wtorek, 15 sierpnia 2017

Prawda kole w aureolę

Nie wiadomo kiedy, gdzie, i w jakich okolicznościach, ale Wniebowzięcie nastąpiło. Potwierdzają to autorytety i ich niczym nie ograniczona wyobraźnia. Co roku 15 sierpnia słyszymy na Jasnej Górze, że to ostoja polskości, Maryja Matka i Królowa, szczególnie Polskę upodobała, że uciekamy się pod jej obronę. Potem, że dożyliśmy strasznych czasów, że szargają świętości. O tym, że spisek, szatan czyha, że bóg obrażony, ojczyzna zagrożona, że winni są wolnomyśliciele, żydzi, ateiści, masoneria, bezbożnicy, feministki, lewactwo. Winni wszyscy, tylko nie kościół powszechny i święty oraz słudzy jego słudzy świętobliwi a cnotliwi. Od wieków i na wieki, wieków...


Co pozwala zakonnikom trwać na Jasnej Górze od wieków, utrzymywać potężną budowlę i ponad stu ludzi, a przy tym jeszcze zapełniać skarbiec? Czy wystarczy wsparcie nadprzyrodzonych bytów, aby przez wieki, pomimo niesłychanych zmian w świecie, prowadzić z powodzeniem to ogromne przedsięwzięcie?

Wiele takich pytań postawiono publicznie podczas słynnej sprawy zbrodni Macocha w latach 1910-1912. Artykuł „Ciemne sprawy na Jasnej Górze” ukazał się w czasopiśmie „Myśl Niepodległa” [nr 150] w październiku 1910. Styl i ortografię pozostawiamy oryginalne, aby czytelnik przypadkiem nie zapomniał, że chodzi o „zamierzchłe” sprawy sprzed ponad 100 lat. Gdyby tekst nieco uwspółcześnić i pominąć wątek zbrodni Macocha, nadać mu można byłoby datę 15 sierpnia roku 2000 i wystawić się na wściekłe ataki klerykalnych "prawdziwych" Polaków oraz ich feudalnych panów.  Artykuł jest wciąż zadziwiająco aktualny!

* * * 
Jechał więc w milczeniu, utkwiwszy oczy w jakiś punkt, bardzo błyszczący na widnokręgu. Konie parskały na pogodę; ludzie poczęli śpiewać sennemi godzinami jutrznię. Tymczasem rozwidniało się coraz bardziej, niebo z bladego stawało się zielone i złote, a ów punkt na widnokręgu począł tak błyszczeć, że oczy mrużyły się od tego blasku. Ludzie przestali śpiewać i wszyscy patrzyli w tamtą stronę, wreszcie Soroka rzekł: "Dziwno, czy co?.. Toć tam zachód, a jakby słońce wschodziło!" 
Istotnie owo światło rosło w oczach, z punktu uczyniło się kołem, z koła koliskiem zdala, rzekłbyś, że ktoś zawiesił nad ziemią olbrzymią gwiazdę, siejącą blaski niezmierne. Kmicic i jego ludzie patrzyli ze zdumieniem na owe zjawisko świetliste, drgające, promienne, nie wiedząc, co mają przed oczyma. Wtem od Kruszyna chłop nadjechał w drabinkach. Pan Kmicic zwróciwszy się ku niemu, ujrzał, iż chłop czapkę trzymał w ręku i patrząc w owe światło, modlił się.  "Chłopie? - spytał pan Andrzej - a co się to tak świeci?".  "Kościół Jasnogórski! - odrzekł kmieć...
Ogarnęła rycerza jakaś niewypowiedziana bojaźń, pełna czci, ale zarazem nieznana radość wielka, błoga. Od tego kościoła jarzącego się na wysokości w pierwszych promieniach słońca biła nadzieja, której pan Kmicic dawno nie zaznał, otucha, której napróźno szukał, siła niepokonana, na której chciał się oprzeć. W stąpiło weń jakoby nowe życie i poczęło krążyć po żyłach wraz z krwią. Odetchnął tak głęboko, jak chory, budzący się z gorączki, z nieprzytomności. A kościół lśnił się coraz bardziej, jakby wszystko światło słoneczne w siebie zabrał. Cała kraina leżała u jego stóp, a on patrzył na nią z wysokości, rzekłbyś stróż jej i opiekun...
(H. Sienkiewicz, Potop III, 11)

obrona jasnej góry

*
Przytoczyliśmy na wstępie urywek z sławnej powieści Henryka Sienkiewicza, opisujący dojazd Kmicica i jego drużyny do Częstochowy. Uczyniliśmy to dlatego, aby przypomnieć, jaką aureolą Naród nasz otaczał Jasną Górę. "Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy” - oto inwokacja naszej wielkiej epopei narodowej. Lud, ujrzawszy w czasie pielgrzymki wieżę Jasnogórską, padał na kolana, wyciągał ręce i grążył się w ekstazie.

Od pewnego czasu staraliśmy się, w stosunku do wykrytych zbrodni bardzo nawet oględnie, zwracać uwagę Narodu, że na Jasnej Górze dzieją się jakieś ciemne sprawy. W numerze 119, w artykule naczelnym stawiliśmy przeora Euzebjusza Rejmana przed sądem opinji. Naród nas nie usłuchał. Wierzył bezgranicznie "ojcom" Paulinom. Zapatrzony w wizję swego idealizmu, głuchy był na głosy ostrzegawcze. Dziś, gdy miecz najczarniejszych zbrodni przeszył jego serce ufne i kochające, nie będziemy mu rany posypywali solą. Musimy przedewszystkiem uszanować ból, okazać współczucie dla bezmiernej krzywdy, którą mu wyrządzono, uczcić w nim cierpienie. A przecież Jasna Góra nie była tylko miejscem odpustów i ekstazy religijnej. Była równocześnie pamiątką narodową. Gdyby nawet tradycje historyczne nie odpowiadały pod wielu względami historycznej rzeczywistości, to jednak tradycje te żyły w duszy narodu i działały na nią. Dla tych przeto, którzy na rzeczy inaczej patrzą, Jasna Góra była również droga, choć z innych względów. A wreszcie, jeżeli to miejsce z tych lub innych przyczyn było narodowem PALLADJUM, choćby iluzyjnem, lecz drogiem, znieważenie takiego palladjum jest nietylko straszną krzywdą, ale kompromitacją wobec całego świata.

Ale uszanować ból, to wcale nie znaczy milczeć. Stwierdzamy, że może z wyjątkiem jednego dziennika bez charakteru, wszystkie pisma starały się odsłonić kałużę zbrodni i nic nie pozostawić pod obsłoną. A jest to tem bardziej konieczne, że "niegodni stróże najdroższego skarbu Narodu", gdy śledztwo coraz to nowe frymarki pieniędzmi ofiarnemi i klejnotami odkrywa, gdy wpada na trop innego jeszcze morderstwa, już do nowych wzywają Naród "ekspiacji”, a wiadomo przecież, że te "ekspiacje” są zawsze w znaczeniu swem ostatecznem apelacją do kieszeni wiernych.

