sobota, 26 kwietnia 2014

Śmierć bije rykoszetem

Dokonywali czynów śmiałych, niezwykle bohaterskich, ryzykownych, czasem godnych utrwalenia i pamięci. Nie dane im jednak było zejść z tego świata w sposób równie widowiskowy... Dopadła ich śmierć prozaiczna, albo wręcz groteskowa...

Porucznik Henryk Stamford należał do najdzielniejszych lotników angielskiej armii podczas I wojny światowej. Udało mu się odbyć 60 lotniczych wycieczek wywiadowczych na linię frontu, a mimo to nie odniósł ani jednej rany. Chociaż samolot jego był podziurawiony kulami, jak sito. Po skończeniu wojny Stamford cały i zdrowy wrócił do rodzinnego zamku. Pewnego dnia poszedł do parku, aby pohuśtać się na ogrodowej huśtawce. Lubił bardzo szybować wysoko. Nagle, gdy zawisł w powietrzu niemal równolegle do ziemi, sznury huśtawki zerwały się i Stamford runął na ziemię. Tak fatalnie, że poniósł śmierć na miejscu... Odważny pilot zabił się na niewinnej huśtawce... 

Brytyjscy weterani I wojny. Mieli więcej czy mniej szczęścia od Stamforda? Oto jest pytanie...

Tragiczny wypadek przydarzył się również sławnemu węgierskiemu myśliwemu, hrabiemu Wiktorowi Szechenyi. Odbywał niezliczone ekspedycje do Afryki, z których przywiózł ponad 30 wielkich skrzyń pełnych zdobyczy myśliwskich. Polował na lwy, słonie, hipopotamy i innego grubego zwierza. A przyczyną jego śmierci stał się mały węgierski zając. Po jednej z afrykańskich podróży hrabia wypoczywał w swojej rezydencji na Węgrzech. Był ładny jesienny dzień, więc myśliwy, zarzuciwszy strzelbę na ramię, wybrał się na przechadzkę po polach. Nagle przebiegł mu drogę zając. Hrabia zdjął strzelbę z ramienia i wypalił. Chybił i to bardzo nieszczęśliwie. Kula odbiła się o jakiś przydrożny kamień i trafiła go w samo serce. Padł trupem na miejscu.

Kapitan Godefroy Hindle, były oficer armii kanadyjskiej, też wsławił się polowaniami na lwy. Przez dwa lata w stepach i dżunglach czarnej Afryki położył 30 lwów. W końcu jako triumfator powrócił do swej ojczystej Kanady. Niedługo potem odwiedził swego brata. Wizyta zakończyła się śmiercią myśliwego w strasznych męczarniach. Mały piesek pokojowy, ugryzł go w nogę. Jak się okazało, był wściekły...

W osobliwy sposób poniósł śmierć znany angielski kaskader Bobby Leach (1858-1926). Wielką sławę zdobył, kiedy kazał się zamknąć w dębowej beczce i na oczach tłumów zrzucić ze szczytu wodospadu Niagara. Fale miotały beczką z ogromną siłą. Wszyscy widzowie byli przekonani, że Leach musi postradać życie w tym zuchwałym eksperymencie. Ale oto, ku ogólnemu zdumieniu, Wiliam z wesołą miną wyszedł wreszcie ze swego dobrowolnego więzienia. Poza kilkoma sińcami nie doznał żadnych obrażeń. Perfidny los jednak zadrwił z niego okrutnie. Podczas pobytu w Nowej Zelandii Leach poślizgnął się na skórce od pomarańczy i złamał nogę. Wdało się zakażenia i nogę amputowano. Dwa miesiące później kaskader zmarł w szpitalu.

Nie mniej zaskakujący był zgon sławnego angielskiego alpinisty George`a Whitneya. Człowiek ten przeważnie samotnie odbył wiele groźnych wypraw w Alpy, na Kaukaz i w Himalaje. Nie odniósł tam żadnych obrażeń. Śmierć dopadła go w jednym ze spokojnych angielskich miast, kiedy wygłaszał odczyt o swych wyprawach alpinistycznych. Gdy po skończeniu prelekcji schodził z podium, wysokiego na jakieś trzy metry, potknął się i upadł tak nieszczęśliwie, że doznał wstrząsu mózgu. W parę dni potem George Whitney zmarł w szpitalu.

Ernest Shackleton, słynny badacz Antarktydy zmarł na atak serca

Wybitny podróżnik, badacz okolic polarnych, Ernest Shackleton (1874-1922) podczas swoich wypraw przeżywał najgorsze tarapaty. Musiał wielokrotnie walczyć z głodem i pragnieniem, stawiać czoła burzom śnieżnym. Ze wszystkich tych wypraw powracał zawsze zwycięsko. Uchodził za człowieka nie tylko żelaznej siły woli, lecz i „kamiennego" zdrowia. Po szczęśliwym powrocie do ojczyzny z półtorarocznej tułaczki po Antarktyce z całą, cudem uratowaną załogą, Shackleton witany był jak bohater narodowy. Niestety, podczas kolejnej wyprawy w porcie Grytviken na Georgii Południowej Shackleton doznał ataku serca i zmarł w wieku 47 lat.
 
