piątek, 5 stycznia 2018

Sprawiedliwość wymierzona kopytem

W początkach XX wieku konie na ulicach miasta nie budziły niczyjego zdziwienia Jednak sytuacja, o jakiej informował w styczniu 1912 roku łódzki "Rozwój", zaskoczyła i zbulwersowała przechodniów: 

Samoobrona konia. W dniu wczorajszym przechodnie na ul. Młynarskiej nr 15 byli świadkami ciekawego wypadku. Do dość dużego wozu załadowanego po brzegi węglem, zaprzężony był dość mizernie wyglądający koń, który mimo nieświetnego swego wyglądu, ciągnął ciężar, jak mógł. Gdy jednak jedno z kół wpadło w rów, koń, chociaż wytężał wszystkie siły wozu nie mógł wyciągnąć. Wówczas woźnica począł biedne zwierze w nielitościwy sposób okładać batem. Nie pomogły nawet perswazye i przestrogi przechodniów. Wreszcie koń, zniecierpliwiony widocznie postępowaniem swego pana, tak nieszczęśliwie kopnął go, że zmiażdżył mu kość czołową i nosową, przyczem woźnica doznał wstrząśnienia mózgu. Przybyły lekarz Pogotowia, po opatrunku na miejscu wypadku, wstanie groźnym i nieprzytomnym odwiózł ofiarę "końskiej samoobrony" do szpitala Poznańskich. Nazwisko i adres woźnicy nieznane.


poniedziałek, 1 stycznia 2018

Wystrzałowy Sylwester w Zduńskiej Woli

Przykre musiał mieć wspomnienia z Sylwestra 1929/1930 roku rejent Rokosowski ze Zduńskiej Woli. Kurjer Łodzki 1 stycznia 1930 (środa) donosił (styl i ortografia oryginalne):

Onegdaj wieczorem, o czem obszernie doniosło wczorajsze „Echo” w Zduńskiej Woli, w powiecie łaskim dokonano zuchwałego napadu bandyckiego na kancelarię i mieszkanie rejenta Rokosowskiego, zamieszkującego w najruchliwszym punkcie miasta. Według przeprowadzonego dochodzenia było siedmiu zamaskowanych i uzbrojonych bandytów. Napad miał miejsce o godzinie 5 po południu. Dwóch złoczyńców pilnowało wejścia do lokalu, podczas gdy pięciu innych z rewolwerami gotowemi do strzału w rękach wkroczyło do wnętrza. W mieszkaniu i kancelarji znajdował się rejent Rokosowski z rodziną oraz pracownicy biura w liczbie 11 osób. Bandyci, steroryzowawszy obecnych grozą użycia broni, powiązali wszystkich, poczem przystąpili do rabunku. Przedewszystkiem zrewidowali stoły i biurka, z których zrabowali kilkaset złotych. Z kolei bandyci kazali sobie otworzyć kasę ogniotrwałą, w której przechowywano 2000 złotych w gotówce oraz weksle i papiery wartościowe, wartości kilkudziesięciu tysięcy złotych. Bandyci zadowolili się gotówką, nie naruszając weksli i papierów.

Napad trwał około 2 godzin, przyczem odbywał się tak cicho, że nikt z przechodniów i sąsiadów rejenta nie mógł przypuszczać niczego złego. W ostatniej chwili, gdy bandyci kończyli gospodarkę, rejentowi Rokosowskiemu udało się nieznacznie oswobodzić z więzów i zbiec do sąsiedniego pokoju. Bandyci usiłowali pochwycić rejenta. Ten jednak zamknąwszy drzwi, pochwycił fuzję i oddał dwa strzały. Spłoszeni bandyci rzucili się do ucieczki. Powiadomiony o zuchwałym napadzie naczelnik wojewódzkiego Urzędu śledczego inspektor Nosek zarządził za zbiegłymi bandytami pościg. Około północy na bandytów natknęła się na torze kolejowym Pabianice – Łask. Osaczeni złoczyńcy rozpoczęli strzelaninę, a korzystając z ciemności rozbiegli się. Mimo to jednego z nich udało się zatrzymać. Jest nim niejaki Majer Binem, niewiadomego miejsca zamieszkania.

