sobota, 27 lutego 2016

Ukradłeś, Sachs!

Oskarżano się o kłamstwa, manipulacje, plagiaty, a nawet o bicie fałszywej monety. Zdarzały się też kpiny z małego przyrodzenia przeciwnika… Międzywojenna prasa łódzka nie przebierała w środkach, aby pogrążyć konkurencję.

Podłożem konfliktów w łódzkiej prasie międzywojennej były wydarzenia wcześniejsze. „Głos Polski” prowadził Marceli Sachs, były współpracownik m. in. „Godziny Polskiej”, finansowanej podczas wojny przez Niemców. Po odejściu okupanta Sachs przejął wydawnictwo i zaczął wydawać własną gazetę. Przez pozostałych wydawców był uważany za niemieckiego kolaboranta i bezprawnego użytkownika drukarni, która ich zdaniem była mieniem państwowym. Szczególnie ostro protestował „Rozwój”, dziennik opcji narodowej, który przez całą wojnę nie mógł się ukazywać.
Ilustrowana Republika 4.11.1925Inni również nie oszczędzali wydawcy „Głosu”. W roku 1922 zdesperowany Sachs oskarżył o oszczerstwo redaktora dziennika „Straż Polska”, Józefa Petryckiego, który otwarcie zarzucił mu korzystanie z pieniędzy niemieckiego okupanta oraz nazwał „pruskim denuncjatorem i prowokatorem”. Po przesłuchaniu świadków, m.in. prezydenta miasta Aleksego Rżewskiego, mecenasa Piotra Kona oraz wydawcę „Rozwoju” - Wiktora Czajewskiego, sąd uniewinnił Petryckiego. Tym samym przyznał, że zarzuty wobec Sachsa nie były oszczerstwem i są dowody na to, iż współpracował on z okupantem. Właściciel „Głosu Polskiego” wiele stracił w opinii publicznej, ale po zapłaceniu odszkodowania na rzecz państwa, utrzymał wydawnictwo.
„Głos Polski” w tym czasie należał do najpoczytniejszych łódzkich dzienników, ale był to początek jego końca. U Sachsa pracowała cała czołówka łódzkich dziennikarzy, m. in.: Czesław Nusbaum-Ołtaszewski, Władysław Polak, Gustaw Wassercug, Jan Urbach, Eugeniusz Kronman. W 1923 roku Ołtaszewski i Polak, przy finansowej pomocy Maurycego Poznańskiego i dwóch innych udziałowców, założyli spółkę i zaczęli wydawać nowy dziennik poranny - „Republika" oraz popołudniowy „Express". W krótkim czasie „Republikanie” przejęli znaczną część czytelników „Głosu” i osiągnęli największy nakład wśród pism porannych w Łodzi - 20 000 egzemplarzy. Rywalizacja o czytelnika i reklamodawców bywała bardzo ostra. Polemiki prasowe przybierały formę niewybrednych pyskówek i osobistych wycieczek.
W styczniu 1925 roku „Głos” w artykule „Wylęgarnia kaczek”, zarzucił „Republice” kierowanie się zasadą: „czytelnik nie świnia – wszystko zje” i serwowanie sensacji wyssanych z palca. Jako przykłady podano informacje o rezygnacji prezydenta miasta Mariana Cynarskiego, o zakupie przez Wojciecha Korfantego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” i planowanej dymisji premiera Grabskiego.
Następnego dnia „Republika” odpowiedziała zdecydowanie, iż jej fachowe służby informacyjne pozyskują nie tylko stereotypowe wiadomości , takie same jak wszystkie redakcje, ale również zakulisowe, trudniej dostępne. Przy okazji wyszydziła „Głos Polski”, który jej zdaniem stosuje prymitywne metody walki o czytelnika. „Łatwiej dementować cudze informacje, niż zdobywać własne” – stwierdziła i dodała, że taka taktyka popłaca tylko na bardzo krótką metę, a dowodem jest fakt spadającego z dnia na dzień nakładu „Głosu Polskiego” i nieustannie wzrastającego nakładu „Republiki”.