Gdyby chcieć fakty, dotąd nanizane na sznur kroniki, opisać, trzebaby wskrzesić włoskiego Danta, a przedstawiłby nam jasnogórskie Infernum. Jasna Góra, zmieniona w jaskinię zbrodni, wymagałaby genjuszu Szekspira dla odtworzenia tych intryg, tych hulatyk, tych mordów, tych wywożeń trupów w sofach, tych przysiąg piekielnych nad otchłanią wodną, kryjącą w swej głębi potworną tajemnicę, tych rozgrzeszań ustami zbrodniarzy i tych komunikowań rękami krwią ociekającemi.

A kronika wcale jeszcze nie zamknięta. Dopiero przeczytaliśmy jej pierwsze rozdziały. Ale już wiemy, że "święte ofiary” szły na prezenty dla kochanic, już czytaliśmy, że zakonnicy wykradali sobie z pod poduszek papiery obligacyjne, już nie jest tajemnicą, że wyszukiwali dla swych hurysek mężów, fałszowali akty ślubne, a kochanice ich sprzedawały ofiarne djamenty jubilerom. Miljony, które naród składał w ekstazie klasztorowi, nieraz kawałek suchego chleba od ust sobie odejmując, karmiły zbrodnie.

Najbardziej bodaj zdumiewającą w tem wszystkiem rzeczą jest stwierdzony przez prasę niski stan umysłowości tych "ojców". Damazy Macoch był przed wstąpieniem do klasztoru pisarzem gminnym, czyli jakimś przedstawionym przez Sienkiewicza Zołzikiewiczem. Ukończył zaledwie szkołę elementarną. Człowiek taki wdziewa białą sukienkę Paulina i już tem samem staje się świętą, nietykalną, żadnej krytyce nie podlegającą osobistością – przeciwnie, on będzie jeszcze piętnował "bezbożne pisma”. Jasne jest, że w Częstochowie rządziła Polską garderoba, a jakiego człowieka wetknięto w tę garderobę, o to nikt nie pytał.

Wszelką krytykę księży zwano szkalowaniem. Kazano o ich wybrykach milczeć, a w ostateczności zwracać się ze skargą na nich do przełożonego. A tymczasem odezwa Paulinów całkiem nie dwuznacznie mówi, że przełożony na Jasnej Górze dźwiga na sobie brzemię różnych win, a może nawet bardzo ciężkich win, skoro w tej pierwszej odezwie, wystosowanej w tak znaczącej chwili, Paulini wysuwają go przed oblicze narodu i dają wiele do zrozumienia. Ale ci Paulini zbyt pośpiesznie wystąpili w charakterze oskarżycieli, gdy śledztwo już nie „jednostkę”, jak piszą, objęło, ale szereg "jednostek". To, co przeszło nawet przez sito prasy, już bardzo zastanawia. Czytamy, że ojciec Damazy chciał klasztor porzucić, „więc” stopniowo „usuwał” rzeczy „swoje”. Jakież to „swoje rzeczy” mógł mieć człowiek, ślubujący ubóstwo i nie posiadający nic? W biały dzień wywozi dorożką sofę zaszytą w rogoże. Nikogo to nie dziwi, że zakonnik ma „swoje meble”. Inni twierdzą, że wywoził „książki”. Jakież to „książki mógł mieć zakonnik wobec faktu istnienia bibljoteki klasztornej i wobec bezwarunkowej wspólnoty wszelkiego mienia?

Toteż w tej chwili cała Częstochowa powtarza z ust do ust wersje, które dostają się do Warszawy i krążą nawet w kołach, które dotąd nie zwykły „źle o księżach mówić”. Pieniądze ofiarne i wota miały iść nietylko na uciechy i huryski, ale wspierano podobno także jakichś przedsiębiorców teatralnych, mających powabne żony czy kochanki „śpiewające”. W kołach bardzo poważnych mówią, iż niedawno widziano w Hiszpanji jednego z jasnogórskich Paulinów z taką „śpiewającą” żoną czy kochanką takiego artystycznego przedsiębiorcy, i że potem szły pod jego adresem „subsydia”, dość nawet znaczne.

Idzie wersja, że jeden z Paulinów ma zagranicą piękną kamienicę, w bankach pokaźny kapitalik i że przeznaczył go dla swoich dwóch urodziwych córek... A i to ludzie opowiadają, że gdy z kompanją przychodziły piękne i hoże dziewczyny, niektórzy zakonnicy za pomocą służby, różnych „domów noclegowych”, także konfesjonałów zakładali sieci, aby owe hoże rybki złowić... Pewna „pani” pokazywała w Częstochowie „znajomym” korale, które ktoś jako votum ofiarował Matce Boskiej. Korale te „nabyła” od zakonników za gotówkę, aby się nie dostały do rąk „żydowskich”... Złożony jako votum wachlarz z kości słoniowej jeden z ojców ofiarował pewnej młynarce z pod Częstochowy...

Gdy chcieliśmy dźwignąć moralność za pomocą krytyki kleru i jego nauk, biskup Zdzitowiecki, opiekun klasztoru jasnogórskiego, pisał na autora tych słów skargę następującą do władz krajowych: „Czy Wasza Ekscelencja nie uznałaby za możliwe jąć się odpowiednich środków, aby położyć koniec zgubnej jego działalności, tego głównego wodza nie moralności i nieprzejednanego wroga religji, co w znacznym stopniu obezwładniłoby jego propagandę, a w konsekwencji przyczyniłoby się do uspokojenia kraju, szarpanego bandytyzmem (!) grabieżą (!) i zabójstwami (!)”...

Głosił to w roku 1907. A cóż powie w roku 1910? Zbrodni mordu i kradzieży klejnotów z obrazu świętego nie dokonał żaden wolny myśliciel, nie dokonał nawet żaden czytelnik „pism bezbożnych”, nie dokonał zwykły laik, ale dokonał właśnie - jasnogórski Paulin, przy pomocy innych „świętych ojców”.
Skarbiec jasnogórski
Przeor Euzebjusz Rejman, który w czasie koronacji okradzionego przez zakonników obrazu daje do zrozumienia w przepełnionej wiernymi świątyni i w chwili, kiedy uwaga całego narodu jest na niego zwrócona, iż moralni sprawcy kradzieży znajdują się między polskimi wolnymi myślicielami, ten przeor, na którego obecnie sami zakonnicy rzucają cień - ten dał wyraz panującym u nas stosunkom, wiarom, zaufaniom, tak haniebnie obecnie zdemaskowanym, poniżonym, zdeptanym.

Dawaliśmy wyraźnie do zrozumienia, że w skarbcu mogą być braki, miast klejnotów falsyfikaty i że złodziei koron i sukienki obrazu szukać należy w samym klasztorze. Wygłosiliśmy zasadę, że skarby częstochowskie należą do ogółu i że ogół ma prawo żądać zdawania rachunków. Tymczasem biskup tyraspolski ksiądz Józef Alojzy Kessler w liście pasterskim, ogłoszonym w nr 276 "Kurjera Warszawskiego” inną wygłosił zasadę:
Ani biskup, ani proboszcz nie mają obowiązku zdawania parafjanom sprawozdania z zarządu majątków kościelnych... Żądania niektórych parafji, aby proboszcz zdawał im sprawę ze swych rządów, jest wynikiem protestantyzmu, sprzeciwia się zasadom nauki katolickiej...
Kto nie zdaje rachunków parafjanom, będzie je musiał kiedyś zdawać sędziemu śledczemu. Tak się obecnie dzieje na Jasnej Górze.

