piątek, 18 marca 2016

Herosi w pigułce

Czy można pokazać życie człowieka w krótkim 60-sekundowym filmiku? Polsat Viasat History dowodzi, że 1 minuta wystarczy. Szybko, krótko i ciekawie. Tylko w ten sposób dziś zainteresuje się historią i ludźmi, którzy ją tworzyli.

Cykl "Polscy Herosi XX wieku" poświęcony jest wybitnym postaciom, które trwale zapisały się w dziejach naszego kraju. Od 14 marca można oglądać odcinki przedstawiające działaczy podziemia podczas II wojny światowej. W pierwszym, zatytułowanym „II Wojna Światowa – działania podziemne”, przedstawiono Stanisława Likiernika – polskiego żołnierza, podpułkownika Wojska Polskiego, żołnierza Armii Krajowej i uczestnika Powstania Warszawskiego. Uchodził za symbol swojego pokolenia - młodych, romantycznych polskich bojowników, z których większość zginęła w latach 1939 - 1945. Był pierwowzorem postaci Stanisława Skiernika "Kolumba" w powieści Romana Bratnego "Kolumbowie. Rocznik 20" (1957). Jako żołnierz Kedywu brał udział w najważniejszych akcjach sabotażowych i wykonywał wyroki podziemnego sądu. Walczył w Powstaniu Warszawskim, podczas którego był wielokrotnie ranny. Odznaczono go orderem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych. Po wojnie wyjechał do Francji, gdzie ukończył studia i pracował na stanowiskach dyrektorskich w firmie Philips. Ma podwójne obywatelstwo: polskie i francuskie.

W kolejnych odcinkach Polsat Viasat History zaprezentuje m.in. losy Elżbiety Zawackiej – polskiej bojowniczki o wolność podczas II wojny światowej. Jedynej kobiety należącej do elitarnej grupy tzw. cichociemnych. Poznamy także dzieje Jana Nowaka – Jeziorańskiego, Jana Karskiego, Władysławy Macieszy, Krystyny Skarbek, Ryszarda Kuklińskiego i Witolda Pileckiego.

Historie "Polskich Herosów XX wieku" można oglądać tylko na antenie Polsat Viasat History.

poniedziałek, 7 marca 2016

Z Bogiem i Hitlerem

5 marca 1933 roku Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników [NSDAP] wygrała kolejne przyspieszone wybory do niemieckiego parlamentu. Na partię Hitlera głosowało około 17 milionów Niemców, czyli prawie 44 procent wyborców. Mimo braku bezwzględnej większości, Hitler w krótkim czasie rozmontował system demokratyczny Republiki Weimarskiej.
rząd hitlera

Po raz pierwszy partia Hitlera wygrała wybory do Reichstagu 31 lipca 1932 roku. Zagłosowało na nią ponad 37 procent wyborców, gdy socjaldemokratów poparło 24, a komunistów – 14 procent. Naziści dostali się rządu utworzonego przez centrystę Franza von Papena. W wyniku intryg Hitlera we wrześniu 1932 roku rząd utracił większość parlamentarną. Kanclerz von Papen rozwiązał parlament i wyznaczył kolejne wybory na 6 listopada. Znów zwyciężyła NSDAP z 33 procentami głosów, ale ponieważ nie uzyskała większości, znów musiała podzielić się władzą. 30 stycznia 1933 roku Adolf Hitler objął stanowisko kanclerza Niemiec. W nowym rządzie naziści otrzymali tylko 3 ministerstwa spośród 11.

Wkrótce po objęciu urzędu Hitler przemówił przez radio do narodu niemieckiego i przedstawił „Apel rządu Rzeszy do narodu niemieckiego”. Obiecywał odbudowę przemysłu, wsparcie dla rolnictwa i likwidację bezrobocia. Dowództwu armii zaproponował radykalny program odzyskania przez Niemcy niezależności politycznej oraz odbudowy sił zbrojnych. Minister spraw wewnętrznych Frick zapewniał opinię publiczną, że rząd Hitlera „chce żyć ze wszystkimi w pokoju” oraz, że będzie się trzymał przepisów konstytucji. Tymczasem naziści zabrali się od razu do zastraszenia i eliminowania przeciwników politycznych. Do tych celów wykorzystywali bez skrupułów państwowy aparat propagandowy.
Hindenburg i Hitler

