wtorek, 10 maja 2016

Honor pułku

50 złotych grzywny kosztowało 25-letnią częstochowiankę napisanie listu w obraźliwym tonie.

W lutym 1924 roku Pelagia Moś z Częstochowy wysłała list do generała, dowódcy okręgu Korpusu w Łodzi. Była to skarga na dowódcę 27 p.p. pułkownika Sadowskiego* z powodu rzekomego złego traktowania jej męża, sierżanta Piotra Mosia. Niestety sprawy nie załatwiła, a napytała sobie jeszcze więcej biedy.

W liście, zdaniem generała, użyła obraźliwych wyrażeń. Między innymi napisała:
Pan generał przychyli się do mej prośby i sprawę tę sprawiedliwie rozpatrzy, nie trzymając się przysłowia, „że kruk krukowi oka nie wykole", gdyż w przeciwnym razie będę zmuszona sprawę tę poruszyć do wyższej władzy, gdyż w ten sposób, jak wyraził się pan pułkownik, zdrowych jak konie, tych słów nie powiedziałby ani niemiec, lub moskal.
koszary 27 pułk piechoty częstochowa
Za te pomówienia Pelagia Moś stanęła przed sądem. Przyznała się do napisania listu, a na swoją obronę miała tylko świadectwo od lekarza, że w tym czasie cierpiała na rozstrój nerwowy. Tłumaczyła się, że nie zdawała sobie sprawy z tego co pisze.

W czasach II RP wojsko było instytucją powszechnie szanowaną, a oficerowie bardzo wyczuleni na punkcie swojego honoru. Sugerowanie, że władza wojskowa jest układem, sitwą czy grupą kolesi dbających tylko o własne interesy wiązało się z poważnymi konsekwencjami. Wymiar sprawiedliwości nie pobłażał takim wybrykom.
Sąd okręgowy w Łodzi w maju 1925 roku skazał Pelagię Moś na 50 złotych grzywny z zamianą na 7 dni aresztu.


*płk piechoty Ignacy Sadowski (1 XII 1923 - 12 XII 1925)

wtorek, 3 maja 2016

Majowa chwila jak meteor

I modlitwa płynęła potężnemi dźwiękami, odrywała się od ziemi, płynęła wzwyż ku niebu, co jakby w odpowiedzi pogodnym uśmiechem wiosennego słońca zdawało się symbolizować nadchodzącą wiosnę w życiu narodu…
Na tak niebotyczne poziomy dotarła myśl autorów okolicznościowego wydawnictwa „125-lecie Konstytucji na ziemiach Piotrkowskiej, Sieradzkiej i Kaliskiej”, wydanego w lipcu 1916 roku. Zapewne wielu uczestników tych wydarzeń odczuwało podobną ekstazę. My jednak unikając wzniosłej mistyki, starajmy się trzymać ziemi i szukać faktów.

125-lecie Konstytucji na ziemiach Piotrkowskiej, Sieradzkiej i Kaliskiej

W grudniu 1915 roku wojska niemieckie i austriackie zajęły całe Królestwo Polskie. Rosjanie zostali wypchnięci za linię przebiegającą od Zatoki Ryskiej przez Baranowicze, Tarnopol, po Kamieniec Podolski na brzegach Dniestru. Okupanci utworzyli na ziemiach polskich dwie strefy i ustanowili w nich urzędy gubernatorskie: niemiecki w Warszawie i austriacki w Lublinie.

Komitet obchodów rocznicy Konstytucji 3 Maja w Łodzi

Po 1,5 roku wojny państwa centralne wprawdzie opanowały znaczną część Europy, ale do ich zwycięstwa nadal było daleko. Walka na dwa fronty wyczerpywała siły tych dwóch państw. Od początku wojny Niemcy rozrzucali na terenach polskich pod rosyjskim zaborem ulotki z wiele obiecującą odezwą dowództwa armii. Przedstawiali się w niej jako wyzwoliciele spod rosyjskiego jarzma i proponowali wspólną walkę z barbarzyńskim zaborcą ze wschodu. Jednocześnie nie wahali się stosować wobec zdobytych terenów okrutnych metod wojny totalnej. Najwięcej na ten temat mieli do powiedzenia mieszkańcy najbardziej poszkodowanych miast: Kalisza i Częstochowy.

