czwartek, 25 lipca 2013
niedziela, 7 lipca 2013
Nie od razu Krąków zrujnowano...
Oto, resztki okazałego dworu w Krąkowie (gmina Warta w województwie łódzkim). Oskarżonym o katastrofalny stan tego i wielu innych zabytków jest minister kultury i dziedzictwa narodowego. Zgodnie z Ustawą o Ochronie Zabytków (z 2003 r.), urzędnik ten odpowiada m.in. za:
Pierwsza wzmianka o wsi Krąków (Crancowo) pochodzi z 1138 roku, a dotyczy darowania tego majątku przez księcia Mieszka Starego klasztorowi w Kościelnej Wsi. Od XV wieku była to już własność Krąkowskich (Krankowskich) herbu Trąby. W słynnych "Tekach Dworzaczka" pod rokiem 1594 rok znajdujemy notatkę, że "Maciej Krankowski, syn Mikołaja, wedle zobowiązania danego Dorocie de Węgry żonie Jerzego Gluchowskiego na częściach wsi Krankowo i Zielonczyno powiat sieradzki, które od ojca z częściami Wilczyc powiat kaliski nabył Jadwidze Gluchowskiej ich córce, żonie swej". Zapłacił za te dobra 1 100 złotych polskich. W drugiej połowie XVIII w. wieś należała już do Czartkowskich herbu Korab. Jeszcze w 1806 roku w Krąkowie rodził się Julian Czartkowski, syn Wincentego i Józefy z Niemojowskich. Okazały dwór na wzgórzu w Krąkowie powstał w pierwszej połowie XIX wieku, więc prawdopodobnie zbudowali go Czartkowscy lub następni właściciele wsi - Gołębowscy. W roku 1850 majątek Krąków objął w posiadanie Józef Jabłkowski, znany przedsiębiorca, ojciec założycieli słynnego później Domu Handlowego Bracia Jabłkowscy.
O zabytkowej posiadłości w Krąkowie niewiele można dowiedzieć się ze strony internetowej gminy Warta:
Resztki krąkowskiego dworu, usytuowanego na wzgórzu, widać już z kilku kilometrów. Wokół żadnych śladów dworskiego parku, tylko pola uprawne. Obok ruin przebiega droga gruntowa. W maju 2013 roku resztki ścian frontowych są ledwo widoczne wśród dzikich krzewów. Popękane, rozsypujące się mury, pozarywane stropy, brak dachu. Kompletna ruina, którą właściwie można tylko do końca zburzyć i spróbować coś odbudować. Gołym okiem widać, że zabytek pozbawiony jest jakiejkolwiek opieki. Mimo, że od ponad 40 lat dwór i pobliski spichlerz znajdują się w rejestrze zabytków.
Na stronie policja.pl znajdujemy taki przepiękny elaborat na temat ochrony dziedzictwa narodowego:
Czyli: wiemy, rozumiemy, mamy odpowiednie prawo i odpowiednie służby do ochrony dziedzictwa narodowego. A mimo to coś zawodzi. Utrzymujemy armię urzędników - symulantów. Co miesiąc płacimy im pensje. A mimo to, nie znajdujemy winnego zrujnowania tysięcy zabytków. Oskarżenie ministra, jako szefa tej organizacji, o zaniechanie i zlekceważenie obowiązków jest absolutnie uzasadnione. Dowodem winy są popadające w ruinę i bezpowrotne zapomnienie zabytkowe nieruchomości, stały element polskiego krajobrazu.
"Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek i nie ma prawa do przyszłości” - mawiał marszałek Piłsudski. Stan polskich zabytków wskazuje na to, że pomimo zalewu patriotycznej retoryki w mediach, zażartych sporów o powstańcze wyczyny przodków, Polacy kompletnie nie liczą się ze swoją przeszłością. Zachowują się niczym barbarzyński najeźdźca, który chce zniszczyć wszelkie dowody materialnej kultury narodu podbitego.
W przypadku Dworu w Krąkowie k. Warty służby konserwatorskie już zrobiły co swoje. Czyli nic. Efekty widać na kolejnych zdjęciach z lat: 1986, 2006, 2009 i 2013. Teraz urzędnicy ministra powinni sami donieść na siebie do prokuratora. Wszystko wskazuje na to, że w służbie ochrony zabytków bezczelnie zagnieździł się indyk... Mrożkowy indyk, który bezczynnie, beztrosko i bez sensu siedzi sobie na podwórku. Zamiast zająć się prokreacją, patrzy ino, by czmychnąć w pokrzywy i tam się wytarzać. I nie ma mu nawet kto wyperswadować, że pora wreszcie zabrać się do konkretnej roboty...
