piątek, 7 marca 2014

Cierpień Chrystusowych uczestniku, Koperniku...

Głupota nie zwalnia od myślenia - mawiał znany fraszkopisarz. Niestety, nie zdążył dodać, że przekonania religijne również. Kto zabiera głos w sprawach tak ważnych, jak dzieje nauki powinien trzymać na wodzy swoje przywiązanie do dogmatów i bezgraniczną miłość do przewodników stada. Inaczej, może zejść do poziomu publicysty pisemka klerykalnego.


Portal "Historia.org.pl" postanowił wypowiedzieć się w głośnej sprawie dofinansowania budowy muzeum papieża Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego. Autor artykułu o kuriozalnym tytule "Muzea poświęcone duchownym nie zasługują na środki publiczne? O bzdurności dyskusji wokół dofinansowania dla Muzeum JP2" twierdzi, że ministerstwo kultury powinno koniecznie wesprzeć tę inwestycję. Mimo, że muzeum jest częścią katolickiej Świątyni Opatrzności, autor artykułu, bez żadnych wątpliwości, zgadza się na wydawanie pieniędzy podatników na kolejne miejsca kultu religijnego. Jest taki hojny, gdyż uważa, że ci dwaj panowie Wielkimi Polakami byli...

Najpoważniejszy argument ZA potrzebą dofinansowania kolejnej placówki promującej "życie i nauczanie Papieża Polaka" zawiera się w tym akapicie:
Ja do ministra o dofinansowanie muzeum poświęconego wielkim Polakom nie miałbym pretensji. Bez znaczenia jest dla mnie fakt, iż byli wysokimi hierarchami kościelnymi. Kryterium jest wg mnie przecież zupełnie inne, mianowicie pozytywne zapisanie się w polskiej historii. Janowi Pawłowi II i Stefanowi Wyszyńskiemu nie można przecież tego odmówić. Co więcej nikt nie oburza się na upamiętnianie innych duchownych, takich jak Mikołaj Kopernik, Paweł Włodkowic, Piotr Skarga, Hugo Kołłątaj, August Hlond etc. Gdyby ministerstwo dało 6 mln zł na Muzeum Kopernika we Fromborku również byłoby takie oburzenie?
Dla mnie też nie ma znaczenia, że panowie Wojtyła i Wyszyński byli wysokimi hierarchami kościelnymi. Tak, jak nie interesuje mnie czy mieli kochanki, nieślubne dzieci i czy lubili ciastka z kremem. To ich sprawa, i ich wyznawców. Interesuje mnie za to "owoc ich żywota". Bo, po owocach ich poznacie. Porównanie ich dokonań z tym co zrobił Kopernik zakrawa na gruby nietakt wobec uczonego, bez którego świat byłby dziś daleko w tyle. Zasadnicza różnica pomiędzy Kopernikiem, który pełnił w kościele tylko funkcję kanonika, a Wojtyłą, który prawie 27 lat był zastępcą Boga na ziemi, jest prosta. Można ją ująć w jednym zdaniu: ten pierwszy obalił religijny dogmat o budowie wszechświata i pchnął ludzką wiedzę do przodu o całe stulecia, ten drugi całe życie starał się utrwalać dogmaty i zatrzymać ludzkość w starych koleinach.

kopernik vogel
Mikołaj Kopernik prawie całe życie służył nauce. To nie była tylko astronomia, ale i matematyka, prawo, ekonomia, strategia wojskowa, medycyna. Oczywiście, korzystał z doskonałej posady kościelnej. Jednak wyniki swoich badań astronomicznych musiał ukrywać, żeby nie skończyć na stosie, jak wielu innych uczonych, ściganych przez kościelną inkwizycję. Przełomowa praca Kopernika "O obrotach sfer niebieskich" została opublikowana dopiero po jego śmierci. Nie słyszałem o przypadku, aby w dowód wdzięczności budowano dla niego kaplice i kościoły oraz modlono się do niego o wstawiennictwo u Najwyższego. Wierni katolicy nie zabiegają o cudowne ampułki z krwią Kopernika, jego zepsutym zębem czy odciętym paznokciem. Nie modlą się też o wstawiennictwo do biskupów Kromera i Krasickiego, kanonika Kołłątaja, ani księdza Długosza.