Dalsze ślady za zbiegami doprowadziły policję pod Konstantynów, gdzie jeden z bandytów wpadł do zagrody wieśniaczej, nakazując wieśniakom pod grozą dwóch rewolwerów zaprzęgać konie. Przeszkodziło temu zjawienie się policji. Bandyta, ostrzeliwując się, zrezygnował wkrótce z obrony i poddał się. Nazwiska drugiego bandyty nie zdołano narazie ustalić, ponieważ odmawia on wszelkich zeznań. Obydwóch złoczyńców, którym odebrano rewolwery oraz sto kilkadziesiąt naboi, przewieziono do więzienia. Wczoraj władzom śledczym nie udało się wpaść na trop dalszych 5 bandytów. Ślady doprowadziły do gminy Rąbień pod Łodzią, gdzie jednak zatarły się. Dalszy pościg, nad którym czuwa osobiście inspektor Nosek, trwa. Wyniki śledztwa trzymane są narazie w ścisłej tajemnicy.

Nieszczęśliwego Nowego Roku!

Powitanie Nowego Roku oraz karnawał to nie tylko czas zabawy i radości. Stare kroniki wypadków pełne są zdarzeń bulwersujących i tragicznych.

2 stycznia 1934 r. Głos Poranny informował [pisownia oryginalna]:

głos poranny
We wsi Gruszczyce pow. kaliskiego, w zagrodzie Stefana Kozłowskiego wydarzył się straszny wypadek. Gdy domownicy przebudzili się w dniu onegdajszym, znaleźli 2-letniego Piotra Kozłowskiego, w kołysce w kałuży krwi. Stwierdzono, że dziecko ma przegryzioną krtań i nie żyje. O wypadku natychmiast powiadomiono policję, która wszczęła dochodzenie, w toku którego ustalono, że sprawcą morderstwa jest kot, który w nocy, gdy wszyscy pogrążeni byli we śnie, wskoczył na kołyskę i zagryzł chłopca. Następnie kot zniknął i poszukiwania za nim nie dały rezultatu.

* * *
W dniu wczorajszym o godz. 9.15 rano pociąg osobowy Nr 556, zdążający z Pabjanic do Łodzi, na przejeździe kolejowym  pod wsią Retkinia najechał na stojącą na torze i przyglądającą się orkiestrze miejscowej straży ogniowej 8-letnią Zofję Gawlik, mieszkankę tej wsi. Koła pociągu zmasakrowały ciało dziewczynki. Zwłoki nieszczęśliwej zabezpieczono na miejscu do czasu zejścia władz sądowo - lekarskich.(p)

* * *
W dniu onegdajszym dom przy ulicy Mianowskiego 33 [w Łodzi] był widownią tragicznego wypadku. W domu tym zamieszkują małżonkowie Ryczkowscy, którzy posiadają trzymiesięczną córeczkę imieniem Helusia. Matka dziecka, Zofja, chcąc je uspokoić, włożyła mu do ust smoczek, sama zaś zajęła się pracą domową. Po pewnym czasie, gdy matka zajrzała do  dziecka, stwierdziła z przerażeniem, że Helena nie żyje. Wezwany lekarz pogotowia  ratunkowego stwierdził śmierć niemowlęcia wskutek uduszenia się smoczkiem (p)

* * *
Nocy Sylwestrowej liczni przechodnie znaleźli w kałuży krwi przy zbiegu ulic Wólczańskiej i Żwirki [w Łodzi] ciało jakiegoś młodego mężczyzny. Niezwłocznie powiadomiono  policję. Przybyły na miejsce lekarz pogotowia stwierdził kilka ran kłutych klatki piersiowej i po udzieleniu pierwszej pomocy przewiózł poszkodowanego do szpitala św. Józefa przy ul. Drewnowskiej. Ofiara jest nieprzytomna. Zdołano jednak stwierdzić, iż nazywa się Stanisław Pudlarz, ma lat 31, adresu jednak jego  nie udało się ustalić, jak również powodu napadu.

sobota, 30 grudnia 2017

Abyś łaskawszy był i sprawiedliwszy...

Nie spełniły się nadzieje Polaków na pokój i wolność w 1917 roku. A przecież miał to być rok radosny dla Polski. Łódzka gazeta „Godzina Polski” witając go dwanaście miesięcy wcześniej już widziała jutrzenkę swobody i cień białego orła nad światem. Niestety, 31 grudnia 1917 roku musiała swoje proroctwa przesunąć o kolejny rok... Jak zwykle górnolotnie i filozoficznie...

* * *

Znów runęła w przepaść czasu zamknięta w ramy kalendarzowego roku epoka... Jak tysiące innych rozpłynie się we mgle wspomnień, zatonie w ogromie wydarzeń światowych, zatrze się w ludzkiej pamięci. Przez wrota nieskończonego Czasu przejdzie rok 1917 w dziedziny wieczności. Ustępuje on miejsca nowemu przybyszowi, co za nieprzeniknioną się kryje kotarą losów, ześrodkowuje w sobie stęskniony wzrok ludzkości, nadzieją niepewną błyskający...(...).

