środa, 7 listopada 2018

Chłopcy z ulicy Kościelnej [2]


Trzej chłopcy z ulicy Kościelnej w Zduńskiej Woli zniknęli 18 września 1935 roku. Po ponad miesiącu zakrojonych na wielką skalę poszukiwań nie udaje się ich odnaleźć. Po mieście krążą przerażające plotki o mordzie rytualnym popełnionym przez Żydów.

W połowie listopada 1935 do Zduńskiej Woli przybyli: naczelnik Centrali Służby Śledczej - inspektor Sitkowski i szef sztabu Komendy Głównej Policji, major Kozolubski. Po zbadaniu stanu śledztwa i zapoznaniu się z dotychczasowym materiałem wysunęli pięć hipotez:

1. Mord na tle seksualnym, 2. Nieszczęśliwy wypadek, 3. Uprowadzenie przez Cyganów lub włóczęgów, 4. Ewentualna zemsta z powodu konfliktów sąsiedzkich, 5. Samowolne oddalenie się z domu.

nagroda 1000 złotych za pomoc w wyjaśnieniu zaginięcia
Każdą z hipotez szczegółowo przeanalizowano, podjęto dalsze poszukiwania i przesłuchano kolejnych potencjalnych świadków. Powrócono na linię śladów zaginionych i krok po kroku badano otoczenie, od ostatniego punktu widzenia chłopców na ulicy Belwederskiej w dniu zaginięcia aż do Łasku (12 kilometrów). Kolejne hipotezy upadały bądź stawały się coraz mniej wiarygodne. Kierujący śledztwem, nadkomisarz Marian Wagner przebieg dochodzenia i swoje wnioski po jego zakończeniu opisał w dwumiesięczniku Przegląd Policyjny. Co mogło budzić zdumienie, słabo układała się współpraca policji z mieszkańcami Zduńskiej Woli. Wspominał:
Wprawdzie nie utrudniano przeszukiwania zabudowań i obejść, ale przypatrywano się wysiłkom policji z chłodną obojętnością, dając do zrozumienia, że poszukiwania w Zduńskiej Woli nie prowadzą do celu. Daremnie kuszono się o zdobycie w tem mieście informacyj, naprowadzających na możliwość nieszczęśliwego wypadku - tak silnie wżarło się już przekonanie o zamordowaniu dzieci.
Wielu zduńskowolan uwierzyło w oskarżenia wobec miejscowych Żydów o rzekomy mord rytualny. 
Tworzyło to w mieście fatalną atmosferę i zagrożenie przemocą wobec domniemanych "sprawców". Wyznaczenie nagrody tysiąca złotych za pomoc w wyjaśnieniu sprawy, spowodowało masę zgłoszeń zupełnie fantastycznych, a niekiedy wręcz oszukańczych. Zamiast pomóc, utrudniały one śledztwo, kierowały je na ślepe tropy.
Korespondencja anonimowa i jawna piętrzyła się w stosy, telefony dzwoniły ustawicznie. Imaginacja ludzka tworzyła bezmiar pomysłów. A wszystkie musiało się sprawdzać ściśle i wyczerpywać do dna, aby osad niepewności nie grążył w sumieniu, że coś przeoczono lub zaniedbano. Nie sposób wymieniać je tutaj. Było jednak kilka informacyj osobliwością swą wystrzelających ponad inne, gdyż pojawiły się w nich konkretnie nazwiska i rozpoznanie zaginionych.
Przytoczmy za nadinspektorem Wagnerem jedną z takich historii.

Jak Marian udawał Marianka

W pierwszych dniach grudnia 1935 roku wieczorem komendant jednego z posterunków policji zgłosił telefonicznie o zatrzymaniu przez dzieci szkolne wychudzonego chłopca w wieku około 9 lat, odpowiadającego rysopisem Skotnickiemu. Podawał się początkowo za Mariana Cadlera. Potem, gdy nakarmiono go, odziano i ogrzano, przyznał się, że pochodzi ze Zduńskiej Woli, gdzie mieszka obok kościoła i nazywa się Marian Skotnicki. Powiedział, że jego dwaj koledzy i trzeci nieznajomy pozostali za wsią, skąd poszli do pobliskiego dworu. Wędrują już drugi czy trzeci miesiąc, on sam przyszedł teraz do wsi sprzedać jajka, wybrane kurom w miejscu ostatniego noclegu.
Gdy okazano mu podobiznę Jana Marciniaka, na ogłoszeniu wyznaczającym nagrodę, oświadczył pewnym głosem: „to Janek“.

Wiadomość wydawałaby się prawdziwa. Jednak kilka pytań na temat stosunków rodzinnych,
zadanych za pośrednictwem komendanta posterunku, na które chłopak nie potrafił dobrze odpowiedzieć, wzbudziły w śledczych wątpliwość, czy mają do czynienia ze Skotnickim.
Komendant posterunku nie chcąc tak łatwo zrezygnować domniemanego sukcesu, tłumaczył to zanikiem pamięci u chłopca.