Papież Jan Paweł II jest zaś obiektem kultu. Jego życie i nauki stanowią wartość tylko dla katolików. Od 3 lat mogą oni korzystać ze specjalnej litanii ułożonej przez kardynała Dziwisza. Brzmi jak modlitwa do bóstwa:
Gorliwy Miłośniku Eucharystii,
Niestrudzony Pielgrzymie tej ziemi,
Misjonarzu wszystkich narodów,
Świadku wiary, nadziei i miłości,
Wytrwały Uczestniku cierpień Chrystusowych,
Apostole pojednania i pokoju,
Promotorze cywilizacji miłości,
Głosicielu Nowej Ewangelizacji,
Mistrzu wzywający do wypłynięcia na głębię,
Nauczycielu ukazujący świętość jako miarę życia,
Papieżu Bożego Miłosierdzia,
Kapłanie gromadzący Kościół na składanie ofiary,
Pasterzu prowadzący owczarnię do nieba...
Itd, itd... Pełny tekst litanii tutaj.

Dla nauki miał Jan Paweł II "dobre słowo", którego sens brzmiał mniej więcej tak: uczeni mają do spełnienia ważną rolę dochodzenia do prawdy, ale prawda ta ma prowadzić do zrozumienia Chrystusa. Jeśli nie prowadzi, to należy jej zaniechać. Na szczęście nie ma już inkwizycji i ludzkość wyrosła już z bezwzględnego posłuszeństwa wobec papieży. Inaczej, zamiast latać po świecie i surfować po necie, jeszcze dziś jeździlibyśmy furmankami do sanktuariów cudami słynących... Podziękujmy za to ludziom, którzy nie słuchali papieży... A przecież ilu potencjalnych Koperników i Galileuszów przez wieki porzucało swoje badania naukowe, ilu wypierało się swoich dokonań, aby dogodzić kościelnej dogmatyce i zachować życie?

O bezdyskusyjnej zasługach dwóch kościelnych VIP-ów dla Polski może mówić tylko ktoś utożsamiający interes narodu z interesem Kościoła Rzymskokatolickiego. Każdy dorosły i trzeźwo myślący człowiek wie, że to nie jest to samo. Bardziej zorientowany dostrzeże częste rozbieżności tych interesów.

Ostatecznym efektem działalności prymasa i papieża jest zamiana dyktatury proletariatu na dyktaturę episkopatu. Role komitetu centralnego PZPR przejęli biskupi, którzy kolejnym rządom dyktują, jakie prawa mają obowiązywać w tej rzekomo wolnej Rzeczypospolitej.

Umówmy się: te 6 milionów na "muzeum" w świątyni to drobiazg. Budżet wydał już przecież na tę budowę 70 milionów, a 20 milionów dołożył jeszcze samorząd województwa mazowieckiego. Chodzi o to, że różnymi wybiegami episkopat i rząd z budżetu, w którym ciągle brakuje na szkolnictwo czy służbę zdrowia, wyciągają pieniądze na cele niezwiązane zupełnie z obowiązkami państwa. A do dziurawej wanny można lać wodę bez końca i tak nigdy się jej nie napełni...

czwartek, 27 lutego 2014

Na pniu tępej tyranii

Stanął, z toporem,
Rzeźnik, mięśniami sękaty,
Odwalił się oburącz
I zarąbał kwiaty...
* * *

Pierwsze ścięcie odbyło około godziny 6 rano. Jednym uderzeniem siekiery kat Carl Groepler odciął głowę Benity von Falkenhayn. Niespełna 20 minut później to samo uczynił z Renate von Natzmer.

benita-von-falkenhayn
Te nieszczęsne kobiety zostały dwa dni wcześniej uznane za winne zdrady tajemnic wojskowych III Rzeszy i skazane na karę śmierci przez ścięcie. Prośba o ułaskawienie została odrzucona przez Hitlera i obie stracono w poniedziałek, 18 lutego 1935 roku w więzieniu Ploetzensee w Berlinie. Tu na środku placu więziennego stał drewniany kloc, na którym przeprowadzano egzekucje.

