![]() |
| Francuskie kobiety podczas pracy na roli w 1917 roku |
sobota, 22 listopada 2014
Kobieto, puchu marny, do pługa idealny...
Miliony zdrowych i mocnych mężczyzn poszło na front robić za mięso armatnie. Wraz z nimi odeszły konie, które zamiast pługa, zaczęły ciągnąć armaty. Do pracy na roli pozostały tylko kobiety. Jedyne żywicielki narodów podczas I wojny światowej...
poniedziałek, 10 listopada 2014
Areoplan jechał i moc samochodów...
27 styczeń – środa. Wybębniali żeby oddać wszystko żyto i konie. Samochody dwa były rozszarpane od granatów pędziły w stronę Sieradza. Strzały też słychać bardzo dobrze.Nie wiemy ile lat miała Renia Królikowska, kiedy pisała swój dziennik. Może dwanaście, może piętnaście. Wiemy, że była uczennicą V klasy, ale jakiej szkoły? Szkoła realna w Zduńskiej Woli była przecież 4-klasowa. Młoda zduńskowolanka opisywała "na gorąco" życie w mieście okupowanym przez Niemców. Zapisywała także ważne wojenne daty i obcojęzyczne słówka do zapamiętania. Dziennik zaczyna się z początkiem 1915 roku. Poniżej notatki ze stycznia. Styl i ortografia oryginalne.
* * *
Nastąpił rok 1915 – nowy, piątek.
Rano byłyśmy w kościele, a potem na spacerze na cmentarzu. Przed południem jechał aeroplan do Łodzi. Ludzie opowiadali że w Paprotni byli patrole kozackie, ale czy to prawda? Poobiedzie nie było zmian.
2 styczeń - sobota.
Do południa nie było nic ważnego, a potem przyszedł oficer szukając kwatery dla żołnierzy. Ponieważ było zajęte więc poszli dalej. Ale co po chwili to chodzą szukać mieszkania mówiąc że jest puste. Żołnierze przyszli z Pabjanic.
3 styczeń – niedziela.
Od samego rana powstaje ruch na ulicy żołnierze się kręcą po mieście, a niektórzy do kościoła idą. Myśmy też byli w kościele. Na ulicy bardzo ślizko, śnieg pada. Wczoraj przyjechała panna Józia. Żadnych zmian nie było.
4 styczeń – poniedziałek.
Rano wyjechała panna Józia do Szadku. Na ulicy panuje spokój. Tylko dzisiaj jest przymrozek.
5 styczeń – wtorek.
Żadnych zmian nie było. Spokój panuje na mieście.
6 styczeń – środa.
Dzisiaj mamy święto 3 Króli. Byłyśmy w kościele. Sporo było żołnierzy. Na spacerze nie byłyśmy bo bardzo jest zimno i śnieg pada.
7 styczeń – czwartek.
Przyszło moc piechoty wieczorem i nocowało w mieście. Ulewa straszna była tak że zmokli do nitki.
8 styczeń – piątek.
Od samego rana moc szła konnicy austryackiej. Jedni się zatrzymują na mieście, drudzy jadą w stronę Łasku i Szadku. Deszcz ciągle pada. Wichura straszna. Konnica znów jedzie. Pokazała się tęcza więc nie wiedzą ludzie co to ma znaczyć. W poł.(udnie) akurat wojsko się pokazało austryackie.
9 styczeń.
Moc samochodów jechało i część konnicy wracało do Sieradza. Przez całą noc jechały wozy.
10 styczeń – niedziela.
Od samego rana jechały wozy pruskie i austryackie kłusem do Sieradza. Mówią, że się cofają, a oni, że po żywność dlatego, że na Warcie podmyła woda most i nie może przejechać.
11 styczeń – poniedziałek.
