poniedziałek, 9 grudnia 2013

Marlena, oddaj męża, zdziro!

Dupa niezła, ale czy nam nie potrzeba także twarzy? - zastanawiał się nad jej kandydaturą asystent Sternberga.
W grudniu 1930 roku odbyła się amerykańska premiera nowego filmu Josefa von Sternberga "Maroko". Okazał się wielkim sukcesem i utorował niemieckiej aktorce grającej główną rolę, Marlenie Dietrich, drogę do światowej kariery. Za swoją kreację otrzymała ona w 1931 roku jedyną w karierze nominację do Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Film dostał łącznie cztery nominacje do tej nagrody, także za: najlepszą scenografię, najlepsze zdjęcia i najlepszą reżyserię. Ale niewiele brakowało, aby amerykańska kariera niemieckiej aktorki skończyła się tak szybko, jak szybko się zaczęła. Wszystko za sprawą zazdrosnej żony...

marlena dietrich - maroko 1930

O tej zaskakującej sprawie informował 17 sierpnia 1930 roku tygodnik "Kino":
Niemiecka aktorka filmowa, Marlena Dietrich, której rola w filmie "Niebieski Anioł" stała się rewelacyjną dla jej talentu otrzymała, jak wiadomo engagement do Hollywood. Sukces swój Marlena Dietrich zawdzięczała pono wpływom reżysera Józefa Sternberga i stąd wynikł skandal.

Oto małżonka Sternberga, podejrzewając romans męża z fascynującą gwiazdą ekranu, zwróciła się o pomoc i opiekę do amerykańskich organizacyj kobiecych, które w Stanach Zjednoczonych posiadają wielkie znaczenie i umieją energicznie przeprowadzać swoje postulaty. Pod wpływem zazdrosnej pani Sternberg amerykańskie kobiety ogłosiły zdecydowany bojkot wszystkich filmów, w których wystąpiłaby Marlena Dietrich.

Nie pomogły zaprzeczenia artystki, że nie zamierza rozbijać szczęścia małżeńskiego Sternbergów, ani zapewnienia pozostałego w Berlinie jej męża, że stosunki jego z żoną są jak najlepsze. Amerykanki nie ustąpiły i Marlena Dietrich musiała opuścić Hollywood. Obecnie udała się do Afryki, gdzie ma nakręcać niemiecką wersję kolonjalnego filmu "Marokko".
sternberg i dietrich 1928

Tu wyjaśnić należy pewne nieścisłości w tej informacji. Po pierwsze: Dietrich wcale nie musiała wyjeżdżać do Afryki. Akcja filmu toczyła się wprawdzie w Maroku, ale scen plenerowych nie kręcono w naturalnych warunkach. Egzotyczne pejzaże odtworzono w warunkach studyjnych i na plażach Kalifornii. Żeby było ciekawiej: Marlena po przybyciu do USA zamieszkała u Sternbergów!

Po drugie: żoną Sternberga nie była jakaś "kura domowa", nieustannie cierpiąca z powodu mężowskich "skoków w bok", ale aktorka Riza Royce. Co prawda nie grała głównych ról, ale była postacią dość znaną. Po wojnie głównie z popularnego serialu Bonanza. Oczywiste, że wiedziała wszystko o bardzo luźnych obyczajach panujących w świecie filmu, bo żyła w nim od dawna. W roku 1930, po czterech latach pożycia, Sternbergowie szukali pretekstu do rozstania. Przyjaciółka Rizy, scenarzystka Frederica Sagor Maas, rozpowiadała, że małżeństwo Sternbergów nie może być skonsumowane, ponieważ "według Rizy, sprzęt Josefa jest uszkodzony". Związek męża z "niemieckim Aniołem" był nawet na rękę "pani Sternberg", bo dawał szansę na korzystny rozwód, do którego zresztą wkrótce doszło.

riza royce
W tle tej erotyczno-obyczajowej rozgrywki toczyła się prawdziwa walka o moralność. Środowiska konserwatywne i religijne próbowały wprowadzić obyczajowy kaganiec dla przemysłu filmowego. Hollywood uważano za największego winowajcę rzekomego upadku moralnego Ameryki. Od kilku lat działało cenzorskie biuro Willa Haysa, które ostrzyło sobie nożyczki na co odważniejsze sceny filmowe. Filmowcy musieli używać przemyślnych wybiegów, aby ich filmy nie zostały pozbawione kluczowych epizodów lub by właściciele kin nie odmówili ich wyświetlania. W tych warunkach groźby zazdrosnej żony należało traktować bardzo poważnie. Prawdopodobnie Sternbergowie osiągnęli jakiś kompromis, bo bojkotu najnowszego filmu nie było, natomiast jeszcze w tym samym roku doszło do rozwodu.

