niedziela, 6 września 2015

Owoc podwójnej miłości

Witaj w Polsce, Najjaśniejszy Panie! Wybaw nas od tyranów! - wołała do cesarza Francuzów pewna młoda dama w podwarszawskim Błoniu w styczniu 1807 roku.
To wydarzenie, zdaniem Huberta d`Ornano, autora książki "Od Marii Walewskiej do Sisleya. Piękno bez granic” było początkiem polskich koligacji w jego rodzinie.
Lubię powtarzać, że jestem owocem podwójnej miłości francusko-polskiej. To tradycja rodzinna, która wzięła swój początek półtora wieku przed moimi narodzinami, kiedy to mój prapradziad, generał Cesarstwa i przyszły marszałek Francji, Philippe-Antoine d`Ornano, poślubił Marię Walewską – opowiada autor w rozdziale o swych polskich korzeniach.
maria walewska
Urodziwą niewiastą, która wylewnie witała cesarza Francuzów, była Maria Walewska, dwudziestoletnia żona hrabiego Anastazego Walewskiego. Zauroczony Napoleon wkrótce uczynił ją swoją oficjalną kochanką. Z kilkuletniego związku urodził się syn, hrabia Aleksander Colonna-Walewski, późniejszy uczestnik powstania listopadowego i minister rządu francuskiego. Po upadku cesarza i śmierci sędziwego męża Maria została żoną generała d`Ornano. Urodziła mu syna Rodolpha Augusta, po czym umarła w grudniu 1817 roku, mając 31 lat. Słynna metresa Napoleona I była więc praprababką Huberta d`Ornano. Jej drugi mąż - Philippe-Antoine d`Ornano - prapradziadek Huberta, zrobił karierę wojskową w czasach napoleońskich, bo miał kilka nadzwyczajnych atutów:
… miłość Ojczyzny, zakorzenioną w jego rodzinie (...) tradycje wojskowe i pokrewieństwo z Napoleonem Bonaparte...

Został mianowany generałem w wieku 27 lat, co jest dowodem na to, że cesarz Korsykanin niezwykle cenił rodzinne związki krwi… Szczyt kariery Philippe-Antoine`a nastąpił za czasów odrestaurowanego cesarstwa, kiedy Napoleon III mianował go marszałkiem Francji. To Philippe-Antoine tworzył fundamenty współczesnej pozycji rodu d`Ornano.

Na początku XX wieku dziadek Huberta - Alphons Antoine, wielki amator wyścigów i gier, doprowadził rodzinę do finansowego upadku. Odbudowy pozycji d`Ornanów podjął się ojciec Huberta - Guillaume. Po I wojnie światowej rozpoczął karierę w dyplomacji. Na początku lat dwudziestych przyjechał do Warszawy jako attache ambasady francuskiej. Tutaj poznał Elżbietę Michalską – dziedziczkę majątku w Trawnikach koło Lublina. Pobrali się po kilku miesiącach znajomości w roku 1921, a po dwóch latach wyjechali do Francji. Hubert d`Ornano jest ich drugim dzieckiem. Urodził się 31 marca 1926 roku w pałacu w Mełgwi na Lubelszczyźnie. Siedem pierwszych lat życia spędził w pobliskich Trawnikach rządzonych przez babkę - Alexandrę Michalską. Po „sielskim”, polskim dzieciństwie Hubert wyjechał do Francji w roku 1934. Dopiero wtedy nauczył się dobrze języka francuskiego. Polskiego nigdy nie zapomniał…

Hubert i Isabella d'Ornano
W latach trzydziestych XX wieku rozpoczęła się przygoda rodziny d`Ornano z kosmetykami. Początkowo Guillaume współpracował ze słynnym Francois Coty. Po jego śmierci w 1935 roku z trzema innymi udziałowcami zawiązał spółkę Lancome, która rozpoczęła produkcję luksusowych kosmetyków. W tym czasie ojciec Huberta d` Ornano był również merem miasteczka Moulins-sur-Cephons oraz radnym kantonu Levroux. W lipcu 1946 roku Hubert z bratem, wspierani przez ojca, założyli przedsiębiorstwo Perfumy Jean d`Albert. Po kilku latach firma rozszerzyła produkcję o kosmetyki Orlane. Były to produkty najnowszej generacji z zastosowaniem składników naturalnych. Firma szybko rozwinęła się uruchamiając dystrybucję niemal w całej Europie, Stanach Zjednoczonych, Ameryce Południowej, Japonii i Afryce.

W 1976 roku Hubert przejął mały zakład produkcji kosmetyków o nazwie „Sisley”. Razem z żoną, Izabelą z Potockich, postanowili , że będą produkować luksusowe kosmetyki zawierające naturalne wyciągi z roślin. „Sisley” jest ich wspólnym dziełem , ich szóstym dzieckiem - jak żartują. Księżna Izabela - nowoczesna kobieta porozumiewająca się w czterech językach, stała się pierwszą ambasadorką „Sisleya” na świecie.

Aby odnieść sukces d`Ornanowie urządzali wystawne przyjęcia dla dystrybutorów i sprzedawców kosmetyków oraz wykorzystywali swoje znajomości i rodzinne koligacje na całym świecie. Ich osiągnięcia potwierdzają, że kapitał, pomysł i praca bardzo liczą się w biznesie, ale jeszcze ważniejsze są kontakty. Te które się posiada, i te które potrafi się zdobyć jak najszybciej. Na liście znajomych właścicieli "Sisleya" są m.in. prezydenci: John F. Kennedy, Georges Pompidou, Valery Giscard d`Estaing, były król Anglii Edward VIII, papież Paweł VI oraz przedstawiciele najwybitniejszych rodów Europy. D`Ornano cieszą się życzliwością dziennikarzy z najlepszych pism europejskich i amerykańskich. Pod koniec XX wieku "Sisley" stał się marką ogólnoświatową obecną w ponad 90 krajach.