Niepełna władza nie zadowalała Hitlera, postanowił więc doprowadzić do kolejnych wyborów. Ich termin ustalono na 5 marca 1933 roku. 27 lutego spłonął budynek Reichstagu, który kanclerz uznał za próbę zamachu stanu, a odpowiedzialnością za to obarczył komunistów. Rozpętał zaraz nagonkę antykomunistyczną i zmusił prezydenta Hindenburga do podpisania dekretu „O ochronie narodu i państwa”, który oznaczał stan wyjątkowy zawieszający wiele swobód obywatelskich. Wprowadzono możliwość zawieszania działalności partii politycznych, związków zawodowych i stowarzyszeń, cenzurę prasy, kontrolę rozmów telefonicznych, usunięto sądową kontrolę działań policji. Hermann Göring, jako minister spraw wewnętrznych Prus, nadał bojówkom SA uprawnienia policyjne. Na tydzień przed wyborami do Reichstagu kampania przeistoczyła się w akcję totalnego zastraszania i terroru opozycji. W ciągu kilku dni NSDAP zamknęła w więzieniach i obozach wszystkich liczących się przeciwników politycznych. Po pożarze Reichstagu aresztowano 4 tysiące komunistów. Partia komunistyczna nie mogła wziąć udziału w kampanii wyborczej. W tym czasie zaczęły powstawać i zapełniać się pierwsze obozy koncentracyjne. Do czerwca 1933 roku w obozach znajdowało się już ok. 50 tysięcy przeciwników reżimu.

berlin w dniu wyborów
W tej sytuacji NSDAP wygrała wybory, ale wciąż nie udało się jej uzyskać bezwzględnej większości w parlamencie. Przy wysokiej frekwencji (85%) na partię Hitlera głosowało około 17 milionów Niemców, czyli 43,9 procent wyborców. Socjaldemokratów poparło ponad 18, komunistów – 12, centrum – prawie 11, a narodowców (nacjonalistów) – 8 procent wyborców. Przebieg wyborów był na ogół spokojny, tylko w Hamburgu doszło do starć między komunistami a hitlerowcami. Prasa łódzka informowała o niemieckich wyborach rzeczowo i bez specjalnych emocji. 6 marca 1933 "Głos Poranny" oraz "Ilustrowana Republika" poświęciły temu wydarzeniu całe swoje pierwsze strony.

W korespondencji datowanej na 5 marca "Głos" relacjonował:
Dzisiejszy obraz ulicy w związku z wyborami przedstawia się zupełnie odmiennie aniżeli poprzednie. Przed lokalami wyborczemi na ulicach widać wysłańców partii narodowo- socjalistycznej, rozdających kartki i ulotki, w otoczeniu wysłanników czarno-bialo-czerwonych, centrum i zrzadka socjal-demokratycznych. Komuniści zupełnie się nie ujawniają na zewnątrz. Z okien wielu domów powiewają flagi hitlerowskie. W dzielnicach robotniczych flag tych jest bardzo niewiele. Widać również przerzucone przez ulicę transparenty z napisami: „Z Bogiem i Hitlerem o wolność narodu niemieckiego".
"Głos" opublikował również skrót wywiadu Hermanna Göringa dla "Svenska Dagblatt". Przed rozstrzygnięciem wyborów minister spraw wewnętrznych Prus był przekonany, że hitlerowcy i narodowcy zdobędą większość w Reichstagu, a sesja nowego parlamentu nie potrwa długo. Ważne ustawy, wniesione przez rząd, zostaną szybko przeprowadzone. „Nie będziemy tolerowali propagandy marksizmu" - oświadczył. Na pytanie o Żydów Göring dyplomatycznie wyjaśnił: "Rzezi żydów nie będzie. O ile zachowają się zupełnie lojalnie i pozostaną przy swoich interesach, to nie mają się czego obawiać. Nie chcemy ich jednak mieć na naczelnych stanowiskach w Rzeszy."

plakat wyborczy nsdapPo wyborach, aby uzyskać większość w Reichstagu Hitler musiał zawiązać koalicję z narodowcami. Ale i to nie zapewniało mu możliwości przepchnięcia ustaw uniezależniających rząd od parlamentu. Wymaganą większość kanclerz szybko jednak uzyskał aresztując parlamentarzystów komunistycznych i zastraszając lub przekupując niezdecydowanych dotąd na współpracę. Rząd Hitlera 24 marca 1933 roku otrzymał prawo wydawania dekretów niezależnie od Reichstagu. Teraz mógł już zawiesić konstytucję i wprowadzić wszystkie planowane zmiany w prawie. W lipcu 1933 weszła w życie ustawa o zakazie tworzenia nowych partii politycznych. Istniejące partie zmuszono do zaprzestania działalności i NSDAP stała się jedyną realną siłą polityczną. Demokracja w Niemczech legła w gruzach.

