poniedziałek, 29 lipca 2013

Sybir czyli...Paryż

Żarcik z wszelkiej maści dekowników, którzy najgłośniej krzyczą o represjach, jakich dopuszczał się na nich złowrogi reżim...

 Stańczyk 25 listopada 1906 r.
 "Stańczyk" - jednodniówka z 25 listopada 1906 r.





niedziela, 28 lipca 2013

Sztuka zdrowa, święcona, moralnie złocona

Czy nie mógłby kościół katolicki w Polsce, idąc za historyczną misją kościoła powszechnego, który na ściennych przestrzeniach swoich świątyń wychował malarstwo od Giotta poczynając, a na Michale Aniele kończąc, i polskiemu malarstwu dać możność, zdrowego i moralnego rozwoju?
jasna góra ołtarzWedług oficjalnej, podręcznikowej historii w czasach zaborów polski kościół katolicki był biedny i szykanowany . Jaka to jednak była "martyrologia", jeśli w drugiej połowie XIX w samej tylko diecezji kujawsko-kaliskiej (zabór rosyjski) zbudowano 127 kościołów, a biskupi mieli ambicje pełnienia roli mecenasa sztuk, niczym ich potężni poprzednicy z okresu Odrodzenia czy Kontrreformacji?

W 1908 roku powstał we Włocławku „Dyecezalny komitet archeologiczno-budowlany", który zajął się nadzorem nad zabytkami sztuki sakralnej, ich ochroną i renowacją. Miał też promować nowe kierunki w architekturze sakralnej i wystroju kościołów. Bez jego opinii nie mógł powstać żaden projekt nowego kościoła, ani przebudowy starego.

Poniżej prezentujemy pismo, jakie Komitet ten wystosował do Zarządu Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Warszawie z prośbą o pomoc i poparcie dla starań o podniesienie artystycznego poziomu wyposażania kościołów. Dokument wiele mówi o sytuacji kościoła polskiego w początkach XX wieku (styl i pisownia oryginalne).
Dotąd jak sądzimy nikt nie zwrócił uwagi na nadzwyczajny, prawie gorączkowy ruch, jaki objawił się w ciągu ostatnich lat czterdziestu w budownictwie kościelnem. Mając statystyczne dane, dotyczące tego ruchu w dyecezyi kujawsko-kaliskiej pod ręką, przekonywamy się, że na 420 kościołów, znajdujących się w dyecezyi, 127 czyli 1/3 wszystkich kościołów została wzniesiona w ciągu ostatnich lat czterdziestu. Jeżeli w tym samym stosunku rozwijał się ruch architektoniczny i w innych sześciu dyecezyach Królestwa Polskiego, o czem nie godzi się wątpić, bo prąd ten cały kraj objął, tedy liczba nowych kościołów w okresie lat czterdziestu, wzniesionych na całem terytoryum Królestwa, bez mała sięga tysiąca (!) 
Dziś wewnętrzne ściany tak kościołów w tym okresie wzniesionych jako też ściany dawnych kościołów pokrywają się polichromią. Ten prąd w kierunku polichromii kościołów, choć niedawno poczęty, stopniowo tak rośnie i olbrzymieje, że zdaniem naszem, słusznie przewidywać należy, iż po upływie 10—20 lat niemal wszystkie nasze kościoły będą polichromowane. Zachodzi więc pytanie, czy wobec tak silnego ku polichromii skierowanego ruchu nie możnaby go ująć w ręce i pokierować nim tak, aby on przyniósł istotny pożytek Kościołowi i Ojczyźnie, aby dał początek odrodzenia się malarstwa religijnego, od tak dawna znajdującego się w upadku, aby naszym młodym i zdolnym, ale biednym artystom dał środki materyalne dla kształcenia się dalszego i aby tym sposobem ten prąd przyczynił się do zogniskowania w kraju sił artystycznych polskich i wytworzenia w ten sposób malarstwa polskiego o wybitnych indywidualnych cechach narodowych.
Czy tego rodzaju rozumnym kierunkiem tego ruchu nie mógłby kościół katolicki w Polsce, idąc za historyczną misyą Kościoła Powszechnego, który zawsze był najpotężniejszym mecenasem sztuki, który na ściennych przestrzeniach swoich świątyń wykołysał i wychował malarstwo od Giotta poczynając, a na Michale Aniele Buonarottim kończąc, i polskiemu malarstwu, dotąd pod nogami pozbawionemu silnego gruntu dać ów grunt i w ten sposób dać możność jak w »quattrocento« we Włoszech, zdrowego i moralnego rozwoju? (...)