Pytamy, któż bardziej podkopał w Polsce katolicyzm nad jego własnych apostołów? Któż się okazał istotnym i groźnym wrogiem religji? Czy myśl filozoficzna, modernizująca pojęcia i starająca się oprzeć etykę na trwalszych podstawach, czy też ci, którzy głoszą „nie zabijaj” a toporami w czasie snu zabijają spólników zbrodni i potem spieszą do konfesjonału odpuszczać grzechy?

Któż splugawił uroczysty akt przysięgi? Czy ci, którzy nie wierząc w Boga, nie chcą się przed sądem zaklinać na niego i kłamać sobie i światu, czy też ci, którzy, przybrani w szatę świętą, białą, symbol niewinności i niepokalaności, nocą nad rzeką wyciągają krucyfiks i każą dwom truchlejącym ze strachu prostakom przysięgać na rany Zbawiciela, iż „dla dobra świętej wiary” nie wyjawią nigdy tego, co się tam stało?

Prawda mówi sama za siebie. Ale tu chodzi o to, czy naród będzie umiał wyciągnąć z tej kałuży zbrodni wszystkie konieczne konsekwencje i czy nareszcie zrozumie, że dalej biernym być nie może. Nie przemawiamy w tej chwili do całego narodu. Miljony nas nie słyszą, te miljony, nie umiejące czytać i pisać. Więc przemawiamy tylko do jego czytającej inteligencji, która „dla dobra religji” nie chciała nigdy poddać kler obywatelskiej krytyce.

Czy inteligencja w tak ważnej i decydującej chwili nie powinna postępowaniem swojem wzbudzić w ludzie zaufania i wpoić w niego, że za jej przyczyną nastaną rzeczywiście inne porządki? Czy lud uwierzy tej inteligencji, jeżeli jakiś „Kurjer Warszawski” będzie już wzywał ogół do "ekspiacyjnych" pielgrzymek, więc czołgania się na kolanach do stóp „ojców” , którzy każdej chwili teraz mogą być zaaresztowani albo o współudział w zbrodniach, albo przynajmniej o zaniedbanie karygodne czujności i patrzenie przez szpary na jątrzącą się ranę deprawacji i nikczemności? I gdy jeszcze w przybliżeniu nawet nie obliczono, co zostało skradzione, gdy czytamy o szafowaniu na pohulanki pieniędzy „mszalnych”, lud nasz ma nowe sypać ofiary?

Ktoś powiedział, iż zaczął się początek końca legendy jasnogórskiej. To, co jeszcze przed miesiącem mogło było uchodzić jedynie za zręczny paradoks, dziś staje przed nami jako rzeczywistość. Tak, bezwarunkowo jesteśmy świadkami początku końca legendy jasnogórskiej i powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że brzemię bardzo poważnych obowiązków ciąży na nas w tej chwili przełomowej. A przecież Infernum Jasnogórskie jest niejako symbolem widomym całego duchowieństwa. Jasna Góra była dotąd polskim Rzymem. Wedle Jasnej Góry sądziło się cały kościół. Kto śmie temu zaprzeczyć? Jasna Góra była sercem organizmu katolickiego w Polsce. Klucz śledztwa otworzył to serce i ukazał ściek zbrodni głównych: morderstwa, kazirodztwa, krzywoprzysięstwa, świętokradztwa, złodziejstwa i co kto chce...

Gdy sięgaliśmy do historji i przytaczaliśmy zbrodnie papieży, kardynałów, klasztorów - wołano ze śmiechem, iż dla zwalczenia innej teraźniejszości inną wyciągamy przeszłość, dawno minioną, pogrzebaną i zapomnianą... A tymczasem najbliższa przyszłość miała głosem przerażającym zaświadczyć, że ta przeszłość wcale nie minęła, że ona trwa, wciąż ta sama, niezmienna. Mówiono, że kościół położył wielkie zasługi dla cywilizacji. Ale czyż największych nawet zasług nie niweczyłyby doszczętnie takie zbrodnie? Czytano z upojeniem świetny romans Sienkiewicza o wędrówce do Częstochowy wielkiego ryzykanta pana Kmicica. Pan Kmicic dla obrony Panny Najświętszej rozsadził szwedzką kolubrynę. Ale cóż uczyniłby ten impulsywny człowiek, gdyby oko w oko zetknął się ze zbrodniami „ojców” Damazych, Izydorów i Bazylich? Czy w przystępie oburzenia nie wysadziłby w powietrze całego klasztoru?

("Myśl Niepodległa" październik 1910 nr 150)

* * * 
Zapowiadany przez „Myśl Niepodległą” początek końca legendy jasnogórskiej trwa w najlepsze - od 100 lat. Wielotysięczne pielgrzymki maszerują do Częstochowy ze śpiewem na ustach i z bólem w stopach. Nikt już nie wspomina jak to kiedyś ksiądz Macoch z Krzyżanowską okradali Matkę Boską. Nikt nie myśli o tym, że jakiś inny paulin właśnie może dobierać się do jasnogórskiego skarbca. Księża - pedofile to tylko ofiary libertyńskich, bezbożnych czasów oraz podstępnych podszeptów szatana. Lekiem na cało zło świata, zdaniem ich eminancji, nadal jest modlitwa, modlitwa, modlitwa…

W diecezji kieleckiej biskup Łosiński w 1910 roku nakazał wiernym intensywne modły błagalne do obrażonego boga. Bo wina wiernych jest tu bezsporna: po co dają chciwym mnichom na tacę? Biskup profilaktycznie "ukarał" także swoich podwładnych: kaznodzieje musieli opracować pogadanki na tematy: "Dlaczego Najświętsza Marya Panna pozwoliła na taką zbrodnię przy boku swoim" i "Do czego dojść może społeczeństwo, jeśli się odwraca od Chrystusa". Nie znamy, niestety, owoców tych świętobliwych rozważań.

A wierny lud (ten bardziej rozgarnięty) miał już własną twórczość na ten temat i recytował takie wierszyki:
damazy macoch
Ojciec Damazy
Kradł z Jasnej Góry, kradł z Jasnej Góry
Obrazy
A ojciec Izydory
Wkładał je w wory
A ojciec Bazyli
Wywoził je do Brazylii
albo
Niekże to syćkie pierony zatrzasnom;
Wybrał się dziadek aż pod Góre Jasnom,
Myślał, że grosik uzbira, tymczasem
Tego widoku dożył dziadek stary,
W całym klasztorze nic, jedno dziandary,
Sytkie osoby duchowne a świente
Pod klucz zamknięte...
Wrócił ciupasem
Prawda was wyzwoli – przypominał święty nasz rodak, ale czy miał na myśli również prawdę, która kole w jasnogórską aureolę?

czwartek, 27 lipca 2017

Z pyłu akt sądowych

Tymi sprawami żyła Łódź w pierwszej połowie XX wieku. Ówczesna opinia publiczna, dzięki prasie codziennej, była niemal na bieżąco informowana o postępach dochodzeń policyjnych i przebiegu rozpraw. Mniej lub bardziej zapomniane przestępstwa, ich sprawców i procesy przypomina teraz nowy "Pitawal łódzki".

pitawal łódzki
W latach 1734-43 francuski prawnik Franciszek Pitaval (1673-1743), jako pierwszy opracował i opublikował drukiem zbiory spraw sądowych, dotyczących w większości przestępstw kryminalnych. Powstało łącznie 20 tomów. Od jego nazwiska kolejne wydawnictwa zawierające sprawozdania z głośnych procesów zaczęto nazywać "pitawalami". Najczęściej dotyczyły spraw o charakterze karnym, rzadziej - cywilnym.