Celem ustalenia tożsamości odstawiono wyrostka do najbliższego Wydziału Śledczego. Następnego dnia przekazano potwierdzenie, że zatrzymany jest poszukiwanym Skotni­ckim. Wieść o odnalezieniu jednego z poszukiwanych szybko rozniosła się po mieście. Chłopca przywieziono autobusem  do Zduńskiej Woli. Na rynku oczekiwał go tłum gapiów. Choć nikt z nich nie znał chłopca, wszyscy wołali z przekonaniem "Skotnickiego mają!" Za­wiadomiona matka wybiegła z domu bez obuwia. Po drodze upadła na krawędź chodnika. Zabłocona i okaleczona przybiegła na rynek, gdzie chłopca już nie było. Został zaprowadzony do komisariatu, a  tam potwierdził, że nazywa się Marian Skotnicki.

Jednak pytany dalej o szczegóły, odpowiadał coraz ciszej, aż wreszcie rozpłakał się. Nieznajomość najbliższego rodzeństwa i rozkładu ulic w mieście, zupełna niezgodność z rysopisem zagi­nionego, za wyjątkiem koloru włosów oraz imienia, upewniły śledczych, że mają do czynienia z kimś innym. Potwierdził to ojciec zaginionego chłopca. Okazało się, że rzekomy Skotnicki nazywał się faktycznie Marian Cadler. Za jedzenie i odzież na posterunku postanowił udawać innego Mariana.

zduńska wola plac wolności

* * *

Pomimo dużego zaangażowania policji oraz rodziny zaginionych prawda pozostałaby nieznana, gdyby nie przypadek. 16 stycznia 1936 roku niejaki Stefan Słomian odnalazł zwłoki jednego z chłopców... Cdn...

poniedziałek, 29 października 2018

Podziwiaj, cierp i czuwaj

Kiedy krzesła są wygodne, wówczas na posiedzeniach śpią.

Obszerne fragmenty tekstu Tadeusza Żeleńskiego (Boya) napisanego w 1927 roku, w dwudziestolecie śmierci Stanisława Wyspiańskiego. Dotyczy mniej znanej działalności mistrza secesji: projektowania wnętrz. Autor wypowiada się tutaj jako szczęśliwy(?) posiadacz i użytkownik mebli zaprojektowanych przez młodopolskiego multi-artystę. Jak Boy twierdzi, jego własne mieszkanie było jedynym, które Wyspiański skomponował w całości, urządzonym całkowicie według jego projektów i wzorów. Okazuje się jednak, że duma z posiadania niezwykłego dzieła modnego twórcy nie szła w parze z komfortem. A przecież w tym mieszkaniu trzeba było jakoś mieszkać.

Historia pewnych mebli

Wyspiański miał o urządzeniu mieszkania swoje zupełnie zdecydowane pojęcia. O czym on ich zresztą nie miał! Przyjaciele żartowali nieraz, że gdyby mu oddać świat do urządzenia, okazałoby się, że on ma gotowe idee o wszystkim, jak co powinno wyglądać. Gdyby się do niego zwróciła np. dyrekcja kolei z prośbą o projekt na lokomotywę, Wyspiański wcale by się nic tym nie zdziwił, ale przyniósłby nazajutrz najdokładniej wyrysowany model lokomotywy wedle swego rozumienia. (...) Kiedy się wybrał do Zakopanego, Tatry mu się nie podobały, powiedział, że on by je inaczej przestawił!

Meble Wyspiańskiego do Świetlicy Bolesławowej w Krakowie
Rzecz oczywista, że musiało go zajmować meblarstwo. Któremuś ze znajomych, który sobie urządzał kawalerskie mieszkanko, Wyspiański zaprojektował jakiś uniwersalny mebel, który miał być łóżkiem, komodą, szafą i stolikiem. Skomponował meble do teatru, tworząc świetlicę Bolesława Śmiałego. Brakło mu tylko sposobności do rozwinięcia swoich pomysłów na szerszą skalę. Niebawem znalazła się okazja. Kiedy budowano w Krakowie dom Towarzystwa Lekarskiego, profesor Nowak, entuzjasta Wyspiańskiego i jego przyjaciel, zaproponował mu dekorację gmachu. Wyspiański przyjął z chęcią, skomponował ową śliczną poręcz, dla której niestety klatka schodowa jest zbyt ciasna i uboga, witraż oraz wewnętrzne urządzenie sal. Już wówczas objawił się charakterystyczny rys, mianowicie pewna surowość zabarwiona, jak często u Wyspiańskiego, dyskretną ironią. Ktoś zwrócił uwagę Wyspiańskiego, że krzesła w sali posiedzeń nie są zbyt wygodne. Wyspiański odpowiedział:
Bo też nie powinny być wygodne. Kiedy krzesła są wygodne, wówczas na posiedzeniach śpią.
I objaśnił z uśmieszkiem, że krzesła urządzone są tak, aby ktoś, kto się zdrzemnie, zsunął się łagodnie na podłogę: do tego zmierza prosty grzbiet, gładkie skórzane siedzenie i łukowato zaokrąglona poręcz.