Po śmierci Hindenburga Hitler przejął kompetencje prezydenta. Otrzymał nieograniczoną władzę, z której korzystał aż do tragicznego końca 30 kwietnia 1945 roku. A jeszcze w październiku 1931 r. prezydent Hindenburg określił go, jako "dziwacznego faceta, który mógłby być ministrem poczty, ale na pewno nie kanclerzem”. Do dziś trwają dyskusje, w jaki sposób skromny austriacki malarz i kapral mógł objąć dyktatorską władzę nad 60-milionowym narodem. Rzadko mówi się o wsparciu, jakie Hitler otrzymał od przemysłowców liczących na korzyści z rządów narodowosocjalistycznych. Z jednej strony dostali obietnicę rozprawienia się z ruchami komunistycznymi, z drugiej kusiły niebotyczne rządowe zamówienia na sprzęt niezbędny do odzyskiwania suwerenności i budowania przestrzeni życiowej.
wyniki wyborow 5 marca 1933

Mało kto wierzył w realizację szaleńczego programu przedstawionego w "Mein Kampf". Wśród polityków i komentatorów panowało przekonanie, że Hitler to figurant i nieszkodliwy krzykacz. Znany pisarz i futurolog, Herbert George Wells jeszcze w 1934 roku uważał, że dojście Hitlera do władzy było „incydentem pozbawionym znaczenia”. Nasz Antoni Słonimski sądził, że z całej epoki nazizmu do historii przejdzie tylko to, iż grupa szaleńców przepędziła z Niemiec Alberta Einsteina, a nazwisko Hitlera zginie w pomroce dziejów. Jako pacyfista i wróg wszelkich dyktatur, żartował sobie, że Hitler to „bydle bez poczucia humoru” i nieistotny „błazen”. Niestety, "nieistotny błazen" i "figurant" szybko udowodnił, że nie jest niczyją marionetką i postarał się, aby świat nigdy o nim nie zapomniał...

sobota, 5 marca 2016

Kiedy Bóg odkrywał niewinność

Zgodnie z powszechnym poczuciem sprawiedliwości każdy sprawca czynu sprzecznego z prawem powinien ponieść karę odpowiednią do przewinienia. Czy jednak obywatele czują się bezpiecznie, gdy wymiar sprawiedliwości osiąga rekordy skuteczności?


Przez wieki w procesie ustalania winy nie stosowano zasady domniemania niewinności. Jeśli podsądny wypierał się zakazanego czynu, kierowano go do katusza czyli izby tortur. Zwykle to pomieszczenie znajdowało się w podziemiach miejskiego ratusza. Kluczową rolę w procesie pełniły tortury, które miały zmusić oskarżonego do przyznania się. Delikwentem, który nie przestraszył się samych gróźb męki i prezentacji narzędzi do zadawania cierpień, kat zajmował się dalej. Kiedy wytrzymał pierwsze męczarnie i nadal odmawiał przyznania się do winy, powtarzano tortury kilkakrotnie wzmacniając ich natężenie i dokładając jeszcze bardziej dotkliwe. Zadziwiające przypadki, gdy oskarżony wszystko to przetrzymał, wyjaśniano działaniem złych mocy. Proces kończył się wtedy skazaniem go na śmierć za używanie czarów. Wymiar sprawiedliwości był wówczas niezwykle skuteczny…

Wyjątkowe szczęście miała Zofia Zarębianka, gospodarująca we wsi Niwki na ziemi łęczyckiej. Kasztelan Antoni Biesiekierski, zasiadający jako sędzia w sądzie asesorskim, wspominał po latach, że tylko niezwykłemu zbiegowi okoliczności uratowała ona życie.
- Podpisałem na kobietę zupełnie niewinną wyrok, skazujący ją na śmierć. Wprawdzie wszystko się działo wedle przepisów prawa i cały komplet sądu skrupulatnie ich przestrzegał, ale się pokazało, że wówczas procedura karna nie odpowiadała słuszności. Szczęściem Bóg odkrył niewinność skazanej i jeszcze dość czasu było wyroku egzekucję wstrzymać, a następnie skasować - opowiadał były sędzia.

Pannę Zarębiankę, prowadzącą gospodarstwo swojego stryja, 15 marca 1775 roku oskarżono o dzieciobójstwo. Została uwięziona, a liczni sąsiedzi zeznali, „że zamordowanego, a w ogrodzie dworskim w ziemi znalezionego dziecka była matką, że, jako dorodna i rządna gospodyni miała ubiegających się o jej rękę kawalerów, a z tych jednemu, gdy została wzajemną, wydała na świat tę nieszczęśliwą ofiarę".

Mimo niekorzystnych dla siebie zeznań świadków, uwięziona kobieta zaprzeczała jakoby była matką oraz morderczynią dziecka, którego ciało odnaleziono w jej ogrodzie. Oddano ją w ręce kata, aby "sprawdzić" jej prawdomówność. Zagroził, że jeżeli nie przyzna się, włoży jej na głowę "czapkę pomorską"* i tak ześrubuje, że będą pękać żyły, a oczami wypłynie krew. Potem "zaproponował" ześrubowanie palców, "hiszpańskie buty"** oraz przypalanie boków i palców.

