poniedziałek, 11 lutego 2019

Oto idzie nasz Sejm!

10 lutego 1919 roku w gmachu byłego Instytutu Maryjskiego Wychowania Panien przy ulicy Wiejskiej w Warszawie odbyło się pierwsze posiedzenie Sejmu Ustawodawczego. Były to pierwsze po 123 latach zaborów obrady  niepodległego polskiego parlamentu. 

Msza w katedrze

Zgodnie z tradycją dawnych Sejmów Rzeczypospolitej inauguracyjne posiedzenie parlamentu  poprzedziły uroczystości kościelne. W przeddzień, w niedzielę 9 lutego arcybiskup warszawski Aleksander Kakowski w katedrze św. Jana odprawił specjalne nabożeństwo. Łódzki dziennik "Głos Polski" w nadzwyczajnym dodatku z 10 lutego informował:
Już od wczesnego ranka panował w mieście nastrój niezwykle uroczysty. Niezliczone tłumy wyległy na ulice i ciągnęły w kierunku placu Zygmunta. Wiele domów było udekorowanych chorągwiami narodowemi. Na całej przestrzeni od Belwederu do Archikatedry po obu stronach ulic stało szpalerami wojsko, a że publiczność chętnie poddawała się poleceniom tej straży wojskowej, wszędzie panował spokój wzorowy. Tu i owdzie widniały transparenty z napisami: Niech żyje Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Również na murach domów wywieszone były plakaty z tymi samymi napisami. 
We mszy wzięli udział m.in. członkowie rządu, parlamentarzyści, generalicja, delegat Papieża - biskup Ratti, misje zagraniczne i konsulowie. Najbardziej eksponowane miejsca zajęli Naczelnik Państwa - Józef Piłsudski i Premier Ignacy Paderewski. Zgromadzone przed katedrą tłumy witały wszystkich entuzjastycznymi okrzykami. Podczas nabożeństwa  arcybiskup lwowski obrządku ormiańskiego, Józef Teodorowicz wygłosił mowę trwającą blisko dwie godziny. Rozpoczął wzniośle:
A gdybym był zdolny jak Ezehiel, wywołać długim korowodem postacie bohaterów i męczenników, którzy przelewali krew i ginęli w obronie Ojczyzny, zawołałbym do nich radośnie: Oto idzie nasz Sejm Polski! 
W dalszych słowach podkreślał konieczność porzucenia spraw partykularnych i osobistych interesów na rzecz pracy dla wspólnego dobra odradzającej się Polski.

Msza w katedrze 9.02.1919

Po zakończeniu mszy jej uczestnicy wraz z tłumem zgromadzonym przed katedrą udali się na ulicę Wiejską. Sala obrad wypełnila się parlamentarzystami, jednak bez posłów z PPS, z wyjątkiem  Zygmunta Klemensiewicza, jak zauważył reporter "Głosu". Po krótkiej modlitwie arcybiskup gnieźnieńsko-poznański Edmund Dalbor poświęcił gmach, w którym się miał zebrać następnego dnia parlament.

Radosny nastrój trwał w mieście do wieczora. O godzinie dwudziestej na Zamku Królewskim Naczelnik Piłsudski przyjmował posłów, ministrów, misje zagraniczne oraz wiele zaproszonych osób.
Uroczystości tego dnia zakłóciła jedynie próba zamachu na posła Wojciecha Korfantego. Kiedy jechał do katedry, na Nowym Świecie jego zwolennicy wyprzęgli konia z dorożki i sami ciągnęli pojazd. Koło ul. Ordynackiej jakiś nieznany mężczyzna zbliżył się nagle do dorożki, wyciągnął rewolwer i skierował go w stronę posła Korfantego. Na szczęście, zanim zdążył wypalić, został schwytany za rękę przez stojącego obok oficera i obezwładniony.

Prawica stoi luzem

Inauguracyjne posiedzenie Sejmu Ustawodawczego, wyznaczono na 10 lutego 1919 roku, na godzinę 11. Wielkie podniecenie i wyjątkowość tego dnia i starał się oddać dziennik Rozwój [11 lutego 1919]:
Godzina 11 zbliża się. Galerje zapełnione doszczętnie, część publiczności posiadająca bilety na galerję, przedostała sie na salę i zajęła po bokach stojące miejsca. Wchodzą posłowie, część ubrana czarno, co drugi jednak poseł idzie w długich butach. Rozglądają się po sali, szukając miejsc dla siebie dogodnych. Jedni lokują się w centrum, inni na lewicy. Prawica stoi luzem. Pierwszy, który tu zajął miejsce jest p. Aleksander de Rosset. Na skrzydle prawym w centrum siedzą Korfanty, ks. Stychel z Poznańskiego, dwuch Grabskich, ks. Kazimierz Lutosławski, za nimi Zjednoczenie Ludowe, Polskie Stronnictwo Ludowe i Piastowcy. 
Pierwsze miejsce na lewicy zajmuje p. Ignacy Daszyński, prezes klubu socjalistycznego i Norbert Barcki, wiceprezes, dr. Bobrowski, Jędrzej i Zofia Moraczewscy i inni. Za socjalistami siadają członkowie N. Z. R. Powoli wszystkie miejsca zostały zajęte.
Na sali gwar. Panie się niecierpliwią. Atmosfera podnosi się. Zwłaszcza na galerji coraz goręcej. Do loży dziennikarskiej zbierają się potentaci prasy warszawskiej, loże ministrów zapełniają się powoli. Wszystko gotowe. Czekają na przemówienie Naczelnika państwa. Wrażenie rośnie. Już dają znak, że chwila otwarcia Sejmu zbliża się, szmer w sali cichnie, piersi wszystkich falują.
Na mównicy ukazuje się pochylony nieco Piłsudski, witają go gorące oklaski. On odpowiada ukłonem głowy i rozpoczyna mowę trochę stremowanym głosem, w krótce, jednak ożywia się i mówi akcentując wiele ustępów silnie. Mowę przerywają nieustanne potakiwania i brawa.
Twarze publiczności płoną, oczy nabierają wielkiego blasku, zapał wzrasta, zwłaszcza kiedy Naczelnik mówi o potrzebie silnej armji, aby czoło stawić groźnym nieprzyjaciołom.  
Przepiękna i spokojna mowa marszałka Radziwiłła* wywiera głębokie wrażenie.
"Ty Polskę musisz zdobywać, uznanie dla siebie pracą i spokojem, oto motyw, na którym mowę swoją rozwinął najstarszy wiekiem poseł najstarszej naszej dzielnicy z Wielkopolski.
A oto jeszcze jeden wielki moment. Depesza! Zebrani cichną! 
Niech żyje Sejm - woła marszałek! 
Niech żyje - rozbrzmiewa sala i oklaski nie milknące płyną szeroko i głośno. 
Co ona donosi? powtarzają tajemniczo.
Brześć Litewski wzięły polskie wojska, ten Brześć, w którym tak niedawno podpisały państwa centralne Czwarty Rozbiór Polski, gdzie oderwano od Polski Chełmszczyznę. Wojsko polskie składa Brześć jako podarunek Sejmowi. 
Zrywa cię burza oklasków. Najpierw zapał, a potem rozczulenie ogarnia wszystkich. Łzy cisną się do oczu. Starcy, weterani żołnierze z 1863 roku, płaczą. 
Polska wśród promiennej jutrzni wstaje, wołając: 
- Dzieci - dzieci jednej matki - poco się swarzycie! Poco wzywacie Rewolucji! Do pracy, do pokoju dążcie i do miłości! 
Cztery dni po uroczystej inauguracji Sejm głosami prawicy wybrał marszałkiem Wojciecha Trąmpczyńskiego, działacza Narodowej Demokracji z Wielkopolski.