Tragedia ta związana była z działalnością agenta polskiego wywiadu, rotmistrza Jerzego Sosnowskiego vel "Ritter von Nałęcz". Od 1927 roku był on akredytowanym oficerem w polskiej ambasadzie. Brał aktywny udział w życiu arystokratycznym i dyplomatycznym niemieckiej stolicy. Podając się za barona, wszędzie wzbudzał podziw dam. Jego wygląd i tytuł otwierały drzwi do najbardziej ścisłych kręgów. Szybko nawiązał bliskie kontakty z Benitą von Falkenhayn (z domu von Zolikofer-Altenklingen). Ze względu na swoje pochodzenie oraz poprzez męża, Benita miała liczne znajomości wśród pracowników Ministerstwa Wojny (Reichswehrministerium) oraz śmietanki towarzyskiej Berlina. Nie miała natomiast dostępu do tajnych informacji, jakich poszukiwał Sosnowski. Wtedy okazało się czego może dokonać zakochana kobieta. Dzięki kontaktom i namowom Benity, do siatki szpiegowskiej pozyskano Irenę von Jena i Renatę von Natzmer – pracownice tajnych komórek w ministerstwie Reichswehry.

Dokumenty dostarczone przez Renate von Natzmer pozwoliły polskiemu wywiadowi poznać szczegóły tajnej współpracy wojskowej pomiędzy Niemcami i ZSRR. Kontakty Sosnowskiego były tak owocne, że w roku 1934 otrzymał 70 z 200 stron niemieckiego planu mobilizacji i wojny z Polską i przesłał je do kraju.

Wywiad polski zaopatrywał berlińskiego agenta w taką ilość pieniędzy, że mógł on prowadzić rozrzutne życie hulaki i playboya. Nie zapominając o celach pracy operacyjnej, organizował dla znajomych i ich przyjaciół wystawne imprezy, które się odbywały w znanych i eleganckich miejscach, jak Hotel Adlon, bieżnia wyścigów konnych w Karlshorst czy luksusowe hotele na francuskiej Riwierze.

Wszystkie współpracownice Sosnowskiego były również stałymi bywalczyniami jego sypialni. I nie tylko one. Wśród licznej rzeszy kochanek rotmistrza-barona znalazły się także żony dygnitarzy oraz funkcjonariuszy cywilnych i wojskowych organów bezpieczeństwa. Dzięki temu informowany był o próbach zweryfikowania jego tożsamości i zagrożeniach dekonspiracją.

jerzy-sosnowski
Powodzenie Sosnowskiego w zdobywaniu tajnych wiadomości dla polskiego wywiadu opierało się głównie na jego związkach miłosnych. I tu znów prawdziwe okazało się powiedzenie "kto mieczem wojuje, od miecza ginie". Upadek tej świetnej kariery spowodowała kolejna romantyczna afera. Tym razem postanowił "baron" usidlić i zwerbować do pracy szpiegowskiej piękną tancerkę i aktorkę o pseudonimie Lea Niako. Była to miłość, która szybko zmieniła się w zazdrość, potem w nienawiść i w końcu doprowadziła do aresztowania Sosnowskiego przez niemiecki kontrwywiad. Maria Kruse czyli Lea Niako odnalazła listy, z których miało wynikać, że Jerzy obiecał małżeństwo innej. Poczuła się zdradzona i pomogła Abwehrze ująć kochanka. Okazało się, że działała na dwa fronty.