Ale, ażeby cel ten osiągnąć, ażeby przede wszystkiem wydobyć ścienne malarstwo kościelne z rąk pokojowych malarzy, (...) potrzebujemy pomocy i poparcia, o które zwracamy się do szanownego Zarządu Towarzystwa opieki nad zabytkami przeszłości.

Duchowieństwo dyecezyi kujawsko-kaliskiej ma już polecone przez jego Ekscellencyę ks. biskupa Zdzitowieckiego za pośrednictwem Komitetu dyecezyalnego, aby znaczniejsze roboty kościelne, a zatem i polichromie, powierzało do wykonania kandydatom nie inaczej, jak tylko drogą konkursu. Konkursy te ogłaszane będą w »Dzienniku Powszechnym«, że zaś konkurenci, aby powziąć wyobrażenie o stylu i charakterze kościoła, który ma być polichromowany, jako też o rozległości i kształcie przestrzeni ściennych, będą zmuszeni przestudyować plan danego kościoła, dlatego Komitet dyecezyalny prosi uprzejmie szanowny Zarząd Towarzystwa o pozwolenie składania owych planów w jego kancelaryi, nadto Komitet dyecezyalny prosi również Zarząd Towarzystwa o łaskawe uwiadomienie Dyrektora szkoły sztuk pięknych w Warszawie o naszych chęciach i celach, jako też o zawiadomienie i zachęcenie młodych a zdolnych wychowańców szkoły, o których tu przede wszystkiem chodzi, do konkurowania o prace.

Nakoniec, Komitet dyecezyalny chce zapytać szanowny Zarząd, czy może prosić sekcyę malarską Towarzystwa opieki nad zabytkami przeszłości o przyjęcie udziału w ogłoszonych konkursach w charakterze sędziów artystycznej strony projektów, przyczem nadmieniamy, że ocenę projektów pod względem treści religijnej, jako też ostateczną decyzyę konkursów, Komitet dyecezyalny archeologiczno-budowlany sobie rezerwować pragnie.
Piękne, chwalebne i generalnie postępowe w treści pismo to spotkało się z bardzo pozytywnym przyjęciem w towarzystwie ochrony zabytków i w całej branży budowlanej. Krakowski miesięcznik "Architekt" optymistycznie liczył, że zacznie się tym samym nowa era we współpracy duchowieństwa z administracją państwową. Także w zaborze austriackim. Tak jakby w piśmie powyższym nie było jasno napisane, że fachowcy od zabytków są kościołowi potrzebni, aby zatwierdzić jego własne pomysły na renowacje i budowy. Jakby nie napisano, że w całym tym projekcie chodzi głównie o podniesienie skuteczności ewangelizacji. Ostrożność nakazywał też fakt, że pominięto zupełnie sprawę ponoszenia kosztów doradztwa. Wnioskować można było, że spece od zabytków sami zapłacą za swoją pracę i podróże. "Architekt" w numerze 1 z roku 1910 prorokował:
chrystus świebodzinIdea obowiązku wobec sztuki, jaki cięży na duchowieństwie, w powierzonych jego pieczy kościołach, choć powoli, ale ogarnia coraz bardziej sfery duchowne w całej Polsce. Zwłaszcza w Galicyi zachodniej i w Krakowie cały szereg prac, dokonanych przez pierwszorzędnych artystów, działa coraz bardziej zachęcająco. Jednocześnie uznano potrzebę szerzenia wśród duchowieństwa wiadomości z zakresu konserwacyi zabytków, historyi sztuki i estetyki, oraz zdrowego kierunku przy budowie i wyposażaniu nowych kościołów. Dyecezya krakowska ujęła tę sprawę w ręce i niebawem rozpoczną się w Krakowie wykłady dla duchowieństwa z dziedziny wymienionych kwestyj.
Zasada ogłaszania konkursów przyniosła większą jawność wydawania pieniędzy przez kościół. Dała zajęcie architektom. Konkursy cieszyły się dużym powodzeniem, bywało, że zgłaszano kilkadziesiąt projektów do jednej inwestycji. Dzięki temu powstało sporo budowli ciekawych i nowatorskich w stylu. W przeszłość, zdaniem redakcji "Architekta" miała odejść kiczowata noegotycka i neobarokowa maniera, charakterystyczna dla architektury i sztuki kościelnej XIX wieku.
Pseudo gotyckie feretrony o fałszywych proporcyach i członkach architektonicznych, otaczających obraz — olejną, ręczno-fabryczną kopię z oleodruku. Chorągwie o barwach ordynarnych, kształtach pretensyonalnych, haftach nielogicznie użytych; na chorągwi przyszyty lśniący obraz malowany na ceracie. Monstrancya, baldachim, kapa, krzyże, wszystko brzydkie, niesmaczne, a takie same jak w sąsiedniej parafii i dziesiątej — bo wyroby fabryczne w cenach konkurencyjnych dostarczą wszelkich aparatów, ołtarzów i mebli kościelnych. [Architekt nr 4 z 1909r.].
Również niektórzy przedstawiciele kościoła zauważali problem. Ksiądz Władysław Górzyński - historyk architektury, inicjator powstania decezjalnego komitetu we Włocławku, rozpaczał na łamach tegoż 4 numeru "Architekta" z 1909 roku:
czarna madonna jasna góra...gdy dawniej każdy szczegół, każdą zdobinę kościelną wykonywali artyści »z bożej łaski«, dziś widzimy się otoczonym i przez samych partaczy, którym więcej, aniżeli o dzieło sztuki, chodzi o... załatanie dziurawych butów. Tymczasem Kościół bez sztuki obejść się nie może. Jak duszy potrzebne jest ciało, ażeby mogło swe wewnętrzne stany uzewnętrzniać, tak sztuka potrzebna Kościołowi. I nie tylko Kościołowi, ale i wiernym. Kościół przez sztukę wiernych naucza, wierni zaś w sztuce wypowiadają swoje religijne uczucia, a uczucie w życiu wiary nie mniejszą odgrywa rolę jak rozum i wola. Tak było zawsze, tak i dziś być powinno.
Po słynnym carskim ukazie tolerancyjnym w 1905 doszło nie tylko do masowych nawróceń na katolicyzm, ale i do boomu w budownictwie sakralnym. Przed I wojną światową w Królestwie Polskim kościoły rosły, jak grzyby po deszczu. W środowiskach architektów, konserwatorów i teoretyków sztuki rozgorzały dyskusje nad potrzebą stworzenia nowego, "swojskiego" stylu w architekturze i sztuce sakralnej. Próbowano położyć kres bezmyślnemu kopiowaniu pseudo historycznych wzorów, głównie gotyckich i barokowych. Tyle tylko, że życie brutalnie weryfikowało ambitne projekty.