Jakie życie, taka śmierć? Nie dziwi nic..?

Źródło: "Ilustrowany Kurier Codzienny", rok 1935, nr 90

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Ognisty kamień prosto z nieba

Tuż przed godziną pierwszą w nocy Wojciech Domański, dróżnik kolejowy w Lipcach, zauważył ponad horyzontem czerwoną kulę ognistą. Po kilku sekundach eksplodowała, dając oślepiające niebiesko-białe światło. Rozległ się huk podobny do wystrzału armatniego, który przeszedł następnie w dudnienie.

bolide_oklahoma
Była zimna noc na przedwiośniu. Chmury przesłaniały częściowo niebo usiane gwiazdami. Na polach leżały jeszcze szarobiałe płaty śniegu, a wilgotną glebę skuł marcowy przymrozek. W taką noc okolice podłowickich wsi Krępa, Reczyce, Wrzeczko, aż po Seligów i Łagów stały się terenem niezwykłego zjawiska, które wywołało wśród miejscowej ludności ogromne poruszenie. Około godziny pierwszej mieszkańców wsi zbudziła niezwykła iluminacja i hałas. Na dworze zrobiło się jasno, jak w południe. W nienaturalnie silnym świetle dostrzec można było z łatwością szczegóły budynków i drzew.

W poniedziałek rano, 25 marca 1935 roku w obserwatorium astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego zadzwonił telefon:
Tu mówi Wilczyński, dyrektor seminarium nauczycielskiego w Łowiczu. Donoszę panom, że we wsi Krępa pod Łowiczem znaleziono odłamki meteoru.*
Telefon z Łowicza zrobił w obserwatorium wielkie wrażenie. Odnalezienie meteorytu to przecież zdarzenie bardzo rzadkie. Przelatujący meteor był widziany w wielu miejscach Polski południowej: w Krakowie, Tarnowie, Olkuszu. Znaczne zachmurzenie nieba nie sprzyjało obserwacjom. Krakowskie Obserwatorium Astronomiczne za pośrednictwem prasy prosiło wszystkich, którzy byli świadkami tego zjawiska o przekazywanie informacji.

ikc 89-1935
Podniecony sensacyjną informacją o znalezisku dyrektor warszawskiego obserwatorium, profesor Michał Kamieński wysłał natychmiast do Łowicza dwóch asystentów: doktora Lucjana Orkisza i magistra Macieja Bielickiego. Młodzi uczeni przybyli do Łowicza 27 marca rano i natychmiast przystąpili do pracy. Od dyrektora Wilczyńskiego dowiedzieli się, że pierwszych informacji o znalezionych meteorytach dostarczył nauczyciel szkoły powszechnej w Krępie - Masztanowicz. Uczniowie powiedzieli mu, że we wsi znaleziono odłamki dziwnego kamienia, który spadł z nieba. Wieśniacy starali się utrzymywać to w tajemnicy. Niektórzy przypuszczali, że "spadły z nieba kamień" ma nadprzyrodzone właściwości. Inni liczyli na godziwy zysk, sądząc, iż odłamki kryją w sobie złoto lub inny cenny materiał. Magister Bielicki opowiadał:
Samochodem, użyczonym przez starostę łowickiego pana Siwka, udaliśmy się do Krępy. Tam natychmiast przystąpiliśmy do badań. Przesłuchaliśmy wszystkich świadków spadnięcia meteoru. Pragnąc uniknąć, o ile to jeszcze było możliwe, przekręceń i ubarwień, przesłuchiwaliśmy metodą sędziów śledczych każdego z osobna. Na ogół opowiadania naocznych świadków były zgodne, jeśli chodzi o momenty zasadnicze.
Według tych relacji przebieg zjawiska był następujący:
Około godziny pierwszej po północy rozjaśniło się nagle, jak w dzień. W ciągu kilku sekund w promieniu kilkunastu kilometrów wszystko było tak jaskrawo oświetlone, jak w pełnym słońcu. Zaraz potem rozległ się głuchy huk, który wstrząsnął szybami domów i zbudził mieszkańców wsi. Chwilę później usłyszeć można było silne detonacje podobne do strzałów z ciężkich dział. Huk przeszedł w ciągłe dudnienie o zmiennym natężeniu, podobne do odgłosów przy „zsypywaniu dużych kamieni". Określano to mianem „rukotu" lub "wurczenia". Świadkowie z Wrzeczka i Łagowa mówili o wyraźnych smugach poszczególnych odłamków meteorytu, ścinających gałęzie drzew i głośno uderzających o ziemię. We wsi Krępa powstała panika. "Ten ognisty kamień z nieba, to dopust Boży" - wołano.
... ustaliliśmy, że głuchy huk wysoko nad ziemią powstał najprawdopodobniej w czasie eksplozji meteoru. Eksplozja ta nastąpiła zaś z powodu zmian wewnętrznych wywołanych wysoką temperaturą. Detonacje, jakie nastąpiły później, pochodziły zapewne od uderzeń części roztrzaskanego meteoru o ziemię. Pamiętać trzeba, że szybkość meteoru jest olbrzymia. Wynosi ona kilkadziesiąt kilometrów, na sekundę - wyjaśniał Bielicki.