Łódź 3 maja 1916

Po opanowaniu zaboru rosyjskiego niemieccy i austriaccy okupanci grabili co mogli, ale oficjalnie zmienili politykę wobec ludności polskiej. Chodziło im głównie o pozyskanie rekruta, potrzebnego do dalszego prowadzenia wyczerpującej wojny. Okazją do sprawdzenia intencji władz okupacyjnych była przypadająca w maju 1916 roku 125 rocznica Konstytucji 3 Maja. Niespodziewanie okazało się, że niemieckie i austriackie gubernatorstwa nie stawiały żadnych przeszkód w urządzeniu obchodów rocznicowych. W miastach Królestwa powstały więc komitety do organizacji uroczystości i szybko przystąpiły do pracy. Według autorów wspomnianego wydawnictwa nastąpił wtedy moment odrodzenia narodu, niczym mitycznego feniksa z popiołów:
125 lat minęło od chwili owej, co błysnęła, jak wspaniały meteor, a po której nastała epoka dla nas męczeństwa, niewoli, epoka szatańskich wysiłków, dążących do upodlenia i zabicia w żywym narodzie ducha. Próżna praca. Duch narodu wielkiego odradza się nieustannie, jak feniks z popiołów, a z ognia udręczeń wychodzi coraz piękniejszy, coraz silniejszy czystszy.
3 maja 1916 łódź

We wszystkich kościołach katolickich w Łodzi 3 maja 1916 roku odbyły się uroczyste nabożeństwa. Nawet salę gimnastyczną szkoły Handlowej Kupiectwa Łódzkiego zamieniono w kaplicę. Przed specjalnie urządzonym ołtarzem odprawiono mszę dla uczniów, zakończoną poświęceniem sztandaru szkolnego. Okolicznościowe nabożeństwa odbyły się również w kościele ewangelickim Świętej Trójcy oraz w synagodze gminy starozakonnych przy ulicy Wolborskiej i w synagodze przy ulicy Spacerowej.

pabianice maj 1916

O godzinie 12 w południe z rynku Targowego wyruszył pochód. Przechodził kolejno ulicami: Nowo-Targową, Średnią, Nowym Rynkiem i Piotrkowską, aż do kościoła Św. Stanisława Kostki. O rozmiarach pochodu świadczył fakt, że kiedy jego koniec formował się jeszcze na placu Targowym, czoło sięgało już Nowego Rynku. Hasło do rozpoczęcia pochodu dał hejnał, wykonany przez heroldów. Duchowieństwo zaintonowało „Boże, coś Polskę” i poszli… Jak relacjonują autorzy pamiątkowego albumu:
Pieśń, podchwycona przez przeszło 50-tysięczną rzeszę, zelektryzowała wszystkich. Zapanował nastrój tak uroczysty, iż tysiące obecnych: kobiet i mężczyzn, dzieci i pokrytych siwizną starców nie mogło powstrzymać łez wzruszenia na dźwięki tej pieśni błagalnej, bijącej do Niebios jedną, jedyną przebolesną prośbą: „Ojczyznę, wolność racz nam wrócić, Panie”.
Przez cały czas trwania pochodu biły dzwony w kościele ewangelickim Świętej Trójcy. Dźwięki dzwonów kościoła Św. Stanisława Kostki powitały pochód, gdy zbliżył się do końca swojej drogi. Kiedy delegacje ze sztandarami wkroczyły do kościoła, chór odśpiewał pieśń „Boże Ojcze”, a następnie hymn „Boże, coś Polskę”. Proboszcz parafii NP Marii, ks. Popławski, wygłosił potem wzniosłe kazanie okolicznościowe, przypominające istotę święta Trzeciego Maja.


Po kazaniu ks. oficjał Henryk Przeździecki poświęcił tablicę pamiątkową wmurowaną w ścianę kaplicy bocznej. Wykonana z ciemno-czerwonego marmuru tablica zawierała następujący napis:

ROKU WIELKIEJ WOJNY
I WIELKICH NADZIEI NARODU W DNIU PIERWSZEGO W ŁODZI
UROCZYSTEGO OBCHODU
ROCZNICY KONSTYTUCJI 3 MAJA
NA WIECZNĄ RZECZY PAMIĄTKĘ 1916.