W tym mniej więcej czasie zakładałem ognisko rodzinne. Wyjechaliśmy z żoną do Paryża, tymczasem miano nam po trosze przygotować mieszkanie. Teściowa moja, profesorowa Pareńska, fanatyczna wielbicielka Wyspiańskiego, była z nim w wielkiej zażyłości; Wyspiański bywał w jej domu niemal codziennym gościem. Zwierzyła mu swoje kłopoty radząc się co do szczegółów urządzenia. Na to Wyspiański oświadczył kategorycznie jak zwykle, aby się nie kłopotać niczym, że on się z przyjemnością wszystkim zajmie. Jakoż niedługo potem przyniósł najdokładniej narysowane pierwsze wzory mebli, z pomiarami, skalą, wskazówkami co do gatunku drzewa, wykonania, szczegółów etc. Śliczne te rysunki to istny wzór dokładności, czystości. Kolejno zaprojektował 
całkowite umeblowanie salonu, sypialni wraz z gotowalnią i jadalnego pokoju, stosując je do wymiarów i rozkładu wynajętego mieszkania przy ul. Karmelickiej nr 6. (...)

Wyspiański: projekt krzesła dla Zofii i Tadeusza Żeleńskich
Projekt krzesła dla Zofii i Tadeusza Żeleńskich. Żródło: http://www.wyspianski.mnw.art.pl/
Co się tyczy mebli, Wyspiański też miał swoje odrębne pojęcia. Pojedynczy mebel nie był dla niego rzeczą samą w sobie, ale składową cząstką architektonicznej niejako kompozycji, którą był cały pokój. Miejsce i ustawienie każdego mebla były ściśle oznaczone. W kompozycji każdego mebla punkt wyjścia miał czysto geometryczny. Brał za zasadę linię pewnej długości, a każdy wymiar mebla był pewnym zwielokrotnieniem tej linii. To zapewne dawało owe piękne i harmonijne proporcje każdego pokoju oglądanego w całości.

Z jednym tylko nie liczył się Wyspiański zupełnie, mianowicie... z anatomią ciała ludzkiego i z ludzkimi potrzebami. Sam nie miał tych potrzeb zupełnie, będąc czystym niejako duchem, ożywionym niezłomną wolą; może w ogóle nie zastanawiał się nad tą stroną, a jeżeli się zastanawiał, to raczej w duchu rozmyślnej surowości. Surowość była najwybitniejszą cechą tych mebli, dużych, ciężkich, z ogromną przewagą kloców drzewa, o chudo wysłanym siedzeniu, zbudowanych z samych linii prostych, bez jednej falistości, bez jednego wygięcia. Kiedy mu zwracano uwagę, że tak ciężkie meble bez uchwytu będą bardzo trudne do przestawiania, odpowiedział, że mebla w ogóle nie powinno się przestawiać, że gdyby nie miał stać tam, gdzie go postawiono, to by znaczyło, że w ogóle nie jest potrzebny.zdrzemnie, zsunął się łagodnie na podłogę: do tego zmierza prosty grzbiet, gładkie skórzane siedzenie i łukowato zaokrąglona poręcz. Jak zwykle trudno było wiedzieć, w jakim stopniu Wyspiański mówi poważnie, a w jakim kpi sobie z interlokutora.

W tym mniej więcej czasie zakładałem ognisko rodzinne. Wyjechaliśmy z żoną do Paryża, tymczasem miano nam po trosze przygotować mieszkanie. Teściowa moja, profesorowa Pareńska, fanatyczna wielbicielka Wyspiańskiego, była z nim w wielkiej zażyłości; Wyspiański bywał w jej domu niemal codziennym gościem. Zwierzyła mu swoje kłopoty radząc się co do szczegółów urządzenia. Na to Wyspiański oświadczył kategorycznie jak zwykle, aby się nie kłopotać niczym, że on się z przyjemnością wszystkim zajmie. Jakoż niedługo potem przyniósł najdokładniej narysowane pierwsze wzory mebli, z pomiarami, skalą, wskazówkami co do gatunku drzewa, wykonania, szczegółów etc. Śliczne te rysunki to istny wzór dokładności, czystości. Kolejno zaprojektował całkowite umeblowanie salonu, sypialni wraz z gotowalnią i jadalnego pokoju, stosując je do wymiarów i rozkładu wynajętego mieszkania przy ul. Karmelickiej nr 6. (...)