* W roku 2013 ministrem kultury i dziedzictwa narodowego był Bogdan Zdrojewski. Powyższa krytyka dotyczy jednak także jego poprzedników i następców...
- zapewnienie warunków prawnych, organizacyjnych i finansowych umożliwiających trwałe zachowanie zabytków oraz ich zagospodarowanie i utrzymanie;
- zapobieganie zagrożeniom mogącym spowodować uszczerbek dla wartości zabytków;
- udaremnianie niszczenia i niewłaściwego korzystania z zabytków;
- kontrolę stanu zachowania i przeznaczenia zabytków.
![]() |
| Dwór Krąków w 1986 roku - zdjęcie: Janusz Marszałkowski |
![]() |
| Dwór w Krąkowie w roku 2006 - zdjęcie Wikipedia |
Z pięknego i przemyślanego założenia pozostały dzisiaj ruiny XIX wiecznego dworu leżącego na lekkim wzniesieniu w odległości 50 metrów od zabudowań folwarcznych, wśród pól uprawnych. Teren dawnego dziedzińca folwarcznego zabudowany był z czterech stron wolnostojącymi obiektami gospodarczymi. Układ przestrzenny całego założenia po całkowitej likwidacji domów robotników majątkowych, obejścia, gorzelni a także południowej zabudowy dziedzińca został przedzielony drogą lokalną, a jego część południową zaorano.Całą winą za obecny stan zabytku obarcza się zarządców z czasów PRL-u. Przemilczano ponad 20-letnią bezczynność wolnej już III Rzeczypospolitej. Jako dowód, że to nie za poprzedniego ustroju Krąków zrujnowano, posłużyć może fotografia z 1986 roku, na której widać budynek dworu w stanie kiepskim, ale jeszcze w całości i z zachowanym dachem. Potem jest już tylko gorzej: nie widać żadnych działań w celu powstrzymania dewastacji obiektu.
Resztki krąkowskiego dworu, usytuowanego na wzgórzu, widać już z kilku kilometrów. Wokół żadnych śladów dworskiego parku, tylko pola uprawne. Obok ruin przebiega droga gruntowa. W maju 2013 roku resztki ścian frontowych są ledwo widoczne wśród dzikich krzewów. Popękane, rozsypujące się mury, pozarywane stropy, brak dachu. Kompletna ruina, którą właściwie można tylko do końca zburzyć i spróbować coś odbudować. Gołym okiem widać, że zabytek pozbawiony jest jakiejkolwiek opieki. Mimo, że od ponad 40 lat dwór i pobliski spichlerz znajdują się w rejestrze zabytków.
![]() |
| Dwór w Krąkowie w roku 2009 - zdjęcie www.zamkilodzkie.pl |
Dziedzictwo narodowe stanowi dorobek poprzednich pokoleń, świadczy o korzeniach naszego społeczeństwa, potwierdza w sensie materialnym i duchowym tożsamość narodu. Dlatego też troska o ochronę przedmiotów i obiektów kultury materialnej pozwala, z jednej strony na wyróżnienie cech charakterystycznych dla naszej kultury, z drugiej uświadamia, że polska spuścizna jest częścią uniwersalistycznych wartości Europy.
Ochrona polskich zabytków jest ważnym czynnikiem rozwoju społecznego i szczególnie ważnym celem dla budowania tożsamości Polaków. Najczęstszym zagrożeniem dla zabytków są kradzieże, akty wandalizmu, niewłaściwe przechowywanie i zabezpieczenie zabytku, zniszczenia na skutek pożarów i powodzi. W celu zapobieżenia tego typu zdarzeniom Policja prowadzi szeroką współpracę z instytucjami odpowiedzialnymi za ochronę dziedzictwa narodowego w kraju i za granicą oraz uczestniczy w kampaniach
informacyjnych poświęconych m.in. zasadom właściwego zabezpieczania, przechowywania i rejestracji zabytków.
![]() |
| Dwór Krąków - maj 2013 |
| Dwór Krąków - maj 2013 |
"Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek i nie ma prawa do przyszłości” - mawiał marszałek Piłsudski. Stan polskich zabytków wskazuje na to, że pomimo zalewu patriotycznej retoryki w mediach, zażartych sporów o powstańcze wyczyny przodków, Polacy kompletnie nie liczą się ze swoją przeszłością. Zachowują się niczym barbarzyński najeźdźca, który chce zniszczyć wszelkie dowody materialnej kultury narodu podbitego.
![]() |
| Dwór Kraków - maj 2013 |
* W roku 2013 ministrem kultury i dziedzictwa narodowego był Bogdan Zdrojewski. Powyższa krytyka dotyczy jednak także jego poprzedników i następców...