józef piłsudski 9.02.1919

Jak wybrano Sejm Ustawodawczy

Jednoizbowy Sejm Ustawodawczy został wyłoniony w wyniku wyborów, które odbyły się 26 stycznia 1919 roku. Jednak skład Sejmu był uzupełniany do 24 marca 1922. Prawo wybierania posłów mieli wszyscy obywatele państwa bez różnicy płci, który do dnia ogłoszenia wyborów ukończyli 21 lat z wyjątkiem wojskowych w służbie czynnej. Z biernego prawa wyborczego korzystali  posiadali natomiast wszyscy obywatele państwa, posiadający czynne prawo wyborcze, niezależnie od miejsca zamieszkania, jak również wojskowi.

Pierwsze wybory parlamentarne w niepodległej Polsce, przeprowadzono tylko na terenach dawnego Królestwa i Galicji Zachodniej. Wzięło w nich udział ponad pięć milionów wyborców. Frekwencja była bardzo wysoka, nigdzie nie spadła poniżej 60 procent. Były okręgi, takie jak Konin czy Opoczno, gdzie przekraczała 90 procent.
Największym ugrupowaniem w parlamencie została Narodowa Demokracja (właściwie Narodowy Komitet Wyborczy Stronnictw Demokratycznych), która zdobyła 116 mandatów. Polskie Stronnictwo Ludowe "Wyzwolenie" miało 57 mandatów, Polskie Stronnictwo Ludowe "Piast" - 46, Polska Partia Socjalistyczna - 32, Klub Polskiego Zjednoczenia Ludowego - 27, Klub Pracy Konstytucyjnej - 18, Narodowy Związek Robotniczy - 16, Polskie Stronnictwo Ludowe - Lewica - 13, Klub Żydowski - 10, Klub Niemiecki - 2. Skład parlamentu uzupełniało czterech posłów bezpartyjnych.

20 lutego 1919 roku Józef Piłsudski złożył swój urząd Naczelnika Państwa w ręce marszałka Trąmpczyńskiego. Tego samego dnia Sejm podjął uchwałę, nazwaną później Małą Konstytucją, w której wyrażał Józefowi Piłsudskiemu "podziękowanie za pełne trudów sprawowanie urzędu w służbie dla Ojczyzny" oraz powierzał mu do czasu uchwalenia Konstytucji dalsze sprawowanie urzędu Naczelnika Państwa, ograniczając jednak bardzo poważnie jego władzę.

Konstytucja marcowa

17 marca 1921 roku Sejm Ustawodawczy spełnił swoje zasadnicze zadanie, uchwalając Konstytucję, zwaną marcową. Dokonał tego w ciągu zaledwie dwóch lat w warunkach ciągle toczących się walk o granice państwa i przy ogromnych problemach wewnętrznych. Sejm Ustawodawczy odbył 342 posiedzenia plenarne, uchwalił 547 ustaw, złożono w nim około 4 tysięcy interpelacji. Jego kadencja zakończyła się w listopadzie 1922 r. wraz z wyborami parlamentarnymi.

orędzie j. piłsudskiego

Orędzie Józefa Piłsudskiego z 10 lutego 1919 roku

Inauguracyjne obrady polskiego parlamentu 10 lutego 1919 roku otworzył Józef Piłsudski. Poniżej przedstawiamy w całości to historyczne orędzie.

Panowie posłowie!
Półtora wieku walk, krwawych nieraz i ofiarnych, znalazło swój tryumf w dniu dzisiejszym. Półtora wieku marzeń o wolnej Polsce czekało swego ziszczenia w obecnej chwili. Dzisiaj mamy wielkie święto narodu, święto radości po długiej, ciężkiej nocy cierpień. W tej godzinie wielkiego serc polskich bicia czuję się szczęśliwym, że przypadł mi zaszczyt otwierać Sejm polski, który znowu będzie domu swego ojczystego jedynym panem i gospodarzem.

Radość dnia dzisiejszego byłaby stokroć większą, gdyby nie troska, że zbieracie się w chwili niezwykle ciężkiej. Po długiej, nieszczęsnej wojnie świat cały, a z nim i Polska, czekają z tęsknotą upragnionego pokoju. Tęsknota ta w Polsce dziś ziścić się nie może. Synowie Ojczyzny muszą iść, by bronić granic i zabezpieczyć Polsce swobodny rozwój. Sąsiedzi nasi, z którymi pragnęlibyśmy żyć w pokoju i zgodzie, nie chcą zapomnieć o wiekowej słabości Polski, która tak długo stała otworem dla najazdów i była ofiarą narzucania jej obcej woli przemocą i siłą.
Nie chcemy mieszać się do życia wewnętrznego któregokolwiek z naszych sąsiadów, lecz pozwolić nie możemy, by pod jakimkolwiekbądź pozorem, chociażby pod pozorem rzekomego dobrodziejstwa, naruszano nasze prawo do samodzielnego życia.

Nie oddamy ani piędzi ziemi polskiej i nie pozwolimy, by uszczuplano nasze granice, do których mamy prawo. Dążności naszych sąsiadów sprawiły, że ze wszystkimi nimi znajdujemy się obecnie w otwartej wojnie, lub co najmniej w stosunkach mocno naprężonych.

Jasną stroną w naszych stosunkach zewnętrznych są zacieśniające się węzły przyjaźni z państwami Ententy. Głęboka sympatia łączyła już dawniej Polskę ze światem demokratycznym Europy i Ameryki, nie szukającym sławy w podbojach i ucisku innych narodowości, a pragnącym ułożenia stosunków w myśl zasad sprawiedliwości i słuszności.

Sympatia ta spotęgowała się, gdy sławne armie państw sprzymierzonych, druzgocąc ostatnią potęgę naszych ciemiężycieli, wyzwoliły Polskę z niewoli.
Jestem przekonany, że serdeczne uczucia i niezaprzeczona spólność interesów z tymi państwami uczynią niezbędną dla nas z ich strony pomoc - wydatną i skuteczną.

Naród polski przez półtora wieku zmuszany był stosować się do praw narzuconych przez obcą przemoc. Nie mogąc normować swego życia według własnej woli, zatracił przez ten długi okres poczucie prawa i wiarę we własne siły.

Obdarzeni dziś zaufaniem narodu, dać mu macie podstawy dla jego niepodległego życia w postaci prawa konstytucyjnego Rzeczypospolitej Polskiej. Na tej podstawie utworzycie rząd, oparty o prawa, przez wybrańców narodu ustanowione. Prawa przez was uchwalone, będą początkiem nowego życia wolnej i zjednoczonej Ojczyzny.

Polska, otoczona zewsząd przez wrogów, musi posiadać armię, któraby mogła sprostać swoim ciężkim zadaniom. Macie poprzeć i rozwinąć rozpoczętą budowę wojska, tak by Ojczyzna, zasłonięta piersiami żołnierza, mogła się czuć bezpieczną i przeświadczoną, że honoru jej i praw broni silna i dobrze wyposażona armia.