W Psarach koło Turku w 1908 roku, przy akceptacji  Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, zdecydowano o rozbiórce starego, drewnianego kościoła i wybudowaniu nowego. Projekt młodego architekta, Jarosława Wojciechowskiego, miał dać początek długo oczekiwanemu nowemu polskiemu stylowi w architekturze. I po części tak było: powstał dość oryginalny budynek, łączący cechy starej architektury romańskiej z elementami rustykalnymi. Tyle, że w ślad za nim nie poszły inne realizacje. Nadal dominowały swobodnie interpretowane neogotyk i neobarok.

psary k. turku - kościół
W Galicji słynna stała się sprawa remontu barokowego kościoła dominikanów w Tarnopolu. Zbudowany w XVIII wieku, był uważany za jedną z piękniejszych świątyń barokowych w I Rzeczpospolitej, a jednocześnie za ciekawy przykład krzyżowania się wpływów wschodu i zachodu. Dla dominikanów był jednak nie dość barokowy i, w uzgodnieniu ze służbami konserwatorskimi, postanowili doprowadzić budynek do "czystego" stylu. Przebudowę udało się zatrzymać, budowlańcy zdążyli tylko podnieść kopułę kościoła zbyt mało strzelistą, zdaniem właścicieli.

Po stu latach w tych sprawach niewiele się zmieniło. Państwo polskie udaje, że nadzoruje co dzieje się w kościelnych zabytkach. Kościół udaje, że dba o zachowanie zabytkowych charakterów swoich nieruchomości. Kasa na remonty, renowacje, modernizacje i przebudowy płynie szerokim strumieniem z budżetu krajowego, dotacji unijnych oraz kieszeni wiernych. Nikt nie przejmuje się czy są wydawane właściwie. Na Jasnej Górze ustawiono od frontu zabytkowego klasztoru metalowy koszmarek z rozdziawioną paszczą, która zdaje się czyhać na napływające rzesze pielgrzymów. W Piotrkowie Trybunalskim do budynku klasztoru pochodzącego z XVII wieku dostawiono szklaną oranżerię. Pod katedrą łódzką kopie się wielką dziurę z przeznaczeniem na salon wystawienniczy. Dzieje się dużo... Tylko nie dla zachowania dowodów przeszłości narodu, ale dla skuteczniejszej ewangelizacji i ku chwale kościoła powszechnego...