Od samego rana do wieczora ciągną się tabory pruskie i austryackie. Bardzo dużo w nocy jechało i stało do rana. Moc koni prowadzili do Łodzi. Mówią, że się cofają prusacy. Byłyśmy na spacerze bo bardzo ładna była pogoda.
12 styczeń – wtorek.
Wczoraj jechały całe tabory pruskie rano i popołudniu. Spotkaliśmy jak byłyśmy w drodze do Sieradza. Chciałyśmy pociąg zobaczyć, ale za późno już było. W nocy też mnóstwo jechało wozów i konnica.
13 styczeń – środa.
Ciągle jeżdżą samochody w tą i w tą stronę. Wozów jakoś nie widać. Deszcz pada i słota jest na ulicy.
14 styczeń – czwartek.
Jechał areoplan w stronę Szadku i moc samochodów sanitarnych do Łodzi. Dzisiaj pierwszy raz zadzwonili w kościele od wejścia prusaków 21 listopada. Byłyśmy na spacerze. Wprowadzili się żołnierze z II pułku od... (nieczytelne).
15 stycznia – piątek.
Deszcz od samego rana pada, samochody kursują po 20-30 jeden po drugim w tą i w tą stronę, a obozu nie widać wcale jakoś. Podobno pociągi wciąż kursują z wojskiem i t.p.
16 styczeń – sobota.
Dzisiaj już mniej kursują samochody niż wczoraj, żołnierze ciągle wchodzą i schodzą z góry. Deszcz ciągle pada a wieczorem podniosła wielka wichura i ulewny deszcz. A tak żadnych zmian nie było.
17 styczeń – niedziela.
Żadnych zmian nie było.
18 styczeń – poniedziałek.
Byłyśmy na stacyi moc wojsk widzieliśmy.
20 – środa.
Pogody bardzo ładne, dzisiaj zakładali druty telegraficzne i samochody wciąż kursują.
21 – czwartek.
Jechał areoplan w stronę Łodzi. Samochody mniej kursują.
22-23 stycznia.
Nie ma większych zmian. Przyszedł Wacio z Kaziem.
24 stycznia – niedziela.
Dzisiaj rano wyjechał do Sieradza Kazio a Wacio popołudniu.
25 stycznia.
Popołudniu poszłyśmy na spacer i słyszałyśmy okropny huk armat za cmentarzem. Dzisiaj się urodził syn M...
Moc samochodów jechało do Łodzi i wozów. Podobno się cofnęli o 13 kilometrów do Łodzi.
26 styczeń – wtorek.
Do południa chodziłam po sprawunki. Strzały było bardzo słychać.
27 styczeń – środa.
Wybębniali żeby oddać wszystko żyto i konie. Samochody dwa były rozszarpane od granatów pędziły w stronę Sieradza. Strzały też słychać bardzo dobrze.
28 – czwartek.
Strzały było słychać mniej – areoplan też jechał.
29 - piątek.
Wybębniali żeby ludzie szli pracować na planach kolei. Mają drugie szyny położyć. Ciotka wyjechała do Emiljanowa.
30 - sobota.
W południe szło piechoty - saperzy, którzy mają porobić sobie okopy pod Zduńską Wolą. Ludzi mają wziąć do 2 tysięcy.
31 styczeń.
Żadnych zmian.
* * *
Zduńska Wola została zajęta przez wojska niemieckie już 19 sierpnia 1914, kilkanaście dni po wybuchu I wojny światowej. Bez walki, gdyż Rosjanie wcześniej opuścili miasto. Jesienią wojska rosyjskie na krótko (od 15 do 21 listopada) ponownie przejęły władzę w mieście. Od 21 listopada 1914 roku, aż do końca wojny Zduńska Wola była okupowana przez Niemców. Funkcje samorządowe sprawował Komitet Obywatelski, pod kierownictwem Józefa Schneidera. Wskutek zniszczeń, braku surowców oraz grabieży maszyn, fabryki zaprzestały produkcji. W krótkim czasie mieszkańcom miasta zaczęło brakować pieniędzy i żywności... O tym przeczytacie w następnej części dziennika młodej zduńskowolanki.