wyspiański salon żeleńskich
Co się tyczy mebli, Wyspiański też miał swoje odrębne pojęcia. Pojedynczy mebel nie był dla niego rzeczą samą w sobie, ale składową cząstką architektonicznej niejako kompozycji, którą był cały pokój. Miejsce i ustawienie każdego mebla były ściśle oznaczone. W kompozycji każdego mebla punkt wyjścia miał czysto geometryczny. Brał za zasadę linię pewnej długości, a każdy wymiar mebla był pewnym zwielokrotnieniem tej linii. To zapewne dawało owe piękne i harmonijne proporcje każdego pokoju oglądanego w całości. Z jednym tylko nie liczył się Wyspiański zupełnie, mianowicie... z anatomią ciała ludzkiego i z ludzkimi potrzebami. Sam nie miał tych potrzeb zupełnie, będąc czystym niejako duchem, ożywionym niezłomną wolą; może w ogóle nie zastanawiał się nad tą stroną, a jeżeli się zastanawiał, to raczej w duchu rozmyślnej surowości. Surowość była najwybitniejszą cechą tych mebli, dużych, ciężkich, z ogromną przewagą kloców drzewa, o chudo wysłanym siedzeniu, zbudowanych z samych linii prostych, bez jednej falistości, bez jednego wygięcia. Kiedy mu zwracano uwagę, że tak ciężkie meble bez uchwytu będą bardzo trudne do przestawiania, odpowiedział, że mebla w ogóle nie powinno się przestawiać, że gdyby nie miał stać tam, gdzie go postawiono, to by znaczyło, że w ogóle nie jest potrzebny.

Mam wrażenie, że Wyspiański komponował meble do prywatnego mieszkania po trosze tak, jak je komponował na scenę, nie myśląc o tym, że „aktorzy” będą w nich mieszkać cały dzień i całe życie... I tak jak Wyspiański sam był niejako człowiekiem z innej planety, inaczej stworzonym od zwykłych ludzi, tak samo meble jego robiły wrażenie mebli, w jakich mogą mieszkać ludzie na jakiejś innej gwieździe, tak jak są opisy u Rabelais'go lub Swifta ludzi innych krajów, np. trójkątnych etc. Wymiary mebli wynikłe, jak rzekłem, z zasady geometrycznej, dawały różne niespodzianki. Stoliki nocne były na przykład tak olbrzymie, że blat ich sięgał do piersi człowieka; zarazem sprzeciwiały się całkowicie celom użytkowym: ani spojrzeć na zegarek, ani wypić herbatę w łóżku, nic! Olbrzymie fotele w sypialni miały siedzenie o jakieś 10 cm wyższe od normalnych, stolik zaś. wskutek zasady, że ma być równej wysokości z poręczami, był tak niski, że o kant uderzało się kolanami, których nie było sposobu podziać. Bardzo ciężkie, a szalenie niewygodne krzesełka były istnym narzędziem tortur (...).

Meble dostarczano nam stopniowo, tak że nie ogarniało się całości, widziało się jedynie pojedyncze sztuki. Z wyjątkiem p. Pareńskiej, która była sfanatyzowana na punkcie Wyspiańskiego, a wreszcie nie mieszkała tam, patrzyliśmy wszyscy na te meble z pewnym przerażeniem. Oczywiście, wobec tego, że Wyspiański zechciał się nimi zająć, nie było mowy, aby się wymówić od tego, co jego bawiło i zajmowało; również nie było mowy o tym, aby mu czynić jakieś uwagi; ja osobiście byłem w stosunku do Wyspiańskiego bardzo nieśmiały. I zaczęła się najosobliwsza tragikomedia; od czasu do czasu zjawiał się Wyspiański, aby badać postępy mieszkania; z wykonania mebli przez stolarza Sydora był bardzo zadowolony, a to zadowolenie sprawiało nam tyle przyjemności, że pocieszało nas na chwilę. Ale kiedyśmy zostawali sami i kiedy nam stopniowo zabierano prowizoryczne graty, na których się jakoś siedziało, aby je zastępować tymi olbrzymimi, a tak nieprzytulnymi ciosami drzewa, kiedyśmy sobie uprzytamniali, że w nich przyjdzie spędzić życie, ogarniała nas komiczna rozpacz.

Zresztą meble te były tak konsekwentnie skomponowane jako całość, iż gdyby nawet nie owo coś w Wyspiańskim, co onieśmielało, rozumieliśmy, że nic się tu zmienić nie da. Ta bezlitosna surowość tkwiła w samej zasadzie mebli, nie w jakimś szczególe. Była ona związana z samymi surowym pojęciem życia u Wyspiańskiego, z jego sztuką, której zadaniem było budzić, nie dać spocząć, nie dać ludziom drzemać. Istotnie, gdyby ktoś chciał się tam zdrzemnąć, na próżno szukałby we wszystkich pokojach sprzętu ku temu: wszystkie kanapki były krótkie, zaledwie do siedzenia, gdyż np. w salonie kant oparcia wpijał się w plecy. „Cierp i czuwaj” — zdawał się mówić każdy mebel. Sam Wyspiański zresztą, podpisując rysunki, kanapę nazwał surowo „ławą wyścielaną”.

