czwartek, 31 sierpnia 2017

Funkcjonalizm w gruzach

14 września 2012 roku po południu na teren wjechały buldożery. Wkrótce po zabytkowej zajezdni została tylko kupa gruzów. Sprawca poniósł karę, ale proces sądowy nie wyjaśnił dlaczego doszło w Łodzi do wyburzenia kolejnego zabytku...

Dla łódzkich tramwajów rok 1928 był nadzwyczaj udany. Mimo wiszącej groźby strajku płacowego pracowników, Kolej Elektryczna Łódzka S.A. oddała do użytku 22 kilometry nowych torów. Rozwój miejskiej sieci tramwajowej był możliwy dzięki znacznemu powiększeniu taboru. W warszawskiej firmie Lilpop, Rau i Loevenstein zakupiono 100 wagonów silnikowych i doczepnych. Pod koniec roku 1928 KEŁ posiadała już 200 tramwajów i zatrudniała 1400 pracowników. Zajezdnia przy ulicy Tramwajowej już nie wystarczała. Drugą wybudowano przy skrzyżowaniu ulicy Kilińskiego z Dąbrowską. Obiekt, zaprojektowany przez Rudolfa Sunderlanda, składał się z hali postojowej na 100 tramwajów oraz budynku administracyjnego z portiernią. Pełne uruchomienie zajezdni nastąpiło 16 grudnia 1928 roku. Kilka dni przed 30 rocznicą wyjazdu na trasę pierwszego łódzkiego tramwaju.


Zajezdnia numer dwa, znana później jako „zajezdnia Dąbrowskiego”, mieściła się przy ulicy Kilińskiego 245, od strony tej ulicy znajdował się bowiem wjazd na jej teren. Nieprzelotowa hala postojowa stała bokiem do ulicy, więc tramwaje musiały zataczać ostry łuk, aby wjechać do środka przez bramę od ulicy Kilińskiego. Budynek zajezdni miał 100 m długości i 79 m szerokości. Hala główna o powierzchni 7900 mkw. była wyposażona w 21 torów zakończonych na ślepo. Obniżenie posadzki o 1,5 metra i posadowienie torów na betonowych postumentach pozwoliło na stworzenie pod nimi kanałów przeglądowo-naprawczych. Tramwaje wjeżdżały przez 21 bram zamykanych stalowo-drewnianymi wrotami i tą samą drogą wyjeżdżały. W tylnej, północnej ścianie zamontowano duże okna tym samym układzie co bramy. Naturalne oświetlenie wnętrza hali dawało siedem długich świetlików umieszczonych w dachu opartym na nitowanej konstrukcji stalowej. Od strony wschodniej do głównej hali przylegała tzw. mała hala, z jednotorowym wjazdem od frontu. Wykonywano w niej remonty kapitalne wagonów. Na zewnątrz, wzdłuż tej hali umieszczono tor do wprowadzania wagonów po wypadkach i oczekujących remont.

Kompleks administracyjny postawiono na rogu działki bezpośrednio przy skrzyżowaniu ulic. Składał się z dwóch części parterowych, w tym jednej narożnej, oraz wyższej, dwupiętrowej części środkowej z poddaszem użytkowym. Przy bramie wjazdowej powstała niewielka portiernia, przylegająca do parterowego budynku z zaokrąglonym narożnikiem. Obok niej znajdowało się m. in. dwupokojowe mieszkania dla portiera, ambulatorium, ekspedycja i konduktorownia. W dwupiętrowym budynku administracyjnym mieściły się biura oraz gabinet kierownika. Dla motorniczych i konduktorów spoza Łodzi na piętrach przygotowano pokoje sypialne z kuchnią, spiżarką i łazienką. W parterowej części budynku od strony zachodniej umieszczono salę wykładową o powierzchni około 150 metrów kwadratowych.

Pomiędzy halami a budynkami administracyjnymi ułożono dwa tory, z rozjazdami w kierunku hali głównej oraz do ulicy Kilińskiego w kierunku północnym i południowym. Cały obiekt zajmował powierzchnię prawie 27 000 mkw. Wszystkie budynki zaprojektowano zgodnie z zasadami panującego wówczas funkcjonalizmu, z elementami stylu art deco. Elewację frontową hali zdobiło logo KEŁ oraz rok budowy - 1928.

Zniszczenia wojenne ominęły zajezdnię na Dąbrowie. Okupant upaństwowił łódzkie tramwaje i powołał spółkę "Litzmannstädter Elektrische Strassenbahn". Po wprowadzeniu niskich cen biletów łódzkie tramwaje stały się komunikacją masową. Niestety, Polacy byli zmuszeni tłoczyć się w wagonie doczepianym, bo pierwszy był przeznaczony tylko dla Niemców. Tramwaje jednowagonowe dzielono łańcuchem na część niemiecką z przodu i tylną polską, zawsze zatłoczoną. Do zajezdni przy ulicy Dąbrowskiej (wtedy Strassburger Linie) trafiło wiele starych wagonów sprowadzonych z Niemiec, głównie doczepek eksploatowanych od początku XX wieku.

Majątek łódzkich tramwajów przetrwał wojnę w dobrym stanie. Po wyzwoleniu powinien wrócić do prawowitego właściciela - Kolei Elektrycznej Łódzkiej. Jednak już kwietniu 1945 roku spółka została poddana pod przymusowy zarząd państwowy. 21 grudnia 1947 roku tramwaje miejskie i podmiejskie zostały upaństwowione bez odszkodowania. W roku następnym nastąpiło połączenie „Kolei Elektrycznej Łódzkiej” i „Łódzkich Wąskotorowych Elektrycznych Kolei Dojazdowych”. Nowe przedsiębiorstwo zarządzające komunikacją miejską i podmiejską otrzymało nazwę Miejskich Zakładów Komunikacyjnych. Do zajezdni Dąbrowskiego sprowadzono część starego taboru z linii podmiejskich.

W latach 50 tych sukcesywnie przybywało taboru. Były to głównie nowe wagony silnikowe produkcji krajowej. Do początku lat 60 tych wycofano wszystkie wagony wyprodukowane przed I wojną światową. W tym czasie zajezdnia Dąbrowskiego okazała się już zbyt mała na współczesne potrzeby. Sporym problem okazał się też brak wyjazdu dla tramwajów jednokierunkowych. Zapadła decyzja o modernizacji. Pierwszy plan rozbudowy zakładał wykucie wrót po stronie północnej i umożliwienie wyjazdu z każdego toru hali. Okazało się jednak, że powiększenie zajezdni od tej strony nie jest możliwe ze względu na znaczny spadek poziomu gruntu. Ostatecznie zdecydowano się powiększyć teren od strony zachodniej. Z uwagi na coraz większą ilość wagonów jednokierunkowych zajezdnię przebudowano na przelotową, 6 torów uzyskało możliwość wyjazdu na plac postojowy przez bramę w elewacji zachodniej. Inne pozostały ślepe. Zainstalowano automatyczną myjnię dla wagonów oraz tokarnię kanałową, dzięki której można było dokonywać regeneracji obręczy kół jezdnych, bez wymontowywania ich z wózka wagonu.

W trakcie modernizacji w latach 1964 - 1967 powstał plac postojowy, na którym ułożono 20 torów różnej długości, które w sumie mogły pomieścić 152 wagony, nie przekraczające długości 10 m. Na terenie placu postojowego postawiono niewielką, drewnianą poczekalnię dla konduktorów. Przez prawie 40 lat tramwaje wjeżdżały do zajezdni przez bramę od ulicy Kilińskiego. Układ ten zmieniono radykalnie ze względu na brak możliwości zwiększenia ilości torów wjazdowych. Nowy wjazd powstał od strony ulicy Dąbrowskiego. Pomiędzy zajezdnią a torowiskiem na tej ulicy wybudowano dodatkowy tor, który została wyposażony w zjazdy do zajezdni. Kolejne zjazdy powstawały stopniowo w ciągu kilku lat, wraz z rozbudową placu manewrowego. Tory wjazdowe od Kilińskiego zlikwidowano, pozostawiono tylko bramę. Od tej pory zajezdnię zaczęto potocznie nazywać "Dąbrowskiego". Powstały wtedy układ torów istniał do końca zajezdni.