W Polsce najważniejszą publikacją o tym charakterze był "Pitaval warszawski" Stanisława Szenica z 1958 roku. Później wyszedł "Pitaval krakowski" autorstwa Stanisława Salmonowicza, Janusza Szwai i Stanisława Waltosia (1962). W latach osiemdziesiątych ukazały się opracowania Stanisława Milewskiego: m.in. "Ciemne sprawy dawnych warszawiaków" i "Procesy pradziadków. Pitaval bez sztyletu i trumny". Najnowsza publikacja to "Pierwszy pitawal gdański czyli zbrodnia nad Motławą" Pawła Pizuńskiego z 2009 roku.

"Pitawal łódzki" opublikowany przez Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego ma nie tylko przypomnieć  przestępców i procesy, które w pierwszej połowie XX wieku bulwersowały łodzian. Przedstawia także rozwój prawa karnego w Królestwie Polskim, prowincji Rosji carskiej, oraz w niepodległej Polsce do roku 1939. Dokumentuje wyzwania, z jakimi musiał się zmierzyć wymiar sprawiedliwości przy okazji głośnych przestępstw.
Z pyłu archiwalnych akt sądowych, ze starych gazet codziennych i czasopism oraz innych źródeł wydobywamy na światło dzienne i przypominamy trzynaście wybranych tego rodzaju przypadków. Każda z opisywanych spraw została udokumentowana poprzez fakt wykorzystania wszelkich dostępnych materiałów źródłowych, przeprowadzenia ich krytycznej analizy oraz uwzględnienia realiów danej epoki, ze szczególnym naciskiem na kwestie społeczne, narodowościowe i kulturowe - w której opisywane wydarzenia miały miejsce.*
Mamy tu do czynienia z pitawalem opracowanym z wykorzystaniem metod naukowych, przez historyka i prawnika. Jednakże, jak zaznaczają autorzy we wstępie:
W żadnym przypadku nie było (...) naszym zamiarem podważanie wyroków sądowych zapadłych w odległej przeszłości.
"Pitawal łódzki" obejmuje trzynaście spraw i procesów sądowych, z których trzy zdarzyły się przed I wojną światową: zabójstwo przemysłowca Juliusza Kunitzera w 1905 roku, napad terrorystyczno-rabunkowy na furgon pocztowy w 1907 roku oraz mord na fabrykancie Mieczysławie Silbersteinie. Pozostałe miały miejsce w niepodległej Polsce międzywojennej. W tym najbardziej bulwersujące: sprawa Stanisława Łaniuchy - zabójcy trzech osób oraz Marii Zajdlowej, która w 1938 roku zamordowała własną córkę. Najwięcej miejsca poświęcono najsłynniejszemu znanemu łódzkiemu przestępcy - Maksowi Bornsztajnowi, znanemu jako Ślepy Maks.

* ze wstępu

Kazimierz Badziak, Justyna Badziak: „Pitawal Łódzki – Głośne procesy karne od początku XX wieku do wybuchu II wojny światowej” Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Rodacy, uwolnimy was od kapitału...

23 lipca 1920 roku, kiedy Armia Czerwona szykowała się do zajęcia Warszawy, polscy komuniści utworzyli w Smoleńsku Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, zwany z rosyjska Polrewkomem. Zamierzali wprowadzić nad Wisłą komunizm pod "opieką" bratniej Rosji Radzieckiej.

Przewodniczącym Polrewkomu został Julian Marchlewski, a w jego składzie byli m. in.: Feliks Dzierżyński, Feliks Kon, Edward Próchniak i Józef Unszlicht. W Smoleńsku  już 1 stycznia 1919 roku bolszewicy proklamowali Białoruską Socjalistyczną Republikę Radziecką. Później została przekształcona w Litewsko-Białoruską Socjalistyczną Republikę Radziecką, tzw. „Litbieł”. Miała obejmować ziemie litewskie i białoruskie oraz Suwalszczyznę i Podlasie. We władzach "Litbiełu" był m.in. wspomniany już Unszlicht oraz inni Polacy: Kazimierz Cichowski i Julian Leszczyński. Ambicje bolszewików były jednak większe, planowali zainstalowanie posłusznego sobie rządu również w Warszawie.
tymczasowy komitet rewolucyjny polski
28 lipca Armia Czerwona zajęła Białystok. W ślad za bolszewickim wojskiem powędrował komitet polskich rewolucjonistów. Zakwaterował się w pałacu Branickich, tak jakby w mieście nie było skromniejszej siedziby, godniejszej niezłomnych wrogów burżuazji i kapitału. 30 lipca 1920 roku Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski wydał odezwę o przejęciu władzy w Polsce, zapowiadającą wielkie zmiany w Polsce, m.in. utworzenie Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad oraz nacjonalizację ziemi i przemysłu.
komunikat tkrp

Pod zarządem komunistów znalazło się Podlasie i część Mazowsza, zajęte przez bolszewików na przełomie lipca i sierpnia. Natychmiast przystąpiono do formowania Polskiej Armii Czerwonej, ale bez powodzenia. Do ludowej armii zgłosiło się tylko 176 ochotników. Polrewkom, niezrażony tą
porażką, czekał niecierpliwie na dalsze zdobycze militarne rosyjskich czerwonoarmistów. Tak, jak radzieckie dowództwo liczyli na rychłe wejście do Warszawy. Z zamiarem wkroczenia do stolicy razem z wojskami sowieckimi udali się do Wyszkowa. Tymczasem zamiast triumfu, przyszła historyczna porażka w bitwie warszawskiej. 22 sierpnia, wraz z wycofującymi się oddziałami Armii Czerwonej, Komitet w pośpiechu opuścił Białystok i udał się do Mińska.

Próba zaszczepienia w Polsce komunizmu nie udała się. Bolszewicy musieli podpisać pokój, gwarantujący Polsce niepodległość i władzę na znacznym obszarze ziem wschodnich. Niedoszli władcy Polski pozostali w swojej przybranej, komunistycznej ojczyźnie. Żaden z członków Komitetu nie dożył Polski Ludowej.

Marchlewski, który opracował program rolny bolszewików i był dyplomatą radzieckim na dalekim wschodzie, zmarł w 1925 roku wskutek choroby nerek.
Dzierżyński, kierujący radzieckimi organami bezpieczeństwa odpowiedzialnymi za zbrodnie na
przeciwnikach politycznych, dożył tylko 49 lat. Zmarł na atak serca podczas posiedzenia komitetu centralnego WKP(b) w 1926 roku.
Edward Próchniak, Józef Unszlicht, Stanisław Bobiński, Tadeusz Rydwański i Bernard Zaks zostali aresztowani i rozstrzelani z rozkazu Józefa Stalina w czasach „wielkiej czystki” w latach 1937-1938. Najdłużej żył Feliks Kon. Zmarł w 1941 roku, w wieku 77 lat, jako kierownik polskiej sekcji Radia Moskwa.