Panta rei - wszystko płynie. Dokądże? Dokądże nas niesie burzliwy potok dziejów? Jakiż cel życia i bytu, gdzie i czy kres jego istnieje? Oto wieczne pytania, nierozwiązalne nigdy, jak cień nam towarzyszące w żmudnej wędrówce życiowej.

Minął jak sen przykry, jak dusząca zmora. Żegnany radośnie, jak był witany nadziejnie, bez wspomnień o nim jasnych, bez żalu za minionemi chwilami. Miasto pokoju upragnionego i ulgi w wielkich cierpieniach, nowe tylko cierpienie pod nogi rzucał. Ogromem nieszczęść przerażał, olśniewał pomysłowością nękania i tak już trapionych. Łuną zapalał niebo, śmiercią obsiewał niwy, a rozpaczą dusze..

Deptał i gnębił, iluzje rozwiewał. Żałobnemi i krwawemi się w księdze dziejów zapisał głoskami, bo nielitosny był i okrutny, bo kłam zadawał lada otusze, bo niszczył ziarno jaśniejszej przyszłości...

Nad świeżą jeszcze jego mogiłką stoim, uśmiechnięci i radośni. Bo już się cud pokoju oznajmił, już jutrzenka zabłysła, co nieomylnie wieści błyski słoneczne, wesela promienie, nadziei i pokoju na ziemi..

Przybywaj z krain nieznanych Roku Nowy, wieniec ci zwycięstwa pokoju na skronie włożymy a tysiączne piersi ci hymny powitania śpiewać będą... Abyś łaskawszy był i sprawiedliwszy i siał płodne ziarno życia!

Niech żywi nie tracą nadziei...

Jak podczas I wojny światowej na Ziemi Łódzkiej żegnano Stary i witano Nowy Rok? Kto to dziś jeszcze pamięta? Kto chce pamiętać o tym, w pogoni za promocjami w supermarketach? Czy rodaków kupujących całymi workami chińskie fajerwerki,  jeszcze to cokolwiek obchodzi?

31 grudnia 1914 roku przypadał w czwartek. Dopiero co opadł kurz bitewny po miesiącu zażartych walk pomiędzy armiami trzech zaborców. Wynik wielkiej bitwy dookoła Łodzi zwanej Bitwą Łódzką, albo "małą bitwą narodów", pozostał w zasadzie nierozstrzygnięty, żadna ze stron nie osiągnęła zakładanych celów. Był to jednak remis ze wskazaniem na Niemców. Rosjanie 6 grudnia musieli wycofać się z Łodzi, za linię rzek Bzury i Rawki. Następnego dnia do Ziemi Obiecanej wkroczyły wojska niemieckie.
Zniszczony dom przy ulicy Aleksandrowskiej. Źródło: FotoPolska.eu
Stary zaborca ustąpił miejsca nowemu okupantowi. W takiej sytuacji największym powodem do radości  było zakończenie walk. Krajobraz po bitwie był jednakże przerażający. Na polach bitewnych wokół Łodzi pozostało 200 tysięcy trupów różnych narodowości, m.in. Polaków. W gruzach legły Konstantynów i Lutomiersk, inne miejscowości, jak: Tuszyn, Zgierz, Pabianice czy Aleksandrów uległy poważnym zniszczeniom. Także Łódź mocno ucierpiała wskutek niemieckich bombardowań.

W drugiej połowie grudnia 1914 roku nadszedł czas porządków.  W "Nowym Kurjerze Łódzkim" pojawia się makabryczna i zdumiewająca wiadomość o pracach polowych w grudniu.
W wielu wsiach w okolicy Łodzi, gdzie pociski poryły doły i gdzie polegli pochowani zostali na polach ornych o tyle płytko, że po zmyciu powierzchni przez deszcz widać było części ich ciał, włościanie wspólnemi siłami wykopali groby wzdłuż dróg i przenieśli zwłoki. 
Następnie każdy wyrównał swe kawałki ziemi i w tych dniach przystąpiono do robót polnych. W braku dostatecznej liczby koni do pługa, wraz z koniem zaprzęgają się ludzie. Jedno jest tylko zmartwienie, skąd wziąć na wiosnę ziarna do siewu?

Uprzedzając fakty, warto dodać, że ci z włościan, którzy ze zdobyciem ziarna jakoś sobie poradzili i pola obsiali, zyskali w Nowym Roku kolejne zmartwienie: jak zebrane zbiory uchronić przed skonfiskowaniem przez okupanta?