Od Marii Walewskiej do Sisleya
Przypudrowana nieco historia rodu, autorstwa Huberta d`Ornano, jest cennym źródłem wiedzy o życiu arystokracji, jej rodowej i klasowej solidarności oraz świadomości w wieku XX. W tej opowieści nie ma miejsca na konflikty rodzinne, zawiść, niesprawiedliwość, rozwiązłość, wyzysk pracownika czy przemoc. Nawet tak kontrowersyjne sprawy, jak małżeństwo metresy Napoleona z Philippe-Antoine d`Ornano oraz porwanie siedmioletniego Huberta przez babkę, Alexandrę Michalską zostały przykryte pudrem nostalgii i żartu. Autor nie ukrywa, że te historie służyć mają umacnianiu marki produktów „Sisley” - ekskluzywnych kosmetyków dla kobiet, które chciałyby poczuć się arystokratkami. Może im to dać firma, która bez obaw reklamuje jeden ze swoich produktów, jako „najdroższy krem przeciwsłoneczny świata”…

Promocja książki Huberta d’Ornano "Od Marii Walewskiej do Sisleya. Piękno bez granic" miała miejsce 16 czerwca w hotelu Bristol. Wydawca: Editions Spotkania, www.editionsspotkania.pl

sobota, 5 września 2015

Jak najdalej stąd

W nocy z 5 na 6 września 1939 roku z Łodzi wyjechały władze państwowe z wojewodą Henrykiem Józewskim i starostą grodzkim Henrykiem Mostowskim oraz samorządowe z prezydentem Janem Kwapińskim. Ewakuowały się straż pożarna i pogotowie ratunkowe. W obawie przed najeźdźcą masy łodzian ruszyły na wschód w kierunku Warszawy. Wśród nich znalazł się reporter "Expressu Wieczornego" Adam Ochocki (1913-1991). Swoje wrześniowe przeżycia opisał w książce "Reporter przed konfesjonałem czyli jak się przed wojną robiło gazetę". Poniżej przedstawiamy wybrane fragmenty tej niezwykłej opowieści...

* * *

Z mieszkania wywabiły mnie na miasto niezwykłe odgłosy. Mimo nocy ulica tętniła gwarem. Zbudzony turkotem i syrenami przejeżdżających pojazdów, zbiegłem na dół. Świecąc reflektorami pędziły wozy strażackie i policyjne. Pali się? Ale dlaczego tylu pieszych maszeruje chodnikami?
Coś podpłynęło mi do krtani. Już? To chyba niemożliwe. Przecież radio i gazety...
- Panie, co się dzieje? - zagadnąłem kogoś walcząc z resztkami snu.
- Uciekaj pan! Niemcy pod Łodzią! — odkrzyknął w biegu.
I oto los urzeczywistnił moje wieloletnie tęsknoty: na rogu Sienkiewicza i Ewangelickiej (dziś Roosevelta) czekało na mnie kilka wspaniałych limuzyn, połyskujących chromem, lśniących lakierem. Wybór mój padł na essex standard sedan. Nie musiałem nawet wymawiać magicznego zaklęcia: „Sedanie, otwórz się". Drzwiczki były uchylone, kluczyki tkwiły w stacyjce. Owej nocy na wielu ulicach Łodzi stały bezpańskie, porzucone auta. W żadnym nie było kropli benzyny. Te z paliwem w baku mknęły w stronę granicy rumuńskiej.
Próbowałem uruchomić któryś ze stojących samochodów, a gdy żaden silnik nie zaskoczył, wróciłem do domu.
- Uciekajmy, Niemcy idą na Łódź! - zbudziłem żonę.
- Dokąd uciekać?
- Do Warszawy. Warszawa najpewniejsza. Padnie Łódź, Kutno, padną inne miasta, ale stolica?
Przypomniałem sobie, że wojskową komendę miasta przeniesiono w aleję Kościuszki. To blisko. Może tam się trafi jakaś okazja? Wybiegliśmy, zostawiając mieszkanie na łasce losu. Żona w pośpiechu nawet nie zdjęła siatki z włosów. Ja pamiętałem o najważniejszym - o masce przeciwgazowej, zawsze miałem ją pod ręką. Wprawdzie nas jest dwoje, a maska tylko jedna, jednak lepsze to niż nic.
Trafiliśmy na moment ewakuacji. Sztab przenosił się do stolicy. Samochody odjeżdżały jeden za drugim w kierunku północnym. Podszedłem do wysokiego, szpakowatego oficera, chyba w randze pułkownika, może jeszcze wyżej.
- Proszę nas też zabrać. Jestem dziennikarzem. Politycznie zaangażowany - dodałem konspiracyjnym tonem dla większego efektu. Oficer wskazał nam miejsca w autobusie.
- Poruczniku Karp, dowieziecie tych państwa do Warszawy.

plac wolności łódź

Była głucha noc. Nigdy za dnia nie widziałem na ulicach takiego ruchu. Tłumy przelewały się na jezdnie tarasując drogę pojazdom. Ludzie szli obładowani tobołami, walizami. Ktoś dźwigał kołyskę. Na Bałutach wszystko co żywe wyległo z domów. Za oknami naszego autobusu przepływała nędza ludzka. Ciżba nawoływała się, popychała i szła, szła, byle jak najdalej stąd.
Wyjechaliśmy na szosę brzezińską. Autobus zalegała przygnębiająca cisza. Nikomu nie zbierało się na rozmowę. Każdy zostawił w Łodzi najbliższych, może jak my, bez pożegnania. Pierwszy nalot samolotów nieprzyjacielskich unieruchomił nas tuż za Nowosolną. Wojskowi sprawnie przypadli do ziemi w zaroślach. Ja i żona schroniliśmy się w przydrożnym rowie. Po pół godzinie odwołano alarm. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Szosa nie była już tak zatłoczona. Kierowca zwiększył szybkość. Rozwiązały się nam języki. Niemcy nacierają na Warszawę, ale Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Hitlerowi. Alianci pomogą, oswobodzą, to pewne.
- Obejrzycie sobie państwo Warszawkę, po tygodniu, dwóch wrócicie do domu - pocieszali nas wojskowi - My to co innego, służba czeka, ale da Bóg niedługo zobaczymy się w Łodzi!
Za Rawą Mazowiecką miałem wrażenie, że znamy się wszyscy od dawna. Obiecywaliśmy sobie wzajemne wizyty, wymienialiśmy adresy. Znowu alarm. Niebo upstrzyło się czarnymi punkcikami, które warcząc jak wściekłe osy zataczały półkola nad okolicą. Nie opuszczaliśmy wojskowych ani przez chwilę. W kompanii zawsze raźniej, co wojskowi to wojskowi, broń mają przy sobie. Nalot trwał przeraźliwie długo. Niemieckie maszyny wypatrywały uciekających szosą i prażyły do nich z broni pokładowej. Tuż przy mnie przycupnął kolejarz. Gdy niemiecki samolot obniżył się na prowokującą wysokość, kolejarz wymierzył doń z karabinu. Kapitan chwycił go za rękę.
- Oszalał pan? Chce pan im zdradzić naszą kryjówkę?
Świt zaróżowił niebo, ruszyliśmy dalej. Ktoś powiedział, że gęsto rozstawione posterunki przepuszczają do Warszawy tylko samochody wiozące wojskowych. Współtowarzysze podróży popatrzyli na nas współczująco. Na rogatce podoficer żandarmerii zatrzymał nas.
- Wojskowi - zaanonsował kapitan.
- A ci państwo? - podoficer wskazał na mnie i żonę.
- Misja specjalna - odparł kapitan.
Po paru minutach powitała nas Warszawa, miasto, w które bezgranicznie wierzyliśmy, w którym mieliśmy znaleźć ocalenie. Pierwsze kroki skierowaliśmy z żoną na Żurawią 28, do mego brata Ludwika Starskiego. W mieszkaniu nikogo nie było, więc udaliśmy się do ciotki na Wspólną 10, gdzie przeżyliśmy cale oblężenie stolicy.