Scenę aresztowania siatki szpiegowskiej Sosnowskiego próbował odtworzyć 21 lutego 1935 roku "Głos Poranny" (za "United Press"):
Podejrzane o zdradę stanu, a obecnie stracone kobiety przytrzymane zostały podobno niedawno przez policję śledczą w jednym z najelegantszych lokali Berlina. W pewnej chwili otworzyły się nagle drzwi i wkroczyli nie proszeni goście: "Tajna policja państwowa! Niech nikt nie opuszcza lokalu! Proszę o dokumenty!"
Pewna dama błagała oficera policyjnego, by nie pytał o jej nazwisko, w przeciwnym razie bowiem, jeśli dowie się o tem jej mąż i rodzina, jest stracona. Inna wskoczyła na okno w zamiarze popełnienia samobójstwa. W ostatniej chwili jednak chwycił ją za rękę jeden z policyjnych agentów. Była to właśnie stracona obecnie Benita von Falkenbayn, z domu Zolikofer - Altenklingen.
W tym opisie więcej było dziennikarskiej fantazji niż faktów. Aresztowanie Sosnowskiego i jego wspólników nastąpiło przecież rok wcześniej, w lutym 1934 roku. Witold Kurpis w książce "Berlińska misja" opisał to zdarzenie dokładniej. Akcja policji miała nastąpić podczas przyjęcia w mieszkaniu barona Sosnowskiego, które wydał z okazji udanego debiutu scenicznego swej przyjaciółki Lei. Nie było tam Benity, gdyż odkąd wyszła za barona von Berga, jej stosunki z Jerzym rozluźniły się. Według Kurpisa okoliczności aresztowania były bardzo dramatyczne i intrygujące:
lea-niako
Dochodziła dwudziesta druga. Salon Sosnowskiego zapełniał się gośćmi. On sam, stojąc przy drzwiach, witał uśmiechem damy w wytwornych wieczorowych kreacjach. Na przyjęcie przybyli również pracownicy poselstwa polskiego w Berlinie — dr Dyjas, Gawroński i Perłowski. Sosnowski nie przypuszczał, aby Abwehra w tym dniu zdecydowała się na jakiś stanowczy krok. A później będzie już za późno — kierownik placówki IN-3 postanowił zniknąć z Berlina zaraz po przyjęciu. Nie podejrzewał, że od kilku już godzin piętro wyżej, w mieszkaniu radcy Patschowsky'ego grupa agentów policji oczekuje na rozkazy. Punktualnie o godzinie dwudziestej drugiej piętnaście rozległo się energiczne pukanie do drzwi wejściowych i okrzyk:
— Aufmachen! Kriminalpolizei!
Agenci gestapo z pistoletami w ręku wtargnęli do salonu. Wśród gości zapanował popłoch. Część gestapowców, trzymając lufy pistoletów zwrócone w stronę gości, zaczęła okrążać ich, uniemożliwiając wymknięcie się kogokolwiek z salonu.
Wśród lamentu i przeraźliwych okrzyków kierujący akcją komisarz Kubitzky rzucił ostrym głosem:
— Wszyscy ustawić się przy ścianie! Damy osobno!
Najważniejsze wspólniczki Sosnowskiego: Benita, Renata i Irena aresztowane zostały później, we własnych mieszkaniach. Wszystkich zatrzymanych poddano długotrwałemu śledztwu. Pierwsza załamała się Renata von Natzmer. Przyznała, że była agentką polskiego wywiadu od kilku lat i zdradziła śledczym wiele szczegółów dotyczących współpracy z Benitą i Sosnowskim. Jej zeznania potwierdziła Irena von Jena, a potem również Benita von Falkenhayn.

Śledztwo trwało cały rok, proces sądowy tylko kilka dni. Choć w berlińskim sądzie polski agent całą winę starał się wziąć na siebie, nie udało mu się uchronić dwóch współpracownic przed najwyższą karą. 16 lutego 1935 roku Benitę von Falkenhayn i Renatę von Natzmer skazano na śmierć przez ścięcie toporem, a Jerzego Sosnowskiego i Irenę von Jena na dożywotnie więzienie. Lea Niako, która też znalazła się na ławie oskarżonych, skazana została na osiem lat więzienia, ale zaraz zwolniono ją na rozkaz Hitlera.

Natychmiast po ogłoszeniu wyroku polski ambasador, Józef Lipski udał się do ministra spraw zagranicznych III Rzeszy, von Neuratha z prośbą Sosnowskiego o zgodę na poślubienie Benity. Wtedy automatycznie dostałaby ona polskie obywatelstwo i uratowała życie. Wniosek trafił do Hitlera, ale ten odmówił następująco: "Przestępstwo jej jest tak ciężkie, że nie można pójść na żadne ustępstwa w tym wypadku."

Samego Sosnowskiego uratował immunitet dyplomatyczny. Dwa lata później wymieniono go na siedmiu niemieckich agentów złapanych przez polski kontrwywiad. W kraju nie skończyły się jego problemy. Wskutek niemieckiej prowokacji polskie służby doszły do wniosku, że był podwójnym agentem i pracował również dla III Rzeszy. 7 czerwca 1939 roku skazano go za zdradę na 15 lat więzienia.