Modernizacji poddano również małą halę, która po wojnie była wykorzystywana m.in. przez orkiestrę dętą oraz jako budynek socjalny. Kolejne modernizacje i przebudowy nastąpiły w latach 70 i 80-tych. Między innymi wyłączono częściowo z użytku tor 16, tworząc na nim pomieszczenia gospodarcze. Zlikwidowano podłogę z desek, a na jej miejscu wylano betonową. Hala została podzielona na trzy części, w największej, zachodniej usunięto drewniane wrota.

Szczyt stanu osobowego i taborowego w zajezdni to koniec lat 70. Na przełomie 1978/1979 r. pracowało tu prawie 300 motorniczych oraz 181 pracowników zaplecza technicznego. Na miasto wyjeżdżały z niej 133 składy, które stanowiły blisko 40% całego taboru kursującego po mieście. Przez wiele lat „dwójka” przy ulicy Dąbrowskiego była największą zajezdnią w Łodzi. Dopiero w 1986 roku wyprzedziła ją nowa zajezdnia wybudowana przy ulicy Telefonicznej.

W roku 2008 Klub Miłośników Starych Tramwajów zorganizował osiemdziesiąte urodziny zajezdni. Po zwiedzeniu hali przy ulicy Dąbrowskiego goście imprezy mieli okazję przejechać się po mieście dwoma zabytkowymi przedwojennymi tramwajami. Miłośnicy starych tramwajów życzyli jubilatce kolejnych 80 lat. Niestety, MPK Łódź Sp. z o. o. obsługujące łódzką komunikację, wkrótce uznała obiekt przy ulicy Dąbrowskiego za mocno wyeksploatowany i nie nadający się do dalszego użytkowania. Nierozwojową zajezdnię postanowiono sprzedać. W październiku tego roku całą nieruchomość przy skrzyżowaniu ulic Kilińskiego i Dąbrowskiego kupił prywatny inwestor, ale MPK zagwarantowało sobie prawo do użytkowania obiektu jeszcze przez rok. Ostatnie tramwaje wyjechały z zajezdni 28 stycznia 2011 roku. Po zakończeniu pracy zjechały do zajezdni Chocianowice i Telefoniczna. Sprzedana nieruchomość znajdowała się w gminnej ewidencji zabytków i została poddana procedurze wpisu do rejestru zabytków.

W połowie lutego teren przejął nowy właściciel, który przedstawiał różne koncepcje na jego zagospodarowanie. W tym miejscu miało powstać centrum handlowe, montownia przyczep campingowych albo baza tramwajów sprowadzonych z Izraela. Jednak już po paru tygodniach na terenie zajezdni pojawiły się buldożery, a właściciel zaczął wspominać o możliwości rozbiórki. Rozpoczął od demontażu torowiska i sieci trakcyjnej, mimo że na te prace nie uzyskał zgody konserwatora zabytków. Wkrótce po tym jak konserwator nakazał wstrzymanie prac, doszło do pożaru. Po hali tramwajowej pozostały tylko ściany zewnętrzne i fragmenty konstrukcji dachowej. Zniszczeniu uległo około 4,5 tysiąca metrów kwadratowych zadaszenia. Resztki obiektu uratowała ulewa, która przeszła wieczorem nad Łodzią. W śledztwie ustalono, że zajezdnia została podpalona przez „nieznanych sprawców”.

W marcu 2011 właściciel zajezdni w liście otwartym do prezydent Zdanowskiej skarżył się na niechęć urzędników do prywatnych przedsiębiorców oraz piętrzenie procedur. Podważał też kompetencje wojewódzkiego konserwatora zabytków. Stopniowa dewastacja zajezdni miała przekonać oponentów o braku wartości historycznej obiektu. Po pożarze przedsiębiorca wynajął eksperta z Politechniki Łódzkiej, by wydał opinię, że obiekt stracił walory zabytku. Wkrótce potem zdecydował o rozbiórce zajezdni. 14 września 2012 roku po południu na teren zabytkowej zajezdni wjechał ciężki sprzęt i rozpoczął wyburzanie. Kiedy na miejsce dotarł konserwator zabytków, straż miejska i policja z budynku pozostały tylko gruzy. Prawdopodobnie obiekt był przygotowany wcześniej do wyburzenia, a ostateczne prace rozpoczęto w piątek po południu, by uniknąć interwencji jakichkolwiek urzędników. Wojewódzki konserwator zabytków niezwłocznie złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

Sąd Rejonowy dla Łodzi Widzewa początkowo umorzył postępowanie przeciw właścicielowi zburzonej zajezdni, "wobec braku znamion czynu zabronionego". Po odwołaniu się prokuratury, Sąd Okręgowy uznał, że decyzja była przedwczesna i nakazał ponownie zająć się sprawą. Przedsiębiorca stanął przed sądem, oskarżony o zniszczenie zabytku wpisanego do gminnej ewidencji zabytków. Nie przyznał się do winy. Jego zdaniem decyzja o wpisaniu budynku do rejestru zabytków została uchylona prawomocnym wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Sąd Rejonowy nie uznał tych wyjaśnień za wiarygodne. Jego zdaniem, oskarżony powinien liczyć się z tym, że zajezdnia jest zabytkowa, bo decyzje administracyjne uchylające wpisy do ewidencji zabytków nie były prawomocne. Skazał przedsiębiorcę na rok więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Zasądzono też 5 tysięcy złotych grzywny i 20 tysięcy złotych na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Nie nakazano jednak odbudowy zniszczonego zabytku. Po apelacji wyrok ten podtrzymał łódzki Sąd Okręgowy. W uzasadnieniu sędzia przypomniał, że charakteru zabytku obiekt nie nabywa, gdy zostanie wpisany do rejestru. Że za zabytek uważa się taki wytwór działalności człowieka, który stanowi świadectwo minionej epoki i którego zachowanie leży w interesie społecznym. Podkreślił również, iż oskarżony kierował się wyłącznie własnym interesem i nie wykazywał zainteresowania współpracą z wojewódzkim konserwatorem zabytków.

Halę zajezdni można było wyremontować i przebudować zachowując konstrukcję i elewację. W wielu zabytkowych obiektach stosuje się takie zabiegi, aby wykorzystać je na market, halę targową czy wystawienniczą. Niestety, z zachowania inwestora wynikało, że chodziło mu wyłącznie o cenną działkę w dobrej lokalizacji. Niska kara, niewspółmierna do strat dziedzictwa kulturowego miasta, okazała się także nieskuteczna prewencyjnie. Podobną metodę powolnej dewastacji właściciel zajezdni stosuje wobec znajdującego się na posesji budynku administracyjnego. Niezabezpieczony obiekt niszczą pożary i szabrownicy. Czy skończy jak hala tramwajowa?

Przy okazji takich spraw nasuwa się wiele pytań. Na przykład, czy sprzedaż zabytku powinna przynosić dochód, czy raczej zapewniać jego uratowanie i rewitalizację? Dlaczego umowy sprzedaży nie określają, jakie prace musi wykonać kupujący i jakie będzie nowe przeznaczenie obiektu? Czemu nie zapewniają odpowiedniego nadzoru nad sprzedanym zabytkiem? Czy może ochrona dziedzictwa kulturowego powinna polegać na pozbywaniu się niewygodnych obiektów i przy okazji łataniu dziur w budżecie?

wtorek, 15 sierpnia 2017

Prawda kole w aureolę

Nie wiadomo kiedy, gdzie, i w jakich okolicznościach, ale Wniebowzięcie nastąpiło. Potwierdzają to autorytety i ich niczym nie ograniczona wyobraźnia. Co roku 15 sierpnia słyszymy na Jasnej Górze, że to ostoja polskości, Maryja Matka i Królowa, szczególnie Polskę upodobała, że uciekamy się pod jej obronę. Potem, że dożyliśmy strasznych czasów, że szargają świętości. O tym, że spisek, szatan czyha, że bóg obrażony, ojczyzna zagrożona, że winni są wolnomyśliciele, żydzi, ateiści, masoneria, bezbożnicy, feministki, lewactwo. Winni wszyscy, tylko nie kościół powszechny i święty oraz słudzy jego słudzy świętobliwi a cnotliwi. Od wieków i na wieki, wieków...