Poza wybitnie religijnym, uroczystości 3-majowe miały charakter zdecydowanie antyrosyjski. „Gazeta Łódzka” 4 maja 1916 roku wspominała i upominała:

Walczący o niepodległość Ojczyzny przemożnej sile wroga uledz musieli. Od tej pory rozpoczyna się bezprzykładny w dziejach okres prześladowań naszego narodu i bohaterskich walk jego o wolność. Czyż dziś nie znajdujemy się w analogicznych warunkach politycznych. Czyż i dziś jeszcze nie mamy ugodowców – moskalofilów, jak ongi targowiczan, i rozumnych obywateli, którzy, jak konfederaci barscy, widzą jedyną drogę do wyzwolenia Ojczyzny w walce zbrojnej, do upadłego, z ciemiężcą, który łamał traktaty, poczynionych obietnic nie dotrzymywał i jako cel postawił sobie zagładę duszy polskiej. Lecz ani szubienice, ani kazamaty, ani tajgi syberyjskie ducha narodu złamać niezdolne, czego dowodem był wczorajszy uroczysty obchód rocznicy Konstytucji majowej.
Podobne uroczystości odbyły się w Pabianicach, Zgierzu, Konstantynowie, Aleksandrowie oraz Kaliszu, niespełna 2 lata temu zrównanym z ziemią przez niemieckie wojsko, i w Częstochowie, w której na początku wojny zamordowano bez powodu kilkunastu mieszkańców, ponad tysiąc mężczyzn wywieziono do Niemiec, jako „polskich bandytów”, a na miasto nałożono wysoką kontrybucję.
3 maja 1916 w Kaliszu

Zachwyceni przebiegiem łódzkich uroczystości autorzy pamiątkowego albumu upajali się poczuciem wspólnoty:
Wszystkie świątynie katolickie, odpowiednio przybrane, przepełnione były zastępami wiernych, zespolonych we wspólnych pieniach narodowych i gorących o lepszą przyszłość modłach.
Jedność ta była jednakże ułudą. Zapomniano, że państwa nie zbuduje się na jedności, bo jest ona na dłuższą metę niemożliwa w żadnej tak dużej grupie ludzi, jak naród. Podstawą państwa jest zdolność jej obywateli do kompromisu, zaakceptowanie odmienności i ich prawa do życia. Kompromis ten albo jest narzucony siłą przez władcę, albo, jak w demokratycznych narodach, budowany oddolnie wskutek zrozumienia przez obywateli wspólnoty interesów.

Konstytucja 3 Maja miała być takim kompromisem, zaproponowanym przez światlejszą mniejszość przy znacznym udziale króla. Ten trudny do osiągnięcia, ale możliwy, kompromis miał ratować upadającą Polskę. Niestety, nie wszyscy byli na niego gotowi. Większość decydująca o losach kraju nie była… W pracach nad Konstytucją brało udział zaledwie kilka osób. Z grona katolickiego kleru: tylko biskup kamieniecki Adam Stanisław Krasiński oraz księża: Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Jedynym duchownym wśród sygnatariuszy był Józef Korwin Kossakowski, biskup inflancki i kurlandzki.

Przeciwnikami Konstytucji byli ci, w których interesy godziły proponowane zmiany: znaczna część magnaterii, która musiałaby pożegnać się ze swoją pozycją oraz znaczna część szlachty, która nie chciała uznania pańszczyźnianego chłopa za obywatela i nadania praw mieszczanom. Z tych samych powodów Konstytucja była nie do przyjęcia dla wyższego kleru. Kuria rzymska i polski kler obawiali się ponadto, że Polacy nie poprzestaną na tej kompromisowej Konstytucji. Podejrzewali, że – wzorem rewolucjonistów francuskich – pozbawią ich wkrótce funkcji państwowych, odbiorą majątki i zlikwidują przywileje. Pierwszy krok został zrobiony: ustawa wprowadziła 20-procentowy podatek dla duchowieństwa.