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Krwawa komedia i saskie delicje
„Przyjemnie było patrzeć, jak regularnie walczono z obydwu stron i oglądać nad wyraz miły widok: całe pole bitwy usłane martwymi ciałami” - fragment raportu księcia Mienszykowa dla cara Piotra I.
Dzisiaj łatwo stanąć przed tłumem i obrzucić przeciwnika politycznego epitetami "zdrajcy", czy "kolaboranta". Łatwo uznać siebie samego za "prawdziwego" Polaka-patriotę, a niewygodnego konkurenta do władzy nazwać sprzedawczykiem - sługusem obcych mocarstw. Dziś takie wystąpienia nie grożą utratą życia, zdrowia, ani nawet majątku.
Bywały jednak czasy, gdy Polacy stawali na przeciw siebie z bronią i walczyli ze sobą bez skrupułów, na śmierć i życie. Kto w czasach saskich był "patriotą", kto "zdrajcą", to i dzisiaj stwierdzić trudno.
29 października 1706 roku na polach pomiędzy Kościelną Wsią a Dobrzecem (dziś jest to dzielnica Kalisza) odbyła się jedna z największych bitew tzw. III wojny północnej, w której o hegemonię we wschodniej Europie Szwecja walczyła z koalicją sasko-rosyjsko-duńską. Po stronie Szwecji stanęła część polskiej magnaterii niezadowolona w rządów króla z saskiej dynastii Wettin, po stronie saskiej - regularne polskie wojska. O bitwie czytamy w czasopiśmie "Przyjaciel Ludu" z 1835 roku: "Roku 1706 w miesiącu Październiku, stał się Kalisz historycznie sławnym, przez bitwę, która w jego okolicach, to jest na lewym brzegu Prosny, między wsiami Biskupice i Kościelna Wieś, zaszła. Ta bitwa, w której wyższość sił Augustowi II zwycięztwo nad Szwedami zapewniła, to miała szczególnego, że ją zwycięzca mimowolnie staczał. Bo już był wszedł w układy z Karolem XII, już był się zgodził na uciążliwe warunki, i podpisany przez siebie traktat już przy sobie nosił: kiedy zniewolony przytomnością wojska rossyjskiego, i w obawie, by tajemne jego negocyacye nie były Menżykowowi [Mienszykowowi] zdradzone, musiał, acz niechętnie, jeszcze raz rozpocząć kroki nieprzyjacielskie; za co później od króla Szwedzkiego jeszcze twardszymi warunkami został obarczony".
Dziwna była ta podkaliska bitwa. Tak naprawdę nie powinno do niej dojść, bo miesiąc wcześniej śmiertelni wrogowie zawarli układ pokojowy. Król szwedzki Karol XII narzucił Augustowi II - królowi Saksonii i Polski - upokarzający traktat, w którym August - wzamian za pokój w Saksonii - zrzekł się polskiego tronu i zgodził wypłacić odszkodowania wojenne. W październiku 1706 powinien już więc Wettin bawić się na swoim dworze w Dreźnie, dopieszczać liczne kochanki i cieszyć, że Szwedzi rabują w tym czasie inne kraje. Tyle, że o tajnym pokoju nie wiedzieli nic sojusznicy: Rosjanie i Polacy pozostający w służbie (jak im się wydawało) legalnego króla. Dla własnego bezpieczeństwa August wolał tej nowiny nie upowszechniać i stoczyć bitwę z prawie 3-krotnie słabszym liczebnie przeciwnikiem.
Dalej "Przyjaciel Ludu" opisuje przebieg walki:
"Szwedzi pod dowództwem generała Mardenfeldta, zasłonieni bagniskami, samem miastem i wozami, stali za pagórkiem: prawem ich skrzydłem dowodził Potocki, wojewoda Kijowski, lewem Xiążę Sapieha, a środkiem Mardenfeldt. Z drugiej strony sam król August II dowodził lewem skrzydłem, prawem xiążę Mężyków [Mienszykow], a środkiem generał Brand. Bitwa zaczęła się o 3-ciej godzinie po południu z taką natarczywością, że lewe skrzydło Szwedzkie wkrótce przełamane poszło w rozsypkę, chroniąc się do obwarowanego wozami obozu: reszta atoli Szwedów broniła się walecznie aż do godziny 6-tej. Król (August II) sam kilka razy uderzał na czele swej kawaleryi: lecz zawsze ze stratą cofać się musiał, ponieważ piechota Szwedzka stała jak mur i celnie strzelała. Szwedzi przypisują przegraną zmienności wojsk polskich, z nimi połączonych, a które w czasie bitwy do Augusta przeszły: a tak zostało się tylko na placu 4000 Szwedów, którzy przeciwko poczwórnej sile, aż do ciemnej nocy mężnie sie bronili, nieraz nawet ze stratą nieprzyjaciela, i kilka dział mu zabrali; atoli w ciemności zbyt daleko zapuściwszy się, podzieleni na małe oddziały, od przeważnej liczby nieprzyjaciół otoczeni, poddać się musieli. Znaczną zatem ponieśli klęskę. Sam Mardenfeldt, półkownicy Muller i Horn z wielu officerami dostali się w niewolą; artylerya, chorągwie, i wszystkie bagaże zdobyte. Miasto samo wiele wtedy ucierpiało: część znaczna Kalisza wraz z kościołem św. Mikołaja spłonęła."