Co do związku Josefa von Sternberga z Marleną Dietrich, to temat na osobną opowieść. Był na tyle skomplikowany i pokręcony, jak i ta para. Spotkali się po raz pierwszy w Berlinie podczas naboru kandydatek do filmu "Błękitny Anioł". Pilnie szukano wtedy partnerki dla słynnego Emila Janningsa. Po latach Josef, z właściwą sobie ironią, tak opisał w autobiografii odkrycie nowej gwiazdy:
Dzień rozpoczęcia zdjęć zbliżał się, w powietrzu wisiała katastrofa. Chodziły słuchy, że kobieta, której szukam, nie istnieje. Przeglądając album reklamowy ze zdjęciami aktorek, zatrzymałem się na płaskim, mało interesującym portrecie panny Dietrich. Gdy zapytałem o nią mojego asystenta, tak jak pytałem o inne, wzruszył tylko ramionami i burknął: Dupa niezła, ale czy nam nie potrzeba także twarzy? (...) Miała oczy przymknięte. Jannings powiedział mi potem, że krowa przymyka oczy tylko wtedy, gdy się cieli (...) Wyznała, że nie potrafi grać, że nikt nie umie jej korzystnie fotografować, że prasa odnosi się do niej źle, że nakręciła trzy filmy, w których była naprawdę straszna. Daję słowo - zdarzyło mi się to pierwszy raz - nigdy żaden aktor, któremu proponowałem rolę, nie przyznał się z całą otwartością do swoich braków. Później wyszło na jaw, że grała strasznie nie w trzech, ale w dziewięciu filmach...
Opowieści Sternberga trzeba jednak traktować z przymrużeniem oka. Maria Magdalena, która na początku kariery filmowej przyjęła imię Marleny, nie była głupią gęsią, marzącą o bajkowej karierze w "Fabryce Snów". Od dzieciństwa uczyła się gry na skrzypcach i podobno miała spore szanse na karierę skrzypaczki, ale porzuciła grę po kontuzji ręki. Już jako nastolatka występowała w filmach i w kabarecie. Kiedy poznała Sternberga była już mężatką i matką pięcioletniej córeczki Marii. Nauczona w domu rodzinnym dyscypliny, silnej woli i ukrywania swych uczuć Marlena nie była z pewnością jedynie bezwolną wykonawczynią poleceń mistrza Josefa. Nawet on przyznawał, że książkę - materiał na scenariusz do "Maroka" podsunęła mu właśnie Marlena. Podobno ona wymyśliła również sposób na uchronienie kultowej sceny - pierwszego w kinie pocałunku lesbijskiego - przed nożycami cenzora.

Aktorka otwarcie przyznawała się do biseksualizmu. W Berlinie bywała często w lesbijskich lokalach, gdzie poznawała nowe partnerki. Później też miała wiele kochanek, m. in. pisarkę Mercedes de Acosta, aktorki: Magdalenę del Rio, znaną jako Imperio Argentyna i Tallulah Bankhead. Mówiono, że poszła do łóżka nawet ze swoją największą ekranową rywalką - Gretą Garbo! Poza związkiem ze Sternbergiem, miała też romanse z wieloma innymi sławnymi mężczyznami. Spośród aktorów byli to: Gary Cooper, Jean Gabin, Frank Sinatra, John Wayne, Kirk Douglas, James Stewart, Yul Brynner. Spośród literatów: Erich M. Remarque czy Ernest Hemingway.

hedy lamarrr, marlena dietrich, billy wilder 1948
Przez swój kontrowersyjny, swobodny styl życia zraziła do siebie środowiska konserwatywne i purytańskie. Natomiast Niemcy długo jeszcze po II wojnie światowej nie mogli jej wybaczyć, że odrzuciła szansę zostania gwiazdą ekranów III Rzeszy, potępiła nazizm i przyjęła amerykańskie obywatelstwo. Odmawiając Hitlerowi i występując z recitalami na frontach dla amerykańskich żołnierzy Marlena skazała się na potępienie przez rodaków i była traktowana jak zdrajczyni. W 1960 roku, gdy przyjechała z koncertami do Berlina obrzucono ją jajkami i wyzwiskami typu "Dietrich do domu!", "Zuchwała dziwka", "Podła nikczemna zdrajczyni". Za swą działalność podczas wojny Marlena Dietrich otrzymała Medal Wolności - najwyższe odznaczenie cywilne w USA oraz francuską Legię Honorową.