Wreszcie zwrócicie panowie, niechybnie baczną uwagę na niedomagania naszego życia gospodarczego, upośledzonego przez gospodarkę obcych i zrujnowanego silnie przez wojnę i okupację. W tej dziedzinie należyte uregulowanie spraw znajdującego się w upadku przemysłu i niezbędnych reform agrarnych w duchu postępu i wielkich demokracyj Zachodu stworzy zdrowe podstawy dla siły duchowej narodu i da trwałe podłoże dla budowy jego przyszłości.

Życząc panom powodzenia w ich trudnej i odpowiedzialnej pracy, ogłaszam pierwszy Sejm wolnej i zjednoczonej Rzeczypospolitej Polskiej za otwarty i powołuję najstarszego z panów, posła Ferdynanda Radziwiłła do objęcia tymczasowego przewodnictwa.

Źródło: Pisma Zbiorowe Józefa Piłsudskiego, tom V, str. 55-57, Warszawa 1937

* * *
* Książę Ferdynand Radziwiłł herbu Trąby (ur. 19 października 1834 w Berlinie – zm. 28 lutego 1926 w Rzymie) – książę, polski polityk, kawaler maltański od 1889 roku.

Ojciec Małgorzaty i książąt: Janusza Franciszka, Michała Radziwiłła Rudego oraz Karola Ferdynanda, brat księcia Edmunda Radziwiłła, syn księcia generała Bogusława Fryderyka Radziwiłła i Leontyny Gabrieli von Clary und Aldringen.

W latach 1874-1919 poseł polski do Reichstagu z okręgu Ostrów-Odolanów-Ostrzeszów-Kępno, w latach 1889-1918 przewodził Kołu Polskiemu. Był także posłem pruskiego Landtagu. W latach kulturkampfu opowiadał się stanowczo po stronie polskiej. Zasłynął odważną interpelacją w sprawie strajków szkolnych we Wrześni. Zasiadał także dożywotnio w wyższej izbie parlamentu Rzeszy – Izbie Panów. Po 1918 poseł na polski Sejm Ustawodawczy w Warszawie, jako najstarszy był przewodniczył pierwszemu posiedzeniu – w 1919 sprawował w nim funkcję marszałka seniora.

XII ordynat ołycki i przygodzicki. W 1922 roku posiadał majątki ziemskie o powierzchni 42 840 ha. Rezydował w Antoninie. Główny fundator i patron kościoła farnego w Ostrowie Wielkopolskim.
Pochowany jest w podziemiach kaplicy Radziwiłłów w Antoninie k. Ostrowa Wielkopolskiego.


czwartek, 3 stycznia 2019

Chłopcy z ulicy Kościelnej [3]

Trzej chłopcy z ulicy Kościelnej w Zduńskiej Woli zniknęli 18 września 1935 roku. Po ponad miesiącu poszukiwania utknęły w martwym punkcie. Chrześcijańscy mieszkańcy miasta byli  przekonani, że doszło do rytualnego mordu dokonanego przez miejscowych Żydów albo dzieci zostały porwane przez Cyganów.

W styczniu 1936 roku następuje nieoczekiwany punkt zwrotny w śledztwie.
Szkielety trzech zaginionych chłopców odkopano w Zduńskiej Woli. Czy chłopcy zostali porwani i zamordowani przez cyganów? – dramatycznie pytał „Express Wieczorny Ilustrowany” 17 stycznia 1937 roku.
Dzień wcześniej, po godzinie 15-tej robotnik Stefan Słomian (wg innego źródła woźnica Zygmunt Opora), wydobywając piasek i gruz z tzw. „górki" przy ulicy Belwederskiej*, natrafił szpadlem na ludzką głowę. Rozgarnąwszy ziemię, dostrzegł część ramion.

Zwłoki leżały twarzą ku ziemi. 

Zduńska Wola ulica Kościelna Przysypał je powierzchownie i natychmiast powiadomił o odkryciu swego pracodawcę. Policję o odnalezieniu zwłok powiadomiono o godzinie 17.45. Na miejsce udało się dwóch szeregowych służby mundurowej i jeden służby śledczej. Gdy po odrzuceniu ziemi natrafiono na jeszcze dwa ciała, przerwano dalsze poszukiwania do przybycia władz sądowych. Później wydobyte zwłoki przeniesiono do kostnicy szpitalnej, gdzie, po rozpoznaniu przez rodziców, następnego dnia rano miała się odbyć sekcja zwłok.

Komisja sądowo-lekarska przedstawiała wyniki sekcji 19 stycznia.

Biegli ustalili, że przyczyną śmierci dzieci było uduszenie wskutek przysypania ziemią. 

Oględziny nie dostarczyły żadnych podstaw do podejrzeń, że mogło dojść do morderstwa.
Jednak samo wyjaśnienie przyczyny śmierci chłopców nie wystarczyło, aby uspokoić sytuację w mieście.
Do czasu odnalezienia chłopców 

krążyła opinia, że padli ofiarą rytualnego mordu dokonanego przez Żydów potrzebujących chrześcijańskiej krwi na macę. 

Plotka nie wygasła po ogłoszeniu wyników sekcji, a w mieście wzmagały się antysemickie nastroje. W tej sytuacji śledczy musieli do swoich ustaleń przekonać jeszcze mieszkańców… Dla dokładnego wyjaśnienia sprawy i uspokojenia nastrojów Komendant Główny policji wysłał do Zduńskiej Woli Naczelnika Centrali Służby Śledczej i Szefa Sztabu Komendy Głównej. Do miasta przyjechali również wybitni specjaliści z Zakładu Medycyny Sądowej w Warszawie.

Rozpoczęło się niezwykłe dochodzenie, 

w którym podejrzanym o zadanie śmierci trójce dzieci było zduńskowolskie wzgórze.

Jednym z zasadniczych elementów postępowania  była konieczność zorientowania się w topografii miejsca oraz ułożeniu zwłok przed i po odkryciu. Ustalono, że od lat było to miejsce wybierania piasku oraz ulubiony teren zabaw dziecięcych. Piaszczysta podstawa stoku wzgórza o łagodnym spadzie obsuwała się stale, zasypując chodnik i jezdnię ulicy Belwederskiej.

Wiosną 1935 roku, przystępując do regulacji i brukowania ulic w mieście, magistrat, zaproponował właścicielom parceli złóż piasku. Umowa nie doszła do skutku, więc miasto kupiło prawa do wydobywania piasku z sąsiedniej posesji.

W sierpniu brukowano ulicę Kościelną. Jeden z właścicieli posesji był zmuszony podnieść poziom podwórza do wysokości nawierzchni ulicy. Kupił kilkadziesiąt wozów piasku ze żwirowiska przy Belwederskiej.

Przez 4 tygodnie wybierano materiał ze środka wzgórza, ale stromych zboczy nie zabezpieczano. 