Co pozwala zakonnikom trwać na Jasnej Górze od wieków, utrzymywać potężną budowlę i ponad stu ludzi, a przy tym jeszcze zapełniać skarbiec? Czy wystarczy wsparcie nadprzyrodzonych bytów, aby przez wieki, pomimo niesłychanych zmian w świecie, prowadzić z powodzeniem to ogromne przedsięwzięcie?

Wiele takich pytań postawiono publicznie podczas słynnej sprawy zbrodni Macocha w latach 1910-1912. Artykuł „Ciemne sprawy na Jasnej Górze” ukazał się w czasopiśmie „Myśl Niepodległa” [nr 150] w październiku 1910. Styl i ortografię pozostawiamy oryginalne, aby czytelnik przypadkiem nie zapomniał, że chodzi o „zamierzchłe” sprawy sprzed ponad 100 lat. Gdyby tekst nieco uwspółcześnić i pominąć wątek zbrodni Macocha, nadać mu można byłoby datę 15 sierpnia roku 2000 i wystawić się na wściekłe ataki klerykalnych "prawdziwych" Polaków oraz ich feudalnych panów.  Artykuł jest wciąż zadziwiająco aktualny!

* * * 
Jechał więc w milczeniu, utkwiwszy oczy w jakiś punkt, bardzo błyszczący na widnokręgu. Konie parskały na pogodę; ludzie poczęli śpiewać sennemi godzinami jutrznię. Tymczasem rozwidniało się coraz bardziej, niebo z bladego stawało się zielone i złote, a ów punkt na widnokręgu począł tak błyszczeć, że oczy mrużyły się od tego blasku. Ludzie przestali śpiewać i wszyscy patrzyli w tamtą stronę, wreszcie Soroka rzekł: "Dziwno, czy co?.. Toć tam zachód, a jakby słońce wschodziło!" 
Istotnie owo światło rosło w oczach, z punktu uczyniło się kołem, z koła koliskiem zdala, rzekłbyś, że ktoś zawiesił nad ziemią olbrzymią gwiazdę, siejącą blaski niezmierne. Kmicic i jego ludzie patrzyli ze zdumieniem na owe zjawisko świetliste, drgające, promienne, nie wiedząc, co mają przed oczyma. Wtem od Kruszyna chłop nadjechał w drabinkach. Pan Kmicic zwróciwszy się ku niemu, ujrzał, iż chłop czapkę trzymał w ręku i patrząc w owe światło, modlił się.  "Chłopie? - spytał pan Andrzej - a co się to tak świeci?".  "Kościół Jasnogórski! - odrzekł kmieć...
Ogarnęła rycerza jakaś niewypowiedziana bojaźń, pełna czci, ale zarazem nieznana radość wielka, błoga. Od tego kościoła jarzącego się na wysokości w pierwszych promieniach słońca biła nadzieja, której pan Kmicic dawno nie zaznał, otucha, której napróźno szukał, siła niepokonana, na której chciał się oprzeć. W stąpiło weń jakoby nowe życie i poczęło krążyć po żyłach wraz z krwią. Odetchnął tak głęboko, jak chory, budzący się z gorączki, z nieprzytomności. A kościół lśnił się coraz bardziej, jakby wszystko światło słoneczne w siebie zabrał. Cała kraina leżała u jego stóp, a on patrzył na nią z wysokości, rzekłbyś stróż jej i opiekun...
(H. Sienkiewicz, Potop III, 11)

obrona jasnej góry

*
Przytoczyliśmy na wstępie urywek z sławnej powieści Henryka Sienkiewicza, opisujący dojazd Kmicica i jego drużyny do Częstochowy. Uczyniliśmy to dlatego, aby przypomnieć, jaką aureolą Naród nasz otaczał Jasną Górę. "Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy” - oto inwokacja naszej wielkiej epopei narodowej. Lud, ujrzawszy w czasie pielgrzymki wieżę Jasnogórską, padał na kolana, wyciągał ręce i grążył się w ekstazie.

Od pewnego czasu staraliśmy się, w stosunku do wykrytych zbrodni bardzo nawet oględnie, zwracać uwagę Narodu, że na Jasnej Górze dzieją się jakieś ciemne sprawy. W numerze 119, w artykule naczelnym stawiliśmy przeora Euzebjusza Rejmana przed sądem opinji. Naród nas nie usłuchał. Wierzył bezgranicznie "ojcom" Paulinom. Zapatrzony w wizję swego idealizmu, głuchy był na głosy ostrzegawcze. Dziś, gdy miecz najczarniejszych zbrodni przeszył jego serce ufne i kochające, nie będziemy mu rany posypywali solą. Musimy przedewszystkiem uszanować ból, okazać współczucie dla bezmiernej krzywdy, którą mu wyrządzono, uczcić w nim cierpienie. A przecież Jasna Góra nie była tylko miejscem odpustów i ekstazy religijnej. Była równocześnie pamiątką narodową. Gdyby nawet tradycje historyczne nie odpowiadały pod wielu względami historycznej rzeczywistości, to jednak tradycje te żyły w duszy narodu i działały na nią. Dla tych przeto, którzy na rzeczy inaczej patrzą, Jasna Góra była również droga, choć z innych względów. A wreszcie, jeżeli to miejsce z tych lub innych przyczyn było narodowem PALLADJUM, choćby iluzyjnem, lecz drogiem, znieważenie takiego palladjum jest nietylko straszną krzywdą, ale kompromitacją wobec całego świata.

Ale uszanować ból, to wcale nie znaczy milczeć. Stwierdzamy, że może z wyjątkiem jednego dziennika bez charakteru, wszystkie pisma starały się odsłonić kałużę zbrodni i nic nie pozostawić pod obsłoną. A jest to tem bardziej konieczne, że "niegodni stróże najdroższego skarbu Narodu", gdy śledztwo coraz to nowe frymarki pieniędzmi ofiarnemi i klejnotami odkrywa, gdy wpada na trop innego jeszcze morderstwa, już do nowych wzywają Naród "ekspiacji”, a wiadomo przecież, że te "ekspiacje” są zawsze w znaczeniu swem ostatecznem apelacją do kieszeni wiernych.

Gdyby chcieć fakty, dotąd nanizane na sznur kroniki, opisać, trzebaby wskrzesić włoskiego Danta, a przedstawiłby nam jasnogórskie Infernum. Jasna Góra, zmieniona w jaskinię zbrodni, wymagałaby genjuszu Szekspira dla odtworzenia tych intryg, tych hulatyk, tych mordów, tych wywożeń trupów w sofach, tych przysiąg piekielnych nad otchłanią wodną, kryjącą w swej głębi potworną tajemnicę, tych rozgrzeszań ustami zbrodniarzy i tych komunikowań rękami krwią ociekającemi.

A kronika wcale jeszcze nie zamknięta. Dopiero przeczytaliśmy jej pierwsze rozdziały. Ale już wiemy, że "święte ofiary” szły na prezenty dla kochanic, już czytaliśmy, że zakonnicy wykradali sobie z pod poduszek papiery obligacyjne, już nie jest tajemnicą, że wyszukiwali dla swych hurysek mężów, fałszowali akty ślubne, a kochanice ich sprzedawały ofiarne djamenty jubilerom. Miljony, które naród składał w ekstazie klasztorowi, nieraz kawałek suchego chleba od ust sobie odejmując, karmiły zbrodnie.