3 maja 1925 roku „Głos Polski” podał zaskakującą informację, która miała powalić konkurencję na kolana. Zaczynała się super sensacyjnie:
„Wczoraj o godzinie 9-ej i pół rano do lokalu, zajmowanego przez wydawnictwo dzienników „Republika" i „Express Wieczorny" przy ulicy Piotrkowskiej nr. 49, przybył silny oddział policji i zamknąwszy wszystkie wyjścia, przystąpił do gruntownej rewizji. Przeszukaniu poddane zostały pomieszczenia, zajmowane zarówno, przez administrację jak redakcję i drukarnię „Republiki" i „Expressu Wieczornego".
Czego szukała policja w wydawnictwie „Republiki”? Zdaniem „Głosu”, to tam właśnie prowadził trop śledztwa w sprawie fałszywych srebrnych dwuzłotówek, które niedawno pojawiły się w obiegu. W wyniku przeszukania drukarni odkryto rzekomo niezaprzeczalne dowody przestępczej działalności:
„W ręce policji kryminalnej dostała się kunsztownie i przemyślnie skonstruowana fabryczka fałszywych dwuzłotówek metalowych, oraz poważna ilość gotowych monet, nie pozostawiających żadnych wątpliwości, iż tu właśnie, w lokalu „Republiki" i „Expressu Wieczornego" znajdowała się wytwórnia fałszywych pieniędzy. Wskutek rewizji tej dwie osoby zostały aresztowane.”
„Republika” następnego dnia zdementowała te rewelacje.
„W powyższych wiadomościach niema ani krzty prawdy. Stanowią one jeden ciąg kłamstw, fałszów i źle ukrywanych insynuacji. Wydawnictwo „Republiki” i „Expressu" pociąga winnych rozsiewania fałszywych i szkodzących nam wiadomości do odpowiedzialności sądowej.
Sprawa została wyjaśniona w „Expressie Wieczornym” 4 maja 1925 roku w artykule o znamiennym tytule „Łajdactwo”. Poinformowano, że operator prasy Krampf odbił na tekturowej matrycy dwuzłotówkę z obu stron. Inni pracownicy, kiedy je odkryli zanieśli do dyrekcji. Ta, obawiając się, że drukarze mogliby rzeczywiście nowoczesne maszyny wykorzystać do drukowania pieniędzy, wezwała policję. Krampfa poddano kilkudniowej dyskretnej obserwacji. Śledczy nie stwierdzili jednak niczego podejrzanego w jego działaniach. Nic nie wniosły do sprawy rewizje w pomieszczeniu, w którym pracował, ani w jego mieszkaniu. Nie znaleziono żadnej fałszywej monety i po przesłuchaniu kilku osób sprawę umorzono.
Koncern Republika wniósł sprawę do sądu zarzucając „Głosowi” działanie z zamiarem skompromitowania najgroźniejszych konkurentów, podważenia zaufania wśród czytelników i zrujnowania wydawnictwa. Do rozstrzygnięcia sporu nie doszło, gdyż sąd sprawę umorzył uznając, że brakuje podstaw do jej wszczęcia.
22 maja 1926 roku konflikt rozgorzał z nową siłą, wskutek opublikowania na pierwszej stronie „Expressu Wieczornego Ilustrowanego” informacji w formie ogłoszenia oskarżającej Marcelego Sachsa o kradzież rosyjskiej nowelki. Treść tej fikcyjnej, bardzo obraźliwej reklamy była następująca:
„Marceli Sachs – obecnie wydawca „Głosu Polskiego”, dawniej redaktor szpiclowskiej „Godziny Polski”, używający fałszywie tytułu doktora praw, ukradł pisarzowi rosyjskiemu L. d`Orowi nowelkę p.t. „Tak było”!
Następnego dnia w „Republice” w artykule pod tytułem „Ukradłeś Marceli Sachs!” na dowód plagiatu przedstawiono opublikowaną w 1916 roku treść utworu Sachsa oraz rosyjskiego oryginału. Redaktor „Głosu” tłumaczył się, iż nigdy nie twierdził, że jest to jego własny utwór, ale wyłącznie tłumaczenie, a informację o tym przeoczyła redakcja. Można powątpiewać czy w tydzień po zamachu majowym czytelników mogły poruszyć te odgrzewane afery, dotyczące wykształcenia i twórczości literackiej redaktorów łódzkich gazet. Mieli przecież pod dostatkiem wrażeń związanych z groźbą wojny domowej i niepewną sytuacją polityczną w kraju.

Trzy lata później doszło do bezprzykładnej w dziejach prasy kradzieży, której tym razem ofiarą padł Marceli Sachs. Chory na gruźlicę i częściowo sparaliżowany właściciel „Głosu Polskiego” wydzierżawił gazetę spółce swoich współpracowników, po czym wyjechał za granicę na leczenie. Kierujący spółką „Ilustrowana Prasa Wieczorna" Gustaw Wassercug i Eugeniusz Kronman, postanowili bezwzględnie wykorzystać przedłużająca się nieobecność Sachsa. 1 lutego 1929 roku przygotowali do druku nową gazetę o nazwie „Głos Poranny”, będącą niemal kalką „Głosu Polskiego”, wykorzystując przygotowane do niego materiały. Nie wahali się też zabrać listy prenumeratorów i przekonać ich do nowego tytułu. Redakcję z ulicy Piotrkowskiej 98 przenieśli do pobliskiego budynku przy Piotrkowskiej 101. Z dnia na dzień zniknął „Głos Polski”, a w jego miejsce zaczął wychodzić „Głos Poranny”. Sachs o sprawie dowiedział się dopiero po powrocie do kraju. Przeżył szok, kiedy od sprzedawcy w kiosku usłyszał, że jego gazety już nie ma, ale może poczytać sobie „Głos Poranny”. Próbował jeszcze walczyć, reaktywował „Głos Polski”, ale nie był w stanie pozyskać odpowiedniej liczby prenumeratorów, aby utrzymać pismo. Pogrążył się w długach i wkrótce umarł.