Nikt nie przewidywał niebezpieczeństwa, chociaż stawały się coraz wyższe. Po zakończeniu prac główna ściana miała około 3 metrów wysokości. Wyrobisko nie zostało w żaden sposób zabezpieczone. Kto chciał mógł brać piasek na swoje potrzeby domowych, taczkami, workami, nawet wozami. Dzieci urządzały sobie zabawy na wzgórzu, ześlizgiwały się, zeskakiwały, kopały nory, aby kryć się w nich.

osypisko zduńska wola
Komisja śledcza przystąpiła do działań rekonstrukcyjnych, korzystając z zeznań osób, znających dokładnie stan wzgórza. Po ustaleniu poziomu, na którym spoczywały ciała, zgodnie z pierwotnym wyglądem,

odtworzono nasyp ziemny przed ścianą wzgórza,

Punktem kulminacyjnym rekonstrukcji było powtórzenie procesu usuwania się ziemi, w celu sprawdzenia prawdopodobieństwa zasypania dzieci. Już podczas kształtowania ściany wzgórza do linii pionowej odrywały się raz po raz cząstki mokrego piasku i ziemi. Gdy przystąpiono do odcinania nasypu od najniższej warstwy piaszczystej, osunęło się od razu prawie pół metra ziemi, a w niespełna kilka sekund ze szczytu ściany

 pod nogi pracujących runął co najmniej dwumetrowy zwał piasku z gruzem. 

Nad powstałą w ten sposób wyrwą pozostał tylko półmetrowy nawis twardej ziemi sczepionej korzonkami roślin. Dalsze podbieranie ściany groziło już niebezpieczeństwem.

Łatwość osypywania się mokrego piasku i nieco zmarzłego gruzu, w przeciwstawieniu do stanu z września 1935 roku, gdy ściana wyschłego wzgórza tworzyła luźne osypisko, stała się ostatecznym argumentem przekonywającym o nieszczęśliwym wypadku zasypania dzieci ziemią. Dodatkowo do osuwania zbocza przyczynił się fakt, że w maju i czerwcu cały ruch pojazdów skierowano z ulicy Piłsudskiego przez Piwną na Belwederską, co powodowało częste wstrząsy gruntu.

W takiej sytuacji, 18 września 1935 roku na wzgórze trafiła trójka chłopców z ulicy Kościelnej. Pozycje, w jakich znaleziono zwłoki wskazywały, że dzieci stały w zagłębieniu, plecami do ściany.

Tu zaskoczyło je nagłe oberwanie się górnych warstw wzgórza. 

Dowodził tego gruz, znajdujący się bezpośrednio na ciałach i między nimi. Opisane w protokole sekcji zwłok zgniecenia żeber nasuwały wniosek, że wskutek gwałtownego przywalenia masą ziemi, śmierć nastąpiła bezzwłocznie.

Ustalono, że w momencie zasypania dzieci nie było nikogo innego na wzgórzu.

Przez 3 miesiące poszukiwań nie przyszło nikomu na myśl, aby miejsce to mogło kryć szczątki. 

Bezpośrednio po zaginięciu byli na tym wzgórzu ojcowie zaginionych oraz policyjny wywiadowca. Tego dnia, po południu bawiły się tam inne dzieci. W listopadzie przekopano wiele podobnych źródeł piasku, ale to wzgórze nie wzbudziło niczyich podejrzeń.

Eksperyment rekonstrukcji odbył się na oczach rodzin denatów, licznych mieszkańców Zduńskiej Woli i miejscowego proboszcza. Spełnił swój cel: potwierdził ustalenia biegłych sądowych oraz ostatecznie obalił pogłoski o morderstwie i podrzuceniu ciał chłopców na wzgórze. Opinię publiczną udało się uspokoić.

Opisując to niecodzienne dochodzenie w 1936 roku w dwumiesięczniku Przegląd Policyjny nadkomisarz Marian Wagner nie krył swego zdumienia i rozczarowania marnym stylem pracy zduńskowolskiej policji. Przedstawił mnóstwo zarzutów co do fachowości oraz zaangażowania funkcjonariuszy. Swoje wnioski podsumował następująco: 
Pozostawienie sprawy odłogiem w spodziewaniu rozwiązania jej przez przypadek sprowadza najczęściej nieobliczalne skutki. Na odwrót, energiczne a chętne zajęcie się poszukiwaniami zjedna zawsze ludzi, którym zwrócimy szybko ukochaną osobę. 
Żadna ze spraw kryminalnych nie zbliża tak łatwo obywatela do policji, jak przekonanie, że zrozumiano i zajęto się jego troską o los zaginionego. Trud i poświęcenie policji w takich razach odpłaca się sowicie, w formie życzliwości, zaufania, a nawet kiedy indziej pomocy ze strony wdzięcznych obywateli, gdy najmniej spodziewać się tego będziemy.
pogrzeb ulica łaska

Uroczysty pogrzeb chłopców odbył się 21 stycznia. Wzięło w nim udział wielu mieszkańców miasta, w tym liczne delegacje szkół zduńskowolskich. Ciała złożono we wspólnej mogile na cmentarzu przy ulicy Łaskiej.

O szczegółach tego tragicznego wypadku można dowiedzieć się dzięki przedwojennej prasie regionalnej (Echo i Express Wieczorny Ilustrowany) oraz dwumiesięcznikowi Przegląd Policyjny. W roku 2015 do Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola wskutek niezwykłego przypadku trafiły dokumenty z dochodzenia w sprawie zaginionych chłopców z ulicy Kościelnej. Teczka z dokumentami została znaleziona nie w żadnym urzędowym czy prywatnym archiwum, ale na zduńskowolskim śmietniku...

* Żwirowisku w rejonie tzw. "Górek" to obecnie rejon Alei Powstańców Śląskich, ulicy Złotnickiego (dawniej Belwederska) oraz budynku Starostwa Powiatowego.


środa, 7 listopada 2018

Chłopcy z ulicy Kościelnej [2]


Trzej chłopcy z ulicy Kościelnej w Zduńskiej Woli zniknęli 18 września 1935 roku. Po ponad miesiącu zakrojonych na wielką skalę poszukiwań nie udaje się ich odnaleźć. Po mieście krążą przerażające plotki o mordzie rytualnym popełnionym przez Żydów.

W połowie listopada 1935 do Zduńskiej Woli przybyli: naczelnik Centrali Służby Śledczej - inspektor Sitkowski i szef sztabu Komendy Głównej Policji, major Kozolubski. Po zbadaniu stanu śledztwa i zapoznaniu się z dotychczasowym materiałem wysunęli pięć hipotez:

1. Mord na tle seksualnym, 2. Nieszczęśliwy wypadek, 3. Uprowadzenie przez Cyganów lub włóczęgów, 4. Ewentualna zemsta z powodu konfliktów sąsiedzkich, 5. Samowolne oddalenie się z domu.