Najbardziej bodaj zdumiewającą w tem wszystkiem rzeczą jest stwierdzony przez prasę niski stan umysłowości tych "ojców". Damazy Macoch był przed wstąpieniem do klasztoru pisarzem gminnym, czyli jakimś przedstawionym przez Sienkiewicza Zołzikiewiczem. Ukończył zaledwie szkołę elementarną. Człowiek taki wdziewa białą sukienkę Paulina i już tem samem staje się świętą, nietykalną, żadnej krytyce nie podlegającą osobistością – przeciwnie, on będzie jeszcze piętnował "bezbożne pisma”. Jasne jest, że w Częstochowie rządziła Polską garderoba, a jakiego człowieka wetknięto w tę garderobę, o to nikt nie pytał.

Wszelką krytykę księży zwano szkalowaniem. Kazano o ich wybrykach milczeć, a w ostateczności zwracać się ze skargą na nich do przełożonego. A tymczasem odezwa Paulinów całkiem nie dwuznacznie mówi, że przełożony na Jasnej Górze dźwiga na sobie brzemię różnych win, a może nawet bardzo ciężkich win, skoro w tej pierwszej odezwie, wystosowanej w tak znaczącej chwili, Paulini wysuwają go przed oblicze narodu i dają wiele do zrozumienia. Ale ci Paulini zbyt pośpiesznie wystąpili w charakterze oskarżycieli, gdy śledztwo już nie „jednostkę”, jak piszą, objęło, ale szereg "jednostek". To, co przeszło nawet przez sito prasy, już bardzo zastanawia. Czytamy, że ojciec Damazy chciał klasztor porzucić, „więc” stopniowo „usuwał” rzeczy „swoje”. Jakież to „swoje rzeczy” mógł mieć człowiek, ślubujący ubóstwo i nie posiadający nic? W biały dzień wywozi dorożką sofę zaszytą w rogoże. Nikogo to nie dziwi, że zakonnik ma „swoje meble”. Inni twierdzą, że wywoził „książki”. Jakież to „książki mógł mieć zakonnik wobec faktu istnienia bibljoteki klasztornej i wobec bezwarunkowej wspólnoty wszelkiego mienia?

Toteż w tej chwili cała Częstochowa powtarza z ust do ust wersje, które dostają się do Warszawy i krążą nawet w kołach, które dotąd nie zwykły „źle o księżach mówić”. Pieniądze ofiarne i wota miały iść nietylko na uciechy i huryski, ale wspierano podobno także jakichś przedsiębiorców teatralnych, mających powabne żony czy kochanki „śpiewające”. W kołach bardzo poważnych mówią, iż niedawno widziano w Hiszpanji jednego z jasnogórskich Paulinów z taką „śpiewającą” żoną czy kochanką takiego artystycznego przedsiębiorcy, i że potem szły pod jego adresem „subsydia”, dość nawet znaczne.

Idzie wersja, że jeden z Paulinów ma zagranicą piękną kamienicę, w bankach pokaźny kapitalik i że przeznaczył go dla swoich dwóch urodziwych córek... A i to ludzie opowiadają, że gdy z kompanją przychodziły piękne i hoże dziewczyny, niektórzy zakonnicy za pomocą służby, różnych „domów noclegowych”, także konfesjonałów zakładali sieci, aby owe hoże rybki złowić... Pewna „pani” pokazywała w Częstochowie „znajomym” korale, które ktoś jako votum ofiarował Matce Boskiej. Korale te „nabyła” od zakonników za gotówkę, aby się nie dostały do rąk „żydowskich”... Złożony jako votum wachlarz z kości słoniowej jeden z ojców ofiarował pewnej młynarce z pod Częstochowy...

Gdy chcieliśmy dźwignąć moralność za pomocą krytyki kleru i jego nauk, biskup Zdzitowiecki, opiekun klasztoru jasnogórskiego, pisał na autora tych słów skargę następującą do władz krajowych: „Czy Wasza Ekscelencja nie uznałaby za możliwe jąć się odpowiednich środków, aby położyć koniec zgubnej jego działalności, tego głównego wodza nie moralności i nieprzejednanego wroga religji, co w znacznym stopniu obezwładniłoby jego propagandę, a w konsekwencji przyczyniłoby się do uspokojenia kraju, szarpanego bandytyzmem (!) grabieżą (!) i zabójstwami (!)”...

Głosił to w roku 1907. A cóż powie w roku 1910? Zbrodni mordu i kradzieży klejnotów z obrazu świętego nie dokonał żaden wolny myśliciel, nie dokonał nawet żaden czytelnik „pism bezbożnych”, nie dokonał zwykły laik, ale dokonał właśnie - jasnogórski Paulin, przy pomocy innych „świętych ojców”.
Skarbiec jasnogórski
Przeor Euzebjusz Rejman, który w czasie koronacji okradzionego przez zakonników obrazu daje do zrozumienia w przepełnionej wiernymi świątyni i w chwili, kiedy uwaga całego narodu jest na niego zwrócona, iż moralni sprawcy kradzieży znajdują się między polskimi wolnymi myślicielami, ten przeor, na którego obecnie sami zakonnicy rzucają cień - ten dał wyraz panującym u nas stosunkom, wiarom, zaufaniom, tak haniebnie obecnie zdemaskowanym, poniżonym, zdeptanym.

Dawaliśmy wyraźnie do zrozumienia, że w skarbcu mogą być braki, miast klejnotów falsyfikaty i że złodziei koron i sukienki obrazu szukać należy w samym klasztorze. Wygłosiliśmy zasadę, że skarby częstochowskie należą do ogółu i że ogół ma prawo żądać zdawania rachunków. Tymczasem biskup tyraspolski ksiądz Józef Alojzy Kessler w liście pasterskim, ogłoszonym w nr 276 "Kurjera Warszawskiego” inną wygłosił zasadę:
Ani biskup, ani proboszcz nie mają obowiązku zdawania parafjanom sprawozdania z zarządu majątków kościelnych... Żądania niektórych parafji, aby proboszcz zdawał im sprawę ze swych rządów, jest wynikiem protestantyzmu, sprzeciwia się zasadom nauki katolickiej...
Kto nie zdaje rachunków parafjanom, będzie je musiał kiedyś zdawać sędziemu śledczemu. Tak się obecnie dzieje na Jasnej Górze.

Pytamy, któż bardziej podkopał w Polsce katolicyzm nad jego własnych apostołów? Któż się okazał istotnym i groźnym wrogiem religji? Czy myśl filozoficzna, modernizująca pojęcia i starająca się oprzeć etykę na trwalszych podstawach, czy też ci, którzy głoszą „nie zabijaj” a toporami w czasie snu zabijają spólników zbrodni i potem spieszą do konfesjonału odpuszczać grzechy?

Któż splugawił uroczysty akt przysięgi? Czy ci, którzy nie wierząc w Boga, nie chcą się przed sądem zaklinać na niego i kłamać sobie i światu, czy też ci, którzy, przybrani w szatę świętą, białą, symbol niewinności i niepokalaności, nocą nad rzeką wyciągają krucyfiks i każą dwom truchlejącym ze strachu prostakom przysięgać na rany Zbawiciela, iż „dla dobra świętej wiary” nie wyjawią nigdy tego, co się tam stało?

Prawda mówi sama za siebie. Ale tu chodzi o to, czy naród będzie umiał wyciągnąć z tej kałuży zbrodni wszystkie konieczne konsekwencje i czy nareszcie zrozumie, że dalej biernym być nie może. Nie przemawiamy w tej chwili do całego narodu. Miljony nas nie słyszą, te miljony, nie umiejące czytać i pisać. Więc przemawiamy tylko do jego czytającej inteligencji, która „dla dobra religji” nie chciała nigdy poddać kler obywatelskiej krytyce.