- A jeżeli to wszystko nie pomoże przyznać się do zbrodni, tedy rozpiętą zostaniesz na zwykłej torturze, którą powolnie natężając, do tego stopnia dośrubuję, iż ci ze stawów wszystkie członki wyjdą. Nie sądź, żeby te zadane męczarnie śmierć zrządziły. Jeżeli je zniesiesz i nic nie zeznasz, lekarz więzienia wyleczy cię i znów wrócisz w moje ręce - ostrzegł mistrz. 

Przestraszona Zofia zgodziła się zeznawać i oznajmiła:

- Zrobię to, czego po mnie wymagacie, i oświadczam nieodwołalnie, iż jestem matką zamordowanego dziecka.
Przyznanie się, zgodne z zeznaniami świadków, w zasadzie sprawę kończyło. Sąd wydał wyrok śmierci przez ścięcie głowy. Na rynku ustawiono rusztowanie i zorganizowano wojsko do utrzymania porządku podczas publicznej egzekucji. Dzień przed wykonaniem wyroku Zofia wezwała do siebie kapłana z zakonu Kapucynów, aby się wyspowiadać. Wyznała wszystkie grzechy oprócz tego najważniejszego, za który miała oddać nazajutrz życie. Zaskoczony tym spowiednik w obawie o jej zbawienia, wprost zapytał dlaczego, Zofia zataiła swoją zbrodnię przed konfesjonałem.
czaszkozgniatacz- Gdybym zarzutu zbrodniczego była winną, nie przemilczałabym tego i błagała o rozgrzeszenie - odparła.
- A zeznania tylu świadków i twoje przyznanie się do zbrodni? - zdziwił się kapłan.
- Świadkowie są to poddani w służbie dworskiej, którym niewistną byłam, bo ich źle żywiono, a ekonomowi pobłażałam zbyt może surowe z nimi się obchodzenie. Przez zemstę zarzucono mi tę zbrodnię - wyjaśniła Zofia.
Kapłan, przejęty tym wyznaniem, uznał za swój obowiązek ratować niewinną kobietę. Prosto z więzienia udał się do księcia prymasa i wyjawił mu tajemnicę. Prymas przyrzekł pomoc, pojechał do Marszałka Wielkiego Koronnego, a nawet do samego króla Stanisława Augusta. Wstrzymano natychmiast egzekucję i przesłuchano ponownie świadków. Szybko przyznali, że wykopali na cmentarzu świeżo pochowane dziecko, aby pogrzebać je w dworskim ogrodzie. Chcąc pozbyć się nieznośnej gospodyni, oskarżyli ją o dzieciobójstwo.

buty hiszpańskiePo ujawnieniu tych faktów wyrok na Zofię Zarębiankę dekretem królewskim został skasowany. Rok później (1776) na wniosek kasztelana bieckiego, Wojciecha Kłuszewskiego, Sejm uchwalił zakaz stosowania tortur w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Wcześniej uczyniły to tylko Prusy: częściowo w 1740 roku, a ostatecznie w 1754. Najdłużej ta forma niehumanitarnego wymuszania zeznań utrzymywała się w państewkach niemieckich. Jako ostatnie zniosły tortury królestwo Hannoweru w 1822 roku i księstwo Gotha - Koburg w 1828 roku.

* * *
Na podstawie: Stanisław Wasylewski "Sprawy ponure - Obrazy z kronik sądowych wieku Oświecenia"

1) Zgniatacz czaszki - składał się z metalowej misy w kształcie czapki połączonej ze śrubą. Zakładano ją na głowę, a podbródek umieszczano na żelaznym pręcie osadzanym na obręczy zaciskającej szyję. Przykręcanie śruby powodowało uścisk głowy i powolne jej zgniatanie, pręt zaś wbijał się w kość podbródkową.

2) Hiszpańskie buty - narzędzie w formie imadła zamkniętego w drewnianym lub metalowym pudełku. Kiedy dokręcano śrubę, miażdżyła stopę. Buty mogły też zawierać kolce.

sobota, 27 lutego 2016

Ukradłeś, Sachs!

Oskarżano się o kłamstwa, manipulacje, plagiaty, a nawet o bicie fałszywej monety. Zdarzały się też kpiny z małego przyrodzenia przeciwnika… Międzywojenna prasa łódzka nie przebierała w środkach, aby pogrążyć konkurencję.