Dziennik znajduje się w Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola. Dziękujemy za jego udostępnienie.
wtorek, 4 listopada 2014
Miód na duszę oplutą
Rozwierają się mogiły, (...)Przypadający 2 listopada Dzień Zaduszny jest w kościele katolickim okazją do modlitwy za dusze zmarłych. Ma to pomóc zwłaszcza tym duszyczkom, które błąkają się po czyśćcu. Polskie Zaduszki mają jednak za sobą długą słowiańską tradycję. Są współczesnym odpowiednikiem pogańskiego święta Dziadów.
Wysuwają potępieńce
Blade głowy, długie ręce...
Kult zmarłych i wiara w życie pośmiertne istniały od początku cywilizacji ludzkiej. Od zamierzchłych czasów wierzono też, że dusze zmarłych odczuwają pragnienie i głód oraz potrzebują bliskości swoich krewnych. Żyjący zobowiązani byli, rzecz jasna, pragnienia te zaspokajać. Rozgniewane dusze, nie bacząc na koligacje rodzinne, mogły bowiem straszyć, wyrządzać szkody lub sprowadzać przedwczesną śmierć.
Zwyczaj częstowania umarłych był praktykowany przez wszystkie ludy pogańskie. Grecy epoki homeryckiej nazwali tą uroczystość ucztą Kozła. Równie mocno praktyki te były zakorzenione wśród Słowian. Żyjący w XI wieku czeski kronikarz, Kosmas pisał, że za jego czasów oddawano cześć bogom przy drzewach, w gajach i nad źródłami, przynosząc pokarmy, aby dusze zmarłych miały przez to wieczny odpoczynek. Sute libacje po pogrzebach były powszechnym zwyczajem Lechitów. O bogatej stypie urządzonej przez księcia Popiela wspominał także Długosz w swoich Kronikach.
Uroczystość Dziadów pochodzi więc z zamierzchłych czasów, a jej nazwa wzięła się oczywiście od "dziadów" czyli zmarłych przodków. Głównym celem obrzędu było nawiązanie kontaktu z duszami zmarłych i zyskanie ich względów. Obchodzono te święta dwa razy w roku — na wiosnę i na jesieni. Kościół katolicki nie mogąc zwalczyć tych pogańskich obrządków, zdecydował się jesienne święto zaadaptować do swoich potrzeb.
W najbardziej pierwotnej formie Dziadów, aby zapewnić sobie przychylność dusz i pomóc im w osiągnięciu spokoju w zaświatach, "karmiono" je miodem, kaszą i jajkami. Duszom wędrującym, by mogły spędzić świąteczną noc wśród bliskich, oświetlano drogę do domu, rozpalając ogniska na rozstajach.
Ale ogień służył także do innych, nie mniej ważnych celów. Ognisko rozpalone na grobie samobójcy miało uniemożliwić wyjście na świat upiorowi. Współczesne znicze na grobach, które uważa się za symbol pamięci o zmarłych, pierwotnie miały więc zupełnie inne, praktyczne znaczenie. W niektórych regionach w miejscu jakiejś gwałtownej śmierci, obowiązkiem każdego przechodnia, było rzucenie gałązki na stos, który następnie palono. Ogień, jak wierzono, dawał ochronę przed złymi mocami.
Tradycja Dnia Zadusznego w Polsce zaczęła się tworzyć w XII wieku. Przez kilka stuleci mieszały się obrzędy pogańskie z chrześcijańskimi. Zwyczaje typowe dla Dziadów trwały aż do XX wieku. Lud wierzył na przykład, iż wśród nocy poprzedzającej dzień Zaduszny powstaje w kościele wielka jasność i wszystkie duszyczki modlą się przed ołtarzem. W tę noc bowiem zmarli księża odprawiali msze dla swoich zmarłych parafian. Żywi nie powinni pod żadnym pozorem wychodzić z domu w nocy z 1 na 2 listopada. A szczególnie zbliżać się do kościoła. Spotkanie z rozmodlonymi duszyczkami mogło być niebezpieczne. Po mszy duchy zmarłych miały w zwyczaju udawać się do swych dawnych domów.