klasztor panien dominikanek piotrków trybunalski
 Wracając do księdza Górzyńskiego i jego poglądów na sztukę kościelną: miał rację tylko częściowo. Sztuka przez duże "S" bardziej potrzebna jest kościołowi i jego możnym książętom, lubującym się w luksusach, niż rzeszom wiernych. Biedny lud nie łaknie arcydzieł w kościołach. Żadna słynna Madonna wielkich mistrzów pędzla: Rafaela, Tycjana czy Cranacha nie doczekała się kultu, jaki otacza Czarną Madonnę z Częstochowy - dziełko (niektórzy mówią: "bohomaz") anonimowego pacykarza. Oczywiście natchnionego przez ducha świętego. Kiedy ma się takie wsparcie, specjalne talenty nie są potrzebne...

Prosty lud szuka sztuki prostej. Chodzi mu o to, aby obraz był jako piorun jasny, prędki, czasem smutny jako pieśń stepowa, ale zawsze piękny jak aniołów mowa... Na nic subtelne aluzje, dyskretne ironie, niejasne symbole, zaskakujące skojarzenia, niespodziewane perspektywy... Kult nie potrzebuje kultury ze znakiem Q. Potrzebuje autorytetu i tradycji. Takiej choćby jak tańczące feretrony. Zadowoli się nawet tandetnym dmuchanym kościółkiem lub plastikowym papieżem prosto z Chin. Byle tylko nie wymagano myślenia i szukania głębszych treści...

W klasztorze jasnogórskim można podziwiać Drogę Krzyżową autorstwa Dudy-Gracza. Wśród pielgrzymów obrazy te wzbudzają niezwykłe kontrowersje. Całkiem pokaźna grupa wiernych zdaje się podejrzewać, że dzieło to może być drwiną z ich dogmatycznej, skostniałej wiary. Znany artysta  sugeruje przecież, że prawdziwa Golgota możliwa jest także "tu i teraz", w obecności, a może i na zlecenie: biskupów i tłumu "prawdziwych" Polaków-katolików.  Wielu ma za złe paulinom, że przyjęli dar artysty ze snobizmu, aby tylko mieć obrazy modnego malarza, którego wartość rynkowa z pewnością będzie jeszcze rosła.

Jeden z pierwszych teologów chrześcijańskich - Tertulian twierdził w II wieku n.e.: "dlatego jest wiarygodne, że jest niedorzeczne". Po dziewiętnastu wiekach dodać można jeszcze: dlatego czcigodne, że tandetne i szpetne...

niedziela, 7 lipca 2013

Nie od razu Krąków zrujnowano...