Podłożem konfliktów w łódzkiej prasie międzywojennej były wydarzenia wcześniejsze. „Głos Polski” prowadził Marceli Sachs, były współpracownik m. in. „Godziny Polskiej”, finansowanej podczas wojny przez Niemców. Po odejściu okupanta Sachs przejął wydawnictwo i zaczął wydawać własną gazetę. Przez pozostałych wydawców był uważany za niemieckiego kolaboranta i bezprawnego użytkownika drukarni, która ich zdaniem była mieniem państwowym. Szczególnie ostro protestował „Rozwój”, dziennik opcji narodowej, który przez całą wojnę nie mógł się ukazywać.
Ilustrowana Republika 4.11.1925Inni również nie oszczędzali wydawcy „Głosu”. W roku 1922 zdesperowany Sachs oskarżył o oszczerstwo redaktora dziennika „Straż Polska”, Józefa Petryckiego, który otwarcie zarzucił mu korzystanie z pieniędzy niemieckiego okupanta oraz nazwał „pruskim denuncjatorem i prowokatorem”. Po przesłuchaniu świadków, m.in. prezydenta miasta Aleksego Rżewskiego, mecenasa Piotra Kona oraz wydawcę „Rozwoju” - Wiktora Czajewskiego, sąd uniewinnił Petryckiego. Tym samym przyznał, że zarzuty wobec Sachsa nie były oszczerstwem i są dowody na to, iż współpracował on z okupantem. Właściciel „Głosu Polskiego” wiele stracił w opinii publicznej, ale po zapłaceniu odszkodowania na rzecz państwa, utrzymał wydawnictwo.
„Głos Polski” w tym czasie należał do najpoczytniejszych łódzkich dzienników, ale był to początek jego końca. U Sachsa pracowała cała czołówka łódzkich dziennikarzy, m. in.: Czesław Nusbaum-Ołtaszewski, Władysław Polak, Gustaw Wassercug, Jan Urbach, Eugeniusz Kronman. W 1923 roku Ołtaszewski i Polak, przy finansowej pomocy Maurycego Poznańskiego i dwóch innych udziałowców, założyli spółkę i zaczęli wydawać nowy dziennik poranny - „Republika" oraz popołudniowy „Express". W krótkim czasie „Republikanie” przejęli znaczną część czytelników „Głosu” i osiągnęli największy nakład wśród pism porannych w Łodzi - 20 000 egzemplarzy. Rywalizacja o czytelnika i reklamodawców bywała bardzo ostra. Polemiki prasowe przybierały formę niewybrednych pyskówek i osobistych wycieczek.
W styczniu 1925 roku „Głos” w artykule „Wylęgarnia kaczek”, zarzucił „Republice” kierowanie się zasadą: „czytelnik nie świnia – wszystko zje” i serwowanie sensacji wyssanych z palca. Jako przykłady podano informacje o rezygnacji prezydenta miasta Mariana Cynarskiego, o zakupie przez Wojciecha Korfantego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” i planowanej dymisji premiera Grabskiego.
Następnego dnia „Republika” odpowiedziała zdecydowanie, iż jej fachowe służby informacyjne pozyskują nie tylko stereotypowe wiadomości , takie same jak wszystkie redakcje, ale również zakulisowe, trudniej dostępne. Przy okazji wyszydziła „Głos Polski”, który jej zdaniem stosuje prymitywne metody walki o czytelnika. „Łatwiej dementować cudze informacje, niż zdobywać własne” – stwierdziła i dodała, że taka taktyka popłaca tylko na bardzo krótką metę, a dowodem jest fakt spadającego z dnia na dzień nakładu „Głosu Polskiego” i nieustannie wzrastającego nakładu „Republiki”.