wyspiański jadalnia żeleńskich
Raz tylko zdobyliśmy się na protest, i to po długich certowaniach, kto się ośmieli przyjść do Wyspiańskiego z najpoddańszym przedłożeniem. Chodziło o krzesełka do salonu, ciężkie, wyciosane z grubych kloców jaworu, a których chudo wyścielone siedzenia były tak płytkie, że siedziało się ledwie na brzeżku, już nie pół-, ale ćwierćsiedzeniem. Tu już chodziło o kwestię bytu. Kiedy przyniesiono od stolarza model takiego fotelika, był u nas z wizytą grubas Stanisławski; pamiętam, co za ryk wydał na widok tego mebla, na którym oczywiście mowy nie było, aby mógł usiąść. Wyspiański przyjął nasze błagania dość ironicznie. Odpowiedział, że on uważa to siedzenie za zupełnie wystarczające, i podjął się zademonstrować, że na tym krzesełku można nie tylko siedzieć, ale nawet pisać i rysować, a nawet zjeść obiad stawiając talerz na poręczy. Na to nie było co odpowiedzieć. Mimo to dobrotliwie uległ naszej zniewieściałości, i podwoił głębokość fotelika, co nie zmieniło faktu, że był arcyniewygodny. Model tego pierwotnego fotelika przechowuję dotąd na pamiątkę. Wyspiański twierdził zresztą, że meble w salonie nie powinny być wygodne, bo inaczej goście za długo siedzą i zabierają czas do pracy...

Gdybyż tylko w salonie! Ale w każdym pokoju. Nie jestem sybarytą ani człowiekiem zwracającym wiele uwagi na komfort życiowy, ale mogę z ręką na sercu powiedzieć, że podobne narzędzia tortur mogły budzić podejrzenie wyrafinowanej złośliwości, czym oczywiście nie były. To pewna, że nie było najmniejszego liczenia się z potrzebami gospodarskimi, które zapewne były Wyspiańskiemu dość obce. Najbardziej dało się to uczuć w jadalni. Ogromne, ciężkie, rzeźbione fotele były skomponowane tak, że przy stole miały się stykać bokami, a grzbiety ich tworzyły wysoką i zwartą palisadę, przez którą nie było mowy o podaniu półmiska, sponad której skłopotana służąca oblewała gości sosem, przy czym kolana siedzących wgniatały się nielitościwie w deskę okalającą stół.

Nareszcie po kilkunastu miesiącach urządzenie znalazło się w komplecie. I trzeba przyznać, że widok tej architektury pocieszyć mógł na chwilę stroskanych i obolałych właścicieli. O ile były bezlitośnie niewygodne, były piękne jako całość. Były oryginalne tak, że pamiętam, jak jakiś niemiecki komiwojażer specyfików lekarskich zaczął mnie wypytywać o te meble mówiąc, że oglądał tysiące mieszkań, ale czegoś równie niezwykłego w życiu nie widział. Istotnie, salon z białego jaworu, z ogromną przewagą drzewa, z amarantowym obiciem, ścianami, portierami i firankami w tym samym kolorze, był olśniewający. Był to styl świetlicy słowiańskiej, dostrojony do nowoczesnego salonu z wielkimi lustrami etc. Na przykład żardyniera na kwiaty, a zarazem półka na nuty, ornamentowana w rowki, zupełnie robiła wrażenie, że te rowki są na to, aby każdy ze schodzących się na radę rycerzy mógł tam postawić swoją dzidę (...)

To mieszkanie, jedyne urządzone w całości i szczegółach przez Wyspiańskiego, budziło oczywiście zainteresowanie, oglądano je, podziwiano. Obcy ludzie, przejezdni, przychodzili bez ceremonii oglądać meble Wyspiańskiego: mieszkanie stało się małą filią Muzeum Narodowego, osobliwością Krakowa. Ale co innego było w nim mieszkać! Ratowało nas to, że mój gabinet był urządzony nie przez Wyspiańskiego, tylko jakimiś meblami angielskiego kroju, i tam skupiało się życie całego domu. W salonie bywaliśmy jedynie wtedy, kiedy się go komuś pokazywało; poza tym opalało się go, aby się meble nie zepsuły, i koniec. Kołyska syna była monumentalna; bieguny jej to były dwa zaokrąglone bale, które przy kołysaniu wydawały taki łomot, że trzeba było je odjąć wskutek protestu całej kamienicy. Istna kołyska Bolesława Chrobrego! W całym urządzeniu nie było ani jednego mebla, na którym by można spocząć, na każdym trzeba było trwać sztywno wyprostowany. Powtarzam, gdyby nie oaza „angielskiego” pokoju, nie wiem, co byśmy poczęli. W końcu ogarniała nas rozpacz; dojrzewało postanowienie, aby oddać te meble do muzeum, a kupić sobie bodaj ogrodowe, trzcinowe krzesełka i nareszcie — usiąść!