Wracając do tragicznego ranka, 18 lutego 1935 roku. Istnieją relacje dotyczące zachowania się skazanych kobiet oraz przebiegu egzekucji. Na ile są wiarygodne, trudno dziś ocenić. Nie wypada jednak nie przytoczyć ich przy tej okazji. Wspomniany wcześniej Witold Kurpis tak przedstawił ostatnie godziny frau von Falkenhayn-Berg:
Przez całą noc poprzedzającą egzekucję Benita pisała spowiedź ze swego życia. Prosiła o przekazanie jej — wraz z innymi pamiątkami — Sosnowskiemu. Śmiało podeszła do pnia katowskiego, a nawet zażądała... pomadki do ust. Według nie sprawdzonych wersji miała powiedzieć: "Umieram za moją przybraną ojczyznę". Krótki błysk katowskiego topora, najbardziej hańbiącego narzędzia śmierci, i głowa jej potoczyła się po więziennym dziedzińcu.

Zachowały się też wspomnienia o ostatnich godzinach życia Renaty von Natzmer. Podobno wieczorem poprosiła o wino. Okrutny los zadrwił sobie z niej: jedyna butelka, jaką znaleziono w więzieniu Ploetzensee należała do kata. Renata więc, nie wiedząc o tym, wypiła ostatni kieliszek w swym 37-letnim życiu na koszt swego oprawcy...

Z różnych źródeł wiadomo, że wykonawcą obu wyroków był niejaki Carl Groebler z Magdeburga, który dorabiał sobie, jako kat do skromnych zarobków właściciela pralni. Od jednej ściętej głowy wypłacano mu pięćdziesiąt marek, zaś po 20 marek jego pomocnikom. Po egzekucji ciała obu kobiet spalono w krematorium. Urna z prochami Benity spoczywa na cmentarzu przy Kaiser Wilhelm Gedachtniskirche, a Renaty von Natzmer w Wilmersdorf, jednej z dzielnic Berlina.

Prasa ówczesna informowała o egzekucji bardzo skrótowo. Władze niemieckie nie udzielały  informacji o jej szczegółach. Wiadomość o wyroku została podana publicznie na ogromnych czerwonych plakatach już po jego wykonaniu.

Barbarzyńska egzekucja dokonana na dwóch kobietach była czytelnym sygnałem, że reżim hitlerowski, aby osiągnąć swoje cele, nie cofnie się przed żadnym okrucieństwem. Sygnał ten świat zlekceważył. Najostrzejszy sprzeciw wobec tak wykonywanej sprawiedliwości zgłosiła polska poetka...

***

Wyrok wydali Niemcy,
W mętny dzień zimowy,
Na pniu tępej tyranii
Sami tracąc głowy...

Źródła:
Miłość, szpiegostwo, a na końcu siekiera, na: coldwarhistory.us
http://jerzysosnowski.info
Witold Kurpis "Berlińska misja"
Wykorzystano fragmenty wiersza "Enthauptet!" Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz makabryczne rysunki nieznanego autora.

sobota, 22 lutego 2014

Czarnym laleczkom nie pomagamy...

Rasizm niejedno ma imię. W III Rzeszy, kraju germańskich "nadludzi", dochodziło do takich absurdów, jak ten przedstawiony w "Głosie Porannym" 21 lutego 1935 roku.
Jest w Berlinie "klinika dla lalek", gdzie przywraca się zdrowie ofiarom gier dziecięcych. Ostatnio zgłosiła się do tego zakładu pięcioletnia dziewczynka z wspaniałą "Józefiną Baker". Murzyńska gwiazda miała złamaną rękę, które to uszkodzenie jej mała właścicielka z wielkiem przejęciem prosiła naprawić, co jej uroczyście przyrzeczono.
Gdy w parę dni później mała klientka przyszła po swą lalkę, usłyszała, co następuje :
- Jesteśmy niepocieszeni, panieneczko, ale nie mogliśmy wykonać zamówienia. Naprawianie czarnych lalek jest nam surowo wzbronione.

Tymczasem łódzka publika czekała niecierpliwie na premierę nowego filmu z Czarną Wenus - "ZouZou", nie przejmując się karnacją gwiazdy. Widać sądzili, że ciemne laleczki potrafią nie mniej niż blade...

piątek, 14 lutego 2014

Jedna morda z waszej zgrai...