Czy inteligencja w tak ważnej i decydującej chwili nie powinna postępowaniem swojem wzbudzić w ludzie zaufania i wpoić w niego, że za jej przyczyną nastaną rzeczywiście inne porządki? Czy lud uwierzy tej inteligencji, jeżeli jakiś „Kurjer Warszawski” będzie już wzywał ogół do "ekspiacyjnych" pielgrzymek, więc czołgania się na kolanach do stóp „ojców” , którzy każdej chwili teraz mogą być zaaresztowani albo o współudział w zbrodniach, albo przynajmniej o zaniedbanie karygodne czujności i patrzenie przez szpary na jątrzącą się ranę deprawacji i nikczemności? I gdy jeszcze w przybliżeniu nawet nie obliczono, co zostało skradzione, gdy czytamy o szafowaniu na pohulanki pieniędzy „mszalnych”, lud nasz ma nowe sypać ofiary?

Ktoś powiedział, iż zaczął się początek końca legendy jasnogórskiej. To, co jeszcze przed miesiącem mogło było uchodzić jedynie za zręczny paradoks, dziś staje przed nami jako rzeczywistość. Tak, bezwarunkowo jesteśmy świadkami początku końca legendy jasnogórskiej i powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że brzemię bardzo poważnych obowiązków ciąży na nas w tej chwili przełomowej. A przecież Infernum Jasnogórskie jest niejako symbolem widomym całego duchowieństwa. Jasna Góra była dotąd polskim Rzymem. Wedle Jasnej Góry sądziło się cały kościół. Kto śmie temu zaprzeczyć? Jasna Góra była sercem organizmu katolickiego w Polsce. Klucz śledztwa otworzył to serce i ukazał ściek zbrodni głównych: morderstwa, kazirodztwa, krzywoprzysięstwa, świętokradztwa, złodziejstwa i co kto chce...

Gdy sięgaliśmy do historji i przytaczaliśmy zbrodnie papieży, kardynałów, klasztorów - wołano ze śmiechem, iż dla zwalczenia innej teraźniejszości inną wyciągamy przeszłość, dawno minioną, pogrzebaną i zapomnianą... A tymczasem najbliższa przyszłość miała głosem przerażającym zaświadczyć, że ta przeszłość wcale nie minęła, że ona trwa, wciąż ta sama, niezmienna. Mówiono, że kościół położył wielkie zasługi dla cywilizacji. Ale czyż największych nawet zasług nie niweczyłyby doszczętnie takie zbrodnie? Czytano z upojeniem świetny romans Sienkiewicza o wędrówce do Częstochowy wielkiego ryzykanta pana Kmicica. Pan Kmicic dla obrony Panny Najświętszej rozsadził szwedzką kolubrynę. Ale cóż uczyniłby ten impulsywny człowiek, gdyby oko w oko zetknął się ze zbrodniami „ojców” Damazych, Izydorów i Bazylich? Czy w przystępie oburzenia nie wysadziłby w powietrze całego klasztoru?

("Myśl Niepodległa" październik 1910 nr 150)

* * * 
Zapowiadany przez „Myśl Niepodległą” początek końca legendy jasnogórskiej trwa w najlepsze - od 100 lat. Wielotysięczne pielgrzymki maszerują do Częstochowy ze śpiewem na ustach i z bólem w stopach. Nikt już nie wspomina jak to kiedyś ksiądz Macoch z Krzyżanowską okradali Matkę Boską. Nikt nie myśli o tym, że jakiś inny paulin właśnie może dobierać się do jasnogórskiego skarbca. Księża - pedofile to tylko ofiary libertyńskich, bezbożnych czasów oraz podstępnych podszeptów szatana. Lekiem na cało zło świata, zdaniem ich eminancji, nadal jest modlitwa, modlitwa, modlitwa…

W diecezji kieleckiej biskup Łosiński w 1910 roku nakazał wiernym intensywne modły błagalne do obrażonego boga. Bo wina wiernych jest tu bezsporna: po co dają chciwym mnichom na tacę? Biskup profilaktycznie "ukarał" także swoich podwładnych: kaznodzieje musieli opracować pogadanki na tematy: "Dlaczego Najświętsza Marya Panna pozwoliła na taką zbrodnię przy boku swoim" i "Do czego dojść może społeczeństwo, jeśli się odwraca od Chrystusa". Nie znamy, niestety, owoców tych świętobliwych rozważań.

A wierny lud (ten bardziej rozgarnięty) miał już własną twórczość na ten temat i recytował takie wierszyki:
damazy macoch
Ojciec Damazy
Kradł z Jasnej Góry, kradł z Jasnej Góry
Obrazy
A ojciec Izydory
Wkładał je w wory
A ojciec Bazyli
Wywoził je do Brazylii
albo
Niekże to syćkie pierony zatrzasnom;
Wybrał się dziadek aż pod Góre Jasnom,
Myślał, że grosik uzbira, tymczasem
Tego widoku dożył dziadek stary,
W całym klasztorze nic, jedno dziandary,
Sytkie osoby duchowne a świente
Pod klucz zamknięte...
Wrócił ciupasem
Prawda was wyzwoli – przypominał święty nasz rodak, ale czy miał na myśli również prawdę, która kole w jasnogórską aureolę?

czwartek, 27 lipca 2017

Z pyłu akt sądowych

Tymi sprawami żyła Łódź w pierwszej połowie XX wieku. Ówczesna opinia publiczna, dzięki prasie codziennej, była niemal na bieżąco informowana o postępach dochodzeń policyjnych i przebiegu rozpraw. Mniej lub bardziej zapomniane przestępstwa, ich sprawców i procesy przypomina teraz nowy "Pitawal łódzki".

pitawal łódzki
W latach 1734-43 francuski prawnik Franciszek Pitaval (1673-1743), jako pierwszy opracował i opublikował drukiem zbiory spraw sądowych, dotyczących w większości przestępstw kryminalnych. Powstało łącznie 20 tomów. Od jego nazwiska kolejne wydawnictwa zawierające sprawozdania z głośnych procesów zaczęto nazywać "pitawalami". Najczęściej dotyczyły spraw o charakterze karnym, rzadziej - cywilnym.

W Polsce najważniejszą publikacją o tym charakterze był "Pitaval warszawski" Stanisława Szenica z 1958 roku. Później wyszedł "Pitaval krakowski" autorstwa Stanisława Salmonowicza, Janusza Szwai i Stanisława Waltosia (1962). W latach osiemdziesiątych ukazały się opracowania Stanisława Milewskiego: m.in. "Ciemne sprawy dawnych warszawiaków" i "Procesy pradziadków. Pitaval bez sztyletu i trumny". Najnowsza publikacja to "Pierwszy pitawal gdański czyli zbrodnia nad Motławą" Pawła Pizuńskiego z 2009 roku.

"Pitawal łódzki" opublikowany przez Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego ma nie tylko przypomnieć  przestępców i procesy, które w pierwszej połowie XX wieku bulwersowały łodzian. Przedstawia także rozwój prawa karnego w Królestwie Polskim, prowincji Rosji carskiej, oraz w niepodległej Polsce do roku 1939. Dokumentuje wyzwania, z jakimi musiał się zmierzyć wymiar sprawiedliwości przy okazji głośnych przestępstw.
Z pyłu archiwalnych akt sądowych, ze starych gazet codziennych i czasopism oraz innych źródeł wydobywamy na światło dzienne i przypominamy trzynaście wybranych tego rodzaju przypadków. Każda z opisywanych spraw została udokumentowana poprzez fakt wykorzystania wszelkich dostępnych materiałów źródłowych, przeprowadzenia ich krytycznej analizy oraz uwzględnienia realiów danej epoki, ze szczególnym naciskiem na kwestie społeczne, narodowościowe i kulturowe - w której opisywane wydarzenia miały miejsce.*
Mamy tu do czynienia z pitawalem opracowanym z wykorzystaniem metod naukowych, przez historyka i prawnika. Jednakże, jak zaznaczają autorzy we wstępie:
W żadnym przypadku nie było (...) naszym zamiarem podważanie wyroków sądowych zapadłych w odległej przeszłości.
"Pitawal łódzki" obejmuje trzynaście spraw i procesów sądowych, z których trzy zdarzyły się przed I wojną światową: zabójstwo przemysłowca Juliusza Kunitzera w 1905 roku, napad terrorystyczno-rabunkowy na furgon pocztowy w 1907 roku oraz mord na fabrykancie Mieczysławie Silbersteinie. Pozostałe miały miejsce w niepodległej Polsce międzywojennej. W tym najbardziej bulwersujące: sprawa Stanisława Łaniuchy - zabójcy trzech osób oraz Marii Zajdlowej, która w 1938 roku zamordowała własną córkę. Najwięcej miejsca poświęcono najsłynniejszemu znanemu łódzkiemu przestępcy - Maksowi Bornsztajnowi, znanemu jako Ślepy Maks.