Po wojnie rzadziej grała w filmach, poświęciła się karierze estradowej. Zmarła w Paryżu w 1992 roku. Pochowana została w Berlinie, obok swojej matki, niedaleko domu, w którym przyszła na świat. W dowód osobliwe rozumianej pamięci w 1993 roku nieznani sprawcy sprofanowali grób Marleny Dietrich na cmentarzu Friedhof. Na płycie napisano "zdzira w futrze", nagrobek obrzucono śmieciami i błotem.
Dopiero w setną rocznicę jej urodzin burmistrz Berlina oficjalnie przeprosił Dietrich za to, że „Niemcy nie docenili jej twórczości za życia”. Rok później nadano jej honorowe obywatelstwo Berlina, a jedno z centralnych miejsc w nowym berlińskim City nazwano placem Marleny Dietrich.

piątek, 6 grudnia 2013

Dziewica niezupełnej świeżości

Informacji takiej wagi nie znajdziemy w dzisiejszej prasie. O pierwszym śniegu 100 lat temu pisało się inaczej:
Pierwszy śnieg. Obudziwszy się, ujrzeliśmy miasto, jak dziewicę idącą do ślubu, przybraną w białe szaty, z pod których było widać niezupełnej świeżości plamy przypominające nieupraną "przez zapomnienie" spódniczkę ...
Śnieg leżał na dachach i ogrodach niewielką warstwą, na ulicach zamieniał się pod kołami w błoto. O godz. 11 zaczęło niebo znów sypać białe płatki, które jednak topniały.
śnieg

Źródło" "Rozwój" 6.12.1913 (sobota).

niedziela, 1 grudnia 2013

Francuski łącznik - 1

Święta jest nasza sprawa, święty zapał. Świat da nam poklask, zdumi się nieprzyjaciel i musi przyznać nam w zupełności sławę, nabytą od tylu wieków, pielęgnowaną w legjonach, utrzymaną w Xsięstwa Warszawskiego szeregach, i teraz tak świetnie zakwitłą - wieszczyła optymistycznie 5 grudnia 1830 roku "Gazeta Polska".
Spróbujmy zatem sprawdzić jaki ów "świat" dawał nam "poklask" w dniach listopadowego powstania narodu. W latach 1827-1837 konsulem Francji w Warszawie był niejaki Raymond Durand, który stał się naocznym świadkiem wydarzeń z lat 1830-1831. Stanowisko konsula zobowiązywało go do przesyłania regularnych raportów do Paryża. Durand opisywał rzetelnie wszystko co działo się wokół niego, korzystając z informatorów z otoczenia wielkiego księcia Konstantego oraz zbliżonych do władz powstańczych. Bywało, że Polacy próbowali, podsuwając tendencyjne informacje, wykorzystać konsula do wpłynięcia na postawę rządu francuskiego. Durand do wiadomości od tzw. czynników oficjalnych podchodził ze szczególnym krytycyzmem i często skarżył się, że nie zawsze może oddzielić "ziarno od plewy".

raymond durand
Trzeba powiedzieć, że francuski konsul do wszelkich rewolucji i powstań podchodził ostrożnie, był bowiem przez takie wypadki mocno doświadczony. Jego ojciec, mer Montpellier, został oskarżony o "zbrodnię federalizmu" i zgilotynowany w Paryżu w styczniu 1794 roku. Rodzina Durandów została wtedy pozbawiona przez jakobińskie władze pokaźnego majątku i matka miała przez jakiś czas spore problemy z utrzymaniem piątki synów. Sam Raymond doświadczył wojennej zawieruchy podczas pobytu w Barcelonie, od roku 1807, jako przedstawiciel domu handlowego swego kuzyna. Musiał być świadkiem okrutnych scen podczas wojny Francji napoleońskiej z Hiszpanami, m.in słynnego oblężenia Saragossy oraz dziesiątek krwawych bitew z regularną armią hiszpańską i partyzantami.