odezwa komitetu obywatelskiego
Do Warszawy przybywało coraz więcej łodzian. Odpocząwszy po forsownym marszu, utworzyli na gościnnej ziemi stołecznej łódzką wspólnotę. Spotykaliśmy się w kawiarniach, póki jeszcze można było swobodnie chodzić po mieście. Potem miejscem spotkań stały się prywatne mieszkania.
Dużo łodzian opuściło swe rodzinne miasto w podobnych co my okolicznościach pamiętnej nocy z piątego na szóstego września. Jak zawiadomić o sobie rodziny? Łódź już od dziewiątego znajdowała się w ręku Niemców, poczta i telefon nie działały. Ludwik Szumlewski, mój dawny nauczyciel gimnastyki z gimnazjum Wiśniewskiego, potem kolega po fachu z łódzkiej rozgłośni radiowej, znalazł wyjście. Do dyspozycji pozostawały fale eteru. Tą drogą Ludwik nadawał z warszawskiej radiostacji komunikat za komunikatem, przekazując pozdrowienia od łodzian w Warszawie ich rodzinom w Łodzi.
Gnębiła mnie troska o brata i bratową. Już kilka razy zachodziłem na Żurawią. W mieszkaniu panowała niepokojąca cisza. Dozorca nic nie wiedział. Powiedział tylko, że „o pana Starskiego dopytuje się jeszcze taki mały chłopak". Wreszcie powziąłem decyzję i wyważyłem drzwi. W kącie kanapy leżał skulony ze strachu lilipuci aktor Bolesław Kamiński. To on był tym „małym chłopcem", o którym wspominał dozorca. Bolcio, znakomicie operujący wytrychem, kilka godzin wcześniej w celu zabezpieczenia zajął mieszkanie brata, który - jak się okazało - wraz z żoną szukał schronienia u krewnych w Radości. Wieś według powszechnego mniemania powinna wyjść cało z zawieruchy wojennej. W opustoszałych pokojach znaleźliśmy prawdziwe skarby: mnóstwo weków z kompotami i kromkę chleba, twardego jak kamień. Z chlebem już były trudności, całą noc stało się dla zdobycia mizernego bocheneczka.
Sytuacja aprowizacyjna komplikowała się z dnia na dzień. Pikujące samoloty ostrzeliwały kolejki przed sklepami. Razu pewnego podczas nalotu poczułem w sobie nagle kawaleryjską fantazję: gdy stojący przede mną ludzie rozpierzchli się po bramach, wpadłem do sklepu Wedla na Szpitalnej i kupiłem mnóstwo tabliczek czekolady: jedyną, gorzką-lux, deserową - brałem co popadło, ile się dało. W podobny sposób zdobyłem u „Braci Pakulskich" na rogu Brackiej i Chmielnej kilka puszek ogórków. Czekolada i konserwowe ogórki długo stanowiły nasze jedyne pożywienie.
Naloty i bombardowania miasta nękały niemiłosiernie. „Uwaga, uwaga, ogłaszam alarm dla miasta Warszawy... Uwaga, uwaga, nadchodzi... Koma trzy...". Piekielne kanonady, rozrywające się w powietrzu szrapnele, wstrząsy od wybuchów bomb lotniczych, pożary, trupy... Radio ogłaszało apele wzywające ludność, aby ograniczyli
się do dań „z jednego garnka". W restauracyjce na Wspólnej podano nam zupę i... solidne porcje mięsa. Jeszcze bardziej mnie zdziwił niski rachunek. Właściciel lokalu wyjaśnił:
- Widzi pan, z koniną nie ma kłopotu.
O ten gatunek mięsa rzeczywiście nie było trudno. Każdy nalot zapewniał świeże dostawy. Gdy tylko odwoływano alarm, ludzie wybiegali z nożami i odbywali rzeźnickie praktyki.

ochocki-ochocka 1946
Słuchaliśmy pilnie zagranicznych stacji radiowych. Nadzieje na oswobodzenie Warszawy topniały, ustępując miejsca zwątpieniu i rozpaczy. Wiadomo już było, że mimo bohaterstwa żołnierzy i ludności cywilnej stolica nie zdoła się obronić, nie doczeka się pomocy aliantów, w których tak wierzyliśmy. Po co więc było uciekać z Łodzi, rozstawać się z rodziną i narażać na takie trudy?
Dzień przed kapitulacją otwarto magazyny Monopolu Tytoniowego. Ludzie wtargnęli do środka, tratując się w przejściach. Za kilka złotych kupiłem u kogoś worek cygar „ratuszowych". Przydały mi się później na łapówki. Po wkroczeniu Niemców dalszy nasz pobyt w Warszawie stracił sens. Postanowiliśmy wrócić do Łodzi. Pociągi szły nieregularnie, oblepione ludźmi. Wynajęliśmy w kilkanaście osób furmankę. Po drodze Niemcy zatrzymywali nas kilka razy. Mężczyzn zmuszano do grzebania zabitych koni. W Skierniewicach hitlerowscy żołdacy spędzili tłum ludzi i wśród pokrzykiwań, pomagając sobie uderzeniami kolb, kazali popychać pociąg. Operator filmowy z przejęciem uwieczniał to na taśmie.
Jeszcze jeden nocleg w Głownie — i Łódź. Rodzina wiedziała o naszym ocaleniu. Siedzieli przy głośnikach, gdy Szumlewski nadawał komunikaty. Powoli przychodziłem do siebie. Skończyły się naloty, bombardowanie. Koma trzy nadszedł. Może nie będzie tak źle — pocieszałem się znowu. Ojciec mówił mi przecież, że Niemcy to kulturalny naród. Pierwsze dni okupacji nie zapowiadały późniejszych okrucieństw. Pobyt w Łodzi po upiornych nalotach i bombardowaniu Warszawy wydał się - nawet w tych warunkach — jakimś wytchnieniem. Chleb można było jeszcze dostać bez trudności, niebo jaśniało czystym błękitem...
* * *
Źródło: Adam Ochocki „Reporter przed konfesjonałem czyli jak się przed wojną robiło gazetę”.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Swój do swego, po swoje

Obrońcy narodowych interesów nawołują: "kupuj u swego", "jedz polską żywność", "odpoczywaj w polskich górach i nad polskim morzem"... Ale czy ktoś zagląda w paszport sprzedawcy marynarek, albo żąda aktu chrztu od dostawcy pizzy...?