Andrzej Strugiński ze wsi Wrzeczko obserwował zjawisko z progu swojej chaty. Zaraz po huku zobaczył spadające świecące kamienie w liczbie sześciu lub siedmiu. Dwa z nich spadły na podwórko w odległości 30-40 metrów od niego. Odnalazł je rano. Nie były duże, ważyły nieco ponad 100 gram. We wsi Reczyce mieszkańców przeraziło krótkotrwałe, oślepiające światło. Usłyszeli huk przypominający ostrzał armatni oraz warczenie i świst pojedynczych meteorytów. Niektórzy zauważyli czerwone smugi świetlne o stromym torze i słyszeli uderzenia odłamków o ziemię.

mapka meteoryt łowicki
W kilka dni po zdarzeniu jeden z gospodarzy ze wsi Krępa, Stanisław Barducha, znalazł przy drodze polnej jakiś dziwny kamień. Był on duży i ciężki, ważył ponad 10 kg. Chłopi we wsi od razu się domyślili, że jest to "kamień z nieba". Każdy z nich chciał mieć choćby kawałek, więc zaczęli go rozbijać młotami. Barducha skarżył się, że był twardy i rozbijanie szło ciężko. Części meteorytu brali nie tylko chłopi, ale i wojskowi, którzy w tym czasie odbywali manewry pod Łowiczem. Naukowcom udało się uratować z tego tylko trzy kawałki, o łącznej wadze około 2 kilogramów.

W odległości kilkuset metrów od miejsca, w którym Barducha znalazł swój kamień, spadła inna część meteoru o wadze około 4 kg. Kto tę część odnalazł, nie udało się ustalić. Asystenci warszawskiego obserwatorium uzyskali jeszcze czwarty odłamek meteorytu w urzędzie gminnym w Domaniewicach. Opowiadano, że na podwórze jednego z domostw w pobliskiej wsi Łagów spadł również duży odłamek koloru żółtego. Tego żółtego kamienia nie udało się jednak odszukać.
Niewątpliwie wiele odłamków spadłego meteorytu zostało odnalezionych i ukrytych przez różne osoby, które sądziły, że zdobyły skarb lub talizman o nadprzyrodzonych własnościach. Na nic zdały się przekonywania, że meteoryty posiadają jedynie wartość naukową. Potem okazało się, że ta naukowa wartość jednak przełożyła się na finansową. Poszukiwania meteorytów były prowadzone metodą rozmów z miejscowymi gospodarzami i zachęcania ich do poszukiwań w zamian za zapłatę. Metodą tą zgromadzono - jak twierdzili Różycki i Kobyłecki, oddelegowani przez Towarzystwo Muzeum Ziemi w Warszawie - 58 okazów o łącznej wadze około 59 kg.

Meteoryt łowicki był właściwie rojem meteorytów, rozsianym na powierzchni ponad 9 kilometrów kwadratowych. Największe okazy, ważące od 2,5 do 10 kg, znaleziono w rejonie wsi Krępa. Niemal wszystkie większe odłamki zostały zebrane zaraz po spadku. Po II wojnie światowej, w 1951 roku, odkryto w Krępie jeszcze kilka ciekawych okazów. Ważyły: 2159 g, 100 g, 34 g i 19 g. Wszystkie trafiły do Muzeum Ziemi w Warszawie.
Największy zachowany fragment meteorytu Łowicz, ważący 5670 g, znajduje się w zbiorach Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Niewiele mniejszy, o wadze 5650 g, jest w posiadaniu Muzeum Geologicznego UJ. Jednak największy zbiór odłamków łowickiego meteorytu należy do Muzeum Ziemi PAN w Warszawie. W Łowiczu, w I Liceum Ogólnokształcącym im. J. Chełmońskiego, pozostał jeden mały fragment ważący 243,2 g.

Wkrótce po odnalezieniu pierwszych "kamieni z nieba" w Państwowym Zakładzie Mineralogii ustalono, że meteoryt łowicki ma skład przechodni między kamienistym a metalicznym. Według naukowców jest więc dość rzadkim okazem tzw. mezosyderytu.

W 2012 roku w Łowiczu odbyła się konferencja poświęcona meteorytowi, który spadł 77 lat wcześniej. Z plakatu informacyjnego spoglądał triumfalnie anonimowy znalazca dużego kamienia. Zdjęcie zostało zrobione prawdopodobnie w roku 1935. Nie zadbano jednak o jego opis.