* ze wstępu

Kazimierz Badziak, Justyna Badziak: „Pitawal Łódzki – Głośne procesy karne od początku XX wieku do wybuchu II wojny światowej” Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Rodacy, uwolnimy was od kapitału...

23 lipca 1920 roku, kiedy Armia Czerwona szykowała się do zajęcia Warszawy, polscy komuniści utworzyli w Smoleńsku Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, zwany z rosyjska Polrewkomem. Zamierzali wprowadzić nad Wisłą komunizm pod "opieką" bratniej Rosji Radzieckiej.

Przewodniczącym Polrewkomu został Julian Marchlewski, a w jego składzie byli m. in.: Feliks Dzierżyński, Feliks Kon, Edward Próchniak i Józef Unszlicht. W Smoleńsku  już 1 stycznia 1919 roku bolszewicy proklamowali Białoruską Socjalistyczną Republikę Radziecką. Później została przekształcona w Litewsko-Białoruską Socjalistyczną Republikę Radziecką, tzw. „Litbieł”. Miała obejmować ziemie litewskie i białoruskie oraz Suwalszczyznę i Podlasie. We władzach "Litbiełu" był m.in. wspomniany już Unszlicht oraz inni Polacy: Kazimierz Cichowski i Julian Leszczyński. Ambicje bolszewików były jednak większe, planowali zainstalowanie posłusznego sobie rządu również w Warszawie.
tymczasowy komitet rewolucyjny polski
28 lipca Armia Czerwona zajęła Białystok. W ślad za bolszewickim wojskiem powędrował komitet polskich rewolucjonistów. Zakwaterował się w pałacu Branickich, tak jakby w mieście nie było skromniejszej siedziby, godniejszej niezłomnych wrogów burżuazji i kapitału. 30 lipca 1920 roku Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski wydał odezwę o przejęciu władzy w Polsce, zapowiadającą wielkie zmiany w Polsce, m.in. utworzenie Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad oraz nacjonalizację ziemi i przemysłu.
komunikat tkrp

Pod zarządem komunistów znalazło się Podlasie i część Mazowsza, zajęte przez bolszewików na przełomie lipca i sierpnia. Natychmiast przystąpiono do formowania Polskiej Armii Czerwonej, ale bez powodzenia. Do ludowej armii zgłosiło się tylko 176 ochotników. Polrewkom, niezrażony tą
porażką, czekał niecierpliwie na dalsze zdobycze militarne rosyjskich czerwonoarmistów. Tak, jak radzieckie dowództwo liczyli na rychłe wejście do Warszawy. Z zamiarem wkroczenia do stolicy razem z wojskami sowieckimi udali się do Wyszkowa. Tymczasem zamiast triumfu, przyszła historyczna porażka w bitwie warszawskiej. 22 sierpnia, wraz z wycofującymi się oddziałami Armii Czerwonej, Komitet w pośpiechu opuścił Białystok i udał się do Mińska.

Próba zaszczepienia w Polsce komunizmu nie udała się. Bolszewicy musieli podpisać pokój, gwarantujący Polsce niepodległość i władzę na znacznym obszarze ziem wschodnich. Niedoszli władcy Polski pozostali w swojej przybranej, komunistycznej ojczyźnie. Żaden z członków Komitetu nie dożył Polski Ludowej.

Marchlewski, który opracował program rolny bolszewików i był dyplomatą radzieckim na dalekim wschodzie, zmarł w 1925 roku wskutek choroby nerek.
Dzierżyński, kierujący radzieckimi organami bezpieczeństwa odpowiedzialnymi za zbrodnie na
przeciwnikach politycznych, dożył tylko 49 lat. Zmarł na atak serca podczas posiedzenia komitetu centralnego WKP(b) w 1926 roku.
Edward Próchniak, Józef Unszlicht, Stanisław Bobiński, Tadeusz Rydwański i Bernard Zaks zostali aresztowani i rozstrzelani z rozkazu Józefa Stalina w czasach „wielkiej czystki” w latach 1937-1938. Najdłużej żył Feliks Kon. Zmarł w 1941 roku, w wieku 77 lat, jako kierownik polskiej sekcji Radia Moskwa.

Na podstawie: http://altiok.blox.pl/2011/07/23-VII-1920-Niedoszly-rzad-Polskiej-Republiki-Rad.html

czwartek, 6 lipca 2017

Wyklęta armia, wyklęty generał

Dlaczego generał Anders został dowódcą polskiej armii w ZSRR? Jak to się stało, że jego armia nie rozpoczęła walki u boku Armii Czerwonej? Czy pojenie polską krwią maków na Monte Cassino miało sens?
Pierwszy września 1939 roku. Jestem w Lidzbarku nad granicą Prus...
Tak zaczynał swoje wspomnienia o latach II wojny generał, którego nazwisko kojarzy się przede wszystkim z armią polską powstałą w stalinowskim Związku Radzieckim. Armią, która na froncie wschodnim nie odbyła ani jednej potyczki. Po wędrówce przez Azję i Afrykę, wzięła udział w bitwach na terenie Włoch. Niezwykłe dzieje tej armii oraz jej żołnierzy przedstawił Kacper Śledziński w książce "Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa". Opierając się na setkach akt archiwalnych, opracowań i wspomnień autor stworzył przejmującą lekturę. Dokumentującą nie tylko genezę powstania armii, jej tworzenie i przyczyny zaskakującej ewakuacji, ale także przedstawiającą tragiczne losy wielu Polaków w tych nieludzkich czasach.

Trudno w tej historii znaleźć bohaterów bez wad. Oficerowie polscy nawet, gdy II Rzeczpospolita zniknęła z map, prezentowali typowe dla międzywojnia rozpolitykowanie. Często nie potrafili zapomnieć o osobistych uprzedzeniach i urazach, zrezygnować z niezdrowej rywalizacji. Niesnaski i ambicje na najwyższych szczeblach wojska i emigracyjnych rządów nie pozwoliły na stworzenie spójnej polityki wobec aliantów i nowego, od lata 1941 roku, "sojusznika" - Związku Radzieckiego. Interes Polski w negocjacjach decydujących o przyszłym porządku europejskim był bardzo słabo reprezentowany. Wojna niemiecko-radziecka wydawała się na początku wielką szansą na odrodzenie przedwojennej Rzeczypospolitej. Tymczasem skomplikowała sytuację i uzależniła Polskę od planów Stalina.

Jak to się stało, że armia generała Andersa nie rozpoczęła walki u boku Armii Czerwonej? Dlaczego, mimo że zakładała to umowa polsko-radziecka, wojsko polskie wyszło z terytorium Związku Radzieckiego? W PRL-u tłumaczono dość pokrętnie, że współpracy z bratnim narodem radzieckim przeszkodziła wielka polityka i burżuazyjne zacietrzewienie polskiego rządu. Peereleowska propaganda nie wyjaśniała też, jaka była prawdziwa przyczyna przebywania na terenie Związku Radzieckiego prawie miliona obywateli polskich i w jakich warunkach tam żyli. Generał Anders przedstawiany był jako wróg ludowego państwa i narodu polskiego. Niegodny miana Polaka, wyrodny syn, który rzekomo zerwał lojalność wobec własnego państwa. Współczesny polityk powiedziałby, że "nie może występować z flagą biało-czerwoną". W takiej atmosferze, w roku 1946 pozbawiono go polskiego obywatelstwa.