Po ostatecznym upadku „Głosu Polskiego", do rywalizacji na epitety przystąpili dawni koledzy z redakcji Sachsa: Gustaw Wassercug, naczelny „Głosu Porannego” i Władysław Polak, naczelny „Expressu”. Pod byle pretekstem, redaktorzy wyciągali na forum publiczne fakty i detale z życia osobistego. Wassercug na przykład, zarzucając Polakowi tendencyjność recenzji teatralnych, ironicznie wypytywał w „Głosie” o szczegóły jego długiej wizyty w garderobie pewnej aktoreczki. Władysław Polak sięgał po bardziej intymne i wyrafinowane argumenty. Potrafił w otwartym liście prasowym zwracać się do naczelnego „Głosu” określeniami typu: „O, Guciu, perło Wschodu i Wschodniej!” lub „Mój ty malutki Gutasku”, tak jakby coś więcej wiedział o szczegółach anatomicznych byłego kolegi.

Prasowe pyskówki nie wynikały tylko z osobistych antypatii redaktorów. Często skandale i sensacje wywoływano świadomie, licząc na lepszą sprzedaż swoich pism oraz przyciągnięcie reklamodawców. Przy bardzo ostrej konkurencji na rynku, codzienne gazety starały się schlebiać przede wszystkim czytelnikom o najmniej wybrednych gustach. Zapominano o zawodowym kodeksie postępowania, wymagającym szacunku dla cudzych poglądów oraz pisania o faktach, a nie o własnych fantazjach. Górę brała zasada: cel uświęca środki...

wtorek, 2 lutego 2016

Bombowe zabawy w związku z…(2)

We wtorek rano, 13 grudnia 1932 roku wstrząsnęła Łodzią wiadomość o zamachu przed gmachem urzędu wojewódzkiego. U zbiegu ulic Ogrodowej i Zachodniej, pod pałacem Poznańskiego, w którym mieściły się wówczas władze województwa, eksplodowała puszka z materiałem wybuchowym. Śmierć poniosła jedna osoba.

Pierwsze przesłuchania naocznych świadków oraz aresztowanych podejrzanych nie wniosły nic ważnego do śledztwa. Dochodzenie nabrało tempa, gdy śledczy ruszyli tropem kolporterów ulotek, wzywających do gwałtownych wystąpień w obronie zapomóg finansowych dla robotników sezonowych. W kręgu podejrzeń znaleźli się kierownicy kilku związków zawodowych.



Ustalono, że w dniu zamachu, wieczorem, w lokalu kartelu Zjednoczenia Zawodowego Polskiego (ZZP) doszło do bójki i strzelaniny. Dopiero interwencja policji ostudziła krewkich związkowców. W efekcie kilka osób aresztowano, a lokal opieczętowano. Postanowiono przyjrzeć się bliżej działalności związkowców. Śledczy skupili uwagę na dwóch najbardziej "aktywnych" działaczach: byłym prezesie związku NPR-Prawica – Romanie Kuchciaku i jego sekretarzu – Janie Rzetelskim.

Kuchciak zeznał, że przyczyną awantury w lokalu związkowym była sprzeczka z powodu podziału funduszy, zebranych i nie wykorzystanych na obronę sądową jednego z członków kartelu - Rybarczyka. Obecny prezes - Tomesz, uważał, że wobec rezygnacji Rybarczyka z obrońcy, pieniądze należy przekazać żonie skazanego. Kuchciak, Rzetelski i ich zwolennicy opowiedzieli się natomiast za podziałem pieniędzy pomiędzy członków zarządu. Po przesłuchaniu Kuchciaka zwolniono z aresztu.

Jednak kolejne zeznania i poszlaki utwierdziły śledczych w przekonaniu, że kartel, który nieraz wywoływał wśród robotników wrzenie oraz podburzał ich do wystąpień, może być zamieszany w zamach. Możliwe, że to właśnie on wydał odezwy oraz przygotował bomby. Dokonano rewizji w mieszkaniach przywódców związku. U Kuchciaka, w domu przy ulicy Odyńca 5, znaleziono odezwy nawołujące do wystąpień 13 grudnia. Materiały skonfiskowano, a Kuchciaka oraz Rzetelskiego ponownie aresztowano.


Roman Kuchciak początkowo miotał się w zeznaniach i zaprzeczał jakoby miał coś wspólnego z zamachem. Próbował dorobić sobie alibi, powołując się na kilku świadków z innych związków zawodowych. Dopiero kiedy nie potwierdzili jego zeznań, przyznał się do zorganizowania zamachu. Podał szczegóły akcji i nazwiska wspólników. Natychmiast aresztowano cały zarząd związku, w sumie 19 osób. Podczas przesłuchań wyszło na jaw, że w trakcie wieczornej awantury Kuchciak domagał się, aby wszystkie pieniądze oddano jemu, gdyż „z narażeniem życia podłożył bomby pod województwo i magistrat”.

Szybko udało się odtworzyć przebieg zdarzeń. Ustalono, że całą akcją kierował Kuchciak. 13 grudnia przygotował dwie bomby i jedną z nich wręczył Rzetelskiemu i Wiśniewskiemu, którzy otrzymali zadanie dokonania zamachu na urząd wojewódzki. Zamachowcy udali się na posesję przy ulicy Ogrodowej 71. Wiśniewski odbezpieczył zapalnik i przerzucił bombę przez mur w kierunku gmachu urzędu. W tym samym czasie dwaj zamachowcy, Klimczak i Renosik- czekali przy zbiegu ulic Piotrkowskiej i Zielonej. Po chwili podszedł do nich Wiśniewski, który wrócił spod urzędu wojewódzkiego i wręczył im drugą bombę. Renosik poszedł z nią na plac Wolności, do magistratu. Odbezpieczoną bombę podłożył w przedsionku urzędu. Na szczęście nie wybuchła, w porę została zauważona i usunięta. Obie bomby były wykonane z puszek po konserwach i posiadały zapalniki czasowe. Miały wybuchnąć kilka minut po odbezpieczeniu.