W mieście rozwieszono 50 takich plakatów i dzięki nim udało się zidentyfikować tajemniczego człowieka z meteorytem w dłoniach. Poszukiwanym okazał się nieżyjący już oczywiście Wacław Bryszewski z Krępy, a rozpoznał go jego siostrzeniec. Jedna tajemnica został rozwikłana, ale nadal nie są znane dalsze losy meteorytu, z którym Bryszewski tak dumnie prezentował się przed fotoreporterem.

Naoczni świadkowie spadku meteorytu już nie żyją, ale mieszkańcy Krępy, Wrzeczka i sąsiednich wiosek o wydarzeniu nie zapominają. Nie pozwalają im na to łowcy meteorytów. Nadal pojawiają się na podłowickich polach, zmotywowani chyba nie tylko pasją odkrywczą, ale i rosnącymi cenami kosmicznych znalezisk. W roku 2006 na serwisie aukcyjnym Allegro.pl został wystawiony duży okaz "meteorytu Łowicz". Mimo, że proponowana cena 33 333,33 zł była bardzo wysoka, aukcja cieszyła się dużym zainteresowaniem. Ostatecznie do zakupu nie doszło, bo zabrakło dowodów na autentyczność kamienia. Późniejsza ekspertyza nie potwierdziła jego meteorytowego pochodzenia.

Chociaż naukowcy szacują, że z całej masy meteoroidu odnaleziono tylko nieco ponad połowę, mało kto wierzy jeszcze w odkrycie meteorytowego skarbu pod Łowiczem. Największe odłamki, które spadły w Krępie i okolicach dawno już trafiły do muzeów i kolekcji prywatnych. Niewykluczone, że jakiś większy kawałek mógł wpaść do któregoś ze stawów lub licznych w tych okolicach strumyków. Masa drobnych odłamków pewnie jeszcze tkwi gdzieś w polach i na łąkach, ale ich odnalezienie i zidentyfikowanie jest trudne. Podczas budowy autostrady A2, przecinającej południowo-wschodnią część tego terenu, nic takiego nie znaleziono.

Łatwiej teraz trafić na miejscowego bajarza, który z przyjemnością opowie którąś z "meteorytowych" anegdot. Na przykład, jak to jeden z rolników wyorał w polu olbrzymi kamień z nieba i zarobił w ten sposób na trzy domy i nowy traktor. Albo, o kryształkach wydobywanych z rozbijanych meteorytów, które służyły chłopom do konstruowania radioodbiorników. Kryształki z nieba jednak nie sprawdziły się, bo radyjka słabo działały...

* * *
*Według oficjalnej definicji Międzynarodowej Unii Astronomicznej meteor to świecący ślad na niebie. Ale tak też mówi się często o latającym obiekcie, który jest przyczyną tego zjawiska. Właściwszą nazwą dla takiego obiektu jest meteoroid. Po upadku na ziemię ten kosmiczny obiekt staje się meteorytem. Meteoroidy są szczątkami starzejących się, rozpadających komet. Wskutek ogromnej szybkości, zetknąwszy się z atmosferą ziemską, rozgrzewają się do bardzo wysokiej temperatury i świecą. O ile meteoroid jest zjawiskiem stosunkowo rzadkim, o tyle bardzo często, zwłaszcza latem, obserwujemy "spadające gwiazdy". Te małe kosmiczne kamienie spalają się najczęściej w atmosferze i spadają na ziemię jako gwiezdny pył.

Źródła:
Ilustrowany Kurier Codzienny - rok 1935, nr 88
http://wiki.meteoritica.pl
Mieczysław Kobyłecki,"Charakterystyka ogólna meteorytu łowickiego" - 1938 r.

piątek, 7 marca 2014

Cierpień Chrystusowych uczestniku, Koperniku...

Głupota nie zwalnia od myślenia - mawiał znany fraszkopisarz. Niestety, nie zdążył dodać, że przekonania religijne również. Kto zabiera głos w sprawach tak ważnych, jak dzieje nauki powinien trzymać na wodzy swoje przywiązanie do dogmatów i bezgraniczną miłość do przewodników stada. Inaczej, może zejść do poziomu publicysty pisemka klerykalnego.


Portal "Historia.org.pl" postanowił wypowiedzieć się w głośnej sprawie dofinansowania budowy muzeum papieża Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego. Autor artykułu o kuriozalnym tytule "Muzea poświęcone duchownym nie zasługują na środki publiczne? O bzdurności dyskusji wokół dofinansowania dla Muzeum JP2" twierdzi, że ministerstwo kultury powinno koniecznie wesprzeć tę inwestycję. Mimo, że muzeum jest częścią katolickiej Świątyni Opatrzności, autor artykułu, bez żadnych wątpliwości, zgadza się na wydawanie pieniędzy podatników na kolejne miejsca kultu religijnego. Jest taki hojny, gdyż uważa, że ci dwaj panowie Wielkimi Polakami byli...