Po zapadnięciu zmroku 1 i 2 listopada zabronione były czynności, które mogłyby uszkodzić lub znieważyć dusze odwiedzające domy. Nie wolno było na przykład wylewać wody przez okno, by nie oblać zabłąkanej duszy i palić w piecu, bo często dusze dostawały się do domu przez komin. Najwyższej ostrożności wymagał tak prozaiczny odruch, jak spluwanie. Przypadkowe nawet oplucie zagubionej duszy groziło poważnymi konsekwencjami. W trosce o bezpieczeństwo dusz na inną porę należało odłożyć takie prace, jak: ubijanie masła, maglowanie, deptanie kapusty, cięcie sieczki, przędzenie i tkanie.
Wierzono nadal, iż potrawami, napojami i śpiewem pomaga się duszom, ale już duszom czyśćcowym. W święto zmarłych chętnie goszczono żebraków obwieszonych świętymi medalikami, bo przypuszczano, że duch zmarłej osoby mógł przybrać postać kościelnego dziada. Mówiono o tych obdartych pielgrzymach, jako o "ludziach bożych" lub "świętych". Ksiądz Karol Żera pisał w swojej Silva rerum z połowy XVIII wieku, że lud podlaski zapraszał na stypy i obiady żałobne ubogich i hojnie ich obdarzał, aby tylko się modlili za dusze umarłych.
Z czasem wierni parafianie w dziele zbawienia dusz zaczęli bardziej doceniać rolę swojego proboszcza, stał się on beneficjentem części rozdawanych podarków. Na Mazowszu i Podlasiu istniał zwyczaj, że w dniu Wszystkich Świętych lud zostawiał swojemu kapłanowi za ołtarzem wszelkie dobra, w które obfitowało gospodarstwo: kury, prosięta, sery itp.
W dzień Zaduszny zbierały się przed kościołem i na cmentarzu gromady żebraków, dla których przynoszono żywność i inne podarki. Na talerzu ustawionym w kościele składano ofiary pieniężne dla biednych. Te zwyczaje, typowe dla pogańskich Dziadów, udało się katolickiemu klerowi na dobre wykorzenić dopiero w XX wieku. Chociaż jeszcze w latach trzydziestych znane były specjalne rodzaje pieczywa, które rozdawano ubogim, jako formę zapłaty za modlitwę w intencji zmarłych.
Stare pogańskie obyczaje cmentarne zawdzięczają wiele romantycznemu dramatowi Adama Mickiewicza. Dzięki niemu nie zostały zapomniane obrzędy Dziadów. Są częścią naszej, rodzimej tradycji. Kto twierdzi, że jest inaczej ma poważne problemy z pamięcią albo perfidnie kłamie. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?
niedziela, 5 października 2014
Majsurski tygrys u brytyjskiej szyi
Tygrys naturalnej wielkości atakujący mężczyznę. W tej nieco makabrycznej rzeźbie kryje się niespodzianka: kiedy zakręci się korbą, ręka człowieka porusza się w górę i w dół, słychać jego płacz oraz pomruki tygrysa.
To jeden z najciekawszych eksponatów londyńskiego Muzeum Wiktorii i Alberta. Wykonany został około 1793 roku na zamówienie sułtana Tipu, władcy królestwa Majsur (Mysore) w granicach dzisiejszego stanu Karnaka w Indiach. Inspiracją do powstania osobliwej zabawki była śmierć młodego Anglika w Zatoce Bengalskiej w 1792 roku. Zagryziony przez tygrysa Hugh Munro był synem jednego z generałów Kompanii Wschodnioindyjskiej, sir Hectora Munro. Jego śmierć sułtan Majsur uznał za boską karę wobec brytyjskich najeźdźców. Z tej okazji zlecił wykonanie mechanicznej zabawki przedstawiającej tygrysa ludożercę i jego ofiarę.