Dalsze przesłuchania zamachowców przyniosły kolejne rewelacje. Okazało się, że banda Kuchciaka miała na sumieniu więcej przestępstw. 17 czerwca 1931 roku dokonała doskonale zorganizowanego napadu na kasjera „Karolewskiej Manufaktury”. Łupem związkowych bandytów padło 27 tysięcy złotych przeznaczonych na wypłaty dla robotników. Policja znalazła pieniądze podczas kolejnej rewizji w lokalu związku, schowane za piecem. Banda planowała też następne napady: na Bank Polski, kolekturę loterii państwowej oraz Bank Spółdzielczy przy ulicy Ogrodowej.

Główny organizator tych przestępczych akcji, 32-letni Roman Kuchciak był dobrze znanym działaczem związkowym. Wskutek wielu kontrowersyjnych działań jego nazwisko ciągle pojawiało się na łamach łódzkiej prasy. Był typem karierowicza o marnych zdolnościach i wykształceniu, ale niezwykle wysokich aspiracjach. Popularność wśród robotników zyskał dzięki sprytnemu uprawianiu demagogii. W pewnych kręgach pracowniczych wyrobił sobie opinię jedynego sprawiedliwego, który odkrył tajemnicę zła i jedynego, który potrafi walczyć o lepsze jutro mas. Kuchciak prowadził politykę negacji wszystkiego. Ze wszystkiego był niezadowolony, ze wszystkim walczył, a jednocześnie potrafił czerpać inspiracje od Hitlera i od komunistów. Jego intrygi w politycznym środowisku powodowały rozłamy i egzotyczne sojusze. Wreszcie udało mu się zostać prezesem kartelu ZZP. Po paru latach dyktatorskich rządów, jego pozycja osłabiła się. Przyjaciele i sojusznicy zaczęli się od niego odsuwać. Pozbawiono go prezesury, ale nadal posiadał wpływ na kartel. Przestępcza działalność miała go wzmocnić, lecz przyniosła mu totalny upadek. Chorobliwie ambitny Kuchciak nawet w więzieniu troszczył się o swój image i dopytywał czy gazety o nim piszą i czy na pewno dały jego fotografię…
- Ja panu mówię, że nie będę wisiał. Odegram jeszcze w Polsce wielką rolę – przekonywał przed procesem swojego ulubionego policjanta, inspektora Noska.
Sprawcy zamachu i napadu w liczbie 8 osób, stanęli przed sądem okręgowym w Łodzi 30 stycznia 1933 roku. Podczas trwającej dwa dni rozprawy sąd udowodnił winę wszystkim oskarżonym uznając, iż pod przykrywką działalności politycznej zajmowali się rabunkiem oraz bandytyzmem. Główny oskarżony – Kuchciak, nie zgodził się z zarzutami. Utrzymywał, że jego akcje nie zagrażały bezpieczeństwu publicznemu. Nie przyznał się do inicjowania i kierowania nimi. Tłumaczył, że wykonał petardy, a nie bomby, które nie mogły nikogo zabić.
- To była czysta działalność polityczna. A działalność polityczna musi być głośna i wyraźna – wyjaśniał oskarżony Kuchciak.
Jako kierującego bandą, skazano go za napad i zamach bombowy łącznie na 15 lat ciężkiego więzienia. Janowi Rzetelskiemu zasądzono 12 lat, a Stanisławowi Klimczakowi - 11. Feliksa Wiśniewskiego za podrzucenie bomby ukarano sześcioma latami pozbawienia wolności. Z grona „bombiarzy” sąd najłagodniej potraktował Bolesława Renosika skazując go na dwa i pół roku więzienia. Za napad na kasjera „Karolewskiej Manufaktury” Stanisławowi Śmigielskiemu i Antoniemu Rybakowi wymierzono po 6 lat, a Józefowi Grodzickiemu – 8 lat więzienia. W maju 1933 roku w wyniku apelacji sąd zmniejszył wymiary kar, przeciętnie o połowę.


Roman Kuchciak nie zrealizował swoich ambitnych planów politycznych. Zginął podczas niemieckiej okupacji. Prawdopodobnie rozstrzelany w podwarszawskiej Magdalence.

czwartek, 14 stycznia 2016

Karsznice - kultura w szczerym polu

„Co jeszcze pan umie? Grać w piłkę pan umie? A może boksować lub grać na trąbce?" — pyta naczelnik. Karsznice samymi parowozami nie stoją. Nie jest to bezosobowy twór z przeszłości — to ludzie i ich historie są tutaj przewodnikami...