Dlaczego to generał Anders został dowódcą polskiej armii w ZSRR? Premier Władysław Sikorski chciał mieć na tym stanowisku generała dywizji Stanisława Hallera, komendanta obrony Lwowa z 1920 roku. On oraz generał Marian Januszajtis-Żegota byli najwyższej rangi wojskowymi polskimi przebywającymi na terenie Związku Radzieckiego. Haller nie zgłosił się jednak do polskiego wojska. Jak się później okazało zostało, po pobycie w obozie w Starobielsku, został wywieziony do Charkowa i w kwietniu 1940 roku zamordowało go NKWD. Do generała Januszajtisa-Żegoty premier Sikorski nie miał takiego zaufania. Może ze względu na jego powiązania z endecją, a może z powodu krytycznego stosunku do układu z ZSRR. Ostatecznie wybór padł na Andersa, który, gdy podpisywano umowę Sikorski - Majski, był więziony w Moskwie w siedzibie NKWD na Łubiance. Zwolniono go 4 sierpnia 1941 roku, a 11 sierpnia awansowano na generała dywizji. Kierownictwo NKWD uznało, że dla jest to niezły kandydat na wodza "sojuszniczej" armii. Choć Anders wielokrotnie podczas przesłuchań odmawiał wstąpienia do Armii Czerwonej i udziału w rządach polskich pod opieką sowiecką, uważało, że byłego oficera armii carskiej "lubiącego dziewczynki" uda się im podporządkować. W tym czasie generał był zwolennikiem porozumienia polsko-radzieckiego. Jego nominacja nie wszystkim Polakom się podobała. Na przykład szef sztabu Naczelnego Wodza generał Tadeusz Klimecki wyraził wątpliwości czy armię powinien organizować "oficer z urazem do Sowietów".

Generał Anders uważał, że należy się spieszyć z tworzeniem wojska. We wrześniu 1941 do mówił do generała Zygmunta Bohusza-Szyszki:
Nie wierzę im. Mają nóż na gardle, więc są układni i grzeczni. Ale to może szybko przeminąć. Bądź okrzepną, bądź też ulegną Niemcom. W jednym i w drugim wypadku nasza sprawa znowu znajdzie się w impasie. Musimy bardzo się spieszyć. Musimy się zorganizować i stworzyć silne wojsko. Musimy ratować naszą ludność. Damy Sikorskiemu pełne i lojalne poparcie.
Były to obawy w pełni uzasadnione. Stalin był skłonny do ustępstw wobec Polaków z powodu niespodziewanego zerwania przez Hitlera paktu Ribbentrop-Mołotow i wkroczeniu wojsk niemieckich na tereny Związku Radzieckiego. Dopiero w grudniu 1941 roku niemiecki Blitzkrieg został zatrzymany pod Moskwą. Do tego czasu Stalin obawiał się, że jego polityka poniosła klęskę i lada moment zostanie obalony przez partyjną opozycję. W odzyskaniu wiary w sukces pomogli mu niedawni wrogowie, niespodziewani sojusznicy: Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, którzy postanowili wesprzeć Sowietów w walce z Hitlerem. Grudniu 1941 roku Stalin już twardo stał przy swoim planie przejęcia po wojnie wschodniej części Polski, krajów nadbałtyckich oraz bolszewizacji całej Europy Środkowej.

Układ Sikorski-Majski, podpisany 30 lipca 1941 roku pod naciskiem Anglii, przywracał stosunki dyplomatyczne między obu państwami, zerwane 17 września 1939 z chwilą agresji ZSRR na Polskę. Miał na celu wspólną walkę obu państw z III Rzeszą w ramach koalicji antyhitlerowskiej. Rząd radziecki uznał, że jego traktaty z Niemcami z 1939 roku tracą moc. Układ przewidywał budowę armii polskiej w Związku Radzieckim pod dowództwem polskim. Ponadto rząd ZSRR zagwarantował „amnestię” dla obywateli polskich: więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach Gułagu. Pakt budził duże kontrowersje wśród polskich polityków. Jego podpisania odmówił Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Władysław Raczkiewicz.

Konsekwencją układu była umowa wojskowa, zawarta w Moskwie 14 sierpnia 1941 roku, która przewidywała utworzenie "w możliwie najkrótszym czasie" wojska polskiego. Miało być częścią sił zbrojnych suwerennej Rzeczypospolitej i walczyć przeciwko Niemcom wspólnie z Armią Czerwoną oraz wojskami innych państw sojuszniczych. Ustalono, że operacyjnie podlegać będzie naczelnemu dowództwu ZSRR. Z nim też strona polska miała uzgadniać sprawy organizacyjne i personalne. Uzbrojenie oraz wyposażenie polskiej armii miało być dostarczone przez stronę sowiecką lub przez rząd RP, w ramach ramach pomocy z USA.

obozy
Dziś nie sposób ustalić ilu obywateli polskich wywieziono z II RP po inwazji radzieckiej we wrześniu 1939 toku. Starsze opracowania mówią nawet o 1,5 mln ludzi, nowsze podają liczbę 500 tysięcy. Radzieckie dokumenty są marnym źródłem dla historyków. Wielu deportowanych zmarło podczas długiej drogi na Syberię, a NKWD nie kontrolowało czy z pociągu wysiada tylu ludzi, ilu do niego wsiadło. Oprócz planowanych wywózek cały czas trwały aresztowania podejmowane na podstawie decyzji lokalnych władz bezpieczeństwa, prowadzono także przymusowy pobór do Armii Czerwonej. Generał Anders we wspomnieniach zapewniał, że przez mury więzienne docierały do niego wiadomości o ogromnej liczbie aresztowanych i zesłanych Polaków.

Choć określenie "amnestia" zakładało jakąś winę ludzi bezprawnie wywiezionych na wschód, setki tysięcy Polaków cieszyły się, że umowa z ZSRR daje im jedyną szansę na powrót do normalnego życia. Generał obejmując stanowisko głównodowodzącego powstającej armii, dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Radzieckie ułaskawienie objęło niemal 400 tysięcy obywateli polskich, ale nie uwzględniono w nim osób narodowości ukraińskiej, białoruskiej i żydowskiej.

Informacja o "amnestii" z trudem docierała do Polaków rozsianych po radzieckich obozach i kołchozach. Sowiecki aparat władzy hamował, jak mógł wypuszczanie Polaków na wolność.
Nigdzie nie pójdziesz, tu umrzesz, nam teraz są potrzebni robotnicy
- usłyszał od dyrektora cegielni w mieście Kirow niejaki Rumiński. Dopiero wobec takich argumentów zdecydował się ujawnić swoją prawdziwą tożsamość - pułkownika wojska polskiego, Klemensa Rudnickiego. Wkrótce potem został zastępcą szefa sztabu polskiej armii.

Sztab i werbunek powstającej armii mieścił się w Buzułuku koło Kujbyszewa (obecnie Samara). Organizację i szkolenie oddziałów prowadzono w pobliskim Tockoje oraz w Tatiszczewie koło Saratowa. Ze wszystkich stron Związku Radzieckiego miesiącami zjeżdżali Polacy, zwalniani na mocy "amnestii" z łagrów i obozów jenieckich. Wielu nie dojechało, bo nie udało się im znaleźć transportu, wielu zmarło po drodze z głodu, zimna i chorób.

Sztab polskiej armii był zaniepokojony były faktem, że do organizowanego wojska nie zgłaszali się oficerowie więzieni wcześniej w sowieckich obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Sowieci konsekwentnie unikali odpowiedzi na pytania o zaginionych i utrudniali władzom polskim prowadzenie poszukiwań. Stalin na pytanie Sikorskiego o zaginionych wojskowych tłumaczył, że uciekli do Mandżurii. W marcu 1942 podczas spotkania z Andersem kłamał:
Nie wiem gdzie są. Na co ich nam trzymać? Być może, że znajdują się w obozach na terenach, które zajęli Niemcy, rozbiegli się.
Rosyjska zima dała się we znaki żołnierzom armii Andersa. Braki w odzieży, zakwaterowanie w nieocieplonych barakach prowadziło do masowych odmrożeń, chorób i śmierci. Do końca stycznia 1942 roku zmarło 112 żołnierzy. Nie mogło być mowy o normalnym szkoleniu wojska, więc generał Anders zdecydował się starać o przeniesienie powstającej armii na południe. Uzyskał zgodę na ewakuację do odległego o ponad 2000 kilometrów Taszkientu. Transporty zaczęły się w styczniu, ale wyprowadzka na południe nie rozwiązała wszystkich problemów. Wiosna przyniosła upały i nowe choroby. Pojawił się tyfus, potem malaria. W marcu władze radzieckie ograniczyły i tak skromne wyżywienie Polaków. 70 tysięcy żołnierzy i kilkanaście tysięcy cywili otrzymało tylko 26 tysięcy racji żywnościowych.