nagroda 1000 złotych za pomoc w wyjaśnieniu zaginięcia
Każdą z hipotez szczegółowo przeanalizowano, podjęto dalsze poszukiwania i przesłuchano kolejnych potencjalnych świadków. Powrócono na linię śladów zaginionych i krok po kroku badano otoczenie, od ostatniego punktu widzenia chłopców na ulicy Belwederskiej w dniu zaginięcia aż do Łasku (12 kilometrów). Kolejne hipotezy upadały bądź stawały się coraz mniej wiarygodne. Kierujący śledztwem, nadkomisarz Marian Wagner przebieg dochodzenia i swoje wnioski po jego zakończeniu opisał w dwumiesięczniku Przegląd Policyjny. Co mogło budzić zdumienie, słabo układała się współpraca policji z mieszkańcami Zduńskiej Woli. Wspominał:
Wprawdzie nie utrudniano przeszukiwania zabudowań i obejść, ale przypatrywano się wysiłkom policji z chłodną obojętnością, dając do zrozumienia, że poszukiwania w Zduńskiej Woli nie prowadzą do celu. Daremnie kuszono się o zdobycie w tem mieście informacyj, naprowadzających na możliwość nieszczęśliwego wypadku - tak silnie wżarło się już przekonanie o zamordowaniu dzieci.
Wielu zduńskowolan uwierzyło w oskarżenia wobec miejscowych Żydów o rzekomy mord rytualny. 
Tworzyło to w mieście fatalną atmosferę i zagrożenie przemocą wobec domniemanych "sprawców". Wyznaczenie nagrody tysiąca złotych za pomoc w wyjaśnieniu sprawy, spowodowało masę zgłoszeń zupełnie fantastycznych, a niekiedy wręcz oszukańczych. Zamiast pomóc, utrudniały one śledztwo, kierowały je na ślepe tropy.
Korespondencja anonimowa i jawna piętrzyła się w stosy, telefony dzwoniły ustawicznie. Imaginacja ludzka tworzyła bezmiar pomysłów. A wszystkie musiało się sprawdzać ściśle i wyczerpywać do dna, aby osad niepewności nie grążył w sumieniu, że coś przeoczono lub zaniedbano. Nie sposób wymieniać je tutaj. Było jednak kilka informacyj osobliwością swą wystrzelających ponad inne, gdyż pojawiły się w nich konkretnie nazwiska i rozpoznanie zaginionych.
Przytoczmy za nadinspektorem Wagnerem jedną z takich historii.

Jak Marian udawał Marianka

W pierwszych dniach grudnia 1935 roku wieczorem komendant jednego z posterunków policji zgłosił telefonicznie o zatrzymaniu przez dzieci szkolne wychudzonego chłopca w wieku około 9 lat, odpowiadającego rysopisem Skotnickiemu. Podawał się początkowo za Mariana Cadlera. Potem, gdy nakarmiono go, odziano i ogrzano, przyznał się, że pochodzi ze Zduńskiej Woli, gdzie mieszka obok kościoła i nazywa się Marian Skotnicki. Powiedział, że jego dwaj koledzy i trzeci nieznajomy pozostali za wsią, skąd poszli do pobliskiego dworu. Wędrują już drugi czy trzeci miesiąc, on sam przyszedł teraz do wsi sprzedać jajka, wybrane kurom w miejscu ostatniego noclegu.
Gdy okazano mu podobiznę Jana Marciniaka, na ogłoszeniu wyznaczającym nagrodę, oświadczył pewnym głosem: „to Janek“.

Wiadomość wydawałaby się prawdziwa. Jednak kilka pytań na temat stosunków rodzinnych,
zadanych za pośrednictwem komendanta posterunku, na które chłopak nie potrafił dobrze odpowiedzieć, wzbudziły w śledczych wątpliwość, czy mają do czynienia ze Skotnickim.
Komendant posterunku nie chcąc tak łatwo zrezygnować domniemanego sukcesu, tłumaczył to zanikiem pamięci u chłopca.

Celem ustalenia tożsamości odstawiono wyrostka do najbliższego Wydziału Śledczego. Następnego dnia przekazano potwierdzenie, że zatrzymany jest poszukiwanym Skotni­ckim. Wieść o odnalezieniu jednego z poszukiwanych szybko rozniosła się po mieście. Chłopca przywieziono autobusem  do Zduńskiej Woli. Na rynku oczekiwał go tłum gapiów. Choć nikt z nich nie znał chłopca, wszyscy wołali z przekonaniem "Skotnickiego mają!" Za­wiadomiona matka wybiegła z domu bez obuwia. Po drodze upadła na krawędź chodnika. Zabłocona i okaleczona przybiegła na rynek, gdzie chłopca już nie było. Został zaprowadzony do komisariatu, a  tam potwierdził, że nazywa się Marian Skotnicki.

Jednak pytany dalej o szczegóły, odpowiadał coraz ciszej, aż wreszcie rozpłakał się. Nieznajomość najbliższego rodzeństwa i rozkładu ulic w mieście, zupełna niezgodność z rysopisem zagi­nionego, za wyjątkiem koloru włosów oraz imienia, upewniły śledczych, że mają do czynienia z kimś innym. Potwierdził to ojciec zaginionego chłopca. Okazało się, że rzekomy Skotnicki nazywał się faktycznie Marian Cadler. Za jedzenie i odzież na posterunku postanowił udawać innego Mariana.

zduńska wola plac wolności

* * *

Pomimo dużego zaangażowania policji oraz rodziny zaginionych prawda pozostałaby nieznana, gdyby nie przypadek. 16 stycznia 1936 roku niejaki Stefan Słomian odnalazł zwłoki jednego z chłopców... Cdn...

poniedziałek, 29 października 2018

Podziwiaj, cierp i czuwaj

Kiedy krzesła są wygodne, wówczas na posiedzeniach śpią.

Obszerne fragmenty tekstu Tadeusza Żeleńskiego (Boya) napisanego w 1927 roku, w dwudziestolecie śmierci Stanisława Wyspiańskiego. Dotyczy mniej znanej działalności mistrza secesji: projektowania wnętrz. Autor wypowiada się tutaj jako szczęśliwy(?) posiadacz i użytkownik mebli zaprojektowanych przez młodopolskiego multi-artystę. Jak Boy twierdzi, jego własne mieszkanie było jedynym, które Wyspiański skomponował w całości, urządzonym całkowicie według jego projektów i wzorów. Okazuje się jednak, że duma z posiadania niezwykłego dzieła modnego twórcy nie szła w parze z komfortem. A przecież w tym mieszkaniu trzeba było jakoś mieszkać.

Historia pewnych mebli

Wyspiański miał o urządzeniu mieszkania swoje zupełnie zdecydowane pojęcia. O czym on ich zresztą nie miał! Przyjaciele żartowali nieraz, że gdyby mu oddać świat do urządzenia, okazałoby się, że on ma gotowe idee o wszystkim, jak co powinno wyglądać. Gdyby się do niego zwróciła np. dyrekcja kolei z prośbą o projekt na lokomotywę, Wyspiański wcale by się nic tym nie zdziwił, ale przyniósłby nazajutrz najdokładniej wyrysowany model lokomotywy wedle swego rozumienia. (...) Kiedy się wybrał do Zakopanego, Tatry mu się nie podobały, powiedział, że on by je inaczej przestawił!

Meble Wyspiańskiego do Świetlicy Bolesławowej w Krakowie
Rzecz oczywista, że musiało go zajmować meblarstwo. Któremuś ze znajomych, który sobie urządzał kawalerskie mieszkanko, Wyspiański zaprojektował jakiś uniwersalny mebel, który miał być łóżkiem, komodą, szafą i stolikiem. Skomponował meble do teatru, tworząc świetlicę Bolesława Śmiałego. Brakło mu tylko sposobności do rozwinięcia swoich pomysłów na szerszą skalę. Niebawem znalazła się okazja. Kiedy budowano w Krakowie dom Towarzystwa Lekarskiego, profesor Nowak, entuzjasta Wyspiańskiego i jego przyjaciel, zaproponował mu dekorację gmachu. Wyspiański przyjął z chęcią, skomponował ową śliczną poręcz, dla której niestety klatka schodowa jest zbyt ciasna i uboga, witraż oraz wewnętrzne urządzenie sal. Już wówczas objawił się charakterystyczny rys, mianowicie pewna surowość zabarwiona, jak często u Wyspiańskiego, dyskretną ironią. Ktoś zwrócił uwagę Wyspiańskiego, że krzesła w sali posiedzeń nie są zbyt wygodne. Wyspiański odpowiedział:
Bo też nie powinny być wygodne. Kiedy krzesła są wygodne, wówczas na posiedzeniach śpią.
I objaśnił z uśmieszkiem, że krzesła urządzone są tak, aby ktoś, kto się zdrzemnie, zsunął się łagodnie na podłogę: do tego zmierza prosty grzbiet, gładkie skórzane siedzenie i łukowato zaokrąglona poręcz.