Ta niewielka wieś w gminie Zduńska Wola ma długą, sięgającą XIV wieku, historię. Ale o Karsznicach zrobiło się głośno dopiero po decyzji o budowie linii kolejowej Śląsk – porty. Pierwszy pociąg dotarł tu 8 listopada 1930. W tym samym dniu oddano do użytku stację kolejową. Potem zbudowano w Karsznicach parowozownię oraz osiedle mieszkaniowe dla 1 300 kolejarzy i ich rodzin. Obecnie osiedle to stanowi dzielnicę Zduńskiej Woli, podczas gdy reszta Karsznic pozostała wsią. Jak dowodzi felieton Gabrieli Górskiej z Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola, kolejarskie osiedle, które powstało w szczerym polu, jest bardzo ciekawym obiektem kulturowym. Artykuł ukazał się w kwartalniku artystyczno-literackim „Arterie” (Lipiec nr 1/2015). Poniżej przedstawiamy jego obszerne fragmenty.

* * *

Historia jakich (nie)wiele

Cofnijmy się do 1928 roku. Leżąca w samym centrum Polski niewielka wieś Karsznice obok Zduńskiej Woli, należąca do majątku rodziny Wierzchlejskich, staje miejscem, przez które przebiega jedna z nielicznych w kraju linii kolejowych (...) ze Śląska do portu w Gdyni. Polska, chcąc po odzyskaniu niepodległości odbudować gospodarkę, stawia na eksport węgla, tworząc tym samym warunki dla rozwoju pozostałych gałęzi przemysłu. (...) Na drodze do sukcesu pojawia się jednak problem przewozu węgla (...)

Decyzja o budowie dwóch linii kolejowych łączących Śląsk z gdyńskim portem zapada w 1925 roku. Już rok później, po wybuchu strajku brytyjskich górników, śmiały plan budowy magistrali węglowej wyraźnie przyspiesza (...) Strajk w Wielkiej Brytanii jest szansą dla polskiego eksportu. Kraje skandynawskie — dotychczasowi główni odbiorcy brytyjskiego węgla — stają się nowym, strategicznym partnerem dla polskiego górnictwa. (...) Potrzebna jest nowa, ekspresowa trasa tranzytowa południe-północ. I tu właśnie rozpoczyna się historia Karsznic, niewielkiej wsi i folwarku położonego tuż przy granicy ze Zduńską Wolą. (...)

Dzięki rozwojowi kolejnictwa niewielka wieś już wkrótce, po historycznym roku 1926, stanie się ważnym punktem na kolejowej mapie i miejscem widocznym zza szyby pędzącego wagonu. Ogromna inwestycja daje zatrudnienie mieszkańcom Zduńskiej Woli i okolic. Biorą w niej udział zarówno ci, którzy pozostają bez pracy na skutek kryzysu, ale także okoliczni rolnicy—właściciele sporych gospodarstw, ale i ci ich pozbawieni. Budowa niczym magnes przyciąga ludzi z odległych miejsc, takich jak Nowogródczyzna, Polesie, Wołyń, Wileńszczyzna czy Podlaskie.

Pomimo hucznego otwarcia północnego i południowego odcinka magistrali w 1930 roku, kryzys światowy dopada też budowę odcinka Karsznice—Inowrocław. W związku z tym Rząd Polski jednoczy siły z Francusko-Polskim Towarzystwem Kolejowym Spółką Akcyjną w Paryżu, któremu od 1938 roku zacznie podlegać nowopowstała Dyrekcja Kolei Herby Nowe — Gdynia. Jednak i to nie pomaga zrealizowaniu inwestycji w terminie. Chociaż odcinek zostaje oddany do eksploatacji 1 marca 1933 roku, nadal są przy nim prowadzone prace wykończeniowe, nie wspominając o drugim torze, który zostaje oddany do użytku dopiero wiosną 1938 roku. (...)

karsznice budowa osiedla kolejowe

Kolejarskie Eldorado

Już w końcówce 1930 roku przez tymczasową stację w Karsznicach przejeżdża dziesięć—dwanaście par pociągów, które muszą pokonać odległość ponad 250 kilometrów. Najbliższe parowozownie Dyrekcji Okręgowych Kolei Państwowych są położone 40 kilometrów od nowej linii. Powstaje pomysł, aby na środku jej długości stworzyć nową macierzystą parowozownię. Środkiem tym są oczywiście Karsznice, przed którymi rysuje się wizja rodem z filmów o przyszłości. Wybudowana w systemie hal typu schodkowego parowozownia będzie pierwszą tego typu w Polsce i jedną z najnowocześniejszych w Europie!

Oprócz Parowozowni powstanie Lokomotywownia, Wagonownia, Zakład Taboru oraz inne jednostki Węzła, czyli Oddział Sieci i Zasilania, a także Oddział Drogowy. W szczerym polu wyrośnie nowoczesne osiedle mieszkaniowe dla pracowników. Podczas otwarcia nie może zabraknąć najważniejszych osobistości, takich jak ówczesny minister i wiceminister komunikacji, wiceminister skarbu, wiceminister przemysłu i handlu oraz przedstawiciele francuskiej części zarządu. Ta chwila jest na tyle doniosła, że orkiestra kompanii Okręgu Kolejowego Przysposobienia Wojskowego wita gości francuskim oraz polskim hymnem. (...)