Rzeźbiona i malowana obudowa z drewna kryje w sobie mechanizm, który pozwala poruszać ręką człowieka oraz wydaje dźwięki: płacz ofiary oraz groźne pomruki tygrysa. Dodatkowo, pod klapą na boku tygrysa znajduje się 18-klawiszowa klawiatura małych organów piszczałkowych. Drewniany tygrys zabójca miał symbolizować siłę i nieustępliwość władcy Majsur, zaś płacząca ofiara przedstawiać pokonane przez niego Imperium Brytyjskie.
Tipu, znany jako Tygrys Majsur (1750-1799), rządził królestwem Majsur, od 1782 do końca życia. Był władcą wykształconym, poliglotą, miłośnikiem wiedzy, zdolnym politykiem i wojskowym. Uważano go też za dobrego poetę i znakomitego językoznawcę. Jego biblioteka liczyła ponad 2000 woluminów, w najróżniejszych językach.
Anglicy, którzy dążyli do opanowania całego półwyspu indyjskiego, mieli z nim poważne problemy. Razem z ojcem Tipu pokonał wojska brytyjskie w drugiej wojnie majsurskiej i wynegocjował z nimi traktat. Potem w obronie przed Brytyjczykami nawiązał szereg sojuszy militarnych, m.in. z Francją, Emiratem Afganistanu i Sułtanatem Tureckim. Po wycofaniu się z sojuszu Francuzów został pokonany w trzeciej i w czwartej wojnie przez połączone siły Wielkiej Brytanii i sąsiadów Mysore. Zginął podczas obrony swojej stolicy, Śrirangapatna 4 maja 1799. Został pochowany we wspaniałym mauzoleum, które zbudował dla swego ojca i jego małżonki Fatimy Begum.
Anglicy po upadku Majsur rozebrali wszystkie forty i obiekty militarnych Królestwa. Na szczęście w stanie nienaruszonym pozostawili wspaniałe pałace i założone wokół nich ogrody. Niezwykłą zabawkę sułtana znaleźli w jego letniej rezydencji i zabrali ją do Londynu. Po raz pierwszy "Tygrys Tipu" został pokazany publiczności w 1808 roku w londyńskim budynku Indii Wschodnich. Potem przeniesiono go do biura Kompanii Wschodnioindyjskiej, aż w roku 1880 trafił do Muzeum Wiktorii i Alberta.
Rzeźbiona i malowana obudowa z drewna kryje w sobie mechanizm, który pozwala poruszać ręką człowieka oraz wydaje dźwięki: płacz ofiary oraz groźne pomruki tygrysa. Dodatkowo, pod klapą na boku tygrysa znajduje się 18-klawiszowa klawiatura małych organów piszczałkowych. Drewniany tygrys zabójca miał symbolizować siłę i nieustępliwość władcy Majsur, zaś płacząca ofiara przedstawiać pokonane przez niego Imperium Brytyjskie.
Tipu, znany jako Tygrys Majsur (1750-1799), rządził królestwem Majsur, od 1782 do końca życia. Był władcą wykształconym, poliglotą, miłośnikiem wiedzy, zdolnym politykiem i wojskowym. Uważano go też za dobrego poetę i znakomitego językoznawcę. Jego biblioteka liczyła ponad 2000 woluminów, w najróżniejszych językach.