W Warszawie konsul Durand wynajmował część kamieniczki przy Nowym Świecie — dzisiejszego domu nr 34. Swój cykl "listopadowych" depeszy zaczął 1 grudnia 1830. Napisał wtedy do ministra spraw zagranicznych, Sebastianiego:
Panie ministrze,
Korzystam z pierwszej nadarzającej się okazji posłania sztafety, by poinformować Waszą Ekscelencję o wydarzeniu równie nieoczekiwanym, co doniosłym, którego widownią stała się Warszawa. Przedwczoraj, w poniedziałek, około godziny siódmej wieczorem, wybuchło powstanie, którego projekt otoczony był najgłębszą tajemnicą. Rozpoczęło się ono, jak się wydaje, w szkole wojskowej, znanej pod nazwą Szkoły Podchorążych. Ci młodzi ludzie, w liczbie pięciu czy sześciu setek, chwycili za broń i rozbiegli się po mieście, wzywając Polaków do walki o wolność. Wielu studentów i inni mieszkańcy przyłączyli się wnet do nich, po czym wszyscy pospieszyli pod koszary piechoty i arsenał. Nie podjęto uprzednio żadnych kroków dla ochrony tego ważnego obiektu, tak bardzo ufano w jego bezpieczeństwo. 
Tuż po godzinie dziesiątej włamano się do arsenału i lud zagarnął ogromne zapasy karabinów i szabel. Powstanie objęło już poprzednio koszary piechoty. Jak mnie zapewniają, pułk saperów pierwszy przeszedł na stronę ludu, a wiele innych oddziałów nie zwlekało, by pójść za jego przykładem. Jeszcze przed ustąpieniem nocy wiadomo było, że Wielki Książę Konstanty nie może zdławić poruszenia i że nie pozostało mu nic innego, jak tylko wycofać się. Książę, którego pałac położony jest za miastem, wsiadł na koń i stanął na czele trzech regimentów kawalerii gwardii rosyjskiej, które były skoszarowane w sąsiedztwie. 
Rezygnując z niemożliwego oporu, który pociągnąłby za sobą straszliwe nieszczęścia, wycofał się nad ranem z Warszawy wraz z owymi trzema pułkami, a także z pułkiem strzelców konnych gwardii polskiej, który wyszedł z miasta, doznawszy nieco strat, i który podporządkował się jego rozkazom. Nie wiem, czy przyłączyły się doń dwa pułki piechoty gwardii rosyjskiej, których koszary są bardzo oddalone od pałacu Jego Cesarzewiczowskiej Mości. Podano mi sprzeczne doniesienia co do losu tych oddziałów, a wobec anarchii, w jakiej wciąż znajduje się miasto, nie jestem zdolny uzyskać całkowitej pewności co do tego czy innego faktu. To właśnie uniemożliwia mi dziś zajęcie się innymi szczegółami. Najważniejsze, by nasz rząd królewski jak najszybciej dowiedział się o wielkim wydarzeniu, jakim jest triumf insurekcji w Warszawie. Nikt nie wątpi, że pułki, które są rozmieszczone po województwach, pójdą śladem swych towarzyszy broni z Warszawy i że odstępstwo Wojska Polskiego stanie się w ten sposób powszechne. Uważa się tu też za rzecz prawdopodobną, że powstanie rozprzestrzeni się na inne części dawnej Polski. 
Tak wielki przewrót nie mógł dokonać się bez spowodowania nieszczęść. Szef policji miejskiej został zabity w pierwszym momencie, jak również dwaj generałowie rosyjscy. Wielu generałów polskich, wśród których wymienia się hrabiego Hauke, ministra wojny, i hrabiego Stanisława Potockiego, dowodzącego piechotą, zginęło, próbując utrzymać wojsko w posłuszeństwie. Miasto zostało wydane na pastwę straszliwej anarchii. Tłum zrabował w dniu wczorajszym rosyjską kasę wojskową i kwaterę płatnika generalnego w sąsiedztwie domu, który ja sam zamieszkuję. Ostatniej nocy próbowano splądrować bank i ratusz, ale na szczęście próby te zostały stłumione. Naczelne dowództwo zostało powierzone generałowi Chłopickiemu, człowiekowi z głową i sercem, który długie lata służył jako generał brygady pod rozkazami marszałka Sucheta i można wiele oczekiwać po staraniach, jakie zaczął już czynić dla przywrócenia porządku. Organizuje się pospiesznie gwardia narodowa. Znaczna część ludu nosiła wczoraj kokardę francuską, ale wezwano go, aby przybrał kokardę polską, która jest biała, i dziś dostrzegam bardzo mało kokard trójkolorowych.
bitwa warszawska 1831 r.
 Rada Administracyjna, ustanowiona przez cara, podjęła natychmiast mądrą decyzję włączenia do swego grona kilku członków wybranych spośród ludzi najuczciwszych, a jednocześnie najbardziej popularnych. Ten Rząd Tymczasowy ogłosił właśnie odezwę, w której uznaje suwerenne prawa monarchy pod warunkiem, że oddzielenie obu krajów stanie się jeszcze pełniejsze i że żaden korpus rosyjski nie będzie stał garnizonem w Królestwie. Rząd stara się złagodzić rewolucję, zapobiec najgorszym jej konsekwencjom, ale powodzenie tych wysiłków jest, niestety, nader wątpliwe.
Nie mając do mej dyspozycji kuriera, adresuję tę depeszę do poselstwa Francji w Berlinie, wzywając do jak najszybszego posłania jej dalej. Jeśli Wasza Ekscelencja uważa za konieczne udzielenie mi instrukcji specjalnych, proszę o ich nadesłanie. Proponuję, abym pozostał na mym stanowisku, nawiązał z nowymi władzami takie stosunki, jakich wymagać będzie ochrona obywateli francuskich, i abym w innych sprawach postępował z pełnym umiarem, jaki nakładają mi me obowiązki w tak poważnych okolicznościach.