Najpoważniejszy argument ZA potrzebą dofinansowania kolejnej placówki promującej "życie i nauczanie Papieża Polaka" zawiera się w tym akapicie:
Ja do ministra o dofinansowanie muzeum poświęconego wielkim Polakom nie miałbym pretensji. Bez znaczenia jest dla mnie fakt, iż byli wysokimi hierarchami kościelnymi. Kryterium jest wg mnie przecież zupełnie inne, mianowicie pozytywne zapisanie się w polskiej historii. Janowi Pawłowi II i Stefanowi Wyszyńskiemu nie można przecież tego odmówić. Co więcej nikt nie oburza się na upamiętnianie innych duchownych, takich jak Mikołaj Kopernik, Paweł Włodkowic, Piotr Skarga, Hugo Kołłątaj, August Hlond etc. Gdyby ministerstwo dało 6 mln zł na Muzeum Kopernika we Fromborku również byłoby takie oburzenie?
Dla mnie też nie ma znaczenia, że panowie Wojtyła i Wyszyński byli wysokimi hierarchami kościelnymi. Tak, jak nie interesuje mnie czy mieli kochanki, nieślubne dzieci i czy lubili ciastka z kremem. To ich sprawa, i ich wyznawców. Interesuje mnie za to "owoc ich żywota". Bo, po owocach ich poznacie. Porównanie ich dokonań z tym co zrobił Kopernik zakrawa na gruby nietakt wobec uczonego, bez którego świat byłby dziś daleko w tyle. Zasadnicza różnica pomiędzy Kopernikiem, który pełnił w kościele tylko funkcję kanonika, a Wojtyłą, który prawie 27 lat był zastępcą Boga na ziemi, jest prosta. Można ją ująć w jednym zdaniu: ten pierwszy obalił religijny dogmat o budowie wszechświata i pchnął ludzką wiedzę do przodu o całe stulecia, ten drugi całe życie starał się utrwalać dogmaty i zatrzymać ludzkość w starych koleinach.

kopernik vogel
Mikołaj Kopernik prawie całe życie służył nauce. To nie była tylko astronomia, ale i matematyka, prawo, ekonomia, strategia wojskowa, medycyna. Oczywiście, korzystał z doskonałej posady kościelnej. Jednak wyniki swoich badań astronomicznych musiał ukrywać, żeby nie skończyć na stosie, jak wielu innych uczonych, ściganych przez kościelną inkwizycję. Przełomowa praca Kopernika "O obrotach sfer niebieskich" została opublikowana dopiero po jego śmierci. Nie słyszałem o przypadku, aby w dowód wdzięczności budowano dla niego kaplice i kościoły oraz modlono się do niego o wstawiennictwo u Najwyższego. Wierni katolicy nie zabiegają o cudowne ampułki z krwią Kopernika, jego zepsutym zębem czy odciętym paznokciem. Nie modlą się też o wstawiennictwo do biskupów Kromera i Krasickiego, kanonika Kołłątaja, ani księdza Długosza.

Papież Jan Paweł II jest zaś obiektem kultu. Jego życie i nauki stanowią wartość tylko dla katolików. Od 3 lat mogą oni korzystać ze specjalnej litanii ułożonej przez kardynała Dziwisza. Brzmi jak modlitwa do bóstwa:
Gorliwy Miłośniku Eucharystii,
Niestrudzony Pielgrzymie tej ziemi,
Misjonarzu wszystkich narodów,
Świadku wiary, nadziei i miłości,
Wytrwały Uczestniku cierpień Chrystusowych,
Apostole pojednania i pokoju,
Promotorze cywilizacji miłości,
Głosicielu Nowej Ewangelizacji,
Mistrzu wzywający do wypłynięcia na głębię,
Nauczycielu ukazujący świętość jako miarę życia,
Papieżu Bożego Miłosierdzia,
Kapłanie gromadzący Kościół na składanie ofiary,
Pasterzu prowadzący owczarnię do nieba...
Itd, itd... Pełny tekst litanii tutaj.

Dla nauki miał Jan Paweł II "dobre słowo", którego sens brzmiał mniej więcej tak: uczeni mają do spełnienia ważną rolę dochodzenia do prawdy, ale prawda ta ma prowadzić do zrozumienia Chrystusa. Jeśli nie prowadzi, to należy jej zaniechać. Na szczęście nie ma już inkwizycji i ludzkość wyrosła już z bezwzględnego posłuszeństwa wobec papieży. Inaczej, zamiast latać po świecie i surfować po necie, jeszcze dziś jeździlibyśmy furmankami do sanktuariów cudami słynących... Podziękujmy za to ludziom, którzy nie słuchali papieży... A przecież ilu potencjalnych Koperników i Galileuszów przez wieki porzucało swoje badania naukowe, ilu wypierało się swoich dokonań, aby dogodzić kościelnej dogmatyce i zachować życie?

O bezdyskusyjnej zasługach dwóch kościelnych VIP-ów dla Polski może mówić tylko ktoś utożsamiający interes narodu z interesem Kościoła Rzymskokatolickiego. Każdy dorosły i trzeźwo myślący człowiek wie, że to nie jest to samo. Bardziej zorientowany dostrzeże częste rozbieżności tych interesów.

