poniedziałek, 3 września 2018

Odświętny zimorodek - najlepsze listy motywacyjne w historii

Drogi Panie, lubię słowa. Lubię tłuste, maślane słowa, takie jak "muł", "atłas" i "tłuc"...
W 1934 roku Robert Pirosh, copywriter z Nowego Jorku, rzucił pracę i wyjechał do Hollywood. Zamierzał tam zrobić karierę scenarzysty filmowego. Zebrał adresy wszystkich liczących się reżyserów, producentów i dyrektorów wytworni filmowych, po czym wysłał do nich niezwykły tekst. Obecnie jest uznawany za jeden z najwspanialszych listów motywacyjnych w dziejach ludzkości. Był również bardzo skuteczny. Pirosha zaproszono na trzy rozmowy kwalifikacyjne i ostatecznie zdobył stanowisko młodszego scenarzysty w wytwórni MGM.

Co takiego napisał, że został zauważony i doceniony? Po prostu kilkanaście zdań o tym, że lubi słowa. Między innymi takie zdania:
Lubię wzniosłe, natchnione słowa, takie jak "odświętny", dystyngowany, zniesmaczony.  Lubie te eleganckie i kwieciste, jak "letni", "błądzić", "zimorodek" i "Elizjum". Lubię też glistowate, wijące się i gąbczaste, takie jak "pełzać", "pokłon", "plantacja" i "kroplówka". Lubię w końcu zabawne słowa, na przykład "bąbel", "klapa", "bekać" i "bulgotać".
Znacznie bardziej lubię słowo scenarzysta niż copywriter, postanowiłem więc rzucić pracę w agencji reklamowej w Nowym Jorku i spróbować szczęścia w Hollywood. Jednak zanim wskoczyłem na głęboką wodę, wybrałem się do Europy, aby się tam uczyć, wygłupiać i rozmyślać. Właśnie stamtąd wróciłem i nadal lubię słowa. Czy mogę kilka z panem zamienić?
15 lat później Robert Pirosh zdobył Oscara za scenariusz filmu "Pole bitwy". Był też autorem scenariuszy wielu popularnych filmów m. in. "Czarnoksiężnik z Oz" (1939), "Ożeniłem się z czarownicą" (1942) czy "Piekło dla bohaterów" (1962).

Pismo Pirosha opublikowane zostało w zbiorze "Listy niezapomniane" opracowanym przez przez Shauna Ushera, angielskiego autora bloga www.lettersofnote.com. Wśród 126 najciekawszych i najważniejszych listów w dziejach ludzkości są korespondencje sprzed wielu wieków, jak i z ostatnich lat. Znajdziemy tu również inne, niezwykłe i zaskakujące prośby o pracę. Na przykład list  Leonarda da Vinci do księcia Mediolanu Ludwika Sforzy. Wiedząc, że książę szuka budowniczych obiektów wojskowych, 30-letni Leonardo, który jeszcze nie był słynnym malarzem, napisał list przedstawiający w dziesięciu punktach jego umiejętności konstruktorskie. Jak na owe czasy były niebagatelne. Poniżej przytaczamy tylko część fantastycznej oferty Leonarda:
działo Leonardo da Vinci
Posiadam projekty bardzo lekkich, silnych i przenośnych mostów, przy użyciu których da się ścigać nieprzyjaciela, a w wyjątkowych przypadkach również uciekać przed nim podczas walki. Dzięki ich użyciu można niszczyć i palić mosty wroga. 
Na wypadek, kiedy podczas oblężenia nie można byłoby prowadzić ostrzału, zważywszy na wysokość murów lub ich wyjątkowe położenie, znam metody zniszczenia każdej fortecy, pod warunkiem że nie została ona wzniesiona na skałach. 
Posiadam także projekty wygodnych i łatwych do przenoszenia dział, które potrafią miotać małe kamienie niczym grad, zaś dobywający się z nich dym każdego wroga wprawi w przerażenie. 
Potrafię również docierać w oznaczone miejsca za pomocą podziemnych korytarzy i sekretnych przejść wykonanych bez żadnego hałasu, nawet jeśli musiałyby wieść pod fosą lub rzeką. 
Stworzę także pancerne pojazdy, bezpieczne i nie do zdobycia, które zdolne będą penetrować siły wroga oraz jego artylerię. Nie istnieje taki tłum uzbrojonych wojowników, którego nie przebiłaby ta maszyna. Za wynalazkiem tym bezpiecznie i bez przeszkód maszerować może piechota. 
Tam, gdzie działa nie znajdą wykorzystania, zastosuję katapulty, mangonele, trebusze i inne wspaniale skuteczne machiny, których dziś się nie używa. Krótko mówiąc, niezależnie od warunków zdolny jestem stworzyć nieskończoną liczbę machin oblężniczych i obronnych.
Po takiej autoprezentacji kandydat mógł być tylko przyjęty, albo uznany za niepoczytalnego. Leonardo dostał tę robotę, ale nie zrealizował swoich militarnych projektów, albo nic o tych realizacjach nie wiemy. Za to na zamówienie Sforzy sportretował jego kochankę na obrazie "Dama z gronostajem" oraz nieślubną córkę na portrecie zwanym "La Bella Principessa". To talent malarski przyniósł mu sławę, nie wynalazki machin wojennych.