Oto, resztki okazałego dworu w Krąkowie (gmina Warta w województwie łódzkim). Oskarżonym o katastrofalny stan tego i wielu innych zabytków jest minister kultury i dziedzictwa narodowego. Zgodnie z Ustawą o Ochronie Zabytków (z 2003 r.), urzędnik ten odpowiada m.in. za:
  • zapewnienie warunków prawnych, organizacyjnych i finansowych umożliwiających trwałe zachowanie zabytków oraz ich zagospodarowanie i utrzymanie;
  • zapobieganie zagrożeniom mogącym spowodować uszczerbek dla wartości zabytków;
  • udaremnianie niszczenia i niewłaściwego korzystania z zabytków;
  • kontrolę stanu zachowania i przeznaczenia zabytków.
Jak minister zapewnia, zapobiega, jak dba, kontroluje i udaremnia - to widać i słychać. Ogromna ilość zabytków pozostających własnością państwa popada w ruinę. Taki sam los spotyka wiele obiektów sprzedanych prywatnym właścicielom. Tacy "inwestorzy" często nic nie robią, by uratować zabytek. A bywa, że świadomie doprowadzają go do beznadziejnego stanu, by potem rozebrać. Urzędnicy ministra*  mają to w głębokim poważaniu. Mimo ustawy, która daje im duże możliwości zarówno wspierania, jak i nadzoru oraz kontroli stanu sprzedanych zabytków oraz przewiduje kary za ich niszczenie.
Dwór Krąków w 1986 roku - zdjęcie: Janusz Marszałkowski
 Pierwsza wzmianka o wsi Krąków (Crancowo) pochodzi z 1138 roku, a dotyczy darowania tego majątku przez księcia Mieszka Starego klasztorowi w Kościelnej Wsi. Od XV wieku była to już własność Krąkowskich (Krankowskich) herbu Trąby. W słynnych "Tekach Dworzaczka" pod rokiem 1594 rok znajdujemy notatkę, że "Maciej Krankowski, syn Mikołaja, wedle zobowiązania danego Dorocie de Węgry żonie Jerzego Gluchowskiego na częściach wsi Krankowo i Zielonczyno powiat sieradzki, które od ojca z częściami Wilczyc powiat kaliski nabył Jadwidze Gluchowskiej ich córce, żonie swej". Zapłacił za te dobra 1 100 złotych polskich. W drugiej połowie XVIII w. wieś należała już do Czartkowskich herbu Korab. Jeszcze w 1806 roku w Krąkowie rodził się Julian Czartkowski, syn Wincentego i Józefy z Niemojowskich. Okazały dwór na wzgórzu w Krąkowie powstał w pierwszej połowie XIX wieku, więc prawdopodobnie zbudowali go Czartkowscy lub następni właściciele wsi - Gołębowscy. W roku 1850 majątek Krąków objął w posiadanie Józef Jabłkowski, znany przedsiębiorca, ojciec założycieli słynnego później Domu Handlowego Bracia Jabłkowscy.
Dwór w Krąkowie w roku 2006 - zdjęcie Wikipedia
O zabytkowej posiadłości w Krąkowie niewiele można dowiedzieć się ze strony internetowej gminy Warta:
Z pięknego i przemyślanego założenia pozostały dzisiaj ruiny XIX wiecznego dworu leżącego na lekkim wzniesieniu w odległości 50 metrów od zabudowań folwarcznych, wśród pól uprawnych. Teren dawnego dziedzińca folwarcznego zabudowany był z czterech stron wolnostojącymi obiektami gospodarczymi. Układ przestrzenny całego założenia po całkowitej likwidacji domów robotników majątkowych, obejścia, gorzelni a także południowej zabudowy dziedzińca został przedzielony drogą lokalną, a jego część południową zaorano.
Całą winą za obecny stan zabytku obarcza się zarządców z czasów PRL-u. Przemilczano ponad 20-letnią bezczynność wolnej już III Rzeczypospolitej. Jako dowód, że to nie za poprzedniego ustroju Krąków zrujnowano, posłużyć może fotografia z 1986 roku, na której widać budynek dworu w stanie kiepskim, ale jeszcze w całości i z zachowanym dachem. Potem jest już tylko gorzej: nie widać żadnych działań w celu powstrzymania dewastacji obiektu.
Resztki krąkowskiego dworu, usytuowanego na wzgórzu, widać już z kilku kilometrów. Wokół żadnych śladów dworskiego parku, tylko pola uprawne. Obok ruin przebiega droga gruntowa. W maju 2013 roku resztki ścian frontowych są ledwo widoczne wśród dzikich krzewów. Popękane, rozsypujące się mury, pozarywane stropy, brak dachu. Kompletna ruina, którą właściwie można tylko do końca zburzyć i spróbować coś odbudować. Gołym okiem widać, że zabytek pozbawiony jest jakiejkolwiek opieki. Mimo, że od ponad 40 lat dwór i pobliski spichlerz znajdują się w rejestrze zabytków.
Dwór w Krąkowie w roku 2009 - zdjęcie www.zamkilodzkie.pl
Na stronie policja.pl znajdujemy taki przepiękny elaborat na temat ochrony dziedzictwa narodowego:
Dziedzictwo narodowe stanowi dorobek poprzednich pokoleń, świadczy o korzeniach naszego społeczeństwa, potwierdza w sensie materialnym i duchowym tożsamość narodu. Dlatego też troska o ochronę przedmiotów i obiektów kultury materialnej pozwala, z jednej strony na wyróżnienie cech charakterystycznych dla naszej kultury, z drugiej uświadamia, że polska spuścizna jest częścią uniwersalistycznych wartości Europy.
Ochrona polskich zabytków jest ważnym czynnikiem rozwoju społecznego i szczególnie ważnym celem dla budowania tożsamości Polaków. Najczęstszym zagrożeniem dla zabytków są kradzieże, akty wandalizmu, niewłaściwe przechowywanie i zabezpieczenie zabytku, zniszczenia na skutek pożarów i powodzi. W celu zapobieżenia tego typu zdarzeniom Policja prowadzi szeroką współpracę z instytucjami odpowiedzialnymi za ochronę dziedzictwa narodowego w kraju i za granicą oraz uczestniczy w kampaniach
informacyjnych poświęconych m.in. zasadom właściwego zabezpieczania, przechowywania i rejestracji zabytków.
Dwór Krąków - maj 2013
 Czyli: wiemy, rozumiemy, mamy odpowiednie prawo i odpowiednie służby do ochrony dziedzictwa narodowego. A mimo to coś zawodzi. Utrzymujemy armię urzędników - symulantów. Co miesiąc płacimy im pensje. A mimo to, nie znajdujemy winnego zrujnowania tysięcy zabytków. Oskarżenie ministra, jako szefa tej organizacji, o zaniechanie i zlekceważenie obowiązków jest absolutnie uzasadnione. Dowodem winy są popadające w ruinę i bezpowrotne zapomnienie zabytkowe nieruchomości, stały element polskiego krajobrazu.
Dwór Krąków - maj 2013

"Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek i nie ma prawa do przyszłości” - mawiał marszałek Piłsudski. Stan polskich zabytków wskazuje na to, że pomimo zalewu patriotycznej retoryki w mediach, zażartych sporów o powstańcze wyczyny przodków, Polacy kompletnie nie liczą się ze swoją przeszłością. Zachowują się niczym barbarzyński najeźdźca, który chce zniszczyć wszelkie dowody materialnej kultury narodu podbitego.

Dwór Kraków - maj 2013
W przypadku Dworu w Krąkowie k. Warty służby konserwatorskie już zrobiły co swoje. Czyli nic. Efekty widać na kolejnych zdjęciach z lat: 1986, 2006, 2009 i 2013. Teraz urzędnicy ministra powinni sami donieść na siebie do prokuratora. Wszystko wskazuje na to, że w służbie ochrony zabytków bezczelnie zagnieździł się indyk... Mrożkowy indyk, który bezczynnie, beztrosko i bez sensu siedzi sobie na podwórku. Zamiast zająć się prokreacją, patrzy ino, by czmychnąć w pokrzywy i tam się wytarzać. I nie ma mu nawet kto wyperswadować, że pora wreszcie zabrać się do konkretnej roboty...

* W roku 2013 ministrem kultury i dziedzictwa narodowego był Bogdan Zdrojewski. Powyższa krytyka dotyczy jednak także jego poprzedników i następców...

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Krwawa komedia i saskie delicje

„Przyjemnie było patrzeć, jak regularnie walczono z obydwu stron i oglądać nad wyraz miły widok: całe pole bitwy usłane martwymi ciałami” - fragment raportu księcia Mienszykowa dla cara Piotra I.

bitwa kaliska 1706Dzisiaj łatwo stanąć przed tłumem i obrzucić przeciwnika politycznego epitetami "zdrajcy", czy "kolaboranta". Łatwo uznać siebie samego za "prawdziwego" Polaka-patriotę, a niewygodnego konkurenta do władzy nazwać sprzedawczykiem - sługusem obcych mocarstw. Dziś takie wystąpienia nie grożą utratą życia, zdrowia, ani nawet majątku. Bywały jednak czasy, gdy Polacy stawali na przeciw siebie z bronią i walczyli ze sobą bez skrupułów, na śmierć i życie. Kto w czasach saskich był "patriotą", kto "zdrajcą", to i dzisiaj stwierdzić trudno.

29 października 1706 roku na polach pomiędzy Kościelną Wsią a Dobrzecem (dziś jest to dzielnica Kalisza) odbyła się jedna z największych bitew tzw. III wojny północnej, w której o hegemonię we wschodniej Europie Szwecja walczyła z koalicją sasko-rosyjsko-duńską. Po stronie Szwecji stanęła część polskiej magnaterii niezadowolona w rządów króla z saskiej dynastii Wettin, po stronie saskiej - regularne polskie wojska. O bitwie czytamy w czasopiśmie "Przyjaciel Ludu" z 1835 roku: "Roku 1706 w miesiącu Październiku, stał się Kalisz historycznie sławnym, przez bitwę, która w jego okolicach, to jest na lewym brzegu Prosny, między wsiami Biskupice i Kościelna Wieś, zaszła. Ta bitwa, w której wyższość sił Augustowi II zwycięztwo nad Szwedami zapewniła, to miała szczególnego, że ją zwycięzca mimowolnie staczał. Bo już był wszedł w układy z Karolem XII, już był się zgodził na uciążliwe warunki, i podpisany przez siebie traktat już przy sobie nosił: kiedy zniewolony przytomnością wojska rossyjskiego, i w obawie, by tajemne jego negocyacye nie były Menżykowowi [Mienszykowowi] zdradzone, musiał, acz niechętnie, jeszcze raz rozpocząć kroki nieprzyjacielskie; za co później od króla Szwedzkiego jeszcze twardszymi warunkami został obarczony".