Ostatecznym efektem działalności prymasa i papieża jest zamiana dyktatury proletariatu na dyktaturę episkopatu. Role komitetu centralnego PZPR przejęli biskupi, którzy kolejnym rządom dyktują, jakie prawa mają obowiązywać w tej rzekomo wolnej Rzeczypospolitej.

Umówmy się: te 6 milionów na "muzeum" w świątyni to drobiazg. Budżet wydał już przecież na tę budowę 70 milionów, a 20 milionów dołożył jeszcze samorząd województwa mazowieckiego. Chodzi o to, że różnymi wybiegami episkopat i rząd z budżetu, w którym ciągle brakuje na szkolnictwo czy służbę zdrowia, wyciągają pieniądze na cele niezwiązane zupełnie z obowiązkami państwa. A do dziurawej wanny można lać wodę bez końca i tak nigdy się jej nie napełni...

czwartek, 27 lutego 2014

Na pniu tępej tyranii

Stanął, z toporem,
Rzeźnik, mięśniami sękaty,
Odwalił się oburącz
I zarąbał kwiaty...
* * *

Pierwsze ścięcie odbyło około godziny 6 rano. Jednym uderzeniem siekiery kat Carl Groepler odciął głowę Benity von Falkenhayn. Niespełna 20 minut później to samo uczynił z Renate von Natzmer.

benita-von-falkenhayn
Te nieszczęsne kobiety zostały dwa dni wcześniej uznane za winne zdrady tajemnic wojskowych III Rzeszy i skazane na karę śmierci przez ścięcie. Prośba o ułaskawienie została odrzucona przez Hitlera i obie stracono w poniedziałek, 18 lutego 1935 roku w więzieniu Ploetzensee w Berlinie. Tu na środku placu więziennego stał drewniany kloc, na którym przeprowadzano egzekucje.

Tragedia ta związana była z działalnością agenta polskiego wywiadu, rotmistrza Jerzego Sosnowskiego vel "Ritter von Nałęcz". Od 1927 roku był on akredytowanym oficerem w polskiej ambasadzie. Brał aktywny udział w życiu arystokratycznym i dyplomatycznym niemieckiej stolicy. Podając się za barona, wszędzie wzbudzał podziw dam. Jego wygląd i tytuł otwierały drzwi do najbardziej ścisłych kręgów. Szybko nawiązał bliskie kontakty z Benitą von Falkenhayn (z domu von Zolikofer-Altenklingen). Ze względu na swoje pochodzenie oraz poprzez męża, Benita miała liczne znajomości wśród pracowników Ministerstwa Wojny (Reichswehrministerium) oraz śmietanki towarzyskiej Berlina. Nie miała natomiast dostępu do tajnych informacji, jakich poszukiwał Sosnowski. Wtedy okazało się czego może dokonać zakochana kobieta. Dzięki kontaktom i namowom Benity, do siatki szpiegowskiej pozyskano Irenę von Jena i Renatę von Natzmer – pracownice tajnych komórek w ministerstwie Reichswehry.

Dokumenty dostarczone przez Renate von Natzmer pozwoliły polskiemu wywiadowi poznać szczegóły tajnej współpracy wojskowej pomiędzy Niemcami i ZSRR. Kontakty Sosnowskiego były tak owocne, że w roku 1934 otrzymał 70 z 200 stron niemieckiego planu mobilizacji i wojny z Polską i przesłał je do kraju.

Wywiad polski zaopatrywał berlińskiego agenta w taką ilość pieniędzy, że mógł on prowadzić rozrzutne życie hulaki i playboya. Nie zapominając o celach pracy operacyjnej, organizował dla znajomych i ich przyjaciół wystawne imprezy, które się odbywały w znanych i eleganckich miejscach, jak Hotel Adlon, bieżnia wyścigów konnych w Karlshorst czy luksusowe hotele na francuskiej Riwierze.

Wszystkie współpracownice Sosnowskiego były również stałymi bywalczyniami jego sypialni. I nie tylko one. Wśród licznej rzeszy kochanek rotmistrza-barona znalazły się także żony dygnitarzy oraz funkcjonariuszy cywilnych i wojskowych organów bezpieczeństwa. Dzięki temu informowany był o próbach zweryfikowania jego tożsamości i zagrożeniach dekonspiracją.

jerzy-sosnowski
Powodzenie Sosnowskiego w zdobywaniu tajnych wiadomości dla polskiego wywiadu opierało się głównie na jego związkach miłosnych. I tu znów prawdziwe okazało się powiedzenie "kto mieczem wojuje, od miecza ginie". Upadek tej świetnej kariery spowodowała kolejna romantyczna afera. Tym razem postanowił "baron" usidlić i zwerbować do pracy szpiegowskiej piękną tancerkę i aktorkę o pseudonimie Lea Niako. Była to miłość, która szybko zmieniła się w zazdrość, potem w nienawiść i w końcu doprowadziła do aresztowania Sosnowskiego przez niemiecki kontrwywiad. Maria Kruse czyli Lea Niako odnalazła listy, z których miało wynikać, że Jerzy obiecał małżeństwo innej. Poczuła się zdradzona i pomogła Abwehrze ująć kochanka. Okazało się, że działała na dwa fronty.