* * *
Jak wyżej wspomnieliśmy, Durand utrzymał swoje stanowisko aż do roku 1837. Mimo zawirowań politycznych we Francji: rewolucji lipcowej i zmian w rządzie paryskim. Wybuch powstania w Warszawie dał konsulowi niespodziewaną szansę na odzyskanie zaufania przełożonych, nadszarpniętego przez jego lojalną postawę wobec upadłej monarchii Karola X.

Raymond Durand przez jedenaście miesięcy przekazywał depesze regularnie, trzy razy w tygodniu: w poniedziałek, wtorek i czwartek, korzystając z połączenia pocztowego z Paryżem. Dzięki temu stał się w tym czasie najważniejszym informatorem rządu francuskiego. Następne depesze już wkrótce...

Źródło: Raymond Durand depesze z powstańczej Warszawy 1830-1831. Przekład, wstęp i przypisy Robert Bielecki.

sobota, 16 listopada 2013

Nakarm wieprza Pietrze...

"Pijanego świnia zjadła" - informował 17 listopada 1912 roku "Goniec Częstochowski". Treść sensacyjnej notatki przedrukowanej z lubelskiego "Gońca Polskiego" brzmiała jak niżej:

Do jakiego stanu może doprowadzić wódka za przykład niech posłuży następujący wypadek. Pewien włościanin ze wsi Czułczyce, gm. Staw powiatu Chełmskiego udał się na jarmark do Chełma aby sprzedać wieprza. Wieprza nie udało się sprzedać, więc smutek postanowił zapić i upił się. Ostatecznie wlazł na wóz i w stanie nieprzytomnym pojechał do domu razem z wieprzem. Wieprz cały dzień nie jadł, zaczął więc atakować gospodarza. Pijany nie stawił oporu i wieprz nagryzł włościaninowi bok. Koń instynktownie zajechał przed dom; ku zdziwieniu obecnych włościanin z fury nie zszedł. Gdy zbliżono się, gospodarz dawał tylko słabe oznaki życia i wkrótce zmarł. Niech wypadek ten będzie przestrogą dla upijających się..

Pamiętaj włościaninie: nakarm wieprza, wtedy wódka będzie lepsza...

niedziela, 10 listopada 2013

Bez zbędnych utarczek

Może to być policzek wymierzony prawicowym antysemitom, ale trzeba przypomnieć fakt, że niepodległość zawdzięczamy również rewolucji niemieckiej i Żydom. Największym wrogiem wolnej Polski byli sami Polacy. Zanim odzyskali niepodległość już szykowali się do wojny domowej…

Jak doszło do rozbrojenia Niemców i unieszkodliwienia silnego garnizonu pruskiego, okupującego ziemie polskie? Interesujące szczegóły tych listopadowych wydarzeń z roku 1918 przedstawił 19 lat później „Głos Poranny”. Autor artykułu opublikowanego 11 listopada 1937 roku, Jan Urbach opierał się na dokumentach niemieckich i wspomnieniach polskich wojskowych. Poniżej przedstawiamy jego obszerne fragmenty…