Obchody 3 maja 1916 roku w Zgierzu

Katolickiego kleru nie mógł zadowolić katolicki początek preambuły „W imię Boga, w Trójcy Świętej jedynego”, ani nawet artykuł I, stanowiący, że „Religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkimi jej prawami; przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazji…” Było to bowiem tylko potwierdzenie istniejącego stanu. Nie zadowalało go również pozostawienie prymasa na stanowisku prezesa Komisji Edukacyjnej oraz jego udział w radzie królewskiej. Gdy, w porozumieniu z carycą Katarzyną II, polscy magnaci: Stanisław Szczęsny Potocki, Franciszek Ksawery Branicki i Seweryn Rzewuski zawiązali w maju 1792 roku Konfederację Targowicką mieli poparcie biskupów liczących na przywrócenie dotychczasowego ustroju. Biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski został nawet przywódcą konfederacji na Litwie.

Podczas insurekcji kościuszkowskiej w 1794 roku za zdradę i współpracę z Konfederacją Targowicką powieszeni zostali wysocy przedstawiciele katolickiego duchowieństwa, biskupi: Ignacy Jakub Massalski i Józef Kazimierz Kossakowski. Na karę śmierci został skazany również biskup Wojciech Skarszewski, ale w jego sprawie interweniowali u Kościuszki: król i nuncjusz papieski. Kościuszko zagrożony ekskomuniką zmienił karę śmierci na dożywocie, co w istniejącej sytuacji nie było żadną karą. Śmierć poniósł wówczas także prymas Michał Jerzy Poniatowski, młodszy brat króla, „głowa duchowieństwa polskiego”. Do dziś nie jest wyjaśnione czy była to śmierć wskutek choroby, czy samobójstwo spowodowane obawą przed czekająca na niego szubienicą.

223 lata po uchwaleniu Konstytucji, tak jak w latach poprzednich, uroczystości upamiętniające uchwalenie ustawy rządowej 3 maja 1791 roku, odbywają się w kościołach. Księża i biskupi odprawiają msze za pomyślność Ojczyzny, upominają Polaków i ich przedstawicieli, że nie dość troszczą się o dobro Ojczyzny. Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamień… Przypomnijmy tylko, że w 1792 roku w kościołach warszawskich czytano list pasterski biskupa Antoniego Onufrego Okęckiego, w którym wzywał on do modłów, za pomyślność Konfederacji Targowickiej, oczywiście „dla dobra Ojczyzny podjętej”. Tej samej Targowicy, która jest do dziś synonimem zdrady narodowej…

* * *

Wszystkie zdjęcia pochodzą z albumu „125-lecie Konstytucji na ziemiach Piotrkowskiej, Sieradzkiej i Kaliskiej” – Lipiec 1916 roku. Wydawcy: M. Daszewski i R. Piątkowski.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Licencja na nawracanie

28 kwietnia 1918 w Rzymie przyjął święcenia kapłańskie Rajmund Kolbe. Twórca katolickiej machiny propagandowej, przedwojenny ojciec Rydzyk. Znany później jako Maksymilian Maria i święty Maksymilian. Patron wielu parafii, szkół, miast i miasteczek, rodzin, a nawet honorowych dawców krwi. Przez senat RP uznany wzorem dla Polaków w roku 2011.

W sierpniu minie 75 lat od śmierci świętego, więc jest to dobra okazja do przypomnienia dewocyjnego franciszkanina, "wzorca cnót", autorytetu moralnego" i "patrona trudnych czasów". "Jego myśl społeczna i ofiara mają szczególne znaczenie dla wciąż odradzającego się społeczeństwa obywatelskiego Rzeczypospolitej" - stwierdzali natchnieni przez Opatrzność senatorowie RP w październiku 2010 roku.

Przypomnijmy zatem kim był i jaką "myśl społeczną" wyznawał o. Maksymilian. Urodził się jako Rajmund Kolbe w 1894 roku w Zduńskiej woli. W wieku 12 lat doznał cudownego objawienia. Ukazała mu się Matka Boska i zaproponowała, że dostanie od niej łaski czystości i męczeństwa. Odtąd stał się żarliwym wyznawcą i sługą Maryji. W roku 1910 we Lwowie wstąpił do zakonu franciszkanów i rozpoczął nowicjat, przyjmując imię Maksymiliana. Dwa lata później wyjechał do Rzymu na studia teologiczne. Po uzyskaniu w 1915 roku doktoratu z filozofii, studiował teologię. Studia te zakończył doktoratem w 1919 roku.
Podczas studiów, w roku 1917 wraz z kilkoma klerykami założył związek „Militia Immaculatae” (znany u nas pod jako Rycerstwo Niepokalanej lub Milicja Niepokalanej). Opracowany przez Maksymiliana statut Milicji jako podstawowy cel określał: „staranie się o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków itd., a najbardziej masonów, oraz uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej”. Totalne nawrócenie, "uświęcenie wszystkich i każdego z osobna, co są i będą kiedykolwiek i gdziekolwiek”. Maksymilian czynił to wszystko wyłącznie na polecenie Maryji i dla Maryji.