W tym mniej więcej czasie zakładałem ognisko rodzinne. Wyjechaliśmy z żoną do Paryża, tymczasem miano nam po trosze przygotować mieszkanie. Teściowa moja, profesorowa Pareńska, fanatyczna wielbicielka Wyspiańskiego, była z nim w wielkiej zażyłości; Wyspiański bywał w jej domu niemal codziennym gościem. Zwierzyła mu swoje kłopoty radząc się co do szczegółów urządzenia. Na to Wyspiański oświadczył kategorycznie jak zwykle, aby się nie kłopotać niczym, że on się z przyjemnością wszystkim zajmie. Jakoż niedługo potem przyniósł najdokładniej narysowane pierwsze wzory mebli, z pomiarami, skalą, wskazówkami co do gatunku drzewa, wykonania, szczegółów etc. Śliczne te rysunki to istny wzór dokładności, czystości. Kolejno zaprojektował 
całkowite umeblowanie salonu, sypialni wraz z gotowalnią i jadalnego pokoju, stosując je do wymiarów i rozkładu wynajętego mieszkania przy ul. Karmelickiej nr 6. (...)

Wyspiański: projekt krzesła dla Zofii i Tadeusza Żeleńskich
Projekt krzesła dla Zofii i Tadeusza Żeleńskich. Żródło: http://www.wyspianski.mnw.art.pl/
Co się tyczy mebli, Wyspiański też miał swoje odrębne pojęcia. Pojedynczy mebel nie był dla niego rzeczą samą w sobie, ale składową cząstką architektonicznej niejako kompozycji, którą był cały pokój. Miejsce i ustawienie każdego mebla były ściśle oznaczone. W kompozycji każdego mebla punkt wyjścia miał czysto geometryczny. Brał za zasadę linię pewnej długości, a każdy wymiar mebla był pewnym zwielokrotnieniem tej linii. To zapewne dawało owe piękne i harmonijne proporcje każdego pokoju oglądanego w całości.

Z jednym tylko nie liczył się Wyspiański zupełnie, mianowicie... z anatomią ciała ludzkiego i z ludzkimi potrzebami. Sam nie miał tych potrzeb zupełnie, będąc czystym niejako duchem, ożywionym niezłomną wolą; może w ogóle nie zastanawiał się nad tą stroną, a jeżeli się zastanawiał, to raczej w duchu rozmyślnej surowości. Surowość była najwybitniejszą cechą tych mebli, dużych, ciężkich, z ogromną przewagą kloców drzewa, o chudo wysłanym siedzeniu, zbudowanych z samych linii prostych, bez jednej falistości, bez jednego wygięcia. Kiedy mu zwracano uwagę, że tak ciężkie meble bez uchwytu będą bardzo trudne do przestawiania, odpowiedział, że mebla w ogóle nie powinno się przestawiać, że gdyby nie miał stać tam, gdzie go postawiono, to by znaczyło, że w ogóle nie jest potrzebny.zdrzemnie, zsunął się łagodnie na podłogę: do tego zmierza prosty grzbiet, gładkie skórzane siedzenie i łukowato zaokrąglona poręcz. Jak zwykle trudno było wiedzieć, w jakim stopniu Wyspiański mówi poważnie, a w jakim kpi sobie z interlokutora.

W tym mniej więcej czasie zakładałem ognisko rodzinne. Wyjechaliśmy z żoną do Paryża, tymczasem miano nam po trosze przygotować mieszkanie. Teściowa moja, profesorowa Pareńska, fanatyczna wielbicielka Wyspiańskiego, była z nim w wielkiej zażyłości; Wyspiański bywał w jej domu niemal codziennym gościem. Zwierzyła mu swoje kłopoty radząc się co do szczegółów urządzenia. Na to Wyspiański oświadczył kategorycznie jak zwykle, aby się nie kłopotać niczym, że on się z przyjemnością wszystkim zajmie. Jakoż niedługo potem przyniósł najdokładniej narysowane pierwsze wzory mebli, z pomiarami, skalą, wskazówkami co do gatunku drzewa, wykonania, szczegółów etc. Śliczne te rysunki to istny wzór dokładności, czystości. Kolejno zaprojektował całkowite umeblowanie salonu, sypialni wraz z gotowalnią i jadalnego pokoju, stosując je do wymiarów i rozkładu wynajętego mieszkania przy ul. Karmelickiej nr 6. (...)

wyspiański salon żeleńskich
Co się tyczy mebli, Wyspiański też miał swoje odrębne pojęcia. Pojedynczy mebel nie był dla niego rzeczą samą w sobie, ale składową cząstką architektonicznej niejako kompozycji, którą był cały pokój. Miejsce i ustawienie każdego mebla były ściśle oznaczone. W kompozycji każdego mebla punkt wyjścia miał czysto geometryczny. Brał za zasadę linię pewnej długości, a każdy wymiar mebla był pewnym zwielokrotnieniem tej linii. To zapewne dawało owe piękne i harmonijne proporcje każdego pokoju oglądanego w całości. Z jednym tylko nie liczył się Wyspiański zupełnie, mianowicie... z anatomią ciała ludzkiego i z ludzkimi potrzebami. Sam nie miał tych potrzeb zupełnie, będąc czystym niejako duchem, ożywionym niezłomną wolą; może w ogóle nie zastanawiał się nad tą stroną, a jeżeli się zastanawiał, to raczej w duchu rozmyślnej surowości. Surowość była najwybitniejszą cechą tych mebli, dużych, ciężkich, z ogromną przewagą kloców drzewa, o chudo wysłanym siedzeniu, zbudowanych z samych linii prostych, bez jednej falistości, bez jednego wygięcia. Kiedy mu zwracano uwagę, że tak ciężkie meble bez uchwytu będą bardzo trudne do przestawiania, odpowiedział, że mebla w ogóle nie powinno się przestawiać, że gdyby nie miał stać tam, gdzie go postawiono, to by znaczyło, że w ogóle nie jest potrzebny.