W okresie międzywojennym teoretycznie łatwiej było realizować chwytliwe hasła wspierania narodowego handlu i przemysłu. Wiele firm otwarcie deklarowało swoje "słuszne" pochodzenie narodowe i wyznanie. Były reporter "Expressu Wieczornego", Adam Ochocki wspominał po latach:
Niemal cały przemysł i handel konfekcyjny znajdował się w rękach żydowskich przedsiębiorców. Nie mogła tego ścierpieć Narodowa Demokracja, nawołująca poprzez swych liderów do bojkotu żydowskich towarów i zaopatrywania się wyłącznie w sklepach chrześcijańskich. „Swój do swego po swoje!" - darli się endecy za swym wodzem, osławionym adwokatem Kazimierzem Kowalskim. Ba, ale, gdzie „prawdziwi" Polacy mają kupować konfekcję, jeśli w mieście brak innych tanich źródeł zakupu?
kupujmy swoje

Na fali tego gospodarczego patriotyzmu w latach trzydziestych ubiegłego wieku przy ulicy 11-go Listopada (Obrońców Stalingradu, dziś Legionów) otworzył się „Chrześcijański Dom Odzieżowy". Mimo reklamy w pismach narodowo-katolickich i na plakatach oraz niezłej lokalizacji szło mu nietęgo. Prawdopodobnie dlatego, że chciał sprzedawać dużo drożej niż sklepy przy pobliskiej Nowomiejskiej. Wspomniany już reporter Adam Ochocki próbował bliżej przyjrzeć się temu zjawisku. W poszukiwaniu sensacyjnych tematów zatrzymał się któregoś dnia przed witryną chrześcijańskiego sklepu przy 11 listopada. Na wystawie prezentował się świetnie garnitur identyczny, jak u "Lewina i Ajzena" przy placu Wolności. Zaintrygowany reporter odwiedził Ajzena i spytał:
- Widział pan te ubrania na 11-go Listopada?
- Dlaczego miałem nie widzieć? Muszę wiedzieć, co konkurenci sprzedają.
- Ich ubrania wyglądają identycznie jak te, które są u pana. Ale oni sprzedają o dwadzieścia, trzydzieści złotych drożej. Czy ich konfekcja jest lepsza?
- Nie może być lepsza, bo to są te same ubrania, które ja mam. Szyli je ci sami chałupnicy brzezińscy, z tego samego towaru. Kupili je u tych samych hurtowników co ja, po takiej samej cenie, tylko oni chcą więcej zarobić i na tym polega cały witz! - wyjaśnił kupiec.

"Chrześcijański Dom Odzieżowy", który miał sprzedawać wyłącznie polskie towary, zatrudniał żydowskich chałupników! Dla prostych odbiorców narodowej propagandy mógł to być prawdziwy szok. Gdzie podziały się idee głoszone publicznie przez przywódców endeckich? Aby upewnić się, jak w praktyce działa chrześcijański handel, reporter wybrał się do sklepu przy 11 Listopada wraz z doświadczonym pracownikiem Ajzena.
Udawałem, że przywiodła mnie chęć kupna. Gdy mierzyłem ubranie, mój rzeczoznawca starannie, fachowo je obmacał, zbadał podszewkę i fastrygi, po czym mrugnął do mnie porozumiewawczo, jakby chciał powiedzieć, że nie zawiódł mnie nos reporterski. Mimo zdobycia tak rewelacyjnej nowiny, sklep opuszczałem nieco zawiedziony. Nikt mnie nie zatrzymywał, nikt nie wybiegł za mną na ulicę, a gdy spytałem o cenę, sprzedawca rzucił mi ją od niechcenia i zajął się czymś innym.

Najwyraźniej bardzo brakowało w tym sklepie sprzedawcy, któremu chce się pracować i który potrafi tak oczarować klienta, aby nie wyszedł bez zakupu. Jak zamierzał "Chrześcijański Dom Odzieżowy" konkurować z kupcami z placu Wolności i Nowomiejskiej, którzy znali mnóstwo sposobów na zainteresowanie i zatrzymanie nabywcy. Na przykład takie:
Kupiec, widząc po zachowaniu klienta, że go czeka ciężka przeprawa i kto wie, czy w ogóle dojdzie do uzgodnienia ceny, wołał rozpaczliwie:
- Kieszenie! Zobacz pan tylko te kieszenie!
Klient zapuszcza rękę do kieszeni i - nieruchomieje. Wyczuwa pod palcami obecność metalowego krążka, dokładnie - srebrną pięciozłotówkę! Już nie targując się, unosi pośpiesznie ze sklepu nabytek, nie wiedząc, iż kupiec opuściłby mu znacznie więcej, niż wynosiła wartość „znaleźnego".

Dziennik "Republika" w grudniu 1936 roku ujawnił, że udziałowcami "Chrześcijańskiego Domu Odzieżowego" są narodowcy, m.in. mecenas Kowalski i jego brat oraz, że wbrew głoszonym publicznie zasadom zatrudniają u siebie żydowskich krawców. Kowalski uznał to za zniesławienie i pozwał przed sąd redaktora odpowiedzialnego "Republiki", Wacława Smólskiego. Po przesłuchaniu świadków sąd ustalił, że faktycznie ubrania dla chrześcijańskiego sklepu szyli Żydzi. Mieli zakaz pokazywania się klientom, więc pracowali rano lub wieczorem, kiedy wejście dla osób postronnych było zamknięte. Nie udało się natomiast udowodnić, że mecenas Kowalski był udziałowcem spółki. W tej sytuacji sąd uznał, że zarzut zniesławienia mecenasa był uzasadniony i skazał redaktora Smólskiego na 3 miesiące aresztu z zawiesze­niem i 500 złotych grzywny.