* * *

Krótkotrwały był żywot ludowego rządu lubelskiego. Polska Komisja Likwidacyjna, w skład której wchodzili również endecy i konserwatyści, a która uważała się za jedyną reprezentację zachodniej Małopolski, odmówiła posłuszeństwa temu pierwszemu polskiemu rządowi. Lwów krwawił już w walce z Ukraińcami, w Warszawie rządził jeszcze von Beseler, a członkowie rządu ludowego sami uznali swą władzę za tymczasową. Daszyński w „Pamiętnikach” opisał scenę charakterystyczną: w bankach lubelskich było niewątpliwie kilkanaście milionów koron, rząd przejął od Austriaków zapasy cukru na 7-8 milionów, a mimo to borykał się z wielkimi trudnościami finansowymi. Wszyscy pracowali bezinteresownie i minister skarbu Medard Downarowicz na zapytanie premiera Daszyńskiego, czy skarb dysponuje większymi funduszami, z uśmiechem poinformował, że ma… swoich aż 400 koron!
Reakcja, endecja, dla której dość nagłe usunięcie Austriaków i ukonstytuowanie suwerennego rządu, i to ludowego, było wielką niespodzianką, szybko ocknęła się i poczęła nie przebierać w środkach, aby sparaliżować działalność władzy polskiej. Próbowano skłonić Roję [generał Bolesław Roja], aby wyruszył z Krakowa na Lublin, a gdy to nie udało się, wówczas gen. Rozwadowski miał odegrać rolę „usmiritiela”, lecz i ten wycofał się z tej przykrej imprezy. Owe wysiłki godne lepszej sprawy czyniono w chwili, gdy Lwów był w ogniu walki i rząd ludowy poważną cześć nowo utworzonej armii wysłał na odsiecz bohatersko walczącej młodzieży lwowskiej.

Tymczasem dziejowe zdarzenia toczą się szybko w sposób nader dla nas korzystny. W dniu 9 listopada 1918 wybucha w Niemczech rewolucja. Kajzer Wilhelm II, zdawało się przed wojną wszechpotężne bożyszcze, przemawiające z chorobliwą butą przy każdej okazji o swym bohaterstwie i odwadze, po przegranej wojnie, jako nędzny tchórz pozostawia armię i ucieka do Holandii… W garnizonach wybucha bunt żołnierski, po usunięciu oficerskiego zwierzchnictwa formują się rady żołnierskie. Nareszcie drgnęła i Warszawa. Tegoż dnia, w którym wybuchła rewolucja w Berlinie, tj. 9 listopada, również w garnizonie niemieckim w Warszawie w godzinach wieczornych ukonstytuowała się pierwsza rada żołnierska. (…)

Według niemieckich źródeł na przestrzeni 61 250 km kw. części Królestwa pod okupacją pruską było wojska niemieckiego 38 batalionów landszturmu, jeden pułk dragonów, 4 szwadrony landszturmu i jedna nowo utworzona bateria artylerii polowej. Z tej informacji wynikałoby, że wszystkiego około 35 000 żołnierzy, jednak pułkownik Różycki przypuszcza, że ogółem było około 80 000 wojska i urzędników.

Na wiadomość o rewolucji berlińskiej pierwszy uciekł z Warszawy generał gubernator von Beseler. Podobno rada regencyjna ułatwiła ucieczkę „bohaterskiemu” zdobywcy Belgii, który po krzyżacku rządził Polską. Uciekł, ponieważ obawiał się spotkania oko w oko z Piłsudskim, który znajdował się już w drodze z Magdeburga do Warszawy. W dniu 10 listopada 1918 roku rano przybył Piłsudski z Sosnkowskim i tego dnia komenda naczelna POW oraz władze organizacyjne PPS rzuciły hasło rozbrojenia Niemców w Warszawie.

Jednocześnie w garnizonie niemieckim rozegrały się wypadki, które niewątpliwie poważnie zaważyły na szali dni listopadowych . (…) Okazuje się, że Żydy rozbroiły garnizon pruski w Warszawie, skłaniając żołnierzy do oddania broni wojsku polskiemu, do zaniechania oporu, do całkowitego zaufania Piłsudskiemu (…) ta broń odegrała niezmiernie ważną rolę przy odparciu pierwszych najazdów, a więc użyta była przede wszystkim przeciwko Sowietom. Źródła niemieckie podają, że po ucieczce „bohatera” generała von Beselera, pozostał szef sztabu gubernatorstwa, pułkownik Nethe, który zamierzał uchwycić władzę i stawić opór „napastnikom” polskim. Wspomina o tym i pułkownik Różycki.