O kaliskiej "bitwie narodów" pisał też w swoich pamiętnikach Krzysztof Zawisza - wojewoda miński: "August 29 października atakował Mardefelta pod Kaliszem, zuchwale cały dzień i całą noc w szyku czekającego. Miał August Moskwy z Mężykowem 16000: wszystko jazdy, Sasów 6000, koronnego wojska z dywizyą Szmigielskiego i Rybińskiego 10000, Kozaków i Kałmuków 6000. Razem 38000. Z Mardefeltem generałem szwedzkim było 4000 szwedów, koronnej milicyi 6000, Litewskiej 3000. Razem 13000. Długo się bili i w ciągłym ogniu trwali. Wreszcie przemogła liczba. Jazda tak szwedzka jako polska uszła. Piechoty na placu legły. Generała wzięto, także przy nim pułkowników: Horna, Marszalla, Millera i innych; wojewodę kijowskiego Potockiego wzięto, który mógłby się schronić, ale żony i dzieci które były w Kaliszu odstępować i porzucić nie chciał. A tak zwycięztwo pierwsze przy Auguście. Saskie duchy podnieśli głowy." Bitwa była też to dziwna z innego powodu. Przez kilka popołudniowych godzin modercze walki toczyło w pobliżu Kalisza ok. 50000 ludzi, prawdopodobnie ok. 5000 zginęło, miasto Kalisz zostało złupione i częściowo spalone, ale pamięć o tym fakcie jakby gdzieś przepadła w mrokach dziejów. Dopiero kilka lat temu zaczęto interesować się przebiegiem i skutkami bitwy oraz badać teren pobojowiska. Okazało się, że kopiec w którym pochowano zabitych był od dawna rozgrzebywany przez poszukiwaczy skarbów i podorywany przez rolników, a szczątki poległych roznoszone po polach przez psy...
Korzyść z tej bitwy odnieśli tylko zwycięscy żołdacy: sascy, kozaccy, kałmuccy i ... polscy, którym przypadły w udziale łupy znalezione w szwedzkich i polskich taborach, w mieście oraz zabrane pokonanym: zarówno tym poległym, jak i żywym...
Pobitewną grabież opisał (za rzekomo naocznym świadkiem) Józef Kraszewski w "Dziejach Polski za Sasów" "...Bezbożnie obchodzili się Sasi z Polakami obdzierając ich - pisze współczesny świadek. Panu Łosiowi, sędziemu lwowskiemu, rotmistrzowi pancernej chorągwi, obnażywszy go do koszuli, gdy sygnetu kosztownego z palca dać im nie chciał, czy też nie mógł, a saski żołnierz do owej obdzierania bezbożnej dramy komenderowany, postrzegł u niego ów sygnet, chciał mu go z palcem urżnąć i już go bagnetem ciął, gdyby Łoś na jenerała Brandta nie zawołał o salwowanie...a jednak sygnet musiał dać."
XIX-wieczny historyk Kazimierz Jarachowski poświęca na opis kaliskiej "bitwy narodów" kilka stron swej pracy "Z czasów saskich spraw wewnętrznych, polityki i wojny". Nazywa to tragiczne wydarzenie "krwawą komedią" z uwagi na dwulicowe postępowanie Augusta II, który wcześniej zrezygnował z polskiego tronu wzamian za wolność Saksonii od Szwedów. "Przez cały miesiąc odgrywa król wobec najwierniejszych, najoddańszych sobie Polaków, jak prymasa Szembeka, jak brata jego podkanclerzego, oburzającej hipokryzyi komedyj. „Wolę Saxonię stracić, niźli korony odstąpić; wolałbym gdybym miał przyjść do tego nieszczęścia w jednym kącie polskim, niźli w saskich umierać delicyach," — otóż słowa, jakie z ust Augustowych słyszeli jego stronnicy przez miesiąc po bitwie Kaliskiej w Warszawie. „W wilią św. Andrzeja" zakommunikował podkanclerzemu Szembekowi, iż „jego ludzie coś pomimo jego woli w Saxonii zrobili" i że dla tego nazajutrz do Saxonii wyjeżdża. Wyjechał też istotnie; w kilka dni później przeniknęła tajemnica Altranstadtu ku ogólnemu zgorszeniu do Polski...."