3 maja 1925 roku „Głos Polski” podał zaskakującą informację, która miała powalić konkurencję na kolana. Zaczynała się super sensacyjnie:
„Wczoraj o godzinie 9-ej i pół rano do lokalu, zajmowanego przez wydawnictwo dzienników „Republika" i „Express Wieczorny" przy ulicy Piotrkowskiej nr. 49, przybył silny oddział policji i zamknąwszy wszystkie wyjścia, przystąpił do gruntownej rewizji. Przeszukaniu poddane zostały pomieszczenia, zajmowane zarówno, przez administrację jak redakcję i drukarnię „Republiki" i „Expressu Wieczornego".
Czego szukała policja w wydawnictwie „Republiki”? Zdaniem „Głosu”, to tam właśnie prowadził trop śledztwa w sprawie fałszywych srebrnych dwuzłotówek, które niedawno pojawiły się w obiegu. W wyniku przeszukania drukarni odkryto rzekomo niezaprzeczalne dowody przestępczej działalności:
„W ręce policji kryminalnej dostała się kunsztownie i przemyślnie skonstruowana fabryczka fałszywych dwuzłotówek metalowych, oraz poważna ilość gotowych monet, nie pozostawiających żadnych wątpliwości, iż tu właśnie, w lokalu „Republiki" i „Expressu Wieczornego" znajdowała się wytwórnia fałszywych pieniędzy. Wskutek rewizji tej dwie osoby zostały aresztowane.”
„Republika” następnego dnia zdementowała te rewelacje.
„W powyższych wiadomościach niema ani krzty prawdy. Stanowią one jeden ciąg kłamstw, fałszów i źle ukrywanych insynuacji. Wydawnictwo „Republiki” i „Expressu" pociąga winnych rozsiewania fałszywych i szkodzących nam wiadomości do odpowiedzialności sądowej.
Sprawa została wyjaśniona w „Expressie Wieczornym” 4 maja 1925 roku w artykule o znamiennym tytule „Łajdactwo”. Poinformowano, że operator prasy Krampf odbił na tekturowej matrycy dwuzłotówkę z obu stron. Inni pracownicy, kiedy je odkryli zanieśli do dyrekcji. Ta, obawiając się, że drukarze mogliby rzeczywiście nowoczesne maszyny wykorzystać do drukowania pieniędzy, wezwała policję. Krampfa poddano kilkudniowej dyskretnej obserwacji. Śledczy nie stwierdzili jednak niczego podejrzanego w jego działaniach. Nic nie wniosły do sprawy rewizje w pomieszczeniu, w którym pracował, ani w jego mieszkaniu. Nie znaleziono żadnej fałszywej monety i po przesłuchaniu kilku osób sprawę umorzono.
Koncern Republika wniósł sprawę do sądu zarzucając „Głosowi” działanie z zamiarem skompromitowania najgroźniejszych konkurentów, podważenia zaufania wśród czytelników i zrujnowania wydawnictwa. Do rozstrzygnięcia sporu nie doszło, gdyż sąd sprawę umorzył uznając, że brakuje podstaw do jej wszczęcia.
22 maja 1926 roku konflikt rozgorzał z nową siłą, wskutek opublikowania na pierwszej stronie „Expressu Wieczornego Ilustrowanego” informacji w formie ogłoszenia oskarżającej Marcelego Sachsa o kradzież rosyjskiej nowelki. Treść tej fikcyjnej, bardzo obraźliwej reklamy była następująca:
„Marceli Sachs – obecnie wydawca „Głosu Polskiego”, dawniej redaktor szpiclowskiej „Godziny Polski”, używający fałszywie tytułu doktora praw, ukradł pisarzowi rosyjskiemu L. d`Orowi nowelkę p.t. „Tak było”!
Następnego dnia w „Republice” w artykule pod tytułem „Ukradłeś Marceli Sachs!” na dowód plagiatu przedstawiono opublikowaną w 1916 roku treść utworu Sachsa oraz rosyjskiego oryginału. Redaktor „Głosu” tłumaczył się, iż nigdy nie twierdził, że jest to jego własny utwór, ale wyłącznie tłumaczenie, a informację o tym przeoczyła redakcja. Można powątpiewać czy w tydzień po zamachu majowym czytelników mogły poruszyć te odgrzewane afery, dotyczące wykształcenia i twórczości literackiej redaktorów łódzkich gazet. Mieli przecież pod dostatkiem wrażeń związanych z groźbą wojny domowej i niepewną sytuacją polityczną w kraju.

Trzy lata później doszło do bezprzykładnej w dziejach prasy kradzieży, której tym razem ofiarą padł Marceli Sachs. Chory na gruźlicę i częściowo sparaliżowany właściciel „Głosu Polskiego” wydzierżawił gazetę spółce swoich współpracowników, po czym wyjechał za granicę na leczenie. Kierujący spółką „Ilustrowana Prasa Wieczorna" Gustaw Wassercug i Eugeniusz Kronman, postanowili bezwzględnie wykorzystać przedłużająca się nieobecność Sachsa. 1 lutego 1929 roku przygotowali do druku nową gazetę o nazwie „Głos Poranny”, będącą niemal kalką „Głosu Polskiego”, wykorzystując przygotowane do niego materiały. Nie wahali się też zabrać listy prenumeratorów i przekonać ich do nowego tytułu. Redakcję z ulicy Piotrkowskiej 98 przenieśli do pobliskiego budynku przy Piotrkowskiej 101. Z dnia na dzień zniknął „Głos Polski”, a w jego miejsce zaczął wychodzić „Głos Poranny”. Sachs o sprawie dowiedział się dopiero po powrocie do kraju. Przeżył szok, kiedy od sprzedawcy w kiosku usłyszał, że jego gazety już nie ma, ale może poczytać sobie „Głos Poranny”. Próbował jeszcze walczyć, reaktywował „Głos Polski”, ale nie był w stanie pozyskać odpowiedniej liczby prenumeratorów, aby utrzymać pismo. Pogrążył się w długach i wkrótce umarł.

Po ostatecznym upadku „Głosu Polskiego", do rywalizacji na epitety przystąpili dawni koledzy z redakcji Sachsa: Gustaw Wassercug, naczelny „Głosu Porannego” i Władysław Polak, naczelny „Expressu”. Pod byle pretekstem, redaktorzy wyciągali na forum publiczne fakty i detale z życia osobistego. Wassercug na przykład, zarzucając Polakowi tendencyjność recenzji teatralnych, ironicznie wypytywał w „Głosie” o szczegóły jego długiej wizyty w garderobie pewnej aktoreczki. Władysław Polak sięgał po bardziej intymne i wyrafinowane argumenty. Potrafił w otwartym liście prasowym zwracać się do naczelnego „Głosu” określeniami typu: „O, Guciu, perło Wschodu i Wschodniej!” lub „Mój ty malutki Gutasku”, tak jakby coś więcej wiedział o szczegółach anatomicznych byłego kolegi.