Wówczas — według oficjalnego sprawozdania niemieckiego — rudowłosy żyd – sierżant”, dr. praw Domke, rodem ze Śląska Górnego, wraz z Żydami Himelreichem, pisarzem sądu gubernialnego i Metzem, żołnierzem, w płomiennych przemówieniach na radzie żołnierskiej przekonali obecnych, że… nie należy dopuścić do zbrojnej utarczki z polakami… Wzburzenie Polaków przeciw Niemcom jest zupełnie usprawiedliwione, nie można też odmówić Polakom do pewnego stopnia prawa własności w stosunku do zapasów, nagromadzonych w magazynach niemieckich… Rada żołnierska winna wszelkimi siłami dążyć do polubownego załatwienia sprawy, uważając za swoje najważniejsze zadanie jak najszybszą ewakuację do kraju…

W przemówieniu na niemieckiej radzie żołnierskiej żołnierz Żyd Metz na projekt pułkownika Nethe, by skoncentrować wszystkie siły zbrojne w obrębie cytadeli i Pragi i zmusić Polaków do zezwolenia na wywóz wszystkim zapasów broni, oświadczył, że:

Słuszna jest w stosunku do Niemców nienawiść i uraza Polaków, zniszczonych doszczętnie i wyczerpanych przez ustawiczne sekwestry i rekwizycje. Z tego względu Polacy nigdy nie zgodzą się pertraktować z junkrami, jako przedstawicielami dawnego systemu….

Ponieważ owym mówcom – Żydom niektórzy na radzie stawiali zarzut, iż właściwie nie mają oni piśmiennych zapewnień i zobowiązań ze strony Piłsudskiego, wówczas dr. Domke oświadczył, że należy bez jakichkolwiek dokumentów ufać słowom Piłsudskiego. Celowo obszerniej opisałem przebieg pamiętnej nocnej rady żołnierskiej, bowiem zwycięstwo wniosków Domkego, Metza i Himelreicha, klęska junkra Nethego, umożliwiły znacznie szybsze rozbrojenie okupantów bez większych ofiar. (…)
oddajcie broń

Piłsudski natychmiast po przyjeździe do Warszawy 10 listopada odbył późnym wieczorem naradę z delegacją niemieckiej rady żołnierskiej. Na czele jej stał dr. Domke; poznańczyk Marcinkowski był tłumaczem. Rozmowa odbyła się w nader przyjaznym nastroju. Delegacja bez wahań przyjęła warunki Piłsudskiego: oddanie broni i sprzętu wojennego, oddanie parku kolejowego oraz zaniechanie przez żołnierzy niemieckich porachunków ze swymi oficerami.

W nocy z 10 na 11 listopada zaczęto rozbrajać oddziały, poszczególnych oficerów, żołnierzy niemieckich i obsadzać peowiakami, akademikami i robociarzami najważniejsze obiekty wojskowe. O 9 rano komendant Piłsudski udał się do gmachu gubernatorskiego, gdzie zebrała się niemiecka rada żołnierska, do której wśród niezwykłej ciszy przemówił:

Żołnierze niemieccy, przemawia do was więzień stanu dotychczasowego waszego rządu. Rząd ten doprowadził was na brzeg przepaści, lecz wyście wydarli z jego rąk władzę i ustanowiliście swój własny, żołnierski rząd! Wyście zmęczeni tym pięcioletnim blisko krwawieniem. Celem waszego nowego rządu, rady żołnierskiej, jest doprowadzenie szczęśliwie was do waszych chat, do waszych żon i dzieci, do waszej ojczyzny. Pamiętajcie, że stać się to tylko wtedy może, jeżeli okażecie absolutny posłuch tej waszej nowej władzy. Znajdujecie się wśród narodu, który wasz dotychczasowy rząd traktował bezwzględnie, z cała brutalnością. Ja, jako przedstawiciel narodu polskiego, oświadczam wam, że naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie chce i będzie!