Niezwykły skutek braku odpowiedzi  w sprawie honorowej przedstawił 6 grudnia 1913 roku dziennik "Rozwój". Francuz, hrabia de Malroy, nie doczekawszy reakcji niemieckiego lejtnanta Forstnera na wyzwanie, wystosował list otwarty, który opublikował w "Le Journal" 29 listopada 1913 roku. Oto jego treść:
Dnia 23 b. m. wysłałem z Brukseli pod adresem pańskim list polecony, piętnujący jego nikczemne postępowanie. Zaszczyciłem pana żądaniem satysfakcyi honorowej, w imieniu alzatczyków i lotaryńczyków Francyi.
Dla wyszukania sekundantów i oznaczenia miejsca spotkania dałem panu czas do piątku włącznie.
List otrzymał pan, skoro nie został mi zwrócony, ale według swego zwyczaju stchórzył pan.
Jest pan podłym łobuzem, ostatnim z tchórzów i gdyby nawet pańscy zwierzchnicy zabronili mu odpowiedzieć na wyzwanie z Francyi, powinien pan był podać się do dymisyi, aby mieć możność pojedynkowania się.
Okrył pan nazwisko swoje hańbą niezatartą.
Nie jesteś pan godzien noszenia szpady. Zbeszcześcił pan mundur swój i pułk.
Omyliłem się sądząc, że bodaj jedna morda z waszej zgrai posiada choć jeden atom odwagi.
Nie szablą, lecz harapem i silnem kopnięciem w okolice krzyża, karci się takiego nikczemnego tchórza...

O co chodziło francuskiemu hrabiemu? Nie, nie była to zwykła osobista uraza, jakich wiele dostarcza życie wojskowe i cywilne. Sprawa była międzynarodowa. W Alzacji i Lotaryngii, francuskich regionach należących od wojny prusko-francuskiej (1870-1871) do Niemiec, przeważała ludność niemiecka, ale zżyta z francuską mniejszością. Przesiąknięta francuską kulturą, bardzo odległą od pruskich metod deptania godności obywatelskich. Wynikało stąd mnóstwo konfliktów, których nie próbowali łagodzić wojskowi ze wschodnich landów Niemiec. W tej napiętej sytuacji pruski lejtnant von Forstner, pozwolił sobie na publicznie wyzywanie Alzatczyków od hultajów, których należy zabijać za odpowiednią nagrodą...

Posłowie alzaccy w tej sprawie wnieśli do parlamentu interpelację o treści:
Czy wiadomem jest kanclerzowi państwa, że w pułku piechoty Nr 99 w Saverne pewien oficer dopuścił się wobec alzacko-lotaryńskich żołnierzy wysoce obelżywych i uczucia całej ludności najciężej obrażających wyrażeń, a władza wojskowa nie postarała się o odpowiednie ukaranie i co zamyśla kanclerz, ażeby obronić żołnierzy alzacko-lotaryńskich od podobnych obelg, a całą ludność Alzacyi i Lotaryngii od tego rodzaju prowokacyj?
Z Francji posypały się wyzwania na pojedynek pod adresem Forstnera, które ten odsyłał, nie rozpieczętowując nawet listów. Jednym z wyzywających był redaktor dziennika „l’Autorite“, Paweł Cassagnac, który po odesłaniu mu listu, powtórne wyzwanie wysłał telegraficznie. I na nie pruski lejtnant nie raczył odpowiedzieć. Nadzieje hrabiego de Malroy na honorowe rozstrzygnięcie sporu też okazały się płonne...

czwartek, 13 lutego 2014

Krótka historia desek i kija

Przy okazji sukcesów naszego narciarstwa, proponujemy małą wycieczkę w przeszłość dwóch desek i kija przedstawioną na stronie ensoski.pl.

Choć narciarstwo jako sport istnieje od drugiej połowy XVIII wieku, jest to jedna z dyscyplin, której początki sięgają czasów pradawnych, kiedy narty były jednym ze sposobów radzenia sobie człowieka z naturą. Przyjmuje się, że było to ok. 4000 lat p.n.e.
Narciarstwo zrodziło się więc jako sposób poruszania się po śniegu przy użyciu drewnianych desek. Świadczą o tym prace wykopaliskowe i rysunki naskalne, zwłaszcza z obszaru Skandynawii. Do podpierania się używano w tym czasie kija. Służył on jednak także jako dzida. W okresie średniowiecza narciarstwu przyświecał cel myśliwski, w czasach nowożytnych  -  militarny.