Filozofia Rycerza Niepokalanej była prosta: jeśli ktoś nie wierzy w katolickiego Boga, wierzy w Boga innego lub inaczej – straszliwie błądzi i nie może być dobrym człowiekiem. Nie warto próbować go zrozumieć, należy go (oczywiście: dla jego dobra) jak najszybciej nawrócić na właściwą wiarę, tj. wiarę o. Maksymiliana i jego kompanii. Temu celowi miała służyć imponująca machina propagandowa, jaka powstała w Niepokalanowie. Przedwojenne dokonania Kolbego można porównać jedynie ze współczesnym imperium medialnym Ojca Dyrektora w Toruniu. Od stycznia 1922 roku wychodzi organ M. I. - „Rycerz Niepokalanej”. Wkrótce potem ukazuje się, skierowany do najmłodszych, „Rycerzyk Niepokalanej”. W maju 1935 pojawia się kolejne pismo, tym razem wielkonakładowa gazeta codzienna „Mały Dziennik”. W najlepszym okresie nakład MD sięgał nawet 175.000 egzemplarzy w dni powszednie i 275.000 w niedziele. Niepokalanów posiadał również własną radiostację. Pierwszy próbny przekaz radiowy wyemitowano 8 grudnia 1938 roku. Przed wybuchem II wojny światowej stacja zdążyła nadać tylko kilka audycji.

W rozumieniu katolickich radykałów Maksymilian nie był antysemitą i szowinistą. Wręcz przeciwnie: nawracać chciał wyłącznie z miłości do bliźniego. Ten "święty" człowiek chciał po prostu z miłości do ludzkich istot przerobić je wszystkie na swoje kopyto. Czyż to nie cudowne? O jego "tolerancji" i "miłości" świadczą m.in. artykuły z Małego Dziennika. Redaktorzy w 1937 roku zajęci byli szczególnie tropieniem programów radiowych "spreparowanych przez autorów wątpliwego pochodzenia" i mogących obrażać uczucia katolików:
Słuchacze [Polskiego Radia] narazie cierpliwie znoszą te wybryki, ze zgrzytaniem zębów wyłączając aparaty podczas klepania bzdurstw zżydziałych autorów szmoncesów nalewkowskich. Ale cierpliwość ta może się wyczerpać. Przypuszczamy, że władze Polskiego Radia zwrócą na to uwagę i nie dopuszczą, by nadal zatrute anteny roznosiły po Polsce słowa bluźniercze wobec uczuć katolickich. [pisownia oryginalna]
Wspierali także bojkot żydowskich księgarni:
Tydzień odżydzania księgarstwa dał w Warszawie pożądane wyniki. Od tygodnia organizacje narodowe trzymają straż przy ul. Świętokrzyskiej, aby młodzież szkolna nie kupowała książek u żydów. (...) Proszę przechodzić, lecz do żyda nie wchodzić, bo może spotkać nieprzyjemność". [pisownia oryginalna]
Oto kilka przykładowych nagłówków z„Małego Dziennika”:

„Profanacja kościoła przez żyda","Żydzi winni plugawej zbrodni", "Żydzi, wszędzie żydzi" [pisownia oryginalna].