No właśnie, a Polska? Po tej augustowej farsie, zwróciła się znów w stronę anty-króla Leszczyńskiego i jego szwedzkiego chlebodawcy. Zupełnie niepotrzebnie, bo niespełna 3 lata po kaliskiej "bitwie narodów" potęga militarna Karola XII zostanie rozbita w pył przez Rosjan. Na tron polski wróci elektor saski. Jak w takiej politycznej kołomyji można było zachować przyzwoitość, jak rozumieć interes Rzeczypospolitej, która od dziesięcioleci pogrążała się w chaosie i rozłaziła się jak stare prześcieradło...? Kto Polak, kto wróg, kto przyjaciel? Od Sasa do Lasa. Autorzy obelisku stojącego przed cmentarzem komunalnym w Kaliszu, chcąc upamiętnić bitwę, nie wdawali się w szczegóły. Przyznali historyczną rację Polakom stojącym po stronie króla saskiego. Na tablicy nawet nie wspomniano o tym, że wojska koronne były tylko wsparciem dla Rosjan i Niemców, ani że po stronie Szwedów również walczyli nasi rodacy. Przecież nie mniej patriotyczni i nie mniej bohaterscy... Czyj dziadek był w Wermachcie, kto wycierał parkiety Petersburga i Moskwy, gdzie stało ZOMO? "Polska to jest dziwna kraj" - mawiał Zulu Gula.
...bo skrzydła masz nie od parady
Dzisiaj łatwo stanąć przed tłumem i obrzucić przeciwnika politycznego epitetami "zdrajcy", czy "kolaboranta". Łatwo uznać siebie samego za "prawdziwego" Polaka-patriotę, a niewygodnego konkurenta do władzy nazwać sprzedawczykiem - sługusem obcych mocarstw. Dziś takie wystąpienia nie grożą utratą życia, zdrowia, ani nawet majątku.
Bywały jednak czasy, gdy Polacy stawali na przeciw siebie z bronią i walczyli ze sobą bez skrupułów, na śmierć i życie. Kto w czasach saskich był "patriotą", kto "zdrajcą", to i dzisiaj stwierdzić trudno.29 października 1706 roku na polach pomiędzy Kościelną Wsią a Dobrzecem (dziś jest to dzielnica Kalisza) odbyła się jedna z największych bitew tzw. III wojny północnej, w której o hegemonię we wschodniej Europie Szwecja walczyła z koalicją sasko-rosyjsko-duńską. Po stronie Szwecji stanęła część polskiej magnaterii niezadowolona w rządów króla z saskiej dynastii Wettin, po stronie saskiej - regularne polskie wojska. O bitwie czytamy w czasopiśmie "Przyjaciel Ludu" z 1835 roku: "Roku 1706 w miesiącu Październiku, stał się Kalisz historycznie sławnym, przez bitwę, która w jego okolicach, to jest na lewym brzegu Prosny, między wsiami Biskupice i Kościelna Wieś, zaszła. Ta bitwa, w której wyższość sił Augustowi II zwycięztwo nad Szwedami zapewniła, to miała szczególnego, że ją zwycięzca mimowolnie staczał. Bo już był wszedł w układy z Karolem XII, już był się zgodził na uciążliwe warunki, i podpisany przez siebie traktat już przy sobie nosił: kiedy zniewolony przytomnością wojska rossyjskiego, i w obawie, by tajemne jego negocyacye nie były Menżykowowi [Mienszykowowi] zdradzone, musiał, acz niechętnie, jeszcze raz rozpocząć kroki nieprzyjacielskie; za co później od króla Szwedzkiego jeszcze twardszymi warunkami został obarczony".
Dziwna była ta podkaliska bitwa. Tak naprawdę nie powinno do niej dojść, bo miesiąc wcześniej śmiertelni wrogowie zawarli układ pokojowy. Król szwedzki Karol XII narzucił Augustowi II - królowi Saksonii i Polski - upokarzający traktat, w którym August - wzamian za pokój w Saksonii - zrzekł się polskiego tronu i zgodził wypłacić odszkodowania wojenne. W październiku 1706 powinien już więc Wettin bawić się na swoim dworze w Dreźnie, dopieszczać liczne kochanki i cieszyć, że Szwedzi rabują w tym czasie inne kraje. Tyle, że o tajnym pokoju nie wiedzieli nic sojusznicy: Rosjanie i Polacy pozostający w służbie (jak im się wydawało) legalnego króla. Dla własnego bezpieczeństwa August wolał tej nowiny nie upowszechniać i stoczyć bitwę z prawie 3-krotnie słabszym liczebnie przeciwnikiem.