W jaki sposób ci przybysze ze Śląska, Pomorza czy Wielkopolski budują kapitał społeczny oraz tożsamość lokalną, która, jak się okazuje, nadal jest bardzo silna? Na tym obszarze nie istniały przecież wcześniej żadne tradycje kolejarskie. Trzeba było od podstaw kompletować załogę. I to nie byle jaką. By móc zamieszkać i pracować w tak ekskluzywnym —jak na tamte czasy miejscu, należało legitymować się obywatelstwem polskim, mieć ukończoną szkołę powszechną, posiadać uregulowany stosunek do służby wojskowej oraz pierwszą kategorię zdrowia. Ten, kto stara się o przyjęcie do parowozowni, powinien okazać dyplom czeladnika. W cenie są też mistrzowie ślusarstwa, kowalstwa, tokarze czy giser — odlewnik. Szczyt piramidy pracowniczej to między innymi maszyniści parowozów, którzy, aby dostać tu pracę, muszą ukończyć średnią szkołę techniczną. Każdy z pracowników, chcąc nie chcąc, obowiązkowo staje się członkiem Kolejowego Przysposobienia Wojskowego. Patriotyzm to podstawa. Mieszkańcy tak wspominają przebieg rozmów kwalifikacyjnych: „Co jeszcze pan umie? Grać w piłkę pan umie? A może boksować lub grać na trąbce?" — pyta naczelnik. Gdy kandydat, zmieszany, odpowiada, że gra trochę „w nogę", słyszy od naczelnika, który był zazwyczaj prezesem klubu piłkarskiego: „Jutro jest trening. Proszę tam być. Ja też tam będę". Tak oto powstawała wspólnota ludzi pracy, ale też pasji; takich, którzy będą mogli dodatkowo dać coś od siebie lokalnej społeczności.

Pierwszy służbowy transport specjalnym pociągiem do nowych miejsc pracy odbywa się już na początku 1933 roku. Mężczyźni, najpierw bez rodzin, ale za to z łóżkami, pościelą czy naczyniami, przybywają na teren kolonii kolejowej. Dziewięć nowych bloków stanowi trzon osiedla, nadając jej niepowtarzalny charakter. Surowe warunki, ewidentny brak odpowiedniej infrastruktury (dróg, sklepów, szkoły, a nawet elektryczności czy sieci kanalizacyjnej) sprawia, że pierwsi mieszkańcy po zakupy udają się do Zduńskiej Woli, brodząc siedem kilometrów polami w błocie i glinie. Karsznice jednak szybko nadrabiają zaległości. Po pięciu latach działalności tamtejsza parowozownia zostaje przemianowana z kategorii pomocniczej III klasy na główną I klasy. Ta zmiana powoduje przyrost taboru, dzięki czemu liczba pracowników węzła wzrasta do około ośmiuset osób.

koszykówka karsznice

 Kultura rośnie w szczerym polu

Budowanie „swojego świata" od podstaw to w pewien sposób tchnięcie życia w pustkowie. Ludzie ci, na podobieństwo społeczeństw tradycyjnych, tworzą świat na nowo, nadając mu strukturę, kształt i prawa. Rytm życia karsznickiego kolejarza, bez względu na porę dnia, niedziele czy święta, podporządkowany jest transportowi. Co ciekawe, tamtejsze kobiety często nie podejmowały pracy zawodowej, poświęcając się domowemu ognisku. Zagospodarowanie przestrzeni socjalnej i kulturalnej mieszkańcy Karsznic oparli na zdyscyplinowaniu, zaufaniu i aktywności. Te cechy objawiają się w całej okazałości w 1935 roku podczas budowy Domu Związku Zawodowego Kolejarzy i Kolejowego Przysposobienia Wojskowego (późniejszego Domu Kultury „Kolejarz"). Obiekt powstaje w czasie wolnym od pracy, co jeszcze bardziej integruje środowisko. Budynek, wyposażony między innymi w dużą świetlicę i salę widowiskową na sześćset miejsc, służy od początku do organizowania imprez patriotycznych i odczytów, ale także do coniedzielnych zabaw towarzyskich. Miejsce to skupia życie lokalnej społeczności, która po ciężkiej pracy potrzebuje wytchnienia. Kolejarze realizują tu swoje pasje: działają w sekcji modelarskiej, piszą i wystawiają sztuki sceniczne, przygotowując samodzielnie dekoracje, grają w zespole muzycznym czy orkiestrze dętej, śpiewają w chórze, tańczą w zespole.

Nie lada wydarzeniem jest także otwarcie nowoczesnej czytelni, w której, oprócz czasopism, znajdują się stół bilardowy i radioodbiornik. Pasjonaci sportu spełniają się w sekcjach siatkówki (męskiej i żeńskiej), koszykówki, tenisa ziemnego i stołowego, bokserskiej czy strzeleckiej, które wchodzą w skład powstałego na chwilę przed wybuchem wojny klubu sportowego Olimpia. Głównymi inicjatorami życia społecznego jest Kolejowe Przysposobienie Wojskowe, a także „Rodzina Kolejowa" — organizacja Filialna przy Związku Zawodowym Kolejarzy. To z ich inicjatywy powstaje pierwsza jadłodajnia, miejsce tak ważne dla osamotnionych na początku mężczyzn. Organizowane są kursy kroju, szycia czy prawidłowego żywienia dla kobiet, a dla dzieci i rodzin — kolonie.

Budowaniu się nowej społeczności towarzyszy również rozwój struktur szkolnych. O ile „Rodzina Kolejowa" pomogła przy powstaniu przedszkola, o tyle starsze dzieci uczęszczały do szkół oddalonych od miejsca zamieszkania nawet o 7 kilometrów. Większemu zintegrowaniu ze Zduńską Wolą nie pomogło nawet otwarcie komunikacji autobusowej w 1939 roku. (...)