Scenę aresztowania siatki szpiegowskiej Sosnowskiego próbował odtworzyć 21 lutego 1935 roku "Głos Poranny" (za "United Press"):
Podejrzane o zdradę stanu, a obecnie stracone kobiety przytrzymane zostały podobno niedawno przez policję śledczą w jednym z najelegantszych lokali Berlina. W pewnej chwili otworzyły się nagle drzwi i wkroczyli nie proszeni goście: "Tajna policja państwowa! Niech nikt nie opuszcza lokalu! Proszę o dokumenty!"
Pewna dama błagała oficera policyjnego, by nie pytał o jej nazwisko, w przeciwnym razie bowiem, jeśli dowie się o tem jej mąż i rodzina, jest stracona. Inna wskoczyła na okno w zamiarze popełnienia samobójstwa. W ostatniej chwili jednak chwycił ją za rękę jeden z policyjnych agentów. Była to właśnie stracona obecnie Benita von Falkenbayn, z domu Zolikofer - Altenklingen.
W tym opisie więcej było dziennikarskiej fantazji niż faktów. Aresztowanie Sosnowskiego i jego wspólników nastąpiło przecież rok wcześniej, w lutym 1934 roku. Witold Kurpis w książce "Berlińska misja" opisał to zdarzenie dokładniej. Akcja policji miała nastąpić podczas przyjęcia w mieszkaniu barona Sosnowskiego, które wydał z okazji udanego debiutu scenicznego swej przyjaciółki Lei. Nie było tam Benity, gdyż odkąd wyszła za barona von Berga, jej stosunki z Jerzym rozluźniły się. Według Kurpisa okoliczności aresztowania były bardzo dramatyczne i intrygujące:
lea-niako
Dochodziła dwudziesta druga. Salon Sosnowskiego zapełniał się gośćmi. On sam, stojąc przy drzwiach, witał uśmiechem damy w wytwornych wieczorowych kreacjach. Na przyjęcie przybyli również pracownicy poselstwa polskiego w Berlinie — dr Dyjas, Gawroński i Perłowski. Sosnowski nie przypuszczał, aby Abwehra w tym dniu zdecydowała się na jakiś stanowczy krok. A później będzie już za późno — kierownik placówki IN-3 postanowił zniknąć z Berlina zaraz po przyjęciu. Nie podejrzewał, że od kilku już godzin piętro wyżej, w mieszkaniu radcy Patschowsky'ego grupa agentów policji oczekuje na rozkazy. Punktualnie o godzinie dwudziestej drugiej piętnaście rozległo się energiczne pukanie do drzwi wejściowych i okrzyk:
— Aufmachen! Kriminalpolizei!
Agenci gestapo z pistoletami w ręku wtargnęli do salonu. Wśród gości zapanował popłoch. Część gestapowców, trzymając lufy pistoletów zwrócone w stronę gości, zaczęła okrążać ich, uniemożliwiając wymknięcie się kogokolwiek z salonu.
Wśród lamentu i przeraźliwych okrzyków kierujący akcją komisarz Kubitzky rzucił ostrym głosem:
— Wszyscy ustawić się przy ścianie! Damy osobno!
Najważniejsze wspólniczki Sosnowskiego: Benita, Renata i Irena aresztowane zostały później, we własnych mieszkaniach. Wszystkich zatrzymanych poddano długotrwałemu śledztwu. Pierwsza załamała się Renata von Natzmer. Przyznała, że była agentką polskiego wywiadu od kilku lat i zdradziła śledczym wiele szczegółów dotyczących współpracy z Benitą i Sosnowskim. Jej zeznania potwierdziła Irena von Jena, a potem również Benita von Falkenhayn.

Śledztwo trwało cały rok, proces sądowy tylko kilka dni. Choć w berlińskim sądzie polski agent całą winę starał się wziąć na siebie, nie udało mu się uchronić dwóch współpracownic przed najwyższą karą. 16 lutego 1935 roku Benitę von Falkenhayn i Renatę von Natzmer skazano na śmierć przez ścięcie toporem, a Jerzego Sosnowskiego i Irenę von Jena na dożywotnie więzienie. Lea Niako, która też znalazła się na ławie oskarżonych, skazana została na osiem lat więzienia, ale zaraz zwolniono ją na rozkaz Hitlera.