Nasz święty patron znalazł cudowne remedium na ówczesne bezrobocie i biedę. Jako, że ich przyczyną była rozwiązłość obyczajów (którą oczywiście propagowali Żydzi i masoni), ojciec Maksymilian wzywał w "Rycerzu Niepokalanej" (1926 rok):
Niechaj dzisiaj wszyscy bez wyjątku odprawią szczerą spowiedź i zaczną prawdziwie po katolicku żyć, natychmiast szybko podźwignie się Ojczyzna, uzdrowią finanse, zawrze rzetelna praca.
Dzielny Rycerz Niepokalanej, obwiniający za wszelkie zło II Rzeczypospolitej i świata Żydów, masonów i liberałów, poniósł śmierć z rąk organizacji, dla której ostateczne rozwiązanie "problemu Żydów" było jednym z głównych celów. 14 sierpnia 1941 roku w Auschwitz, po dwóch tygodniach przebywania w bunkrze głodowym, został zabity zastrzykiem fenolu. Jego dobrowolna śmierć stała się głównym powodem kanonizacji w 1982 roku. Nie mamy żadnych szans na poznanie motywacji Maksymiliana do oddania własnego życia za życie innego więźnia. Ani odróżnić, co w relacjach świadków jest prawdą, a co legendą i mitem. Brak źródeł niezależnych od katolickiej propagandy, daje prawo do brania pod uwagę wszelkich możliwości. Łącznie z samobójstwem pod wpływem załamania psychicznego. Życie w obozie dowodziło katastrofalnego upadku wielu wzniosłych idei, także tych, które głosił Kolbe. Holocaust mógł być niepodziewaną, tragiczną karykaturą jego walki o zbawienie Żydów i masonów.
Być może Kolbego można uznać dziś za wzór inicjatywy, zdecydowania, zdolności organizacyjnych i wytrwałości. Ale w globalnej wiosce jego poglądy są archaiczne i niebezpieczne. To nie jest wzorzec "na trudne czasy". To nie jest patron na obecne "trudne czasy". Kult świętego radykała stawia Polaków w kłopotliwej sytuacji. Jak przedstawiać go Izraelczykom przyjeżdżającym tu w poszukiwaniu swoich korzeni? Jak opowiadać o bezinteresownym bohaterstwie Polaków ratujących Żydów od Holocaustu, czcząc jednocześnie mnicha, który tak szydził z wiary żydowskiej:
W niebie żydowskim nie ma tych ludzi, którzy słuchali Kościoła, wierzyli Ewangelii i przyjmowali Sakramenty św. A więc jest to piekło. (...) Najprzód są tam wszyscy żydzi, którzy całe życie gardzili Chrystusem, Najświętszą Panną Maryją, Krzyżem i nie chcieli się nawrócić. A więc to jest piekło.
Jak wytłumaczyć całemu światu, który ma wierzyć w szczególną polską tolerancję, trwanie krucjaty świętego Maksymiliana? „Rycerz Niepokalanej” ciągle żyje. Walczy teraz z ateizmem i masonerią, bo problem żydowski już nie jest tak aktualny. Zgodnie z założeniami świętego Maksymiliana, chce trafić do wszystkich, "do każdego domu, do każdej rodziny". Nawracać Żydów, luteran, kalwinów i wszelkiej maści niedowiarków. Przecież to dla ich dobra... Taki wzorzec dla odradzającego się społeczeństwa obywatelskiego.

sobota, 9 kwietnia 2016

Ja cię uczyć każę…

Tylko w jednym tygodniu maja 1925 roku więzieniem ukarano 23 łódzkich rodziców. Za nieposyłanie dzieci do szkoły...