wyspiański sypialnia żeleńskich
Okoliczności przyspieszyły wreszcie naszą decyzję. Jak wspomniałem, meble Wyspiańskiego były nieprzenośne; nie można było ich rozmieścić inaczej, słowem, nie można się było z nimi przeprowadzić. Otóż mieliśmy tak nieznośnego gospodarza domu (to bywa), że w końcu zmuszeni byliśmy się wynieść: trzeba było, tak czy inaczej, rozstać się z pięknymi meblami. Przypadkowo miał na nie ochotę dr Chramiec, który przerabiał w Zakopanem swoje sanatorium i potrzebował czegoś reprezentacyjnego; kupił je w całości. Kiedy je wynoszono, burząc piękną harmonię linii, łzy mieliśmy w oczach na widok zniszczenia myśli wielkiego artysty. I gdyby to było możliwe, pewno bylibyśmy w tej chwili - mimo wszystko - cofnęli decyzję. Ale już brutalna ręka tragarzy unosiła jedną sztukę po drugiej... Zamieszkaliśmy w staroświeckich przytulnych biedermeierach.



piątek, 5 października 2018

Chłopcy z ulicy Kościelnej [1]

Wyszli z domów około godziny ósmej rano. Dopiero po dwunastej, gdy chłopcy nie zjawili się na obiad, zaniepokojeni rodzice zaczęli ich szukać w mieście, u krewnych i znajomych.

Kazik Górski, Jaś Marciniak i Marianek Skotnicki mieszkali w Zduńskiej Woli, po sąsiedzku, przy ulicy Kościelnej. Byli uczniami drugiej klasy szkoły powszechnej. Lekcje zaczynali od godziny 13.45, więc przed południem zwykle bawili się w gdzieś w pobliżu. Feralnego dnia, 18. września 1935 jednak nie wrócili do swoich domów. Zaniepokojeni rodzice dowiedzieli się od szkolnych kolegów, że chłopcy umawiali się, by iść tego dnia na grzyby. Skierowało to poszukiwania na okoliczne lasy oraz brzegi rzeki Warty, odległej o około 12 km od Zduńskiej Woli. Dopiero kiedy całonocne poszukiwania nie przyniosły efektu rodzice zwrócili się o pomoc do policji. 19 września 1935 roku o godz. 10.55 przez Mateusz Marciniak, ojciec Jasia złożył zawiadomienie o zaginięciu trzech chłopców z ulicy Kościelnej.

Dzięki zeznaniom naocznych świadków ustalono trzy punkty pobytu zaginionych pomiędzy godz. 8.30 a 9 na przestrzeni od wylotu ulicy Kościelnej wzdłuż Belwederskiej w stronę Piwnej. Tam trop się urywał, w innych miejscach już chłopców nie widziano.

Kolejne przesłuchanie kolegów szkolnych przyniosło nową hipotezę. Zaginiona trojka miała rzekomo wybierać się na potajemną wycieczkę do Krakowa, na budowę kopca Marszałka Piłsudskiego. Rozpoczęto akcję poszukiwań poza miastem w kierunku na Kraków. Urząd Śledczy w Łodzi zwrócił się o pomoc do policji krakowskiej
W tym czasie jeden z kolegów szkolnych zaginionych chłopców zeznał , że widział ich wszystkich 18 września o godzinie 9, idących od rogu ul. Kościelnej i Belwederskiej w stronę Dolnej w kierunku na las w Piaskach. Policja przyjęła wtedy za możliwe uprowadzenie dzieci przez Cyganów, którzy tym czasie koczowali w mieście.

Kolejny wątek podsunęła żona sędziego M. z Łasku. Zgłosiła wiadomość, że pod koniec września był u niej w mieszkaniu po herbatę ośmioletni harcerz podobny do zaginionego Kazia Górskiego. W dodatku rozpoznała go na przedstawionej przez policję fotografii. Rozpoczęto poszukiwania śladów w kierunku Krakowa. Na odcinku około 40 kilometrów drogi od Chynowa przez Wadlew, Wielopole, Bełchatów, Kluki, Szczerców w powiecie łaskim i piotrkowskim spotkano się z prawdopodobieństwem przemarszu poszukiwanych od 10 do 15 października 1935 roku. Ślad jednak urwał się za Szczercowem. Brakowało też śladów pomiędzy Łaskiem a Chynowem, co mocno podważało wiarygodność tego wariantu zdarzeń. Pozostawało też pytanie: po co chłopcy szliby do Łasku, który nie jest po drodze ze Zduńskiej Woli do Krakowa?