Narodziny sportowej dyscypliny

Stanisław MarusarzSport narciarski wywodzi się z tradycji ludowego narciarstwa użytkowego. Pochodzi z norweskiej wioski Telemark. Pierwszymi zawodami był bieg płaski zorganizowany w 1767 r. w Oslo (ówcześnie Christiania) dla norweskich narciarskich oddziałów wojskowych. Pierwszy publiczny bieg odbył się wiele lat później - w 1843 r. w Tromsø. Z kolei pierwsze zawody w skokach narciarskich rozegrano dopiero w 1868 r. Przy okazji biegów i skoków odbywały się slalomy w formie techniczno-stylowej, rozgrywane bez pomiaru czasu. Nie były one jednak popularne w kolebce narciarstwa - Norwegii. Zyskały publiczne uznanie dopiero w krajach alpejskich - stąd też nazwa narciarstwa alpejskiego dla konkurencji slalomowych i zjazdowych. Pierwsze zawody w slalomie rozegrano w Austrii w 1892 r., natomiast  premierowy slalom sportowy na czas odbył się dopiero w 1905 r.

Zorganizowane narciarstwo

Rozwój narciarstwa i wzrost jego popularności spowodowały powstanie w 1924 r. Międzynarodowej Federacji Narciarskiej - FIS. W tym samym roku zorganizowano we francuskim Chamonix Tydzień Sportów Zimowych (w narciarstwie klasycznym z udziałem wyłącznie mężczyzn). Został on oficjalnie uznany za I Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Konkurencje biegowe kobiet doczekały się natomiast swojego olimpijskiego debiutu na igrzyskach w 1952 r. w Oslo.
Narciarstwo alpejskie zalicza się do konkurencji olimpijskich od czasu zimowych igrzysk w Garmisch - Partenkirchen w 1936 r. FIS natomiast zainicjowała swoje zawody w 1925 roku.. Od 1937 r. były to już Mistrzostwa Świata. W 1931 r. w ich ramach zadebiutowały konkurencje alpejskie. Obecnie rozgrywane są oddzielnie światowe czempionaty w narciarstwie klasycznym i alpejskim. W 1978 r. odbyły się z kolei pierwsze mistrzostwa globu w narciarstwie akrobatycznym.
Obecnie oprócz zawodów rangi mistrzowskiej rozgrywa się Puchary Świata: od 1967 r. w konkurencjach alpejskich, od 1974 r. w klasycznych, a od 1984 r. w narciarstwie dowolnym.

Narty w polskim wydaniu

Wojciech FortunaPierwsze polskie kluby narciarskie powstały w 1907 r. Były to: Karpackie Towarzystwo Narciarzy we Lwowie oraz Zakopiański Oddział Narciarzy, który później został przekształcony w Sekcję Narciarską Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. W 1919 r. powstał Polski Związek Narciarski, do dziś sprawujący władzę nad zawodami wszystkimi dyscyplinami narciarskimi Już rok później zorganizowano pierwsze Mistrzostwa Polski. Od tamtej pory nastąpił rozkwit infrastruktury, z zakopiańską Krokwią na czele.
Wielkim sukcesem polskiego narciarstwa w 1972 r. był złoty medal zimowych Igrzysk Olimpijskich, zdobyty przez skoczka narciarskiego Wojciecha Fortunę w 1972 r. w Sapporo.
Niezwykła popularność narciarstwa rekreacyjnego jako ruchu masowego wiąże się ściśle ze zbudowaniem pierwszego wyciągu narciarskiego. Miało to miejsce w Niemczech w 1900 r. Popularyzacji narciarstwa sprzyjały również masowe biegi, takie jak: Bieg Wazów, rozgrywany od 1922 r. w Szwecji czy Bieg Piastów od 1976 r. w Jakuszycach.
Dziś narciarstwo nie wymaga popularyzacji. Jest to najpopularniejsza dyscyplina zimowa w większości państw świata.

Źródło: http://ensoski.pl