Mam wrażenie, że Wyspiański komponował meble do prywatnego mieszkania po trosze tak, jak je komponował na scenę, nie myśląc o tym, że „aktorzy” będą w nich mieszkać cały dzień i całe życie... I tak jak Wyspiański sam był niejako człowiekiem z innej planety, inaczej stworzonym od zwykłych ludzi, tak samo meble jego robiły wrażenie mebli, w jakich mogą mieszkać ludzie na jakiejś innej gwieździe, tak jak są opisy u Rabelais'go lub Swifta ludzi innych krajów, np. trójkątnych etc. Wymiary mebli wynikłe, jak rzekłem, z zasady geometrycznej, dawały różne niespodzianki. Stoliki nocne były na przykład tak olbrzymie, że blat ich sięgał do piersi człowieka; zarazem sprzeciwiały się całkowicie celom użytkowym: ani spojrzeć na zegarek, ani wypić herbatę w łóżku, nic! Olbrzymie fotele w sypialni miały siedzenie o jakieś 10 cm wyższe od normalnych, stolik zaś. wskutek zasady, że ma być równej wysokości z poręczami, był tak niski, że o kant uderzało się kolanami, których nie było sposobu podziać. Bardzo ciężkie, a szalenie niewygodne krzesełka były istnym narzędziem tortur (...).

Meble dostarczano nam stopniowo, tak że nie ogarniało się całości, widziało się jedynie pojedyncze sztuki. Z wyjątkiem p. Pareńskiej, która była sfanatyzowana na punkcie Wyspiańskiego, a wreszcie nie mieszkała tam, patrzyliśmy wszyscy na te meble z pewnym przerażeniem. Oczywiście, wobec tego, że Wyspiański zechciał się nimi zająć, nie było mowy, aby się wymówić od tego, co jego bawiło i zajmowało; również nie było mowy o tym, aby mu czynić jakieś uwagi; ja osobiście byłem w stosunku do Wyspiańskiego bardzo nieśmiały. I zaczęła się najosobliwsza tragikomedia; od czasu do czasu zjawiał się Wyspiański, aby badać postępy mieszkania; z wykonania mebli przez stolarza Sydora był bardzo zadowolony, a to zadowolenie sprawiało nam tyle przyjemności, że pocieszało nas na chwilę. Ale kiedyśmy zostawali sami i kiedy nam stopniowo zabierano prowizoryczne graty, na których się jakoś siedziało, aby je zastępować tymi olbrzymimi, a tak nieprzytulnymi ciosami drzewa, kiedyśmy sobie uprzytamniali, że w nich przyjdzie spędzić życie, ogarniała nas komiczna rozpacz.

Zresztą meble te były tak konsekwentnie skomponowane jako całość, iż gdyby nawet nie owo coś w Wyspiańskim, co onieśmielało, rozumieliśmy, że nic się tu zmienić nie da. Ta bezlitosna surowość tkwiła w samej zasadzie mebli, nie w jakimś szczególe. Była ona związana z samymi surowym pojęciem życia u Wyspiańskiego, z jego sztuką, której zadaniem było budzić, nie dać spocząć, nie dać ludziom drzemać. Istotnie, gdyby ktoś chciał się tam zdrzemnąć, na próżno szukałby we wszystkich pokojach sprzętu ku temu: wszystkie kanapki były krótkie, zaledwie do siedzenia, gdyż np. w salonie kant oparcia wpijał się w plecy. „Cierp i czuwaj” — zdawał się mówić każdy mebel. Sam Wyspiański zresztą, podpisując rysunki, kanapę nazwał surowo „ławą wyścielaną”.

wyspiański jadalnia żeleńskich
Raz tylko zdobyliśmy się na protest, i to po długich certowaniach, kto się ośmieli przyjść do Wyspiańskiego z najpoddańszym przedłożeniem. Chodziło o krzesełka do salonu, ciężkie, wyciosane z grubych kloców jaworu, a których chudo wyścielone siedzenia były tak płytkie, że siedziało się ledwie na brzeżku, już nie pół-, ale ćwierćsiedzeniem. Tu już chodziło o kwestię bytu. Kiedy przyniesiono od stolarza model takiego fotelika, był u nas z wizytą grubas Stanisławski; pamiętam, co za ryk wydał na widok tego mebla, na którym oczywiście mowy nie było, aby mógł usiąść. Wyspiański przyjął nasze błagania dość ironicznie. Odpowiedział, że on uważa to siedzenie za zupełnie wystarczające, i podjął się zademonstrować, że na tym krzesełku można nie tylko siedzieć, ale nawet pisać i rysować, a nawet zjeść obiad stawiając talerz na poręczy. Na to nie było co odpowiedzieć. Mimo to dobrotliwie uległ naszej zniewieściałości, i podwoił głębokość fotelika, co nie zmieniło faktu, że był arcyniewygodny. Model tego pierwotnego fotelika przechowuję dotąd na pamiątkę. Wyspiański twierdził zresztą, że meble w salonie nie powinny być wygodne, bo inaczej goście za długo siedzą i zabierają czas do pracy...

Gdybyż tylko w salonie! Ale w każdym pokoju. Nie jestem sybarytą ani człowiekiem zwracającym wiele uwagi na komfort życiowy, ale mogę z ręką na sercu powiedzieć, że podobne narzędzia tortur mogły budzić podejrzenie wyrafinowanej złośliwości, czym oczywiście nie były. To pewna, że nie było najmniejszego liczenia się z potrzebami gospodarskimi, które zapewne były Wyspiańskiemu dość obce. Najbardziej dało się to uczuć w jadalni. Ogromne, ciężkie, rzeźbione fotele były skomponowane tak, że przy stole miały się stykać bokami, a grzbiety ich tworzyły wysoką i zwartą palisadę, przez którą nie było mowy o podaniu półmiska, sponad której skłopotana służąca oblewała gości sosem, przy czym kolana siedzących wgniatały się nielitościwie w deskę okalającą stół.

Nareszcie po kilkunastu miesiącach urządzenie znalazło się w komplecie. I trzeba przyznać, że widok tej architektury pocieszyć mógł na chwilę stroskanych i obolałych właścicieli. O ile były bezlitośnie niewygodne, były piękne jako całość. Były oryginalne tak, że pamiętam, jak jakiś niemiecki komiwojażer specyfików lekarskich zaczął mnie wypytywać o te meble mówiąc, że oglądał tysiące mieszkań, ale czegoś równie niezwykłego w życiu nie widział. Istotnie, salon z białego jaworu, z ogromną przewagą drzewa, z amarantowym obiciem, ścianami, portierami i firankami w tym samym kolorze, był olśniewający. Był to styl świetlicy słowiańskiej, dostrojony do nowoczesnego salonu z wielkimi lustrami etc. Na przykład żardyniera na kwiaty, a zarazem półka na nuty, ornamentowana w rowki, zupełnie robiła wrażenie, że te rowki są na to, aby każdy ze schodzących się na radę rycerzy mógł tam postawić swoją dzidę (...)