Dziwna była ta podkaliska bitwa. Tak naprawdę nie powinno do niej dojść, bo miesiąc wcześniej śmiertelni wrogowie zawarli układ pokojowy. Król szwedzki Karol XII narzucił Augustowi II - królowi Saksonii i Polski - upokarzający traktat, w którym August - wzamian za pokój w Saksonii - zrzekł się polskiego tronu i zgodził wypłacić odszkodowania wojenne. W październiku 1706 powinien już więc Wettin bawić się na swoim dworze w Dreźnie, dopieszczać liczne kochanki i cieszyć, że Szwedzi rabują w tym czasie inne kraje. Tyle, że o tajnym pokoju nie wiedzieli nic sojusznicy: Rosjanie i Polacy pozostający w służbie (jak im się wydawało) legalnego króla. Dla własnego bezpieczeństwa August wolał tej nowiny nie upowszechniać i stoczyć bitwę z prawie 3-krotnie słabszym liczebnie przeciwnikiem.

bitwa pod kaliszem 1706 mapaDalej "Przyjaciel Ludu" opisuje przebieg walki: "Szwedzi pod dowództwem generała Mardenfeldta, zasłonieni bagniskami, samem miastem i wozami, stali za pagórkiem: prawem ich skrzydłem dowodził Potocki, wojewoda Kijowski, lewem Xiążę Sapieha, a środkiem Mardenfeldt. Z drugiej strony sam król August II dowodził lewem skrzydłem, prawem xiążę Mężyków [Mienszykow], a środkiem generał Brand. Bitwa zaczęła się o 3-ciej godzinie po południu z taką natarczywością, że lewe skrzydło Szwedzkie wkrótce przełamane poszło w rozsypkę, chroniąc się do obwarowanego wozami obozu: reszta atoli Szwedów broniła się walecznie aż do godziny 6-tej. Król (August II) sam kilka razy uderzał na czele swej kawaleryi: lecz zawsze ze stratą cofać się musiał, ponieważ piechota Szwedzka stała jak mur i celnie strzelała. Szwedzi przypisują przegraną zmienności wojsk polskich, z nimi połączonych, a które w czasie bitwy do Augusta przeszły: a tak zostało się tylko na placu 4000 Szwedów, którzy przeciwko poczwórnej sile, aż do ciemnej nocy mężnie sie bronili, nieraz nawet ze stratą nieprzyjaciela, i kilka dział mu zabrali; atoli w ciemności zbyt daleko zapuściwszy się, podzieleni na małe oddziały, od przeważnej liczby nieprzyjaciół otoczeni, poddać się musieli. Znaczną zatem ponieśli klęskę. Sam Mardenfeldt, półkownicy Muller i Horn z wielu officerami dostali się w niewolą; artylerya, chorągwie, i wszystkie bagaże zdobyte. Miasto samo wiele wtedy ucierpiało: część znaczna Kalisza wraz z kościołem św. Mikołaja spłonęła." 


O kaliskiej "bitwie narodów" pisał też w swoich pamiętnikach Krzysztof Zawisza - wojewoda miński: "August 29 października atakował Mardefelta pod Kaliszem, zuchwale cały dzień i całą noc w szyku czekającego. Miał August Moskwy z Mężykowem 16000: wszystko jazdy, Sasów 6000, koronnego wojska z dywizyą Szmigielskiego i Rybińskiego 10000, Kozaków i Kałmuków 6000. Razem 38000. Z Mardefeltem generałem szwedzkim było 4000 szwedów, koronnej milicyi 6000, Litewskiej 3000. Razem 13000. Długo się bili i w ciągłym ogniu trwali. Wreszcie przemogła liczba. Jazda tak szwedzka jako polska uszła. Piechoty na placu legły. Generała wzięto, także przy nim pułkowników: Horna, Marszalla, Millera i innych; wojewodę kijowskiego Potockiego wzięto, który mógłby się schronić, ale żony i dzieci które były w Kaliszu odstępować i porzucić nie chciał. A tak zwycięztwo pierwsze przy Auguście. Saskie duchy podnieśli głowy." Bitwa była też to dziwna z innego powodu. Przez kilka popołudniowych godzin modercze walki toczyło w pobliżu Kalisza ok. 50000 ludzi, prawdopodobnie ok. 5000 zginęło, miasto Kalisz zostało złupione i częściowo spalone, ale pamięć o tym fakcie jakby gdzieś przepadła w mrokach dziejów. Dopiero kilka lat temu zaczęto interesować się przebiegiem i skutkami bitwy oraz badać teren pobojowiska. Okazało się, że kopiec w którym pochowano zabitych był od dawna rozgrzebywany przez poszukiwaczy skarbów i podorywany przez rolników, a szczątki poległych roznoszone po polach przez psy...