Prasowe pyskówki nie wynikały tylko z osobistych antypatii redaktorów. Często skandale i sensacje wywoływano świadomie, licząc na lepszą sprzedaż swoich pism oraz przyciągnięcie reklamodawców. Przy bardzo ostrej konkurencji na rynku, codzienne gazety starały się schlebiać przede wszystkim czytelnikom o najmniej wybrednych gustach. Zapominano o zawodowym kodeksie postępowania, wymagającym szacunku dla cudzych poglądów oraz pisania o faktach, a nie o własnych fantazjach. Górę brała zasada: cel uświęca środki...

wtorek, 2 lutego 2016

Bombowe zabawy w związku z…(2)

We wtorek rano, 13 grudnia 1932 roku wstrząsnęła Łodzią wiadomość o zamachu przed gmachem urzędu wojewódzkiego. U zbiegu ulic Ogrodowej i Zachodniej, pod pałacem Poznańskiego, w którym mieściły się wówczas władze województwa, eksplodowała puszka z materiałem wybuchowym. Śmierć poniosła jedna osoba.

Pierwsze przesłuchania naocznych świadków oraz aresztowanych podejrzanych nie wniosły nic ważnego do śledztwa. Dochodzenie nabrało tempa, gdy śledczy ruszyli tropem kolporterów ulotek, wzywających do gwałtownych wystąpień w obronie zapomóg finansowych dla robotników sezonowych. W kręgu podejrzeń znaleźli się kierownicy kilku związków zawodowych.



Ustalono, że w dniu zamachu, wieczorem, w lokalu kartelu Zjednoczenia Zawodowego Polskiego (ZZP) doszło do bójki i strzelaniny. Dopiero interwencja policji ostudziła krewkich związkowców. W efekcie kilka osób aresztowano, a lokal opieczętowano. Postanowiono przyjrzeć się bliżej działalności związkowców. Śledczy skupili uwagę na dwóch najbardziej "aktywnych" działaczach: byłym prezesie związku NPR-Prawica – Romanie Kuchciaku i jego sekretarzu – Janie Rzetelskim.

Kuchciak zeznał, że przyczyną awantury w lokalu związkowym była sprzeczka z powodu podziału funduszy, zebranych i nie wykorzystanych na obronę sądową jednego z członków kartelu - Rybarczyka. Obecny prezes - Tomesz, uważał, że wobec rezygnacji Rybarczyka z obrońcy, pieniądze należy przekazać żonie skazanego. Kuchciak, Rzetelski i ich zwolennicy opowiedzieli się natomiast za podziałem pieniędzy pomiędzy członków zarządu. Po przesłuchaniu Kuchciaka zwolniono z aresztu.

Jednak kolejne zeznania i poszlaki utwierdziły śledczych w przekonaniu, że kartel, który nieraz wywoływał wśród robotników wrzenie oraz podburzał ich do wystąpień, może być zamieszany w zamach. Możliwe, że to właśnie on wydał odezwy oraz przygotował bomby. Dokonano rewizji w mieszkaniach przywódców związku. U Kuchciaka, w domu przy ulicy Odyńca 5, znaleziono odezwy nawołujące do wystąpień 13 grudnia. Materiały skonfiskowano, a Kuchciaka oraz Rzetelskiego ponownie aresztowano.


Roman Kuchciak początkowo miotał się w zeznaniach i zaprzeczał jakoby miał coś wspólnego z zamachem. Próbował dorobić sobie alibi, powołując się na kilku świadków z innych związków zawodowych. Dopiero kiedy nie potwierdzili jego zeznań, przyznał się do zorganizowania zamachu. Podał szczegóły akcji i nazwiska wspólników. Natychmiast aresztowano cały zarząd związku, w sumie 19 osób. Podczas przesłuchań wyszło na jaw, że w trakcie wieczornej awantury Kuchciak domagał się, aby wszystkie pieniądze oddano jemu, gdyż „z narażeniem życia podłożył bomby pod województwo i magistrat”.