Ale w tej precedensowej sprawie nie wyrok był najważniejszy. Jej sedno tkwiło w sposobie tłumaczenia właścicieli sklepu, dlaczego zatrudniają Żydów, choć twierdzą publicznie, że wspierają polską wytwórczość. Chodziło im rzekomo o to, by wyłudzić od Ży­dów modele i przez to podnieść poziom polskiego rzemiosła. Z tym beznadziejnie prostackim wyjaśnieniem rozprawił się bez litości obrońca Smólskiego, adwokat Lederman. Jeśli tak rzeczywiście jest - stwierdził - to panowie z "Chrześcijańskiego Domu Odzieżowego" popełnili przestępstwo. Wszak wyłudzenie jest przestępstwem. Ale któż uwierzy, że aby uszyć ubranie za ledwie 20 złotych, trzeba posuwać się aż do kradzieży wzorów? Jaką opinię mają narodowcy o polskich krawcach, jeśli uważają, że nie potrafią samodzielnie uszyć prostego ubrania..? To obraża polskiego rzemieślnika... Miał rację?

Na podstawie: Adam Ochocki „Reporter przed konfesjonałem czyli jak się przed wojną robiło gazetę”. Wszystkie cytaty pochodzą z tej książki.

środa, 5 sierpnia 2015

Nie chcemy kina bez pianina!

Usłyszeć głos filmowej gwiazdy: Chaplina, Negri czy Garbo… To marzenie widzów niemego kina spełniło się na przełomie lat 20. i 30.  Ale nie wszyscy z tego się cieszyli…

31 października 1929 roku po raz pierwszy w Łodzi wyświetlono film dźwiękowy. Niespodziankę taką sprawił wielbicielom X Muzy kinoteatr „Capitol” przy ulicy Zawadzkiej 16 (obecnie Próchnika). Łodzianie obejrzeli „Śpiewaka z Broadwayu”, film śpiewno-dźwiękowy (o oryginalnym tytule „Lucky Boy”) z George`em Jesselem w roli głównej. Główny bohater, zwany „Lucky Boy”, oczarował widownię pięcioma piosenkami, z których „Oczy mojej matki” i „Niezapominajki”, należały wówczas do najpopularniejszych szlagierów amerykańskich.
Dyrekcja kinoteatru długo utrzymywała projekcję w tajemnicy. 28 października w „Kurierze Łódzkim” poinformowano, że „Capitol” będzie nieczynny do czasu ukończenia montażu aparatury projekcyjnej w celu wyświetlenia pierwszego filmu śpiewno-dźwiękowego. Dopiero w dniu seansu gazety opublikowały zapowiedź i całostronicowe reklamy filmu. Następnego dnia w „Echu” recenzent „Steep” z pewną dozą krytycyzmu, ale i z entuzjazmem relacjonował swoje wrażenia:
Pierwszy film dźwiękowy, jaki zobaczyliśmy w Łodzi nie jest wprawdzie ideałem, lecz w dziejach kinematografii stanowi nowy krok naprzód, przynosi nam zupełnie nowy rodzaj wrażeń artystycznych.
Niewątpliwie, dominującym uczuciem każdego widza i słuchacza jest tu uczucie podziwu dla zwycięskiego ducha ludzkiego. Jakieś dziwne wrażenie niepokoju ogarnia człowieka, słuchającego owych przemawiających dziś i śpiewających widziadeł na ekranie. (..) Cudowny ten wynalazek kryje w sobie fantastyczne wręcz możliwości…


„Śpiewaka z Broadwayu” wyemitowano na aparatach „Chronophone Gaumont", a synchronizację filmu wykonano na amerykańskich aparatach RCA Photophone w wytwórni Tiffany Ton. W tym samym czasie w innym łódzkim kinie „Splendid” (ulica Narutowicza 20) instalowano aparaturę firmy Western Electric. 29 października 1929 roku „Splendid” chwalił się w „Kurierze” sprzętem za 200 tysięcy złotych i zapowiadał pierwszą projekcję filmu dźwiękowo-śpiewnego. „Capitol” (po wojnie – Włókniarz) niespodziewanie go wyprzedził, ale to „Splendid” (po wojnie - Bałtyk) jest uważany za pierwsze w Łodzi kino dźwiękowe. Na inaugurację 14 listopada 1929 roku (2 tygodnie po „Capitolu”) pokazał „Statek komediantów” - adaptację broadwayowskiego musicalu "Show Boat". Później grał m.in. słynnego „Śpiewaka jazzbandu” i „Śpiewającego błazna” z Alem Jolsonem oraz sfilmowane rewie z Broadway`u.

Projekcje filmowe dotarły do Łodzi wkrótce po opatentowaniu kinematografu braci Lumière. 1 sierpnia 1896 roku w parku w Helenowie odbył się jeden z pierwszych pokazów w Polsce. Pierwsze stałe kino (zwane wtedy kinematografem) otworzyli bracia Krzemińscy w 1899 roku, przy ul. Piotrkowskiej. Przed I wojną światową działało w Łodzi kilkanaście kin. Wojna i niemiecka okupacja spowodowały początkowo upadek wielu małych placówek, ale tuż przed odzyskaniem niepodległości ich liczba wróciła do poziomu przedwojennego. Od pierwszych lat niepodległości liczba kin zdecydowanie rosła. W 1924 r. działały w Łodzi już 22, a w latach trzydziestych było ich 33-34. Spośród miast II Rzeczypospolitej tylko Warszawa miała więcej kin.

Powody tak znacznego „ukinowienia” Łodzi wyjaśniają statystyki: przeciętny mieszkaniec miasta w latach trzydziestych odwiedzał kino raz w miesiącu. Mimo, że ubożsi łodzianie często mieli dylemat: kupić coś dla ducha (bilet do kina) czy dla ciała? Kilogram wieprzowiny kosztował wtedy około 3 złotych, a dobrej kiełbasy - 5 złotych. Za najdroższy bilet do kina trzeba było zapłacić 4,5 złotego, ale była i oferta dla biednych: w Miejskim Kinematografie Oświatowym można było wejść na seans nawet za 10 groszy. Po pojawieniu się filmów dźwiękowych publiczność nadal chętnie (mimo kryzysu) odwiedzała kinoteatry.