Anglicy, którzy dążyli do opanowania całego półwyspu indyjskiego, mieli z nim poważne problemy. Razem z ojcem Tipu pokonał wojska brytyjskie w drugiej wojnie majsurskiej i wynegocjował z nimi traktat. Potem w obronie przed Brytyjczykami nawiązał szereg sojuszy militarnych, m.in. z Francją, Emiratem Afganistanu i Sułtanatem Tureckim. Po wycofaniu się z sojuszu Francuzów został pokonany w trzeciej i w czwartej wojnie przez połączone siły Wielkiej Brytanii i sąsiadów Mysore. Zginął podczas obrony swojej stolicy, Śrirangapatna 4 maja 1799. Został pochowany we wspaniałym mauzoleum, które zbudował dla swego ojca i jego małżonki Fatimy Begum.
piątek, 26 września 2014
Warownia księcia wokoło murowana
Zamek na kopcu okrągłym wokoło murowany, stary porysowany, we środku z drzewa budowany. Pod tym kopcem przykop i wał ze trzech stron, a z czwartej rzeka Bzura. Do zamku jest most wielki, dobry do wjechania, z poręczem...Tak opisano zamek w lustracji z 1599 roku. Ruiny na sochaczewskim wzgórzu pamiętają jeszcze jesień średniowiecza. To jeden z najcenniejszych zabytków zachodniego Mazowsza.
15 lipca 1414 roku doszło w Sochaczewie do kolejnego doniosłego wydarzenia. Na miejskim rynku słynny rycerz Zawisza Czarny z Garbowa wypowiedział wojnę Krzyżakom. Ogłosił to w imieniu króla Polski i własnym. W 1476 roku zamek wraz z miastem i ziemią sochaczewską zostały włączone do Królestwa Polskiego. Gdzie dokonano tego historycznego aktu? Oczywiście, na sochaczewskim zamku. Od tej pory warownia stała się siedzibą starosty grodowego oraz stacją królewską. Według kronikarza Długosza, król Kazimierz Jagiellończyk sporo ryzykował przyjeżdżając do Sochaczewa, podczas gdy książęta mazowieccy szykowali się do wojny w obronie swojej niezależności.

Głównym problemem sochaczewskiej warowni od początku była mała stabilność gruntu na wzgórzu zamkowym. W tego powodu zbocza stale obsuwały się, powodując spękanie murów i niszczenie zabudowy wewnętrznej. Na początku XVII wieku stan obiektu pogorszył się na tyle, że warownia przestała spełniać swoje podstawowe funkcje obronno-urzędowe. Doszło do katastrofy budowlanej, w wyniku której osunął się prawdopodobnie północny stok wzgórza i zawaliła znaczna część muru.
Odbudowa, którą zarządził król Zygmunt III Waza, szła bardzo opornie. Dopiero w połowie wieku XVII udało się na starych średniowiecznych fundamentach wybudować nowy zamek o charakterze późnorenesansowym lub wczesnobarokowym. Źródła nie rozstrzygają jednoznacznie, jak ta warownia wyglądała. Zanim przywrócono zamkowi dawną świetność został zajęty przez Szwedów, a wkrótce potem przez nich spalony, podczas słynnego potopu. Prawdopodobnie stało się w roku 1657. Zniszczeniu uległa wtedy znaczna część wyposażenia wraz z przechowywanymi tam historycznymi księgami grodzkimi.
Przez ponad 100 lat dawna warownia księcia Siemowita pozostawała ruiną. Był to właściwie koniec jej funkcji obronnej. Nie tylko ze względu na zniszczenia, ale i rozwój artylerii oraz ówczesną sytuację polityczną Rzeczpospolitej. Dopiero w latach 1789-90 zamek częściowo odbudował starosta sochaczewski Kazimierz Walicki. W oparciu o ocalałe mury powstał gmach przystosowany do pełnienia funkcji urzędowo-kancelaryjnych i pomieszczenia archiwum grodzkiego. Przetrwał tylko 4 lata, podczas powstania kościuszkowskiego zniszczyła go pruska artyleria. W 1815 r. na zamkowym wzgórzu stały jeszcze ruiny dwóch baszt. Kolejnej próby odbudowy warowni już nie podjęto.