Na podstawie: http://altiok.blox.pl/2011/07/23-VII-1920-Niedoszly-rzad-Polskiej-Republiki-Rad.html

czwartek, 6 lipca 2017

Wyklęta armia, wyklęty generał

Dlaczego generał Anders został dowódcą polskiej armii w ZSRR? Jak to się stało, że jego armia nie rozpoczęła walki u boku Armii Czerwonej? Czy pojenie polską krwią maków na Monte Cassino miało sens?
Pierwszy września 1939 roku. Jestem w Lidzbarku nad granicą Prus...
Tak zaczynał swoje wspomnienia o latach II wojny generał, którego nazwisko kojarzy się przede wszystkim z armią polską powstałą w stalinowskim Związku Radzieckim. Armią, która na froncie wschodnim nie odbyła ani jednej potyczki. Po wędrówce przez Azję i Afrykę, wzięła udział w bitwach na terenie Włoch. Niezwykłe dzieje tej armii oraz jej żołnierzy przedstawił Kacper Śledziński w książce "Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa". Opierając się na setkach akt archiwalnych, opracowań i wspomnień autor stworzył przejmującą lekturę. Dokumentującą nie tylko genezę powstania armii, jej tworzenie i przyczyny zaskakującej ewakuacji, ale także przedstawiającą tragiczne losy wielu Polaków w tych nieludzkich czasach.

Trudno w tej historii znaleźć bohaterów bez wad. Oficerowie polscy nawet, gdy II Rzeczpospolita zniknęła z map, prezentowali typowe dla międzywojnia rozpolitykowanie. Często nie potrafili zapomnieć o osobistych uprzedzeniach i urazach, zrezygnować z niezdrowej rywalizacji. Niesnaski i ambicje na najwyższych szczeblach wojska i emigracyjnych rządów nie pozwoliły na stworzenie spójnej polityki wobec aliantów i nowego, od lata 1941 roku, "sojusznika" - Związku Radzieckiego. Interes Polski w negocjacjach decydujących o przyszłym porządku europejskim był bardzo słabo reprezentowany. Wojna niemiecko-radziecka wydawała się na początku wielką szansą na odrodzenie przedwojennej Rzeczypospolitej. Tymczasem skomplikowała sytuację i uzależniła Polskę od planów Stalina.

Jak to się stało, że armia generała Andersa nie rozpoczęła walki u boku Armii Czerwonej? Dlaczego, mimo że zakładała to umowa polsko-radziecka, wojsko polskie wyszło z terytorium Związku Radzieckiego? W PRL-u tłumaczono dość pokrętnie, że współpracy z bratnim narodem radzieckim przeszkodziła wielka polityka i burżuazyjne zacietrzewienie polskiego rządu. Peereleowska propaganda nie wyjaśniała też, jaka była prawdziwa przyczyna przebywania na terenie Związku Radzieckiego prawie miliona obywateli polskich i w jakich warunkach tam żyli. Generał Anders przedstawiany był jako wróg ludowego państwa i narodu polskiego. Niegodny miana Polaka, wyrodny syn, który rzekomo zerwał lojalność wobec własnego państwa. Współczesny polityk powiedziałby, że "nie może występować z flagą biało-czerwoną". W takiej atmosferze, w roku 1946 pozbawiono go polskiego obywatelstwa.

Dlaczego to generał Anders został dowódcą polskiej armii w ZSRR? Premier Władysław Sikorski chciał mieć na tym stanowisku generała dywizji Stanisława Hallera, komendanta obrony Lwowa z 1920 roku. On oraz generał Marian Januszajtis-Żegota byli najwyższej rangi wojskowymi polskimi przebywającymi na terenie Związku Radzieckiego. Haller nie zgłosił się jednak do polskiego wojska. Jak się później okazało zostało, po pobycie w obozie w Starobielsku, został wywieziony do Charkowa i w kwietniu 1940 roku zamordowało go NKWD. Do generała Januszajtisa-Żegoty premier Sikorski nie miał takiego zaufania. Może ze względu na jego powiązania z endecją, a może z powodu krytycznego stosunku do układu z ZSRR. Ostatecznie wybór padł na Andersa, który, gdy podpisywano umowę Sikorski - Majski, był więziony w Moskwie w siedzibie NKWD na Łubiance. Zwolniono go 4 sierpnia 1941 roku, a 11 sierpnia awansowano na generała dywizji. Kierownictwo NKWD uznało, że dla jest to niezły kandydat na wodza "sojuszniczej" armii. Choć Anders wielokrotnie podczas przesłuchań odmawiał wstąpienia do Armii Czerwonej i udziału w rządach polskich pod opieką sowiecką, uważało, że byłego oficera armii carskiej "lubiącego dziewczynki" uda się im podporządkować. W tym czasie generał był zwolennikiem porozumienia polsko-radzieckiego. Jego nominacja nie wszystkim Polakom się podobała. Na przykład szef sztabu Naczelnego Wodza generał Tadeusz Klimecki wyraził wątpliwości czy armię powinien organizować "oficer z urazem do Sowietów".

Generał Anders uważał, że należy się spieszyć z tworzeniem wojska. We wrześniu 1941 do mówił do generała Zygmunta Bohusza-Szyszki:
Nie wierzę im. Mają nóż na gardle, więc są układni i grzeczni. Ale to może szybko przeminąć. Bądź okrzepną, bądź też ulegną Niemcom. W jednym i w drugim wypadku nasza sprawa znowu znajdzie się w impasie. Musimy bardzo się spieszyć. Musimy się zorganizować i stworzyć silne wojsko. Musimy ratować naszą ludność. Damy Sikorskiemu pełne i lojalne poparcie.
Były to obawy w pełni uzasadnione. Stalin był skłonny do ustępstw wobec Polaków z powodu niespodziewanego zerwania przez Hitlera paktu Ribbentrop-Mołotow i wkroczeniu wojsk niemieckich na tereny Związku Radzieckiego. Dopiero w grudniu 1941 roku niemiecki Blitzkrieg został zatrzymany pod Moskwą. Do tego czasu Stalin obawiał się, że jego polityka poniosła klęskę i lada moment zostanie obalony przez partyjną opozycję. W odzyskaniu wiary w sukces pomogli mu niedawni wrogowie, niespodziewani sojusznicy: Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, którzy postanowili wesprzeć Sowietów w walce z Hitlerem. Grudniu 1941 roku Stalin już twardo stał przy swoim planie przejęcia po wojnie wschodniej części Polski, krajów nadbałtyckich oraz bolszewizacji całej Europy Środkowej.

Układ Sikorski-Majski, podpisany 30 lipca 1941 roku pod naciskiem Anglii, przywracał stosunki dyplomatyczne między obu państwami, zerwane 17 września 1939 z chwilą agresji ZSRR na Polskę. Miał na celu wspólną walkę obu państw z III Rzeszą w ramach koalicji antyhitlerowskiej. Rząd radziecki uznał, że jego traktaty z Niemcami z 1939 roku tracą moc. Układ przewidywał budowę armii polskiej w Związku Radzieckim pod dowództwem polskim. Ponadto rząd ZSRR zagwarantował „amnestię” dla obywateli polskich: więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach Gułagu. Pakt budził duże kontrowersje wśród polskich polityków. Jego podpisania odmówił Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Władysław Raczkiewicz.