Duże zainteresowanie widzów jednak nie przynosiło kinoteatrom szybkich sukcesów finansowych. Obciążone były wysokim podatkiem widowiskowym oraz koniecznością kupowania tzw. świadectw przemysłowych. Dodatkowym, i to bardzo poważnym wydatkiem, była instalacja aparatury dźwiękowej. W roku 1929 kosztowała około 20 tys. dolarów czyli przy ówczesnym kursie prawie 180 000 złotych. Dodatkowo, inwestycja ta obciążona była dużym ryzykiem. W roku 1930 panowało jeszcze dość powszechne przekonanie, że w przyszłości istnieć będą równolegle dwie sztuki filmowe: niema i dźwiękowa. Ponieważ koszty wynajmu „dźwiękowców” były dwukrotnie wyższe od filmów niemych, powodowało to ciągły niedostatek w repertuarach filmów w wersji dźwiękowej. Nawet kina z aparaturą dźwiękową (Capitol, Grand-kino, Casino) grały na przemian filmy nieme i dźwiękowe.

W tej sytuacji trudno dziwić się, że nie wszyscy podzielali entuzjazm dla filmu dźwiękowego. Właściciele ponad 50 kin z województwa łódzkiego, działający w Związku Kinoteatrów Łódzkich, zebrali się 8 stycznia 1930 roku, aby zapobiec dalszemu rozpowszechnianiu się „dźwiękowców”. Kierowała nimi obawa przed utratą zysku i przed kosztowną inwestycją, na którą składał się często nie tylko zakup drogiej aparatury, ale również konieczność gruntownej modernizacji budynku kina, lub nawet wybudowania nowego. Dla lepszego efektu swoje wystąpienie ozdobili patriotycznymi szarfami oraz antyamerykańskimi i antytrustowymi hasłami. Swoje stanowisko przestawili w specjalnej uchwale, która stwierdzała, że wyświetlanie filmów dźwiękowych w obcym języku
przynosi państwu duże straty zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym, krzewi obcą kulturę, mowę, obyczaje już nie tylko wzrokowo, lecz i słuchowo...
Związek kinoteatrów orzekł ponadto, że film dźwiękowy osłabia polski bilans handlowy, przyczynia się do "uprawiania wrogiej nam propagandy", powoduje bezrobocie wśród muzyków (zatrudnianych przez kina nieme), utrudnia rodzimą produkcję filmową oraz obniża poziom sztuki filmowej. Właściciele kin postanowili nie instalować aparatów dźwiękowych w kinoteatrach województwa łódzkiego, zwrócić się do władz o wprowadzenie podwójnej cenzury - oddzielnych dla taśmy filmowej i dla ilustracji dźwiękowej, nie współpracować z dostawcami filmów, którzy oferują filmy dźwiękowe i wymuszają instalowanie aparatów dźwiękowych oraz zaapelować do wszystkich zrzeszeń wojewódzkich o podjęcie takich samych działań. Bojkot oczywiście poparli muzycy, którym według kiniarzy z winy filmu dźwiękowego, groziła utrata środków do życia. W kwietniu 1930 roku odbył się w Warszawie walny zjazd związku zawodowego muzyków, podczas którego zażądali od rządu stworzenia specjalnego funduszu zapomogowego dla bezrobotnych muzyków. Składać się mieli na to właściciele kin obciążeni specjalnym podatkiem.

Środowisko filmowe było podzielone w sprawie dźwiękowej nowości. Niektórzy widzieli w niej szansę na rozwój własnej kultury filmowej, w reakcji na bariery językowe. Inni, zachwyceni osiągnięciami filmu niemego uważali, że raczkujący dźwiękowiec nigdy nie dojdzie do takiego poziomu artystycznego. 6 kwietnia 1930 roku łódzkie elity artystyczne przeprowadziły „sąd” nad filmem dźwiękowym. W Teatrze Kameralnym odbyła się zabawna rozprawa na niby, w której rolę przewodniczącego pełnił literat-satyryk Stanisław Bal, zaś w roli ławy przysięgłych występowała publiczność. Oskarżyciele filmu dźwiękowego - Wacław Ścibor-Rylski i Aleksander Ford - dowodzili, że nie posiada on wartości literackich, ani artystycznych. Mechaniczny głos i dźwięk nie dają koniecznego kontaktu między widownią a wyświetlanym obrazem, podczas gdy w filmie niemym kontakt ten stwarza orkiestra, złożona z żywych ludzi. Obrońca Stanisław Feliks wykazywał, że film dźwiękowy jest dowodem nieustającego postępu ludzkości, którego nic zatrzymywać nie może i nie powinno. Potem „zeznawali” świadkowie. Jako pierwszy zabrał głos dziennikarz „Hasła Łódzkiego” Stanisław Sapociński. Z humorem potraktował sprawę, porównując film dźwiękowy do pięknej kobiety, która tak długo jest piękna i pociągająca, dopóki milczy. Zauroczenie kończy się, kiedy otworzy usta… Literat Stanisław Rachalewski wygłosił wiersz o filmie, po czym nawoływał do niepowiększania kadr bezrobotnych muzyków wskutek rozpowszechniania nowinki technicznej. Obrony filmu dźwiękowego podjął się łódzki artysta-malarz Konstanty Mackiewicz. W swoim przemówieniu dowodził wartości filmu dźwiękowego. Na zakończenie złożył wniosek, żeby film ten uniewinnić, a pod sąd oddać jego przeciwników… Przewodniczący zamknął posiedzenie sądu propozycją, by publiczność czyli ława przysięgłych sama w domu wydała wyrok w sprawie filmu dźwiękowego…

Tak też się stało. Publika głosując nogami szybko wyleczyła kiniarzy z miłości do filmu niemego… Bojkot kin łódzkich w dużej mierze stracił aktualność i sens już w marcu 1930 roku wraz z pojawieniem się pierwszego filmu mówionego po polsku: „Moralności Pani Dulskiej” w reżyserii Bolesława Newolina.