Według spisu ludności Cesarstwa Rosyjskiego z 1897 roku Łódź była miastem analfabetów. Aż 55 procent mężczyzn i 66 procent kobiet nie umiało pisać i czytać. Było tu gorzej niż w Warszawie, gdzie analfabetyzm wśród mężczyzn wynosił 42 procent, a wśród kobiet 51 procent. Niższe wskaźniki analfabetyzmu miały też wielkie miasta rosyjskie: Petersburg i Moskwa. Destrukcyjna polityka carskich władz doprowadziła do wielkich zaniedbań w oświacie. Podczas I wojny światowej i niemieckiej okupacji próbowano w Łodzi szukać sposobu wprowadzenia powszechnego i obowiązkowego nauczania. Jednak zniszczenia wojenne i rabunkowa polityka okupanta doprowadziły miasto do ruiny. W tych warunkach bardziej myślano o fizycznym przetrwaniu niż o popularyzacji wiedzy.
Posłowie i senatorowie udający się na posiedzenie Sejmu. Pierwszy z lewej - senator Stefan Kopciński - rok 1930
Sprawa dojrzała na tyle, że już z chwilą oddania przez Niemców szkolnictwa władzom polskim, zaczęto przygotowywać projekt powszechnego nauczania. Prace trwały w ciągu całego 1918 roku. Prowadził je Wydział Szkolnictwa powołany przez Magistrat. Powstał wtedy projekt Abrahama Szwajcera, członka Rady Miejskiej i dyrektora gimnazjum. Przewidywał on rozpoczęcie stopniowego wprowadzenia obowiązkowego nauczania w Łodzi już na przełomie lat 1918/19. Rada Miejska 2 października 1918 roku podjęła uchwałę, wzywającą Magistrat do powołania specjalnej komisji w sprawie wprowadzenia w Łodzi „przymusu szkolnego”. Komisja postała i przygotowany przez A. Szwajcera „Statut Miejscowy o wprowadzeniu przymusu szkolnego w mieście Łodzi” przyjęła do realizacji. Zanim zdążyła wystąpić o jego zatwierdzenie do państwowych władz okupacyjnych, władz już nie było. W listopadzie Niemcy wycofali się z Polski, a trzy miesiące później naczelnik Piłsudski wydał dekret „O obowiązku szkolnym”.

W lutym 1919 roku odbyły się pierwsze wybory samorządowe w Łodzi. Zwyciężyły partie robotnicze: Polska Partia Socjalistyczna i Narodowy Związek Robotniczy. Miały w programie likwidację analfabetyzmu, upowszechnianie czytelnictwa oraz rozwój bibliotek. Na stanowisko prezydenta miasta powołano dotychczasowego komisarza ludowego – tkacza Aleksego Rżewskiego, natomiast przewodniczącym Rady Miejskiej został nauczyciel Antoni Remiszewski.
Szkoła Podstawowa im. Stanisława Staszica w roku 1928. Źródło: Fotopolska.eu

Wdrażanie obowiązku powszechnego nauczania i kontrola jego realizacji, napotykała wiele trudności. Brakowało wykwalifikowanej kadry nauczycielskiej, odpowiednich pomieszczeń i pomocy dydaktycznych. Wielkim problemem była rejestracja dzieci podlegających obowiązkowi szkolnemu. Niska świadomość społeczna, brak zrozumienia wagi powszechnego nauczania oraz słaba sprawność organizacyjna instytucji państwowych powodowały, że rejestracja znacznie się przeciągała. Aby usprawnić pracę korzystano z pomocy policji. Zobowiązano właścicieli domów do sporządzania wykazów dzieci mieszkających w ich budynkach. Komisja była zmuszona do stosowania kar administracyjnych. Sytuację pogarszała wojna z bolszewikami. Napływ uciekinierów i urzędów z kresów wschodnich spowodował, że część budynków przeznaczonych na szkoły została zajęta. Mimo to, systematycznie rosła liczba uruchamianych szkół powszechnych i liczba dzieci objętych nauczaniem. Ogromnym sukcesem było oddanie do użytku pierwszej, zbudowanej od podstaw, miejskiej szkoły przy ulicy Zagajnikowej 32 (dziś Kopcińskiego). Otwarcie nastąpiło 8 października 1922 roku, a obiekt z dumą opisał Dziennik Zarządu Miasta Łodzi:
Gmach przedstawia się imponująco na zewnątrz, a wzbudza podziw wewnętrznym urządzeniem. Sale szkolne jasne, słoneczne i obszerne, a urządzone z uwzględnieniem wszelkich wymogów higieny. Naukę pobierać będzie kilkaset dzieci w szeregu klas równorzędnych. W gmachu znajdują się kąpiele natryskowe i higieniczne.
Po prawie trzech latach Zarząd miasta mógł pochwalić się wzniesieniem 8 placówek i projektami budowy kilku następnych.
Wiejska szkoła w okolicach Skierniewic - około roku 1920
Wielkim problemem w pierwszych latach programu powszechnej oświaty był opór ze strony rodziców. Dzieci często musiały zarabiać na utrzymanie rodziny albo pomagać rodzicom. Z tego powodu nie były zgłaszane do rejestru szkolnego lub na wiele dni opuszczały zajęcia. Słaba frekwencja miała miejsce zwłaszcza w miesiącach wiosennych. Z tego powodu w Statucie dodano zapis dotyczący kar za niewypełnianie obowiązku szkolnego. Nie było w tym nic drastycznego, taką możliwość dawał też Dekret Piłsudskiego. Odpowiedzialnością za uczęszczanie dzieci do szkoły obarczono ojców. Gdy dziecko nie miało ojca odpowiadała matka lub opiekunowie. Ukrywanie dziecka przed zapisaniem do szkoły czy nieposyłanie na lekcje bez uzasadnionej przyczyny, groziło karą aresztu lub grzywny. Wydział Wykonawczy KPN korzystał z tych procedur i często prosił policję o bezwzględne osadzanie w areszcie, gdy nie udaje się ściągnąć grzywny za niedopełnianie obowiązku szkolnego. Policja niezbyt gorliwie te prośby wykonywała, co skutkowało zażaleniami do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Bywało, że magistrat otrzymywał w odpowiedzi żądanie opłacenia utrzymania osób zatrzymanych w areszcie na takiej podstawie.