Dalej "Przyjaciel Ludu" opisuje przebieg walki:
"Szwedzi pod dowództwem generała Mardenfeldta, zasłonieni bagniskami, samem miastem i wozami, stali za pagórkiem: prawem ich skrzydłem dowodził Potocki, wojewoda Kijowski, lewem Xiążę Sapieha, a środkiem Mardenfeldt. Z drugiej strony sam król August II dowodził lewem skrzydłem, prawem xiążę Mężyków [Mienszykow], a środkiem generał Brand. Bitwa zaczęła się o 3-ciej godzinie po południu z taką natarczywością, że lewe skrzydło Szwedzkie wkrótce przełamane poszło w rozsypkę, chroniąc się do obwarowanego wozami obozu: reszta atoli Szwedów broniła się walecznie aż do godziny 6-tej. Król (August II) sam kilka razy uderzał na czele swej kawaleryi: lecz zawsze ze stratą cofać się musiał, ponieważ piechota Szwedzka stała jak mur i celnie strzelała. Szwedzi przypisują przegraną zmienności wojsk polskich, z nimi połączonych, a które w czasie bitwy do Augusta przeszły: a tak zostało się tylko na placu 4000 Szwedów, którzy przeciwko poczwórnej sile, aż do ciemnej nocy mężnie sie bronili, nieraz nawet ze stratą nieprzyjaciela, i kilka dział mu zabrali; atoli w ciemności zbyt daleko zapuściwszy się, podzieleni na małe oddziały, od przeważnej liczby nieprzyjaciół otoczeni, poddać się musieli. Znaczną zatem ponieśli klęskę. Sam Mardenfeldt, półkownicy Muller i Horn z wielu officerami dostali się w niewolą; artylerya, chorągwie, i wszystkie bagaże zdobyte. Miasto samo wiele wtedy ucierpiało: część znaczna Kalisza wraz z kościołem św. Mikołaja spłonęła." O kaliskiej "bitwie narodów" pisał też w swoich pamiętnikach Krzysztof Zawisza - wojewoda miński: "August 29 października atakował Mardefelta pod Kaliszem, zuchwale cały dzień i całą noc w szyku czekającego. Miał August Moskwy z Mężykowem 16000: wszystko jazdy, Sasów 6000, koronnego wojska z dywizyą Szmigielskiego i Rybińskiego 10000, Kozaków i Kałmuków 6000. Razem 38000. Z Mardefeltem generałem szwedzkim było 4000 szwedów, koronnej milicyi 6000, Litewskiej 3000. Razem 13000. Długo się bili i w ciągłym ogniu trwali. Wreszcie przemogła liczba. Jazda tak szwedzka jako polska uszła. Piechoty na placu legły. Generała wzięto, także przy nim pułkowników: Horna, Marszalla, Millera i innych; wojewodę kijowskiego Potockiego wzięto, który mógłby się schronić, ale żony i dzieci które były w Kaliszu odstępować i porzucić nie chciał. A tak zwycięztwo pierwsze przy Auguście. Saskie duchy podnieśli głowy." Bitwa była też to dziwna z innego powodu. Przez kilka popołudniowych godzin modercze walki toczyło w pobliżu Kalisza ok. 50000 ludzi, prawdopodobnie ok. 5000 zginęło, miasto Kalisz zostało złupione i częściowo spalone, ale pamięć o tym fakcie jakby gdzieś przepadła w mrokach dziejów. Dopiero kilka lat temu zaczęto interesować się przebiegiem i skutkami bitwy oraz badać teren pobojowiska. Okazało się, że kopiec w którym pochowano zabitych był od dawna rozgrzebywany przez poszukiwaczy skarbów i podorywany przez rolników, a szczątki poległych roznoszone po polach przez psy...
Korzyść z tej bitwy odnieśli tylko zwycięscy żołdacy: sascy, kozaccy, kałmuccy i ... polscy, którym przypadły w udziale łupy znalezione w szwedzkich i polskich taborach, w mieście oraz zabrane pokonanym: zarówno tym poległym, jak i żywym...Pobitewną grabież opisał (za rzekomo naocznym świadkiem) Józef Kraszewski w "Dziejach Polski za Sasów" "...Bezbożnie obchodzili się Sasi z Polakami obdzierając ich - pisze współczesny świadek. Panu Łosiowi, sędziemu lwowskiemu, rotmistrzowi pancernej chorągwi, obnażywszy go do koszuli, gdy sygnetu kosztownego z palca dać im nie chciał, czy też nie mógł, a saski żołnierz do owej obdzierania bezbożnej dramy komenderowany, postrzegł u niego ów sygnet, chciał mu go z palcem urżnąć i już go bagnetem ciął, gdyby Łoś na jenerała Brandta nie zawołał o salwowanie...a jednak sygnet musiał dać."