kurhan kościelna wieśKorzyść z tej bitwy odnieśli tylko zwycięscy żołdacy: sascy, kozaccy, kałmuccy i ... polscy, którym przypadły w udziale łupy znalezione w szwedzkich i polskich taborach, w mieście oraz zabrane pokonanym: zarówno tym poległym, jak i żywym...
Pobitewną grabież opisał (za rzekomo naocznym świadkiem) Józef Kraszewski w "Dziejach Polski za Sasów" "...Bezbożnie obchodzili się Sasi z Polakami obdzierając ich - pisze współczesny świadek. Panu Łosiowi, sędziemu lwowskiemu, rotmistrzowi pancernej chorągwi, obnażywszy go do koszuli, gdy sygnetu kosztownego z palca dać im nie chciał, czy też nie mógł, a saski żołnierz do owej obdzierania bezbożnej dramy komenderowany, postrzegł u niego ów sygnet, chciał mu go z palcem urżnąć i już go bagnetem ciął, gdyby Łoś na jenerała Brandta nie zawołał o salwowanie...a jednak sygnet musiał dać."

XIX-wieczny historyk Kazimierz Jarachowski poświęca na opis kaliskiej "bitwy narodów" kilka stron swej pracy "Z czasów saskich spraw wewnętrznych, polityki i wojny". Nazywa to tragiczne wydarzenie "krwawą komedią" z uwagi na dwulicowe postępowanie Augusta II, który wcześniej zrezygnował z polskiego tronu wzamian za wolność Saksonii od Szwedów. "Przez cały miesiąc odgrywa król wobec najwierniejszych, najoddańszych sobie Polaków, jak prymasa Szembeka, jak brata jego podkanclerzego, oburzającej hipokryzyi komedyj. „Wolę Saxonię stracić, niźli korony odstąpić; wolałbym gdybym miał przyjść do tego nieszczęścia w jednym kącie polskim, niźli w saskich umierać delicyach," — otóż słowa, jakie z ust Augustowych słyszeli jego stronnicy przez miesiąc po bitwie Kaliskiej w Warszawie. „W wilią św. Andrzeja" zakommunikował podkanclerzemu Szembekowi, iż „jego ludzie coś pomimo jego woli w Saxonii zrobili" i że dla tego nazajutrz do Saxonii wyjeżdża. Wyjechał też istotnie; w kilka dni później przeniknęła tajemnica Altranstadtu ku ogólnemu zgorszeniu do Polski...."


bitwa pod kaliszem 1706 pamiątkowy obelisk
No właśnie, a Polska? Po tej augustowej farsie, zwróciła się znów w stronę anty-króla Leszczyńskiego i jego szwedzkiego chlebodawcy. Zupełnie niepotrzebnie, bo niespełna 3 lata po kaliskiej "bitwie narodów" potęga militarna Karola XII zostanie rozbita w pył przez Rosjan. Na tron polski wróci elektor saski. Jak w takiej politycznej kołomyji można było zachować przyzwoitość, jak rozumieć interes Rzeczypospolitej, która od dziesięcioleci pogrążała się w chaosie i rozłaziła się jak stare prześcieradło...? Kto Polak, kto wróg, kto przyjaciel? Od Sasa do Lasa. Autorzy obelisku stojącego przed cmentarzem komunalnym w Kaliszu, chcąc upamiętnić bitwę, nie wdawali się w szczegóły. Przyznali historyczną rację Polakom stojącym po stronie króla saskiego. Na tablicy nawet nie wspomniano o tym, że wojska koronne były tylko wsparciem dla Rosjan i Niemców, ani że po stronie Szwedów również walczyli nasi rodacy. Przecież nie mniej patriotyczni i nie mniej bohaterscy... Czyj dziadek był w Wermachcie, kto wycierał parkiety Petersburga i Moskwy, gdzie stało ZOMO? "Polska to jest dziwna kraj" - mawiał Zulu Gula.
...bo skrzydła masz nie od parady