Garnizon niemiecki w Warszawie liczył 12 000 żołnierzy i 18 000 urzędników, służby pomocniczej, szpitalnej, razem 30 tysięcy ludzi, czyli liczba poważna, która byłaby groźna w razie oporu. Rozbrajanie w stolicy odbywało się, jak wspomnieliśmy, na ogół spokojnie, planowo, bez większych krwawych ofiar. Żołnierze niemieccy gorliwie wypełniali rozkazy rady żołnierskiej i oddawali broń. Niemiecka rada żołnierska wydała piękną odezwę do „Braci Polaków”, o której pisze urzędowy raport niemiecki, że „każdy jej wiersz świadczył dostatecznie o tym, że Żydzi brali udział w jej układaniu”.

Na początku rozbrajania zastrzelony został junkier – lejtenant von Honwald, który stawiał opór i nie chciał podporządkować się radzie żołnierskiej. Wieczorem, około godz. 9-tej 11 listopada, poważniejsza strzelanina wynikła w pobliżu dworca wiedeńskiego, wywołując popłoch. Wspomina o niej śp. p. pułkownik Boerner. Była to potyczka, którą musiał stoczyć oddział akademików z kilkunastu oficerami niemieckimi, którzy strzelali z hotelu „Polonia”. O wiele groźniej było w pobliżu cytadeli, w której przebywał i nie chciał poddać się pułk, tzw. „Jablonnaregiment”, około 2 000 bagnetów, zbuntowany przez pułkownika Nethe i grupę najbardziej znienawidzonych oficerów. Pułk nie chciał podporządkować się dyrektywom rady żołnierskiej. Kompania tego pułku obsadziła ratusz warszawski i dopiero, gdy peowiacy ustawiali w pobliskich domach karabiny maszynowe i przypuścili 13 listopada zdecydowany atak, kompania pruska po pewnym oporze dała się rozbroić.
studenci na warcie

Cytadela została otoczona i dopiero 16 listopada podpisano umowę, w myśl której żołnierzom zezwolono zabrać ze sobą broń boczną, karabiny, a oddziałom karabinów maszynowych – ciężkie karabiny. Uzbrojenie jednak zostanie wyznaczonym oficerom polskim wydane za pokwitowaniem przed przekroczeniem granicy w Mławie i Skalmierzycach. Lekkie karabiny maszynowe, amunicja i pozostały materiał wojenny został bezzwłocznie wydany.
Doniosłe znaczenie miało szybkie obsadzenie przez peowiaków stacji granicznych w Mławie i Skalmierzycach, zaś linii kolejowej z Ostrołęki do granicy Prus przez polskich podchorążych z Ostrowia. W ciągu dni 11, 12, 13 listopada peowiacy, akademicy, robotnicy, chłopi, legioniści, dawni żołnierze armii rosyjskiej, młodzież szkolna prawie na całym terenie b. Królestwa z wielką ofiarnością przeprowadziła rozbrojenie wszystkich posterunków niemieckich.

Jedną z najpiękniejszych kart zdolności organizacyjnych narodu polskiego był egzamin, jaki w tym okresie zdało kolejnictwo nasze. W dniu 13 listopada kursowały koleje prawie na wszystkich liniach, i tegoż dnia odszedł pierwszy transport wojskowych do Niemiec, ostatni zaś 19-go. Przez punkty graniczne w Mławie i Skalmierzycach w ciągu dni sześciu wyjechało 30 000 Niemców.

W Mławie przy przekroczeniu granicy Niemcy oddali władzom polskim 12 000 karabinów, 120 karabinów maszynowych, 2 miliony naboi karabinowych, mnóstwo granatów ręcznych. Również i w Skalmierzycach oddano moc broni. W ten sposób rada żołnierska dotrzymała słowa i bez zbytecznego rozlewu krwi zostali ewakuowani okupanci, którzy całe uzbrojenie i zapasy pozostawili odrodzonemu państwu polskiemu…

* * *

Już po opracowaniu tego materiału natrafiłem na tekst wykorzystujący fragmenty tego samego artykułu z „Głosu Porannego”, zatytułowany "Rola Żydów Niemieckich w rozbrajaniu garnizonu pruskiego". Jak świadczyłby tytuł , celem autora (autorki ?) przede wszystkim było przypomnienie mało znanego epizodu z listopada 1918 roku. Jednak z komentarzy pod tekstem można wnioskować, że do zdarzeń opisanych przez „Głos” podchodzi z wyraźną rezerwą, jeśli nie z powątpiewaniem. Najpoważniejszym zarzutem wobec artykułu sprzed 76 lat jest fakt, że jego autor – redaktor Jan Urbach – był ojcem znanego skądinąd Jerzego Urbana…