W pierwszych dniach października 1935 roku Urząd Śledczy w Łodzi o zaginięciu poinformował poprzez centralną rozgłośnię radiową w Warszawie. O sprawie pisała prasa łódzka, warszawska, poznańska i krakowska. Z końcem października wznowiono poszukiwania na terenie całego kraju, licząc że chłopcy mogą pojawić się między żebrakami lub włóczęgami w dzień Wszystkich Świętych.
zduńska wola ulica kościelna

Aby odnaleźć jakiś ślad dzieci, niezwykłe wysiłki czynili rodzice. Przeszukiwali wszelkie miejsca w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, gdzie dzieci mogły ulec nieszczęśliwemu wypadkowi. Brodzili po stawach i moczarach, rozpytywali mieszkańców wsi, gajowych, borowych, przewoźników rzecznych. Wszystko bez skutku. Na ich desperacji korzystali różnego rodzaju hochsztaplerzy, detektywi-amatorzy, wróżki i jasnowidze, wyłudzając pieniądze na oszukańcze ekspedycje, wizje i przepowiednie. Jeden z wróży zapewniał najpierw, że dzieci żyją, lecz są uprowadzone przez starą kobietę, później, że są za rzeką 12 kilometrów od Zduńskiej Woli. W końcu stwierdził, że są daleko i już ich nie widzi.

Zagadkowe zniknięcie chłopców oraz brak postępów w śledztwie rodziło w Zduńskiej Woli i najbliższych miejscowościach najdziwniejsze teorie. Rodziny dręczono niesamowitymi wizjami losu ich dzieci. Anonimami o podobnej treści zasypywano komisariat policji. Rozpuszczono starą plotkę o morderstwie rytualnym popełnionym przez Żydów potrzebujących chrześcijańskiej krwi na macę. W mieście, w którym Żydzi stanowili jedną trzecią ludności groziło to poważnymi rozruchami. Narastały antysemickie nastroje, zaczęto już wybijać szyby w żydowskich domach. Sytuacja stała się tak napięta, że Komendant Główny Policji, generał Zamorski przekazał dochodzenie Centrali Służby Śledczej w Warszawie. Wyznaczono tysiąc złotych nagrody za pomoc w wyjaśnieniu sprawy. Śledztwo wkroczyło na nowe tory. O jego efektach poinformujemy wkrótce...

sobota, 29 września 2018

Tajemniczy gość z nieba [1]

Patrzą na rozkopaną ziemię i na bryły zoksydowanego piasku, poczem oglądają się jeden na drugiego wzrokiem, który mówi:
- Myślałem, że tu jakie dziwa będą, a tu ci kupa piachu...
Dopiero jeden z nich wyjmuje z kieszeni gazetę i objaśnia, iż meteor znajduje się kilka metrów pod ziemią i że trzeba go dopiero odkopać.
- To możeby jaki zarobek przy tem był? - zapytuje jeden z chłopów. 
- A może, niewiada... 
- A ile też to warte, jeśli wykopią? 
- Ponoć 5 milionów marek.
Tak sobie gwarzą (...) o tajemniczym "gościu z nieba" leżącym tuż pod naszemi stopami i mającym wsławić imię miasta... [Orędownik 27.09.1935].

orędownik

* * *
We wrześniu 1907 roku prasa informowała o dużym meteorze przelatującym nad południową Wielopolską. Pierwsze napisały o tym gazety poznańskie. "Kurjer Poznański" 7 września zamieścił notatkę poniższej treści:
Niezwykłe zjawisko na niebie obserwowano w nocy na ubiegły wtorek w Krotoszynie i okolicy. Mniej więcej o godzinie 1. zabłysnęła nagle jaskrawo gwiazda w kształcie kuli, mieniąca się we wszystkich kolorach tęczy, świeciła około trzech minut i rozprysnęła się w niezliczone małe gwiazdeczki. Przez cały ten czas było tak jasno jak we dnie. Podobne widowisko zauważono także w Mikstacie i innych miejscowościach w południowej części Księstwa.
"Widowisko" to zdarzyło się w nocy z 2 na 3 września 1907 roku. Było obserwowane ze Strzegomia, Krotoszyna, Mikstatu, Wągrowca oraz innych miejscowości z południowej części ówczesnego Księstwa Poznańskiego. Meteor był widoczny również na Dolnym Śląsku o czym donosiły wrocławskie gazety. Najdalsze na zachód obserwacje pochodzą z Bolesławca.

Meteor leciał z kierunku południowo-zachodniego na północny wschód omijając Ostrzeszów od południa. Według świadków miał postać "potężnego ciała świecącego w postaci gruszki". Opisywany był jako zjawisko "średniego kalibru" pod względem jasności, nie towarzyszyły mu efekty dźwiękowe. W końcowej fazie lotu nastąpił rozpad, który świadkowie opisywali jako "kulki" lub "gwiazdki".