"Kto nie posyła dzieci do szkoły, idzie do aresztu" – ostrzegała prasa. I rzeczywiście, w jednym tylko tygodniu maja 1925 roku za nieposyłanie dzieci do szkoły, wskutek wyroku Komisji Powszechnego Nauczania, karę jednodniowego aresztu odbyło 23 rodziców. Informacje te odniosły właściwy skutek. Już na początku lat dwudziestych przeciętna frekwencja w szkołach osiągnęła poziom 89 procent, porównywalny do notowanego w Wielkiej Brytanii. Pewnie dlatego program upowszechniania oświaty opracowany przez Szwajcera oraz sposób jego realizacji w Łodzi, stały się wzorem dla wielu innych miast II RP.

Skarb głupiego Władzia

Żebrak podarował szewcowi z Błaszek 68 tysięcy złotych.

Chyba wszyscy mieszkańcy Błaszek i okolic znali z widzenia "Głupiego Władzia". Nikt jednak nie znał jego nazwiska i przeszłości. Władzio mieszkał w lesie pod Błaszkami we własnoręcznie skonstruowanym szałasie. Ale większość czasu spędzał na włóczeniu się i żebraninie. Co roku kilka razy obchodził wsie i miasteczka województwa łódzkiego i poznańskiego. Zbierał datki na każdym jarmarku i odpuście.
magistrat błaszki 1931-1936
Błaszki - magistrat 1931-1936. Źródło: fotopolska.eu
We wrześniu 1931 roku "Głupi Władzio" zjawił się w zagrodzie szewca Stanisława Fijałkowskiego w Błaszkach. Poczęstowano go resztkami skromnej kolacji. Po posiłku gość zasłabł, a po 2 dniach, mimo pomocy lekarza, zmarł.

Przed śmiercią Władzio poprosił Fijałkowskiego o rozmowę i opowiedział mu o swojej przeszłości. Naprawdę nazywał się Władysław Dębowski i przed wojną mieszkał w Łodzi przy Piotrkowskiej 243, gdzie prowadził tkalnię ręczną. Jego żona Helena prowadziła handel tymi wyrobami. Po jej śmierci, w roku 1914 zlikwidował interes i zajął się spekulacjami, które poszły mu fatalnie. Stracił cały dobytek, więc zaczął żebrać. Żył bardzo oszczędnie, prawie każdy zdobyty grosz odkładał, aby rozkręcić nowy biznes. Oszczędności wpłacał do PKO. Nowy sposób na życie doprowadził do lekkiego zaburzenia umysłowego, manii ciułania. Bywało, że przymierał głodem, ale nie zaprzestał oszczędzania i nie wydawał pieniędzy.

"Głupi Władzio" zebrał przez lata na koncie 68 tysięcy złotych. Cały ten kapitał przekazał przed śmiercią jedenastce dzieci Fijałkowskiego do podziału. Zażyczył sobie tylko uroczystego pogrzebu. Wzbogacony nieoczekiwanie błaszkowski szewc kupił dzieciom duże gospodarstwo w okolicy.

Na podstawie: Głos Poranny 6.09.1931