Akcja zrzeszenia kinoteatrów tylko na chwilę zahamowała proces udźwiękowienia kin. Wbrew uchwale w ciągu roku 1930 we wszystkich ważniejszych kinach łódzkich, takich jak „Capitol", „Grand-Kino", „Casino" (później „Polonia"), zainstalowano aparaturę dźwiękową. W następnym roku zrobiły to „Luna” (ul. Przejazd 1, obecnie Tuwima 1/3) i „Przedwiośnie” (ul. Żeromskiego 74/76). Spośród większych kin przy filmie niemym najdłużej trwała „Resursa” (ul. Kilińskiego 123). W 1931 roku jego kierownictwo przeprowadziło plebiscyt wśród widzów, który potwierdził, że ma ono pozostać przy filmie niemym. Jednak w 1933 roku, po remoncie i zmianie nazwy na „Stylowy” i to kino zostało udźwiękowione. W tym samym roku prawie wszystkie łódzkie kina, nawet peryferyjne, przeszły na system dźwiękowy. Tylko dwie placówki usytuowane na Bałutach, przy ul. Młynarskiej: „Lux” oraz „Przyszłość Kultury i Oświaty” grające filmy dla najuboższej widowni, pozostały nieme aż do swojego końca…

wtorek, 4 sierpnia 2015

Śmierć przyszła we śnie

Jeśli człowiek chce się zabić barbituranami, to połyka prochy i popija je wodą, a nie przygotowuje sobie roztwór i robi lewatywę!
marylin monroe
Była 4.25 nad ranem, gdy sierżant Jack Clemmons odebrał telefon i usłyszał: "Marilyn Monroe nie żyje, popełniła samobójstwo". Kilka minut później wszedł do domu w Brentwood i zobaczył w sypialni nagą aktorkę leżącą twarzą w dół, z prześcieradłem przyciągniętym do ciała i ze słuchawką telefonu w dłoni. Zakończona o 10.30 sekcja zwłok wykazała, że Marylin umarła około północy. Stwierdzono brak zewnętrznych objawów przemocy oraz obecność we krwi 8 miligramów wodzianu chlorku i 4,5 miligrama nembutalu, a w wątrobie 13 miligramów nembutalu. Zastępca lekarza sądowego, doktor Thomas Noguchi stwierdził, że obejrzał pod lupą "każdy milimetr jej ciała" i nie zauważył żadnych śladów po igle. Nie przeprowadzono jednak analizy toksykologicznej żołądka aktorki i zawartości jelit. Później wyjaśniano, że próbki te zostały zagubione. Według pierwszej opinii koronera przyczyną śmierci mogło być przedawkowanie barbituranów. Później napisał, że prawdopodobnie było to samobójstwo. Ostateczne orzeczenie wydał 27 sierpnia: "Ostre zatrucie barbituranami - przyjęcie zbyt dużej dawki leków".

Oficjalne wyjaśnienie tej tragedii było stosunkowo łatwe do przyjęcia dla wielu znajomych i współpracowników Marylin oraz dla jej fanów na całym świecie. Oto ono w dużym skrócie. 5 sierpnia 1962 r. o trzeciej w nocy gosposia Eunice Murray, zobaczyła światło pod drzwiami sypialni Marylin. Zapukała do drzwi, ale nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Zaniepokojona wezwała opiekującego się aktorką, psychiatrę - dr Ralpha Greensona. Greenson przybył niezwłocznie, a kiedy wszedł do sypialni, zobaczył Marylin leżącą nago na łóżku ze słuchawką telefoniczną w dłoni. Ponieważ nie dawała znaku życia wezwał policję z Los Angeles. Dopiero po 35 minutach od znalezienia ciała! Policjanci dotarli na miejsce około 4:30 rano. W sypialni detektywi znaleźli 15 butelek leków na receptę i pustą butelkę szampana. Nie szukali śladów linii papilarnych, co wydaje się dość dziwne w takiej sytuacji. Jeszcze dziwniejszy był fakt, że gosposia podczas wizyty policja była pilnie zajęta praniem, a łóżko, na którym leżało ciało wyglądało jakby przed chwilą zostało świeżo zaścielone.

Od śmierci legendy kina lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych minęły już 53 lata, a przyczyny jej przedwczesnej śmierci nadal budzą wątpliwości. Mało kto wierzy jeszcze w oficjalną wersję o samobójstwie. Na pozór wszystko logicznie się ułożyło. Powszechnie znany portret psychologiczny Marilyn przemawiał za taką wersją wydarzeń. Przeżyła trzy nieudane małżeństwa, była narkomanką, miała za sobą poronienia, stany depresyjne i próby samobójcze. Z powodu notorycznego spóźniania się wytwórnia 20th Century Fox wyrzuciła ją z pracy nad filmem "Something's Got to Give". Aktorka miała prawo czuć się podle. Znajomi wiedzieli ponadto, że często mieszała leki z alkoholem. Śmierć Marylin wskutek przedawkowania narkotyków lub środków nasennych (niekoniecznie z premedytacją) była więc dla opinii publicznej najzupełniej realna i prawdopodobna.

W to proste wyjaśnienie zaczyna się wątpić, kiedy wysłucha się co do powiedzenia mieli najbliżsi Marylin. Evelyn Moriaty, dublerka i przyjaciółka, wspominała, że Marilyn była w doskonałym nastroju. Cieszyła się bardzo, że wytwórnia zdecydowała się przywrócić ją do pracy przy "Something's got to give", i to z wyższą gażą. Miała jeszcze grać w dwóch filmach, m.in. w "Opowieści o Jean Harlow".  Jej przyszłość rysowała się w całkiem jasnych barwach. W ostatnim czasie Marilyn zajęta była przygotowaniami do ślubu z Joe DiMaggio. Uroczystość miała odbyć się 8 sierpnia w Los Angeles. Obydwoje zawsze byli ze sobą w kontakcie i uważali, że ich wspólne życie będzie szczęśliwsze niż przedtem. Po ślubie wybierali się w podróż do Nowego Jorku. Zamiast ślubu 8 sierpnia odbył się pogrzeb Marylin...