XIX-wieczny historyk Kazimierz Jarachowski poświęca na opis kaliskiej "bitwy narodów" kilka stron swej pracy "Z czasów saskich spraw wewnętrznych, polityki i wojny". Nazywa to tragiczne wydarzenie "krwawą komedią" z uwagi na dwulicowe postępowanie Augusta II, który wcześniej zrezygnował z polskiego tronu wzamian za wolność Saksonii od Szwedów. "Przez cały miesiąc odgrywa król wobec najwierniejszych, najoddańszych sobie Polaków, jak prymasa Szembeka, jak brata jego podkanclerzego, oburzającej hipokryzyi komedyj. „Wolę Saxonię stracić, niźli korony odstąpić; wolałbym gdybym miał przyjść do tego nieszczęścia w jednym kącie polskim, niźli w saskich umierać delicyach," — otóż słowa, jakie z ust Augustowych słyszeli jego stronnicy przez miesiąc po bitwie Kaliskiej w Warszawie. „W wilią św. Andrzeja" zakommunikował podkanclerzemu Szembekowi, iż „jego ludzie coś pomimo jego woli w Saxonii zrobili" i że dla tego nazajutrz do Saxonii wyjeżdża. Wyjechał też istotnie; w kilka dni później przeniknęła tajemnica Altranstadtu ku ogólnemu zgorszeniu do Polski...."
No właśnie, a Polska? Po tej augustowej farsie, zwróciła się znów w stronę anty-króla Leszczyńskiego i jego szwedzkiego chlebodawcy. Zupełnie niepotrzebnie, bo niespełna 3 lata po kaliskiej "bitwie narodów" potęga militarna Karola XII zostanie rozbita w pył przez Rosjan. Na tron polski wróci elektor saski. Jak w takiej politycznej kołomyji można było zachować przyzwoitość, jak rozumieć interes Rzeczypospolitej, która od dziesięcioleci pogrążała się w chaosie i rozłaziła się jak stare prześcieradło...? Kto Polak, kto wróg, kto przyjaciel? Od Sasa do Lasa. Autorzy obelisku stojącego przed cmentarzem komunalnym w Kaliszu, chcąc upamiętnić bitwę, nie wdawali się w szczegóły. Przyznali historyczną rację Polakom stojącym po stronie króla saskiego. Na tablicy nawet nie wspomniano o tym, że wojska koronne były tylko wsparciem dla Rosjan i Niemców, ani że po stronie Szwedów również walczyli nasi rodacy. Przecież nie mniej patriotyczni i nie mniej bohaterscy... Czyj dziadek był w Wermachcie, kto wycierał parkiety Petersburga i Moskwy, gdzie stało ZOMO? "Polska to jest dziwna kraj" - mawiał Zulu Gula.
...bo skrzydła masz nie od parady
środa, 22 maja 2013
Człowiek stary, siwy i trochę kulawy
Uczciwość, lojalność i dyskrecja to w biznesie niezwykle cenne aktywa... Tym cenniejsze, że stosunkowo rzadkie. W starych, pożółkłych i pokrytych kurzem gazetach znaleźć można wiele notatek i ogłoszeń traktujących o etycznej stronie kontaktów handlowych. W łódzkim "Rozwoju" z 31 grudnia 1912 roku trafiamy na takie oto ciekawostki (pisownia i styl - oryginalne):
Niniejszym podaję do wiadomości osób interesowanych a w szczególności pp właścicieli domów w Łodzi i okolicy iż dotychczasowy mój agent Jan Kolasiński (człowiek stary, siwy i trochę kulawy, mianujący się moim wspólnikiem i technikiem ubezpieczeń) z d. 25 listopada b. r. stał wydalonym, i niema prawa w moim imieniu przyjmowania Szacunków Ogniowych do ubezpieczeń Rządowych jak również inkasowania moich należności, gdyż za czynności Kolasińskiego, jak również za zobowiązania przez niego przyjęte i za sumy jemu wpłacone żadnej odpowiedzialności nie przyjmuję. Zaznaczając, iż sprawę za wykryte nielegalne czynności przeciwko Kolasińskiemu skieruję na drogę sądową.Łódź d. 12 grudnia 1912 roku. Technik ubezpieczeń Rządowych Bolesław F Grodzki, Brzezińska 42.