Do XXI wieku z murowanego zamku pozostało bardzo niewiele. Częściowo zachowały się ściany domu zachodniego z dużymi otworami okiennymi. Ocalały małe fragmenty skrzydeł wschodniego i południowego oraz szczątki oktagonalnej wieży wschodniej, obok której znajdował się wjazd do zamku. Pozostała też osuszona i zarośnięta chwastami fosa zamkowa. Od 1961 roku wzgórze zamkowe objęte jest opieką konserwatora zabytków.
Mimo, że stan ruin systematycznie się pogarszał, do roku 2013 nie podjęto poważniejszych prac mających uchronić je przed ostatecznym zniszczeniem. Latem 2006 roku na wzgórzu prowadzone były wykopaliska archeologiczne, podczas których odkryto nieznane wcześniej fundamenty, prawdopodobnie dawnego przejazdu bramnego. Znaleziono sporą ilość ceramiki, gwoździ i innych drobiazgów. Przy okazji oczyszczono wzgórze z krzaków i zlikwidowano roślinność porastającą mury.
Oficjalne otwarcie odnowionego wzgórza nastąpiło 11 listopada 2013 roku. W styczniu tego roku okazało się, że konieczne będą poprawki, bo w niektórych częściach dobudowanych murów odpadają cegły. Wiosną te usterki zostały poprawione i przez cały sezon letni wzgórze i ruiny służyły zwiedzającym. Z okazji 600-lecia wypowiedzenia przez Zawiszę Czarnego wojny Krzyżakom odbył się tutaj dwudniowy historyczny piknik rodzinny. W każdą niedzielę wakacyjną zwiedzający mogli korzystać bezpłatnie z pomocy przewodnika, który opowiadał o przeszłości sochaczewskiego zamku. Wzgórze jest cały czas otwarte dla zwiedzających. Ma przybliżać historię Sochaczewa jego mieszkańcom oraz przyciągać turystów. Stało się nową wizytówką miasta.
Wykonana została ogromna i kosztowna praca, ale nie udało się postawić przysłowiowej kropki nad "i". Mając prawie pięciomilionowy budżet i uważny (z pewnością) nadzór konserwatora, nie zadbano o kilka istotnych szczegółów. Trudno zrozumieć dlaczego do uzupełnienia ubytków w murach nie użyto cegły ręcznie formowanej. Przy tego typu pracach jest oczywiste, że brakuje materiałów oryginalnych, więc zastępuje się je współczesnymi, jak najbardziej zbliżonymi parametrami do zabytkowych. Debatowano długo nad zastosowaną zaprawą, ale cegła o idealnie równych krawędziach i odcieniu znacznie odbiegającym od oryginalnej nie wzbudziła zastrzeżeń konserwatora. Pasuje do ponad 300-letnich murów, jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. Zaskoczenie może też budzić nowa posadzka zamkowa, wykonana ze żwirku zespolonego żywicą. Nie zadbano nawet o ukrycie skrzynek elektrycznych, tak jakby stanowiły one ważny element ekspozycji zabytku o kilkusetletniej historii... Aż strach pomyśleć, jak wyglądałoby wzgórze zamkowe, gdyby tymi samymi metodami odbudowano zamek...
* * *
Źródła:
http://histmag.org/Tajemnice-zamku-w-Sochaczewie-819
http://dawnysochaczew.republika.pl/zamek.htm
http://pokazywarka.pl/vcwcak/
http://www.e-sochaczew.pl/sochaczew,ruiny-zamku-po-pracach-konserwatorskich-fotorelacja,39627.html
http://naszzamek.e-sochaczew.pl/media/index.php?MediumID=177
http://gosc.pl/doc/1800117.Zeby-wandale-nie-wrocili
Subskrybuj:
Posty (Atom)