Ilustrowany Kuryer Codzienny

Poszukiwania meteorytu podjęto dopiero po 28 latach. 15 września 1935 roku "Dziennik Poznański" informował:
Ostrzeszów. Bawi tutaj  pan Schmidt z Niemiec, poszukiwacz meteorów. Według zdania p. Schmidta w okolicy Ostrzeszowa spadł w nocy z 2 na 3 września 1907 r. o godzinie 1.43 olbrzymiej wielkości meteor. Kilkudniowe poszukiwania w lesie miejskim obok szosy obornickiej potwierdziły zdanie p. Schmidta. Meteor znaleziono. Odkopano już około 45 centnarów odłamków. W związku z tem na miejsce ma przybyć delegacja zakładu geologicznego z Warszawy.
"Poszukiwacz meteorów", Karol Schmidt na trop ostrzeszowskiego meteorytu trafił dzięki opowieści niejakiego Theodora Tantza, opublikowanej w grudniu 1934 roku w niemieckim tygodniku „Reclams Universum". We wrześniu 1907 roku młody niemieckiej żołnierz straży celnej miał być świadkiem upadku meteoru pod Ostrzeszowem. Z przyczyn osobistych swoją przygodę opisał dopiero po 28 latach. Schmidt, przedsiębiorca i amatorski poszukiwacz meteorytów, na podstawie relacji Tantza i innych dostępnych źródeł próbował ustalić miejsce upadku "gościa z nieba". Za pozwoleniem władz polskich na poszukiwanie meteorytu przybył do Ostrzeszowa we wrześniu 1935 roku. Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie wysłał na miejsce profesora Józefa Morozewicza i docenta Czesława Kuźniara, wybitnych geologów, którzy mieli współpracować z niemieckim poszukiwaczem.

Do projektu poszukiwania i wydobycia meteorytu udało się Schmidtowi pozyskać lokalne władze i miejscowych entuzjastów. Zawiązano nawet komitet, który podjął się uzyskania funduszy na poszukiwania. Na podstawie dodatkowych informacji uzyskanych od Tantza oraz dwóch polskich świadków (Matysiaka i Plucińskiego) Schmidt obliczył miejsce spadku, zatrudnił do pracy kilkunastu robotników i rozpoczął intensywne poszukiwania. Robiono odwierty w wielu miejscach z pomocą badań "igłą magnetyczną".  Na głębokości pół metra znajdowano twardą warstwę, która miała powstać ze "spalenia tlenku żelaza". Do pokruszenia twardej warstwy używano kilofów i dynamitu. Wydobyto w ten sposób kilka ton skał. Zdaniem Schmidta sam meteoryt miał znajdować się 6 metrów pod ziemią.

Do prasy trafiły informacje, że meteoryt został on odnaleziony, jednak ogłoszenie sukcesu poszukiwań było przedwczesne. Poszukiwacz okazał się ignorantem. Wydobyte kamienie "z nieba" zostały przez profesora Morozewicza zaopiniowane dosadnie i z ironią:

meteor na niebie- Może to u was nazywa się meteorytem, ale u nas to się nazywa granit. 

Meteorytami nie były też znalezione kawałki "żużlu", które okazały się orsztynem czyli metaliczną skałą pochodzenia miejscowego. Po dwudziestu dniach niemiecki "łowca meteorów" opuścił Ostrzeszów. Jednak naukowcy z instytutu geologicznego nie zaprzeczyli, że meteoryt mógł spaść w tej okolicy. Nie był to koniec poszukiwań "tajemniczego gościa z nieba".

O dalszej historii zagadkowego ostrzeszowskiego meteorytu napiszemy wkrótce...
* * *
Bibliografia:
http://wiki.meteoritica.pl


Rower szybki jak pociąg

Niewiele ponad 100 lat minęło od czasu, gdy pojazdy napędzane siłą ludzkich mięśni należały do najszybszych środków transportu. Niestety, tylko na krótkich dystansach... Pierwszego kwietnia 1894 roku „Wszechświat - tygodnik popularny, poświęcony naukom przyrodniczym” informował o badaniach prędkości osiąganych przez welocypedy:
Osiągnięto już obecnie taką szybkość welocypedów, że bieg ich porównywać można z biegiem pociągów kuryerskich, przynajmniej na odległościach niewielkich. Ponieważ zaś w ostatnich czasach oznaczono dokładnie biegi czyli rekordy welocypedów, można zestawić następny wykaz, dający szybkość średnią na sekundę, przy kursach rozmaitej długości:  
Widzimy stąd, że szybkość najwyższą zyskuje się po przebiegu około 200 metrów i że już w drugiej połowie pierwszego kilometra siły jadącego słabną. W każdym razie jest to rezultat uderzający, że w ciągu czasu krótszego nad godzinę przebyć można odległość 40 kilometrów. (Revue Scient.)
* * *
Welocyped to pierwowzór roweru, nieposiadający łańcucha ani hamulców, często z bardzo dużym kołem przednim oraz małym kołem tylnym.  Niekiedy miał dwa koła tylne, czasem dwa koła przednie. Wszystkie te pojazdy były napędzane pedałami osadzonymi na osi przedniego koła.