Zgodnie z zawiadomieniem mojem z dnia 23.12. 1912 r. jakie otrzymała firma warszawska H. Mage, iż zrywam z powyższą wszelkie stosunki handlowe, lecz dotąd firma Mage nie raczyła mi odpowiedzieć, przeto niniejszem ogłaszam, iż z powodu niesolidnego postąpienia ze mną, jako reprezentantem przez jednego spólników firmy. Wszelkie stosunki handlowe z dniem wysłania zawiadomienia zerwałem z firmą Mage. Kwit który został przezemnie wydany firmie Mage J. Maczewski jest nieważny i takowego płacić nie będę. Towar firma Mage może otrzymać z powrotem za potrąceniem kosztów jakie poniosłem. Łódź, dnia 31.12.1912 roku. A. Kuźnicki
A komu we własnym biznesie noga się powinie, wtedy szuka dobrej posady w poważnej instytucji. Nawet za łapówkę, jak ten wielojęzykowy buchalter:
Bo zdobycie dobrej posady to inwestycja, która się opłaci... Wysoka pensja pozwala na zakup atrakcyjnej nieruchomości. Korzystając z takich niesamowitych okazji, trzeba jednak być nadzwyczaj czujnym. Nie powinno się wierzyć we wszystkie wymienione atrakcje. Nie muszą okazać się prawdziwe, tak jak tramwajowe połączenie Brzezin z Łodzią i kolejka do Koluszek, które nigdy nie powstały...
Niniejszym podaję do wiadomości osób interesowanych a w szczególności pp właścicieli domów w Łodzi i okolicy iż dotychczasowy mój agent Jan Kolasiński (człowiek stary, siwy i trochę kulawy, mianujący się moim wspólnikiem i technikiem ubezpieczeń) z d. 25 listopada b. r. stał wydalonym, i niema prawa w moim imieniu przyjmowania Szacunków Ogniowych do ubezpieczeń Rządowych jak również inkasowania moich należności, gdyż za czynności Kolasińskiego, jak również za zobowiązania przez niego przyjęte i za sumy jemu wpłacone żadnej odpowiedzialności nie przyjmuję. Zaznaczając, iż sprawę za wykryte nielegalne czynności przeciwko Kolasińskiemu skieruję na drogę sądową.Łódź d. 12 grudnia 1912 roku. Technik ubezpieczeń Rządowych Bolesław F Grodzki, Brzezińska 42.
* * *
Zgodnie z zawiadomieniem mojem z dnia 23.12. 1912 r. jakie otrzymała firma warszawska H. Mage, iż zrywam z powyższą wszelkie stosunki handlowe, lecz dotąd firma Mage nie raczyła mi odpowiedzieć, przeto niniejszem ogłaszam, iż z powodu niesolidnego postąpienia ze mną, jako reprezentantem przez jednego spólników firmy. Wszelkie stosunki handlowe z dniem wysłania zawiadomienia zerwałem z firmą Mage. Kwit który został przezemnie wydany firmie Mage J. Maczewski jest nieważny i takowego płacić nie będę. Towar firma Mage może otrzymać z powrotem za potrąceniem kosztów jakie poniosłem. Łódź, dnia 31.12.1912 roku. A. Kuźnicki
* * *
A komu we własnym biznesie noga się powinie, wtedy szuka dobrej posady w poważnej instytucji. Nawet za łapówkę, jak ten wielojęzykowy buchalter:50 rubli i więcej, byle zaraz ofiaruję temu kto zobowiąże się wyszukać posadę w poważnej instytucyi lub w fabryce, do prowadzenia ksiąg biurowych lub innego zajęcia; znajomość języków: polski, rosyjski, niemiecki i buchalterya. Dyskrecya zapewniona. Oferty w admistracyi „Rozwoju" (sub "Dyskretny 5)".
Bo zdobycie dobrej posady to inwestycja, która się opłaci... Wysoka pensja pozwala na zakup atrakcyjnej nieruchomości. Korzystając z takich niesamowitych okazji, trzeba jednak być nadzwyczaj czujnym. Nie powinno się wierzyć we wszystkie wymienione atrakcje. Nie muszą okazać się prawdziwe, tak jak tramwajowe połączenie Brzezin z Łodzią i kolejka do Koluszek, które nigdy nie powstały...
piątek, 17 maja 2013
Słupy Kościuszki

Na ulicy Kościuszki w Sieradzu, tak jak wcześniej na Kolegiackiej, pojawiła się symboliczna brama do miasta. Ma wprowadzać przechodniów do zrewitalizowanej części Sieradza. Będzie też nietypowym elementem oświetlenia ulicznego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