Dwadzieścia lat po śmierci aktorki, w roku 1982 prokuratura z Los Angeles wydała oświadczenie w sprawie jej śmierci. Jak stwierdzono, Monroe zmarła prawdopodobnie w efekcie przypadkowego przedawkowania leków. Jednak nie wykluczono na podstawie zebranych dowodów, że mogło dojść do morderstwa. Dr Cyril Wecht, specjalista medycyny sądowej uznał publicznie za możliwe, iż aktorce wstrzyknięto substancję toksyczną. Wracają natychmiast wątpliwości i najróżniejsze teorie na temat śmierci gwiazdy Hollywood. Przypomina się o opinii sierżanta Clemmonsa, który po wstępnych oględzinach sypialni był przekonany, że Marylin padła ofiarą morderstwa. Wskazywałyby na to siniaki na ciele aktorki oraz brak szklanki z wodą do popicia tabletek. Ze względu na kilkugodzinne opóźnienie między śmiercią Marylin, a przybyciem policji, uważa się, że wiele dowodów rzeczowych mogło w tym czasie zniknąć. Wiadome było, że aktorka prowadziła pamiętnik, który nie został odnaleziony, mimo że mógłby być ważnym dowodem. Nie zostało wyjaśnione również tajemnicze zachowanie gosposi, która w tak dramatycznych okolicznościach zajęła się praniem...
Minęło pół wieku, a wciąż nie możemy poznać wszystkich szczegółów i dowiedzieć się dlaczego MM zmarła - alarmowały amerykańskie media.
Przy okazji 50. rocznicy śmierci Marilyn Monroe, agencja Associated Press próbowała dotrzeć do pełnych akt na ten temat. Odpowiedź FBI była zaskakująca: "nie ma już materiałów na temat śmierci gwiazdy". Nie odnaleziono ich także w Archiwum Państwowym, gdzie najczęściej przechowuje się takie dokumenty. Nic dziwnego, że znów zaczęły krążyć opowieści o spisku Kennedych, którzy pomagając aktorce zejść z tego świata, chcieli ukryć niewygodne fakty na temat jej romansu z prezydentem Johnem F. Kennedym, a także jego bratem Robertem. Przyczyną śmierci Marylin miał stać się tzw. czerwony pamiętnik, w którym zapisywała rozmowy z Robertem Kennedym. Tych notatek nigdy nie odnaleziono. Do dziś powtarzane są też teorie, że powodem morderstwa mogły być kontakty aktorki z CIA, środowiskami komunistów, a nawet mafią. Jedna z najdziwniejszych hipotez zakłada, że Marylin sfingowała samobójstwo, namówiona przez przez Petera Lawforda (szwagra Kennedych). Miał ją do tego nakłonić (obiecując, że zostanie odratowana), by w ten sposób wzruszyć serca Amerykanów i osiągnąć znów szczyty popularności... W 2013 roku sensacje wzbudziły ujawnione pośmiertnie pamiętniki detektywa Freda Otash’a. Założył on podsłuch w domu Marylin Monroe i opisał to co rzekomo usłyszał w dniu śmierci aktorki.
Ostatnie, co podsłuchałem, to straszny krzyk Marilyn. W jej domu był Robert (Kennedy). Kłócili się, ona wołała, że przekazują ją sobie z bratem jak kawałek mięsa. Potem była szarpanina, on wziął poduszkę i przydusił ją do łóżka. Krzyk ustał, Robert szybko wyszedł i nastała cisza - zanotował Fred 5 sierpnia 1962 roku.

Aż dziw bierze, dlaczego przez pół wieku nie ujawnił tej szokującej wiadomości... Jest oczywiste, że metody śledcze w latach 60. XX wieku były dużo uboższe niż dziś. Zdecydowanie rozwinęła się toksykologia i badania DNA. Nie były wówczas dostępne bilingi rozmów telefonicznych. Ale pół wieku temu rzetelnie prowadzone śledztwo dawało szanse na wyjaśnienie niespodziewanej śmierci gwiazdy kina. Jeśli tak się nie stało, to można domniemywać, że zbyt wielu ludziom zależało na szybkim przyjęciu wersji o samobójstwie. Po wielu latach, wskutek zgromadzonych dokumentów i opowieści świadków, najbardziej prawdopodobna wydaje się wersja niemyślnego spowodowania śmierci aktorki przez jej lekarza - doktora  Ralpha Greensona. Sekcja zwłok wykazała, że do przyjęcia dużej dawki leku nasennego z grupy barbituranów nie mogło dojść wskutek połknięcia, ani zastrzyku. Pozostała jedynie trzecia droga: lewatywa. Potwierdzały to zaobserwowane przez patologów ślady na okrężnicy: przekrwienie i sinawe zabarwienie.
Nigdy nie widziałem czegoś podobnego podczas autopsji. Coś dziwnego działo się z okrężnicą tej kobiety (...) Jeśli człowiek chce się zabić barbituranami, to połyka prochy i popija je wodą, a nie przygotowuje sobie roztwór i robi lewatywę! - stwierdził jeden z lekarzy.

Lek, który spowodował śmierć aktorki, został wprowadzony przez odbyt. Dla Marylin nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo przez lata robiła sobie lewatywy, żeby schudnąć oraz "ze względów higienicznych". Tym razem doszło jednak do tragicznego zbiegu okoliczności. Poprzedniego dnia drugi z lekarzy aktorki - Hyman Engelberg, bez wiedzy Greensona, dał Marilyn receptę na lek o nazwie nembutal. Po jego zażyciu aktorka była nieco oszołomiona, ale rozdrażniona i nie mogła zasnąć. Doktor zdecydował podać jej coś skuteczniejszego - wodzian chloralu. Zlekceważył przy tym ważną sprawę - wzajemne szkodliwe oddziaływanie tych leków. Rozczarowany decyzją Marylin o zakończeniu współpracy, chciał zadziałać szybko i skutecznie. Namówił ją na lewatywę ze środków uspokajających, a o wykonanie zabiegu poprosił gosposię Eunice Murray. Potem Greenson poszedł do domu, a Marylin po kilku minutach zapadła w nieświadomość i zaczęła umierać, pozbawiona fachowej pomocy. Pranie w środku nocy, tuż obok ciała aktorki, można wyjaśnić tylko tym, że podczas płyn z lewatywy wypłynął i pobrudził prześcieradło. Żeby zatrzeć ślady należało je wyprać przed przybyciem policji. Było też dosyć czasu, aby zatrzeć inne ślady oraz uzgodnić zeznania. Greenson najwyraźniej nie miał ochoty odpowiadać za błąd w sztuce lekarskiej ze skutkiem śmiertelnym, a gosposia za współudział w tej tragicznej pomyłce...Choć mogło też dojść do morderstwa z premedytacją, jak sugeruje film "Tajemnica śmierci Marilyn Monroe".

Pogrzeb Marylin Monroe odbył się 8 sierpnia 1962 roku o godzinie 13.00. Bez udziału hollywoodzkich gwiazd filmowych, producentów czy reporterów. W ceremonii wzięło udział tylko około 30 zaproszonych osób: krewnych i przyjaciół aktorki. Podczas nabożeństwa żałobnego trumna z ciałem była otwarta. Marilyn była ubrana w zieloną sukienkę, w której pokazała się w Meksyku kilka miesięcy wcześniej. Została pochowana na cmentarzu Westwood Memorial Park w Los Angeles. Mówiono, że kiedyś zażyczyła sobie, aby na jej nagrobku umieszczono napis: "Tu leży Marilyn Monroe, 95-57-90". Jej życzenie nie zostało spełnione...