Szybko udało się odtworzyć przebieg zdarzeń. Ustalono, że całą akcją kierował Kuchciak. 13 grudnia przygotował dwie bomby i jedną z nich wręczył Rzetelskiemu i Wiśniewskiemu, którzy otrzymali zadanie dokonania zamachu na urząd wojewódzki. Zamachowcy udali się na posesję przy ulicy Ogrodowej 71. Wiśniewski odbezpieczył zapalnik i przerzucił bombę przez mur w kierunku gmachu urzędu. W tym samym czasie dwaj zamachowcy, Klimczak i Renosik- czekali przy zbiegu ulic Piotrkowskiej i Zielonej. Po chwili podszedł do nich Wiśniewski, który wrócił spod urzędu wojewódzkiego i wręczył im drugą bombę. Renosik poszedł z nią na plac Wolności, do magistratu. Odbezpieczoną bombę podłożył w przedsionku urzędu. Na szczęście nie wybuchła, w porę została zauważona i usunięta. Obie bomby były wykonane z puszek po konserwach i posiadały zapalniki czasowe. Miały wybuchnąć kilka minut po odbezpieczeniu.

Dalsze przesłuchania zamachowców przyniosły kolejne rewelacje. Okazało się, że banda Kuchciaka miała na sumieniu więcej przestępstw. 17 czerwca 1931 roku dokonała doskonale zorganizowanego napadu na kasjera „Karolewskiej Manufaktury”. Łupem związkowych bandytów padło 27 tysięcy złotych przeznaczonych na wypłaty dla robotników. Policja znalazła pieniądze podczas kolejnej rewizji w lokalu związku, schowane za piecem. Banda planowała też następne napady: na Bank Polski, kolekturę loterii państwowej oraz Bank Spółdzielczy przy ulicy Ogrodowej.

Główny organizator tych przestępczych akcji, 32-letni Roman Kuchciak był dobrze znanym działaczem związkowym. Wskutek wielu kontrowersyjnych działań jego nazwisko ciągle pojawiało się na łamach łódzkiej prasy. Był typem karierowicza o marnych zdolnościach i wykształceniu, ale niezwykle wysokich aspiracjach. Popularność wśród robotników zyskał dzięki sprytnemu uprawianiu demagogii. W pewnych kręgach pracowniczych wyrobił sobie opinię jedynego sprawiedliwego, który odkrył tajemnicę zła i jedynego, który potrafi walczyć o lepsze jutro mas. Kuchciak prowadził politykę negacji wszystkiego. Ze wszystkiego był niezadowolony, ze wszystkim walczył, a jednocześnie potrafił czerpać inspiracje od Hitlera i od komunistów. Jego intrygi w politycznym środowisku powodowały rozłamy i egzotyczne sojusze. Wreszcie udało mu się zostać prezesem kartelu ZZP. Po paru latach dyktatorskich rządów, jego pozycja osłabiła się. Przyjaciele i sojusznicy zaczęli się od niego odsuwać. Pozbawiono go prezesury, ale nadal posiadał wpływ na kartel. Przestępcza działalność miała go wzmocnić, lecz przyniosła mu totalny upadek. Chorobliwie ambitny Kuchciak nawet w więzieniu troszczył się o swój image i dopytywał czy gazety o nim piszą i czy na pewno dały jego fotografię…
- Ja panu mówię, że nie będę wisiał. Odegram jeszcze w Polsce wielką rolę – przekonywał przed procesem swojego ulubionego policjanta, inspektora Noska.
Sprawcy zamachu i napadu w liczbie 8 osób, stanęli przed sądem okręgowym w Łodzi 30 stycznia 1933 roku. Podczas trwającej dwa dni rozprawy sąd udowodnił winę wszystkim oskarżonym uznając, iż pod przykrywką działalności politycznej zajmowali się rabunkiem oraz bandytyzmem. Główny oskarżony – Kuchciak, nie zgodził się z zarzutami. Utrzymywał, że jego akcje nie zagrażały bezpieczeństwu publicznemu. Nie przyznał się do inicjowania i kierowania nimi. Tłumaczył, że wykonał petardy, a nie bomby, które nie mogły nikogo zabić.
- To była czysta działalność polityczna. A działalność polityczna musi być głośna i wyraźna – wyjaśniał oskarżony Kuchciak.
Jako kierującego bandą, skazano go za napad i zamach bombowy łącznie na 15 lat ciężkiego więzienia. Janowi Rzetelskiemu zasądzono 12 lat, a Stanisławowi Klimczakowi - 11. Feliksa Wiśniewskiego za podrzucenie bomby ukarano sześcioma latami pozbawienia wolności. Z grona „bombiarzy” sąd najłagodniej potraktował Bolesława Renosika skazując go na dwa i pół roku więzienia. Za napad na kasjera „Karolewskiej Manufaktury” Stanisławowi Śmigielskiemu i Antoniemu Rybakowi wymierzono po 6 lat, a Józefowi Grodzickiemu – 8 lat więzienia. W maju 1933 roku w wyniku apelacji sąd zmniejszył wymiary kar, przeciętnie o połowę.


Roman Kuchciak nie zrealizował swoich ambitnych planów politycznych. Zginął podczas niemieckiej okupacji. Prawdopodobnie rozstrzelany w podwarszawskiej Magdalence.