Natychmiast po ogłoszeniu wyroku polski ambasador, Józef Lipski udał się do ministra spraw zagranicznych III Rzeszy, von Neuratha z prośbą Sosnowskiego o zgodę na poślubienie Benity. Wtedy automatycznie dostałaby ona polskie obywatelstwo i uratowała życie. Wniosek trafił do Hitlera, ale ten odmówił następująco: "Przestępstwo jej jest tak ciężkie, że nie można pójść na żadne ustępstwa w tym wypadku."

Samego Sosnowskiego uratował immunitet dyplomatyczny. Dwa lata później wymieniono go na siedmiu niemieckich agentów złapanych przez polski kontrwywiad. W kraju nie skończyły się jego problemy. Wskutek niemieckiej prowokacji polskie służby doszły do wniosku, że był podwójnym agentem i pracował również dla III Rzeszy. 7 czerwca 1939 roku skazano go za zdradę na 15 lat więzienia.

Wracając do tragicznego ranka, 18 lutego 1935 roku. Istnieją relacje dotyczące zachowania się skazanych kobiet oraz przebiegu egzekucji. Na ile są wiarygodne, trudno dziś ocenić. Nie wypada jednak nie przytoczyć ich przy tej okazji. Wspomniany wcześniej Witold Kurpis tak przedstawił ostatnie godziny frau von Falkenhayn-Berg:
Przez całą noc poprzedzającą egzekucję Benita pisała spowiedź ze swego życia. Prosiła o przekazanie jej — wraz z innymi pamiątkami — Sosnowskiemu. Śmiało podeszła do pnia katowskiego, a nawet zażądała... pomadki do ust. Według nie sprawdzonych wersji miała powiedzieć: "Umieram za moją przybraną ojczyznę". Krótki błysk katowskiego topora, najbardziej hańbiącego narzędzia śmierci, i głowa jej potoczyła się po więziennym dziedzińcu.

Zachowały się też wspomnienia o ostatnich godzinach życia Renaty von Natzmer. Podobno wieczorem poprosiła o wino. Okrutny los zadrwił sobie z niej: jedyna butelka, jaką znaleziono w więzieniu Ploetzensee należała do kata. Renata więc, nie wiedząc o tym, wypiła ostatni kieliszek w swym 37-letnim życiu na koszt swego oprawcy...

Z różnych źródeł wiadomo, że wykonawcą obu wyroków był niejaki Carl Groebler z Magdeburga, który dorabiał sobie, jako kat do skromnych zarobków właściciela pralni. Od jednej ściętej głowy wypłacano mu pięćdziesiąt marek, zaś po 20 marek jego pomocnikom. Po egzekucji ciała obu kobiet spalono w krematorium. Urna z prochami Benity spoczywa na cmentarzu przy Kaiser Wilhelm Gedachtniskirche, a Renaty von Natzmer w Wilmersdorf, jednej z dzielnic Berlina.

Prasa ówczesna informowała o egzekucji bardzo skrótowo. Władze niemieckie nie udzielały  informacji o jej szczegółach. Wiadomość o wyroku została podana publicznie na ogromnych czerwonych plakatach już po jego wykonaniu.

Barbarzyńska egzekucja dokonana na dwóch kobietach była czytelnym sygnałem, że reżim hitlerowski, aby osiągnąć swoje cele, nie cofnie się przed żadnym okrucieństwem. Sygnał ten świat zlekceważył. Najostrzejszy sprzeciw wobec tak wykonywanej sprawiedliwości zgłosiła polska poetka...

***

Wyrok wydali Niemcy,
W mętny dzień zimowy,
Na pniu tępej tyranii
Sami tracąc głowy...

Źródła:
Miłość, szpiegostwo, a na końcu siekiera, na: coldwarhistory.us
http://jerzysosnowski.info
Witold Kurpis "Berlińska misja"
Wykorzystano fragmenty wiersza "Enthauptet!" Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz makabryczne rysunki nieznanego autora.

sobota, 22 lutego 2014

Czarnym laleczkom nie pomagamy...

Rasizm niejedno ma imię. W III Rzeszy, kraju germańskich "nadludzi", dochodziło do takich absurdów, jak ten przedstawiony w "Głosie Porannym" 21 lutego 1935 roku.
Jest w Berlinie "klinika dla lalek", gdzie przywraca się zdrowie ofiarom gier dziecięcych. Ostatnio zgłosiła się do tego zakładu pięcioletnia dziewczynka z wspaniałą "Józefiną Baker". Murzyńska gwiazda miała złamaną rękę, które to uszkodzenie jej mała właścicielka z wielkiem przejęciem prosiła naprawić, co jej uroczyście przyrzeczono.
Gdy w parę dni później mała klientka przyszła po swą lalkę, usłyszała, co następuje :
- Jesteśmy niepocieszeni, panieneczko, ale nie mogliśmy wykonać zamówienia. Naprawianie czarnych lalek jest nam surowo wzbronione.

Tymczasem łódzka publika czekała niecierpliwie na premierę nowego filmu z Czarną Wenus - "ZouZou", nie przejmując się karnacją gwiazdy. Widać sądzili, że ciemne laleczki potrafią nie mniej niż blade...