Karsznicki węzeł kolejowy ma niemałe znaczenie dla okupanta. Niemcy bardzo szybko kończą budowę osiedla i parowozowni, a także pozostałych części węzła, bowiem dostawa szwedzkich rud żelaza jest dla nich priorytetem. Jednym z najbardziej znaczących momentów w tamtym okresie jest aresztowanie i postawienie w stan oskarżenia Kazimierza Kałużewskiego (pseudonim „Chińczyk") i Juliusza Sylli (pseudonim „Nit"). Zarzucano im między innymi całkowite zniszczenie osiemnastu parowozów i uszkodzenie ponad trzydziestu, co kosztowało okupantów więcej niż działania całego batalionu wojska na froncie. 25 lutego 1944 roku Kałużewski i Sylla zostali powieszeni podczas publicznej egzekucji na terenie karsznickiej parowozowni. Wydarzenie to, jak i cała działalność konspiracyjna, żyje we wspomnieniach mieszkańców do dziś. (...)

karsznice tenis 1938

Od czego zacząć?

Lata komunizmu zmieniają losy osiedla. Kolonia mieszkaniowa rozrasta się, a świetlica zmienia nazwę na Robotniczy Klub „Kolejarz". Karsznice dalej żyją rytmem „kolejarskiej republiki". Tworzenie legalnych związków zawodowych polega tu, tak jak w całym kraju, na walce o prawa pracownicze kolejarzy i ich rodzin. Przyłączenie Karsznic do Zduńskiej Woli w 1973 roku wywołuje niezadowolenie lokalnej społeczności. Powolny upadek kolejowej monokultury ma miejsce z początkiem 2000 roku. Zamknięcie stacji kolejowej, następnie podział dużego węzła kolejowego na kilka niezależnych grup sprawia, że tylko niewielki procent mieszkańców pozostaje dalej w branży.

Całą infrastrukturę społeczną i kulturalną miał do tej pory w swojej pieczy przemysł kolejowy, dlatego po restrukturyzacji zaczyna się wegetacja. Jak z taką wiedzą o historii wejść w społeczność lokalną? Społeczność, w której nawet Skansen Lokomotyw, niedawno przyłączony jako filia do zduńskowolskiego muzeum, nadal funkcjonuje w świadomości jako własność ludzi, którzy go tworzyli? Po rozmowach z tymi mieszkańcami, którzy „wiedzą wszystko o przeszłości", mogłoby się wydawać, że od czasów przyłączenia do miasta historia węzła kolejowego trochę „zarosła kurzem". Ich Dom Kultury stał się filią, skansen stał się filią…

Ma się wrażenie, że Karsznice nie są już bytem samodzielnym, wyjątkowym, ale zapomnianą filią miasta — swoistym małżeństwem z rozsądku. (...) Społeczność ta zasługuje, moim zdaniem, na szerszy zakres badań etnograficznych, ale przede wszystkim na wiele większe niż do tej pory zainteresowanie i szacunek ze strony działań animacji społeczno-kulturalnej. Zaczynamy więc nieśmiało od historii albumu rodzinnego z lat 1939-42. Został on zaprezentowany w muzealnym cyklu „Historia Jednego Eksponatu". Spotkanie zorganizowaliśmy na miejscu, w Karsznicach. Zaprosiliśmy „lokalnego kronikarza", który od lat bada historię dzielnicy oraz byłą dyrektorkę przedszkola, która również pielęgnuje tutejsze wspomnienia (...)

Karsznickie albumy, które trafiły do zduńskowolskiego muzeum z Chrzanowa, są tak naprawdę pretekstem do wspólnego obcowania z prawdziwą historią osiedla, z ludźmi będącymi jej częścią. Są też pretekstem do przyniesienia fotografii i wspomnień. Wspólne oglądanie i komentowanie zdjęć wywołuje nostalgiczny nastrój. Spogląda na nas, jakby z zaświatów, młoda kobieta. Otula się płaszczem w zimowy dzień na tle budującego się bloku, skacze na łące przy pobliskim lasku, pozuje wśród kwiatów na osiedlowym skwerku, uśmiecha się, trzymając rakietę do tenisa ziemnego na korcie kolejarskiego boiska. Każdą fotografię komentarzem opatruje pani Madalińska, była dyrektorka przedszkola. Opowiada o piecu w mieszkaniu, o tamie w Beleniu, gdzie chodziło się pływać, o krzyżu, którego już nie ma i nie wiadomo, kto go usunął. Ale na zdjęciach jest. Na zdjęciach jest świat, za którym tęsknią Karsznice.