Konsekwencją układu była umowa wojskowa, zawarta w Moskwie 14 sierpnia 1941 roku, która przewidywała utworzenie "w możliwie najkrótszym czasie" wojska polskiego. Miało być częścią sił zbrojnych suwerennej Rzeczypospolitej i walczyć przeciwko Niemcom wspólnie z Armią Czerwoną oraz wojskami innych państw sojuszniczych. Ustalono, że operacyjnie podlegać będzie naczelnemu dowództwu ZSRR. Z nim też strona polska miała uzgadniać sprawy organizacyjne i personalne. Uzbrojenie oraz wyposażenie polskiej armii miało być dostarczone przez stronę sowiecką lub przez rząd RP, w ramach ramach pomocy z USA.

obozy
Dziś nie sposób ustalić ilu obywateli polskich wywieziono z II RP po inwazji radzieckiej we wrześniu 1939 toku. Starsze opracowania mówią nawet o 1,5 mln ludzi, nowsze podają liczbę 500 tysięcy. Radzieckie dokumenty są marnym źródłem dla historyków. Wielu deportowanych zmarło podczas długiej drogi na Syberię, a NKWD nie kontrolowało czy z pociągu wysiada tylu ludzi, ilu do niego wsiadło. Oprócz planowanych wywózek cały czas trwały aresztowania podejmowane na podstawie decyzji lokalnych władz bezpieczeństwa, prowadzono także przymusowy pobór do Armii Czerwonej. Generał Anders we wspomnieniach zapewniał, że przez mury więzienne docierały do niego wiadomości o ogromnej liczbie aresztowanych i zesłanych Polaków.

Choć określenie "amnestia" zakładało jakąś winę ludzi bezprawnie wywiezionych na wschód, setki tysięcy Polaków cieszyły się, że umowa z ZSRR daje im jedyną szansę na powrót do normalnego życia. Generał obejmując stanowisko głównodowodzącego powstającej armii, dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Radzieckie ułaskawienie objęło niemal 400 tysięcy obywateli polskich, ale nie uwzględniono w nim osób narodowości ukraińskiej, białoruskiej i żydowskiej.

Informacja o "amnestii" z trudem docierała do Polaków rozsianych po radzieckich obozach i kołchozach. Sowiecki aparat władzy hamował, jak mógł wypuszczanie Polaków na wolność.
Nigdzie nie pójdziesz, tu umrzesz, nam teraz są potrzebni robotnicy
- usłyszał od dyrektora cegielni w mieście Kirow niejaki Rumiński. Dopiero wobec takich argumentów zdecydował się ujawnić swoją prawdziwą tożsamość - pułkownika wojska polskiego, Klemensa Rudnickiego. Wkrótce potem został zastępcą szefa sztabu polskiej armii.

Sztab i werbunek powstającej armii mieścił się w Buzułuku koło Kujbyszewa (obecnie Samara). Organizację i szkolenie oddziałów prowadzono w pobliskim Tockoje oraz w Tatiszczewie koło Saratowa. Ze wszystkich stron Związku Radzieckiego miesiącami zjeżdżali Polacy, zwalniani na mocy "amnestii" z łagrów i obozów jenieckich. Wielu nie dojechało, bo nie udało się im znaleźć transportu, wielu zmarło po drodze z głodu, zimna i chorób.

Sztab polskiej armii był zaniepokojony były faktem, że do organizowanego wojska nie zgłaszali się oficerowie więzieni wcześniej w sowieckich obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Sowieci konsekwentnie unikali odpowiedzi na pytania o zaginionych i utrudniali władzom polskim prowadzenie poszukiwań. Stalin na pytanie Sikorskiego o zaginionych wojskowych tłumaczył, że uciekli do Mandżurii. W marcu 1942 podczas spotkania z Andersem kłamał:
Nie wiem gdzie są. Na co ich nam trzymać? Być może, że znajdują się w obozach na terenach, które zajęli Niemcy, rozbiegli się.
Rosyjska zima dała się we znaki żołnierzom armii Andersa. Braki w odzieży, zakwaterowanie w nieocieplonych barakach prowadziło do masowych odmrożeń, chorób i śmierci. Do końca stycznia 1942 roku zmarło 112 żołnierzy. Nie mogło być mowy o normalnym szkoleniu wojska, więc generał Anders zdecydował się starać o przeniesienie powstającej armii na południe. Uzyskał zgodę na ewakuację do odległego o ponad 2000 kilometrów Taszkientu. Transporty zaczęły się w styczniu, ale wyprowadzka na południe nie rozwiązała wszystkich problemów. Wiosna przyniosła upały i nowe choroby. Pojawił się tyfus, potem malaria. W marcu władze radzieckie ograniczyły i tak skromne wyżywienie Polaków. 70 tysięcy żołnierzy i kilkanaście tysięcy cywili otrzymało tylko 26 tysięcy racji żywnościowych.

Groźba głodu i braki w wyposażeniu wojska skłoniły generała Anders do starań o wyprowadzenie armii do Iranu. Sytuacja temu sprzyjała. Stalin miał już inne plany wobec Polski. Nie potrzebował polskiego wojska kierującego się własną polityką i nastawionego wrogo do władzy radzieckiej. Zaczął już tworzyć zalążki armii i władz nowej, wasalnej Polski. Mimo oficjalnego sprzeciwu, dał generałowi zezwolenie na ewakuację części Polaków. Bez tego żadna taka akcja nie byłaby możliwa. Ewakuację popierali Brytyjczycy, którzy potrzebowali wsparcia w walce obronie pól naftowych Iraku i Iranu. Przeciwny był natomiast premier Sikorski, który chciał by silna polska armia weszła do Polski z Armią Czerwona i "patrzyła jej na ręce". Realna władza generała Sikorskiego była za słaba, by zatrzymać armię w ZSRR. Pierwszy transport statkiem przez Morze Kaspijskie wyruszył 24 marca 1942 roku. Do 4 kwietnia w irańskim Pahlevi znalazło się prawie 34 tysiące polskich żołnierzy i ponad 12 tysięcy cywili.

O drugim etapie wycofania Polaków Stalin zdecydował pod naciskiem Churchilla, co generał Anders skwapliwie wykorzystał, uznając, że wyciągnięcie ludzi z ZSRR jest jego najważniejszym zadaniem. Do listopada 1942 roku wysłano do Iranu ponad 115 tysięcy osób, w tym około 78,5 tysięcy żołnierzy oraz 37 tysięcy cywilów. Wśród ewakuowanych było prawie 18 tysięcy polskich dzieci. Część, jak poprzednicy przez Morze Kaspijskie, część przez granicę w Aszchabadzie.
szlak armii andersa

W końcu sierpnia 1942 roku wojsko polskie przeniesiono do Iraku i rozlokowano w pobliżu miast Chanakin i Quizil Ribat. Na Bliskim Wschodzie nastąpiło właściwe szkolenie i organizacja polskiego wojska. 12 września 1942 powstała Armia Polska na Wschodzie licząca cztery dywizje piechoty i brygadę czołgów. Jej dowódcą został generał Anders, a operacyjnie została podporządkowana PAI Force (Persia and Iraq Force). W skład Armii wchodziło około 62 tysięcy żołnierzy.
W lipcu roku następnego  z dowództwa i wybranych jednostek Armii utworzono Drugi Korpus Polski, który miał osiągnąć gotowość bojową 1 stycznia 1944 roku i wzmocnić siły koalicyjne na froncie włoskim. Rozkaz z tej sprawie wydał naczelny Wódz Władysław Sikorski kilka dni przed śmiercią w katastrofie w Gibraltarze. Dowodzenie Korpusem powierzono generałowi Andersowi, który jednocześnie pozostał dowódcą całej Armii. W sierpniu i wrześniu 1943 roku Korpus przegrupowano do południowej Palestyny, a grudniu zaczęto go przerzucać do Włoch.