Groźba głodu i braki w wyposażeniu wojska skłoniły generała Anders do starań o wyprowadzenie armii do Iranu. Sytuacja temu sprzyjała. Stalin miał już inne plany wobec Polski. Nie potrzebował polskiego wojska kierującego się własną polityką i nastawionego wrogo do władzy radzieckiej. Zaczął już tworzyć zalążki armii i władz nowej, wasalnej Polski. Mimo oficjalnego sprzeciwu, dał generałowi zezwolenie na ewakuację części Polaków. Bez tego żadna taka akcja nie byłaby możliwa. Ewakuację popierali Brytyjczycy, którzy potrzebowali wsparcia w walce obronie pól naftowych Iraku i Iranu. Przeciwny był natomiast premier Sikorski, który chciał by silna polska armia weszła do Polski z Armią Czerwona i "patrzyła jej na ręce". Realna władza generała Sikorskiego była za słaba, by zatrzymać armię w ZSRR. Pierwszy transport statkiem przez Morze Kaspijskie wyruszył 24 marca 1942 roku. Do 4 kwietnia w irańskim Pahlevi znalazło się prawie 34 tysiące polskich żołnierzy i ponad 12 tysięcy cywili.

O drugim etapie wycofania Polaków Stalin zdecydował pod naciskiem Churchilla, co generał Anders skwapliwie wykorzystał, uznając, że wyciągnięcie ludzi z ZSRR jest jego najważniejszym zadaniem. Do listopada 1942 roku wysłano do Iranu ponad 115 tysięcy osób, w tym około 78,5 tysięcy żołnierzy oraz 37 tysięcy cywilów. Wśród ewakuowanych było prawie 18 tysięcy polskich dzieci. Część, jak poprzednicy przez Morze Kaspijskie, część przez granicę w Aszchabadzie.
szlak armii andersa

W końcu sierpnia 1942 roku wojsko polskie przeniesiono do Iraku i rozlokowano w pobliżu miast Chanakin i Quizil Ribat. Na Bliskim Wschodzie nastąpiło właściwe szkolenie i organizacja polskiego wojska. 12 września 1942 powstała Armia Polska na Wschodzie licząca cztery dywizje piechoty i brygadę czołgów. Jej dowódcą został generał Anders, a operacyjnie została podporządkowana PAI Force (Persia and Iraq Force). W skład Armii wchodziło około 62 tysięcy żołnierzy.
W lipcu roku następnego  z dowództwa i wybranych jednostek Armii utworzono Drugi Korpus Polski, który miał osiągnąć gotowość bojową 1 stycznia 1944 roku i wzmocnić siły koalicyjne na froncie włoskim. Rozkaz z tej sprawie wydał naczelny Wódz Władysław Sikorski kilka dni przed śmiercią w katastrofie w Gibraltarze. Dowodzenie Korpusem powierzono generałowi Andersowi, który jednocześnie pozostał dowódcą całej Armii. W sierpniu i wrześniu 1943 roku Korpus przegrupowano do południowej Palestyny, a grudniu zaczęto go przerzucać do Włoch.

Stworzenie frontu włoskiego było kompromisem między koalicjantami. Churchillowi marzyło się uderzenie na Bałkany i odcięcie ewentualnego marszu Armii Czerwonej na Europę Centralną. Roosevelt uparcie trzymał się idei lądowania w północnej Francji, która była korzystniejsza z punktu widzenia Stalina. Dla Polaków droga do wyzwolenia ojczyzny prowadząca przez Półwysep Apeniński była drogą okrężną. W dodatku nie wiedzieli jaka to będzie ojczyzna. W tym samym czasie, gdy II Korpus Polski szykował się do walki we Włoszech, w Teheranie (28 listopada –1 grudnia 1943) spotkała się tzw. Wielka Trójka: Roosevelt, Churchill i Stalin. Ustalono między innymi nową granicę wschodnią Polski na tak zwanej linii Curzona i dokonano podziału Europy na alianckie strefy operacyjne – Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej, co przesądzało jej los. Nie chcąc psuć stosunków sojuszniczych, zignorowano sprawę zbrodni w Katyniu. Ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii, ustalenia w kwestii polskiej zostały utajnione. Rąbka teherańskiej tajemnicy uchylił premier Churchill 22 lutego 1944 roku w przemówieniu w izbie Gmin, mówiąc:
Nie gwarantowaliśmy nigdy żadnej określonej linii granicznej Polski.  (...) Oswobodzenie Polski może być obecnie osiągnięte przez armie rosyjskie, po poniesieniu przez nie milionowych ofiar przy złamaniu niemieckiej potęgi wojskowej. Nie mam wrażenia, by żądania Rosji zabezpieczenia jej granic zachodnich wykraczały poza obręb tego, co jest rozsądne i sprawiedliwe.
Dla polskich władz emigracyjnych stało się jasne, że Stalin zażądał granicy z Polską na linii demarkacyjnej z III Rzeszą z września 1939 roku, czyli zbliżoną do tzw. linii Curzona z roku 1920. I, że dostał na nią zgodę koalicjantów.
W nagrodę za czteroletnią polską lojalność, za czteroletnie poświęcenie, któremu nie sprosta żaden naród, premier angielski przyznał połowę naszej ojczyzny Rosji
- skomentował to korespondent wojenny Melchior Wańkowicz. Oczywiście polscy oficerowie wiedzieli, że dwie dywizje piechoty wzmocnione brygadą pancerną nie mogły przeważyć szali zwycięstwa w wojnie z Niemcami. Generał Stanisław Kopański szef sztabu Naczelnego Wodza swoich wspomnieniach, przypominał, że Drugi Korpus Polski:
Nie będzie w stanie zaważyć na losie jednej kampanii, a nawet z trudnością obejmie samodzielny kierunek operacyjny.
anders-cassino

Liczyli jednak, że wywalczą dla Polski wolność i wrócą do kraju. W odczuciu Polaków w lutym 1944 roku ujawniona została zdrada rządu Wielkiej Brytanii. Mimo to, generał Anders podjął się zadania przełamania niemieckiej obrony na wzgórzach klasztornych na Monte Cassino.
Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wysuniemy sprawę polską (...) na czoło zagadnień świata i damy rządowi polskiemu nowy atut w obronie naszych praw
- argumentował. Opinie o generale Andersie są różne, od bardzo pochlebnych po szkalujące. Oskarżano go o przesadną ambicję, prywatę czy mściwość. Na pewno należał do nielicznej grupy wysokiej rangi oficerów nieźle przygotowanych do działań wojennych na poziomie brygady czy dywizji. Miał też zdolność realnej oceny sytuacji militarnej i skoro wyczucia politycznego. W wielu sprawach pomylił się, ale dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej - wyrwał ze stalinowskiej niewoli ponad 100 tysięcy rodaków i wyprowadził ich do Iranu będącego wówczas protektoratem brytyjskim.

Po ponad 70 latach od wojny aktualne pozostaje pytanie czy okupiony wielkimi stratami udział w kampanii włoskiej, nie był marnowaniem sił narodu, skoro wielka koalicja porządek powojenny zbudowała nie licząc się z interesem Polaków? Czy warto było poić polską krwią maki na Monte Cassino, jeśli odrodzona Polska miała stać się wasalem Stalina?

Kacper Śledziński: "Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa". Wydawnictwo: Znak Horyzont.