Albumy przywołują też niemiłe wspomnienia. Są one własnością rodziny asystenta naczelnika do spraw trakcji, przybyłego do Karsznic z Poznania. Nie był lubiany, podpisał volkslistę. Natomiast jego krewna, do której należały albumy, była prawdopodobnie jedyną zaprzysiężoną kobietą w strukturach karsznickiego ruchu oporu. Historia nie jest czarno-biała. O powojennych losach rodziny nic prawie nie wiemy. Właścicielka albumów znalazła się w Wilnie, skąd została repatriowana do Łodzi wraz z osieroconym wileńskim chłopcem. Dlaczego ofiarowała mu albumy? Tego jeszcze nie wiemy. Chłopiec ten, będąc już dojrzałym mężczyzną, przekazał je kolejnej osobie, przyjacielowi z Chrzanowa. Z kolei ów przyjaciel zadzwonił do zduńskowolskiego muzeum w ubiegłoroczne wakacje prośbą, by trafiły w „dobre ręce". Trafiły i przemówiły do nas zaklętą w sobie przestrzenią, czasem i emocjami(...)

skansen lokomotyw karsznice

Nie kończąc...

Spędzam popołudnie u pani Madalińskiej, by ustalić szczegóły prezentacji albumów. „Tutaj Niemcy wycieczki przyprowadzali, żeby pokazać, jak się buduje nowoczesne osiedla" —słyszę. Jej mąż pokazuje mi przedwojenne zdjęcie koszykarzy oraz kronikę klubu Olimpia, którą prowadził. Robi wrażenie. Posiadamy artefakty, które pomagają utrwalać tożsamość zbiorową, jednak by pamięć zbiorowa była pełna, potrzebne jest nam przejście wraz z mieszkańcami przez proces wykorzystujący sztukę zapamiętywania, mnemotechnikę. Tym było, tak na dobry początek, spotkanie wokół albumów. Nowoczesność, inteligencja, solidarność, hart ducha pracy i patriotyzmu wyróżniał tych ludzi. Czy noszą to - nadal w sobie? Dawno już nie czułam takiej dumy ze swojej lokalnej historii. Życzę Karsznicom dobrego animatora. Z charakterem. Nie spadochroniarza, lecz kogoś, kto zacznie z pasją bawić się w „swojej piaskownicy" i „odkopie" charakter tej dzielnicy. Jest jeszcze o co walczyć i o co dbać. Jest czym się chwalić.

Autor: Gabriela Górska - Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola.

Fotografie pochodzą ze zbiorów Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola.

sobota, 9 stycznia 2016

Moja Wola korkowa

Ten niezwykły budynek spotkać można w pobliżu wsi Sośnie w powiecie ostrowskim. 19-wieczny pałac myśliwski ma elewację wykonaną w całości z kory dębowej. W Europie są prawdopodobnie tylko dwa takie obiekty.


Pałac Moja Wola zbudowano w 1852 roku, jako leśną rezydencję dla księcia oleśnickiego Wilhelma von Brunschwinga. Pod koniec 19 wieku został powiększony. Starsza część ma ściany wyłożone korą dębu korkowego z Portugalii. Nowszą pokryto płatami kory dębowej rodzimego gatunku.

W roku 1902 gościem ówczesnego właściciela pałacu, barona Daniela von Diergardta, był słynny malarz Wojciech Kossak. Po II wojnie światowej ulokowano tu instytucje gminne oraz ośrodek szkolenia robotników leśnych. Później mieściła się w korkowym pałacu szkoła leśna z internatem.



Od roku 1990 budynek stoi pusty. Kolejni prywatni właściciele niewiele zrobili, by zabezpieczyć go przed niszczeniem. Ostatnio zaczęto jakieś prace we wnętrzu. Oby był to początek długo oczekiwanej renowacji...

wtorek, 8 grudnia 2015

Zdmuchnięty przez pomyleńca

"Wciąż wierzę w miłość, w pokój, w pozytywne myślenie" - powiedział kilka godzin przed śmiercią.

Wieczorem 8 grudnia 1980 roku w Nowym Jorku zamordowano Johna Lennona. Słynny muzyk został zaatakowany przed swoim domem na nowojorskim Manhattanie. Zamachowiec oddał pięć strzałów, z których cztery trafiły do celu. Przewieziony do szpitala John zmarł z wykrwawienia tuż po godzinie 23. Zabójca, fan Lennona, 25-letni Mark Chapman, czekając spokojnie na przyjazd policji czytał swoją ulubioną książkę "Buszujący w zbożu"...

john lennon

Na wiadomość o śmierci muzyka, pod jego rezydencją zebrały się tłumy. Fani Beatlesów i Lennona palili świeczki i śpiewali piosenki swoich idoli. Zszokowani i pogrążeni w smutku zastanawiali się kto i dlaczego popełnił tę straszną zbrodnię. Nie wiedzieli wtedy jeszcze, że kilka godzin wcześniej morderca-szaleniec poprosił Lennona o autograf na świeżo wydanej płycie "Double Fantasy" i zadowolony uścisnął mu dłoń.

24 sierpnia 1981 roku sąd skazał Marka Chapmana na dożywocie, z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie po 20 latach. Od 2000 roku regularnie co dwa lata zabójca Lennona występuje o zwolnienie z więzienia. Sąd konsekwentnie odmawia, zawsze tak samo uzasadniając decyzję: "zwolnienie byłoby niesprawiedliwe i sprzeczne z oczekiwaniami społeczeństwa".
Wiele lat przed tragiczną śmiercią na pytanie dziennikarza, jak wyobraża sobie własną śmierć, Lennon odpowiedział: "Pewnie zostanę zdmuchnięty przez jakiegoś pomyleńca". Uznano to za dobry żart...

Więcej o zabójcy Lennona