Stworzenie frontu włoskiego było kompromisem między koalicjantami. Churchillowi marzyło się uderzenie na Bałkany i odcięcie ewentualnego marszu Armii Czerwonej na Europę Centralną. Roosevelt uparcie trzymał się idei lądowania w północnej Francji, która była korzystniejsza z punktu widzenia Stalina. Dla Polaków droga do wyzwolenia ojczyzny prowadząca przez Półwysep Apeniński była drogą okrężną. W dodatku nie wiedzieli jaka to będzie ojczyzna. W tym samym czasie, gdy II Korpus Polski szykował się do walki we Włoszech, w Teheranie (28 listopada –1 grudnia 1943) spotkała się tzw. Wielka Trójka: Roosevelt, Churchill i Stalin. Ustalono między innymi nową granicę wschodnią Polski na tak zwanej linii Curzona i dokonano podziału Europy na alianckie strefy operacyjne – Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej, co przesądzało jej los. Nie chcąc psuć stosunków sojuszniczych, zignorowano sprawę zbrodni w Katyniu. Ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii, ustalenia w kwestii polskiej zostały utajnione. Rąbka teherańskiej tajemnicy uchylił premier Churchill 22 lutego 1944 roku w przemówieniu w izbie Gmin, mówiąc:
Nie gwarantowaliśmy nigdy żadnej określonej linii granicznej Polski.  (...) Oswobodzenie Polski może być obecnie osiągnięte przez armie rosyjskie, po poniesieniu przez nie milionowych ofiar przy złamaniu niemieckiej potęgi wojskowej. Nie mam wrażenia, by żądania Rosji zabezpieczenia jej granic zachodnich wykraczały poza obręb tego, co jest rozsądne i sprawiedliwe.
Dla polskich władz emigracyjnych stało się jasne, że Stalin zażądał granicy z Polską na linii demarkacyjnej z III Rzeszą z września 1939 roku, czyli zbliżoną do tzw. linii Curzona z roku 1920. I, że dostał na nią zgodę koalicjantów.
W nagrodę za czteroletnią polską lojalność, za czteroletnie poświęcenie, któremu nie sprosta żaden naród, premier angielski przyznał połowę naszej ojczyzny Rosji
- skomentował to korespondent wojenny Melchior Wańkowicz. Oczywiście polscy oficerowie wiedzieli, że dwie dywizje piechoty wzmocnione brygadą pancerną nie mogły przeważyć szali zwycięstwa w wojnie z Niemcami. Generał Stanisław Kopański szef sztabu Naczelnego Wodza swoich wspomnieniach, przypominał, że Drugi Korpus Polski:
Nie będzie w stanie zaważyć na losie jednej kampanii, a nawet z trudnością obejmie samodzielny kierunek operacyjny.
anders-cassino

Liczyli jednak, że wywalczą dla Polski wolność i wrócą do kraju. W odczuciu Polaków w lutym 1944 roku ujawniona została zdrada rządu Wielkiej Brytanii. Mimo to, generał Anders podjął się zadania przełamania niemieckiej obrony na wzgórzach klasztornych na Monte Cassino.
Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wysuniemy sprawę polską (...) na czoło zagadnień świata i damy rządowi polskiemu nowy atut w obronie naszych praw
- argumentował. Opinie o generale Andersie są różne, od bardzo pochlebnych po szkalujące. Oskarżano go o przesadną ambicję, prywatę czy mściwość. Na pewno należał do nielicznej grupy wysokiej rangi oficerów nieźle przygotowanych do działań wojennych na poziomie brygady czy dywizji. Miał też zdolność realnej oceny sytuacji militarnej i skoro wyczucia politycznego. W wielu sprawach pomylił się, ale dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej - wyrwał ze stalinowskiej niewoli ponad 100 tysięcy rodaków i wyprowadził ich do Iranu będącego wówczas protektoratem brytyjskim.

Po ponad 70 latach od wojny aktualne pozostaje pytanie czy okupiony wielkimi stratami udział w kampanii włoskiej, nie był marnowaniem sił narodu, skoro wielka koalicja porządek powojenny zbudowała nie licząc się z interesem Polaków? Czy warto było poić polską krwią maki na Monte Cassino, jeśli odrodzona Polska miała stać się wasalem Stalina?

Kacper Śledziński: "Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa". Wydawnictwo: Znak Horyzont.

piątek, 2 czerwca 2017

Wampir zabija szalikiem

Wśród mieszkańców podłódzkich wsi zapanował strach. Krążyły opowieści o „potworze”, „wampirze”, który zabija kobiety. Ludzie bali się wychodzić po zmroku.

Gałkówek w gminie Koluszki ma historię sięgającą średniowiecza. Otoczona lasami wieś w okresie międzywojennym stała się popularnym letniskiem. Przyjemny mikroklimat, bogactwo leśnego runa i bliskość Łodzi powodują, że do dziś jest celem wyjazdów rekreacyjnych łodzian. W PRL-u te sielskie tereny zyskały ponurą sławę i miano „Wampirówka” – polskiej stolicy zbrodni. Ważną rolę w tej makabrycznej historii odegrała miejscowa jednostka wojskowa oraz las bukowo-jodłowy.


las gałkówek


31 lipca 1952 roku w lesie koło Gałkówka znaleziono zwłoki starszej kobiety. Okazało się, że 67- letnia Józefa Pietrzykowska poniosła śmierć wskutek uduszenia, podczas zbierania jagód. Milicja stwierdziła, że morderca miał zamiar odbyć z nią stosunek seksualny, ale ponieważ stawiała opór, udusił ją. Śledztwo nie przyniosło efektów i zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy.

Pięć miesięcy później, po świętach Bożego Narodzenia, łódzka milicja otrzymała wiadomość o znalezieniu ciała 32-letniej Marii Kunki w lesie, w pobliżu wsi Rydzynki koło Tuszyna. Kobieta zaginęła trzy dni wcześniej. Zaniepokojona rodzina rozpoczęła poszukiwania, w wyniku których natrafiono na zwłoki w świerkowym zagajniku. Ofiara została zgwałcona, a następnie uduszona przez zaciśnięcie szalika na szyi. Oprócz motywu seksualnego, brano pod uwagę również rabunkowy, ponieważ z palców denatki zniknęła złota obrączka i pierścionek. I tym razem śledczy okazali się bezradni, po pięciu tygodniach śledztwo umorzono. 

gałkówek zwłoki
Tych dwóch zbrodni nie łączono ze sobą, do czasu, gdy w marcu 1953 roku na polu pod lasem w Józefowie, doszło do trzeciej. 21-letnia Teresa Piekarska została brutalnie zgwałcona, a następnie uduszona przez zaciśnięcie szalika na szyi. Zwłoki kobiety leżały na polu obok drogi, którą codziennie wieczorem wracała z pracy. Pies milicyjny doprowadził śledczych do przystanku tramwajowego. Podejrzewano, że morderca mógł przyjechać tramwajem i pójść za swoją ofiarą. Nic więcej jednak nie ustalono. Kolejny raz nie udało się znaleźć sprawcy.

