na temat ilustracji. Tym razem na odwrocie brytyjski żołnierz, George napisał: "Powiedz Louise, żeby wysłała mi ciasto. Ze mną jest wszystko OK".

poniedziałek, 5 maja 2014

Od męża faszysty nie wymagaj wiele



Nie pomyślano nie tylko o przykazaniach dla mężów. A co z kobietami stanu wolnego? Przecież nie godzi się pozostawiać tych biednych stworzeń bez życiowych drogowskazów. Ale wystarczy zamienić męża na księdza i problem będzie rozwiązany. Przecież te 10 przekazań dla kobiet jest z powodzeniem głoszone od lat z ambon. Bo najważniejsza jest tradycja...


Źródło: Ilustrowana Republika, rok 1935, nr 50.