Łódzka prasa podaje głównie urzędowe informacje o wydarzeniach frontowych oraz o problemach z zaopatrzeniem w żywność. Sporo miejsca zajmują też obwieszczenia gubernatora miasta - generała majora Hansa Gerecke. Wprowadza on konsekwentnie swoje porządki. Gazety niemal codziennie zamieszczają jego rozporządzenia, jak te poniżej:

Wszelki ruch uliczny w Łodzi i na przedmieściach zakazany jest po 9 wieczorem. Chodzić po ulicy dozwolone jest tylko osobom upoważnionym przez piśmienne pozwolenie urzędu gubernialnego. Pozwolenia tego rodzaju udzielane będą tylko lekarzom, akuszerom, straży ogniowej oraz milicji. 
Wszelkie restauracje, kawiarnie i lokale publiczne muszą, być zamykane o godz. 9 wieczorem. Wyjątek stanowią restauracje tych hoteli, gdzie są rozkwaterowani oficerowie i tylko dla użytku tychże oficerów. 
Przynajmniej 3 dorożki muszą stać także stale od godz. 9 do 12 w nocy przed Grand-Hotelem do użytku gubernatora. 
W okręgu łódzkiej cesarsko-niemieckiej gubernji sprzedawane i rozpowszechniane być mogą tylko pisma niemieckie, austrjackie i wychodzące w Łodzi. Winni przekroczenia tego przepisu będą karani. 
Podaje się do wiadomości publicznej, że i w wieczór sylwestrowy rozporządzenie o godzinach ruchu w nocy również moc swą utrzymuje. Lokale publiczne muszą być zamknięte po godz. 9 wieczorem.
Kto w tych warunkach myślał, jak zabawić się w sylwestrową noc? Zapowiadany w teatrze "Scala" przy ulicy Cegielnianej wielki sylwestrowy bal maskowy został odwołany. Co to za Sylwester, który kończy się o godzinie 21?

W Nowym Roku gubernator witał łodzian kolejnymi zarządzeniami:
Osobom obcym wstęp na dworzec, jak również i na plant kolejowy, jest wzbroniony. Posterunki mają nakazane, osoby kręcące się po dworcu i plancie kolejowym, aresztować lub wrazie nie zatrzymania się na trzykrotne wezwanie, zastrzelić.
We wszystkich miejscach sprzedaży, w restauracjach, hotelach, zajazdach i. t. p. ceny powinny być wyszczególnione w markach i fenigach. Wykaz cen w rublach i kopiejkach również ma nadal pozostać.
nowy kurjer łódzki
 Niestety, podawanie cen w dwóch walutach nie rozwiązało problemów z zaopatrzeniem tych placówek. Felietonista "Nowego Kurjera" podsumował swoje kawiarniane doświadczenia poniższym tekstem:
W kawiarni. Ktoby chciał dziś traktować poważnie szyldy przedsiębiorstw, rzekłbym mu, iż kiep imię jego. Wojna nie tknęła wprawdzie szyldów. Natomiast z gruntu zmieniła fizjonomję wewnętrzną zakładów. Można w nich dostać, wszystkiego, byle nie tego, co szyld obwieszcza. 
Widzę na bocznej ulicy szyld kawiarni i napisy dodatkowo; „dziś flaki", „lody", „zimne przekąski"' nie licząc tak fundamentalnych zapowiedzi, jak - kawa, herbata, czekolada i świeże ciasto... 
Wchodzę. Siadam. 
- Kawa biała - dyktuję. 
Są w sklepie trzy osoby. Wszystkie się ździwiły. 
- Kawa? Jakto kawa? 
- Przecież kawiarnia... 
- No więc co ? To zaraz musi być kawa? 
- Więc o herbatą proszę. 
Herbata mogłaby być. A ma pan ze sobą cukier? 
- Mam. 
- To bardzo dobrze. 
- A drzewo pan ma? 
- Nie, skądże... 
- To jak może być herbata? 
Jestem już zły. 
- Więc co właściwie można dostać? 
- Może papierosy zagraniczne... 
- Przecież na szyldzie wyraźnie napisane, że.. 
- Co to na szyldzie... Szyld nie jest komunikat urzędowy, żeby to musiało być prawdą, co tam napisano.
"Lecz zaklinam - niech żywi nie tracą nadziei"- dawno temu pocieszał  rodaków wieszcz Juliusz, chcąc zjadaczy chleba w anioły przerobić... Nie udało się, bo... Niech zgadnę: bo chleba zabrakło?