O bezskutecznym przebiegu śledztw nie informowano opinii publicznej, aby nie wzbudzać paniki. Mimo to wśród mieszkańców podłódzkich wsi zapanował strach. Krążyły opowieści o „potworze”, „wampirze”, który zabija kobiety. Ludzie bali się wychodzić po zmroku. Wtedy „wampir” na prawie dwa lata zrobił sobie przerwę w zabójczym procederze. Wrócił do Gałkówka i zaatakował ponownie w nocy z pierwszego na drugiego stycznia 1955 roku. Zwłoki 22-letniej Ireny Dunajskiej znaleziono dzień później w pobliżu torów kolejowych, obok drogi prowadzącej do wsi Zielona Góra. Ofiara, tak jak poprzednie, miała na szyi zaciśnięty szalik. Medycy sądowi, oprócz licznych zadrapań na ciele, zauważyli złamaną żuchwę. Prawdopodobnie ofiara stawiała opór i morderca musiał użyć znacznej siły, by ją obezwładnić. Śledztwo znów nie doprowadziło do ustalenia sprawcy.

Do kolejnych zabójstw doszło w roku następnym, w marcu 1956. W lasku przy drodze koło Gałkówka znaleziono zwłoki 18-letniej uczennicy technikum w Łodzi, Heleny Walos. „Wampir” dopadł dziewczynę, gdy szła od stacji w Gałkówku do siostry w pobliskiej Borowej. Zgwałcił ją i udusił szalikiem. Ciało odciągnął w mniej uczęszczane miejsce i przykrył płaszczem. Pies tropiący doprowadził śledczych do przystanku kolejowego w Gałkówku i tam trop się urwał. W sierpniu tego samego roku w krzakach jeżyn obok drogi z Gałkówka do Koluszek natrafiono na kolejne zwłoki. Ich zaawansowany rozkład wskazywał, że śmierć nastąpiła co najmniej kilka dni wcześniej. W denatce rozpoznano 22-letnią Helenę Klatę, mieszkankę Borowej. Jej zgon nastąpił wskutek uduszenia. Tym razem „wampir” posłużył się chustką ofiary. Biegli stwierdzili, że i ta kobieta została zgwałcona.


stanisław modzelewski
Śmierć Heleny Klaty zakończyła serię zabójstw na tle seksualnym popełnionych przez nieznanego sprawcę w okolicach Gałkówka. Zeznania świadków oraz kilku kobiet, które przeżyły napad „wampira” doprowadziły śledczych do wniosku, że seryjny morderca jest kolejarzem. Na tej podstawie aresztowano trzech podejrzanych, ale prawdziwego sprawcy nie udało się odnaleźć. Śledztwo w sprawie sześciu morderstw łódzka prokuratura umorzyła w 1957 roku. Mijały miesiące i lata. Opinia publiczna powoli zapominała o „wampirze z Gałkówka”. Coraz bardziej prawdopodobne było, iż zbrodniarz pozostanie nieznany i bezkarny.

Niespodziewany zwrot w sprawie nastąpił po dziesięciu latach. 14 września 1967 roku warszawska milicja przyjęła zgłoszenie śmierci staruszki we własnej wannie. Przybyłego na miejsce funkcjonariusza zdziwiło, że denatka, 87-letnia Maria Gołacka, leżała w wannie ubrana i miała cięte rany na ciele. Sekcja zwłok wykazała, iż staruszka została uduszona, a potem pocięta żyletką. Komenda Stołeczna MO wszczęła w tej sprawie śledztwo, które szybko przyniosło efekty. Z zeznań sąsiadów ofiary wynikało, że miała zatargi z mieszkańcem tej samej kamienicy, Stanisławem Modzelewskim. Jak ustalili śledczy, Modzelewski, kierowca z zawodu, często zmieniał pracę i był karany za kradzieże oraz spowodowanie wypadku drogowego. Ponadto regularnie bił żonę. Modzelewska zwierzyła się kiedyś jednemu z sąsiadów, że nigdy nie miała z mężem normalnego stosunku płciowego, a ojcem jej dziecka jest inny mężczyzna. W tej sytuacji podjęto decyzję o aresztowaniu Modzelewskiego. Zatrzymania dokonano 24 września 1967 roku w Patokach koło Łasku, w domu teściów podejrzanego.

Stanisław Modzelewski procesDo zabójstwa Marii Gołackiej Modzelewski przyznał się dopiero po kilku przesłuchaniach. Jak wyjaśnił, po wypiciu wódki nabrał chęci do "zabawienia się z kobietą". Podczas kolejnych przesłuchań Modzelewski stawał się coraz bardziej rozmowny. Opowiadał śledczym o swoim dzieciństwie, służbie wojskowej, którą odbywał w Gałkówku i o pierwszych latach małżeństwa w Łodzi. Wreszcie wspomniał o swoich kontaktach z kobietami i o zabójstwach popełnionych w okolicach Gałkówka.


Okazało się, że od lutego 1951 do grudnia 1952 roku pełnił służbę w jednostce wojskowej w Gałkówku. Jako kierowca dobrze poznał te tereny, co pomogło mu popełniać zbrodnie. Pierwszą kobietę zamordował jeszcze przed wyjściem z wojska, drugą– kilka dni po ukończeniu służby i przeprowadzce z żoną do Łodzi. Co było zaskakujące, po pierwszej zbrodni Modzelewskiego zatrzymano za bójkę z innym żołnierzem. W areszcie w Koluszkach na krótko osadzono mordercę, który w przyszłości miał zabić jeszcze sześć kobiet. Ostatecznie Modzelewski przyznał się do zamordowania ośmiu kobiet. Ósmej zbrodni, popełnionej w Łodzi, jednak mu nie udowodniono, gdyż nie odnaleziono ciała ofiary.

gałkówek irena dunajska
Proces seryjnego mordercy rozpoczął się w styczniu 1969 roku. Oskarżono go o dokonanie siedmiu morderstw i usiłowania czterech. Ponadto odpowiadał za nielegalne posiadanie broni i dwa rozboje. Rozprawa trwała jedenaście dni. Ponieważ Modzelewski przyznał się do wszystkich zarzucanych mu przestępstw oraz szczegółowo i wiarygodnie opisał przebieg zbrodni, jedyną niewiadomą był wymiar kary.

Na podstawie rozbieżnych opinii biegłych psychiatrów sąd nie mógł jednoznacznie określić czy ten maniak seksualny w chwili zbrodni był świadomy swoich czynów. Ostatecznie sędziowie uznali, że żadne z zaburzeń stwierdzonych u Modzelewskiego, nie świadczy o jego ograniczonej poczytalności. Mógł odpowiadać przed sądem za każde morderstwo.

Sąd wojewódzki w Łodzi 5 lutego 1969 roku skazał go na karę śmierci. Obrona wniosła od wyroku rewizję, którą Sąd Najwyższy odrzucił i podtrzymał wyrok kary śmierci. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Modzelewskiego powieszono w listopadzie 1969 roku w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Mieszkańcy Gałkówka i okolic wciąż pamiętają o historii „wampira”. Jeszcze żyją krewni i znajomi ofiar oraz świadkowie zdarzeń czy wizji lokalnych z udziałem mordercy. Jedną z ofiar, Irenę Dunajską przypomina pomnik w Gałkowie Małym.