To mieszkanie, jedyne urządzone w całości i szczegółach przez Wyspiańskiego, budziło oczywiście zainteresowanie, oglądano je, podziwiano. Obcy ludzie, przejezdni, przychodzili bez ceremonii oglądać meble Wyspiańskiego: mieszkanie stało się małą filią Muzeum Narodowego, osobliwością Krakowa. Ale co innego było w nim mieszkać! Ratowało nas to, że mój gabinet był urządzony nie przez Wyspiańskiego, tylko jakimiś meblami angielskiego kroju, i tam skupiało się życie całego domu. W salonie bywaliśmy jedynie wtedy, kiedy się go komuś pokazywało; poza tym opalało się go, aby się meble nie zepsuły, i koniec. Kołyska syna była monumentalna; bieguny jej to były dwa zaokrąglone bale, które przy kołysaniu wydawały taki łomot, że trzeba było je odjąć wskutek protestu całej kamienicy. Istna kołyska Bolesława Chrobrego! W całym urządzeniu nie było ani jednego mebla, na którym by można spocząć, na każdym trzeba było trwać sztywno wyprostowany. Powtarzam, gdyby nie oaza „angielskiego” pokoju, nie wiem, co byśmy poczęli. W końcu ogarniała nas rozpacz; dojrzewało postanowienie, aby oddać te meble do muzeum, a kupić sobie bodaj ogrodowe, trzcinowe krzesełka i nareszcie — usiąść!

wyspiański sypialnia żeleńskich
Okoliczności przyspieszyły wreszcie naszą decyzję. Jak wspomniałem, meble Wyspiańskiego były nieprzenośne; nie można było ich rozmieścić inaczej, słowem, nie można się było z nimi przeprowadzić. Otóż mieliśmy tak nieznośnego gospodarza domu (to bywa), że w końcu zmuszeni byliśmy się wynieść: trzeba było, tak czy inaczej, rozstać się z pięknymi meblami. Przypadkowo miał na nie ochotę dr Chramiec, który przerabiał w Zakopanem swoje sanatorium i potrzebował czegoś reprezentacyjnego; kupił je w całości. Kiedy je wynoszono, burząc piękną harmonię linii, łzy mieliśmy w oczach na widok zniszczenia myśli wielkiego artysty. I gdyby to było możliwe, pewno bylibyśmy w tej chwili - mimo wszystko - cofnęli decyzję. Ale już brutalna ręka tragarzy unosiła jedną sztukę po drugiej... Zamieszkaliśmy w staroświeckich przytulnych biedermeierach.



piątek, 5 października 2018

Chłopcy z ulicy Kościelnej [1]

Wyszli z domów około godziny ósmej rano. Dopiero po dwunastej, gdy chłopcy nie zjawili się na obiad, zaniepokojeni rodzice zaczęli ich szukać w mieście, u krewnych i znajomych.

Kazik Górski, Jaś Marciniak i Marianek Skotnicki mieszkali w Zduńskiej Woli, po sąsiedzku, przy ulicy Kościelnej. Byli uczniami drugiej klasy szkoły powszechnej. Lekcje zaczynali od godziny 13.45, więc przed południem zwykle bawili się w gdzieś w pobliżu. Feralnego dnia, 18. września 1935 jednak nie wrócili do swoich domów. Zaniepokojeni rodzice dowiedzieli się od szkolnych kolegów, że chłopcy umawiali się, by iść tego dnia na grzyby. Skierowało to poszukiwania na okoliczne lasy oraz brzegi rzeki Warty, odległej o około 12 km od Zduńskiej Woli. Dopiero kiedy całonocne poszukiwania nie przyniosły efektu rodzice zwrócili się o pomoc do policji. 19 września 1935 roku o godz. 10.55 przez Mateusz Marciniak, ojciec Jasia złożył zawiadomienie o zaginięciu trzech chłopców z ulicy Kościelnej.

Dzięki zeznaniom naocznych świadków ustalono trzy punkty pobytu zaginionych pomiędzy godz. 8.30 a 9 na przestrzeni od wylotu ulicy Kościelnej wzdłuż Belwederskiej w stronę Piwnej. Tam trop się urywał, w innych miejscach już chłopców nie widziano.

Kolejne przesłuchanie kolegów szkolnych przyniosło nową hipotezę. Zaginiona trojka miała rzekomo wybierać się na potajemną wycieczkę do Krakowa, na budowę kopca Marszałka Piłsudskiego. Rozpoczęto akcję poszukiwań poza miastem w kierunku na Kraków. Urząd Śledczy w Łodzi zwrócił się o pomoc do policji krakowskiej
W tym czasie jeden z kolegów szkolnych zaginionych chłopców zeznał , że widział ich wszystkich 18 września o godzinie 9, idących od rogu ul. Kościelnej i Belwederskiej w stronę Dolnej w kierunku na las w Piaskach. Policja przyjęła wtedy za możliwe uprowadzenie dzieci przez Cyganów, którzy tym czasie koczowali w mieście.

Kolejny wątek podsunęła żona sędziego M. z Łasku. Zgłosiła wiadomość, że pod koniec września był u niej w mieszkaniu po herbatę ośmioletni harcerz podobny do zaginionego Kazia Górskiego. W dodatku rozpoznała go na przedstawionej przez policję fotografii. Rozpoczęto poszukiwania śladów w kierunku Krakowa. Na odcinku około 40 kilometrów drogi od Chynowa przez Wadlew, Wielopole, Bełchatów, Kluki, Szczerców w powiecie łaskim i piotrkowskim spotkano się z prawdopodobieństwem przemarszu poszukiwanych od 10 do 15 października 1935 roku. Ślad jednak urwał się za Szczercowem. Brakowało też śladów pomiędzy Łaskiem a Chynowem, co mocno podważało wiarygodność tego wariantu zdarzeń. Pozostawało też pytanie: po co chłopcy szliby do Łasku, który nie jest po drodze ze Zduńskiej Woli do Krakowa?

W pierwszych dniach października 1935 roku Urząd Śledczy w Łodzi o zaginięciu poinformował poprzez centralną rozgłośnię radiową w Warszawie. O sprawie pisała prasa łódzka, warszawska, poznańska i krakowska. Z końcem października wznowiono poszukiwania na terenie całego kraju, licząc że chłopcy mogą pojawić się między żebrakami lub włóczęgami w dzień Wszystkich Świętych.
zduńska wola ulica kościelna

Aby odnaleźć jakiś ślad dzieci, niezwykłe wysiłki czynili rodzice. Przeszukiwali wszelkie miejsca w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, gdzie dzieci mogły ulec nieszczęśliwemu wypadkowi. Brodzili po stawach i moczarach, rozpytywali mieszkańców wsi, gajowych, borowych, przewoźników rzecznych. Wszystko bez skutku. Na ich desperacji korzystali różnego rodzaju hochsztaplerzy, detektywi-amatorzy, wróżki i jasnowidze, wyłudzając pieniądze na oszukańcze ekspedycje, wizje i przepowiednie. Jeden z wróży zapewniał najpierw, że dzieci żyją, lecz są uprowadzone przez starą kobietę, później, że są za rzeką 12 kilometrów od Zduńskiej Woli. W końcu stwierdził, że są daleko i już ich nie widzi.

Zagadkowe zniknięcie chłopców oraz brak postępów w śledztwie rodziło w Zduńskiej Woli i najbliższych miejscowościach najdziwniejsze teorie. Rodziny dręczono niesamowitymi wizjami losu ich dzieci. Anonimami o podobnej treści zasypywano komisariat policji. Rozpuszczono starą plotkę o morderstwie rytualnym popełnionym przez Żydów potrzebujących chrześcijańskiej krwi na macę. W mieście, w którym Żydzi stanowili jedną trzecią ludności groziło to poważnymi rozruchami. Narastały antysemickie nastroje, zaczęto już wybijać szyby w żydowskich domach. Sytuacja stała się tak napięta, że Komendant Główny Policji, generał Zamorski przekazał dochodzenie Centrali Służby Śledczej w Warszawie. Wyznaczono tysiąc złotych nagrody za pomoc w wyjaśnieniu sprawy. Śledztwo wkroczyło na nowe tory. O jego efektach poinformujemy wkrótce...