Prawie pięć wieków później, w 1933 roku 23-letnia Eudora Welty wysłała do magazynu "The New Yorker" prośbę o przyjęcie do pracy. Zaczęła dość nietypowo:
Panowie, domyślam się, że bylibyście bardziej zainteresowani zręczną sztuczką magika niż aplikacją na jedno ze stanowisk w Waszej gazecie, jednak, jak wiadomo, nie można mieć wszystkiego.
Po krótkim i dowcipnym przedstawieniu swojego wykształcenia oraz doświadczeń zawodowych, przeszła do rzeczy. Równie ujmująco i bezpośrednio:
Eudora Welty
Jeśli chodzi o to, co mogłabym Panom zaoferować - widziałam zastraszającą liczbę filmów i wystaw malarskich, które, jak sądzę, mogłabym dla Panów bezstronnie recenzować; ostatnio wymyśliłam nawet neologizm określający obrazy Matisse`a po tym, jak obejrzałam jego ostatnią wystawę u Marie Harriman, mianowicie konkubinarbuz. Pokazuje to, w jaki sposób działa mój mózg - szybko i nietypowo. Czytam wręcz żarłocznie i po każdej lekturze mogę natychmiast trzaskać recenzję. (...) 
Tak bardzo chciałabym dla Panów pracować! Jeden maleńki felieton każdego ranka - albo każdego wieczoru, jeśli nie możecie, Panowie, zatrudnić ,mnie w dziennym wymiarze - choć zapewniam, że gotowa jestem tyrać jak niewolnik. Potrafię też rysować tak jak pan Thuber, na wypadek gdyby mu odbiło. Uczyłam się malowania kwiatów. 
Nie wiem, gdzie mogłabym aplikować, gdyby odrzucili Panowie moje podanie; nie piszę tego, aby Panom schlebiać, ale sami zobaczcie, jaką mam alternatywę: U. z N.C. proponuje mi 12 dolarów za tańczenie w klubie Valecha Lindsaya. Wspaniale. Składam to podanie na Panów ręce, zapewniając jeszcze, że jestem sumiennym pracownikiem...
Niestety, list ten został przez redakcję zignorowany. Jednak jakiś czas później "The Ner Yorker" naprawił swój błąd. Eudora Welty opublikowała na jego łamach wiele artykułów. W roku 1973  otrzymała nagrodę Pulitzera za powieść "The Optimist`s Daughter". Została również nagrodzona Prezydenckim Medalem Wolności.

W 1989 roku młody projektant gier komputerowych wysłał CV i list motywacyjny do firmy Lucas Art, założonej przez George`a Lucasa. Odezwano się telefonicznie. Niestety, pod koniec rozmowy kandydat popełnił potworny błąd - przyznał się, że korzysta z pirackiej wersji gry swojego potencjalnego pracodawcy. Żeby zatrzeć złe wrażenie Tim Schafer napisał nowy list motywacyjny w formie gry komputerowej. Tekst ilustrowany grafikami jak z gry, zaczynał się tak:
Twoja misja znalezienia idealnej pracy rozpoczyna się w Centrum Idealnej Kariery. Po wejściu do środka widzisz pomocną kobietę, która siedzi za biurkiem. Kobieta uśmiecha się do ciebie i pyta: 
W czym mogę pomóc? 
Powiedz: szukam pracy.
Rozumiem - odpowiada kobieta - A gdzie chciałby pan pracować: w Los Angeles , Dolinie Krzemowej czy San Rafael? 
Powiedz: w San Rafael.
Dobry wybór - mówi - Oto oferty pracy, które mogą pana zainteresować. 
Podaje ci trzy broszury. 
Obejrzyj broszury. Ich tytuły brzmia następująco: HAL Computers: wykręć z nami numer; Yoyodine Defense Technologies: pomóż nam wykorzystać nasz destrukcyjny potencjał oraz Lucas Film, Ltd: Gry, Gry, Gry! 
Otwórz broszurę LucasFilm.
Dalej "uczestnik" gry wysyła CV do Lucas Film, dostaje pracę i podjeżdża komunikacją miejską do firmy. Zastaje tam życzliwych ludzi, otrzymuje biurko z  nowoczesnym komputerem i telefonem oraz zabiera się do pracy. Gra w zdobycie wymarzonej pracy kończy się na najwyższym levelu, który Tim Schafer, tak opisał:
Kiedy osiągasz satysfakcję z pracy, twoja punktacja zwiększa się do 100, a misja zostaje zakończona. Jednak prawdziwa przygoda dopiero się rozpoczyna, podobnie jak twoja współpraca z firmą Lucas Film.
Kilka tygodni po wysłaniu tego oryginalnego listu motywacyjnego Schafer został pracownikiem Lucas Film. Dla tej firmy stworzył dwie najpopularniejsze gry przygodowe wszech czasów: The Secret of Monkey Island oraz Monkey Island 2.

Dzisiaj większość poszukujących pracy uważa, że list motywacyjny to przeżytek. Nie piszą go wcale, albo kopiują wzór z Internetu. Jeśli chcesz, aby twoja aplikacja przykuła uwagę rekrutera, czytaj i wzoruj się na najlepszych...

* * *

Listy niezapomniane
Wydawnictwo: Sine Qua Non, 2015
Autor: Shaun Usher
Tytuł oryginału: Letters of Note
Tłumaczenie: Jakub Małecki
Data wydania: 6 maja 2015
Format: 165 x 235 mm
Liczba stron: 416 tekst
ISBN: 978-83-7924-332-7

sobota, 14 lipca 2018

Zdobyczne atłasy króla Jana

W Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, obok wyjątkowej klasy portretu monarchy, można oglądać oryginalne XVII-wieczne tureckie tkaniny.

Komplet dziesięciu wzorzystych atłasowych makat najprawdopodobniej został zdobyty przez Jana Sobieskiego w bitwie pod Wiedniem. Tkaniny powstały w połowie XVII wieku na terenie imperium osmańskiego i mogły stanowić fragment wystroju namiotu tureckiego dygnitarza. Potem zostały podarowane przez Sobieskiego klasztorowi Benedyktynek we Lwowie, w którym ksienią była ciotka króla, Dorota Magdalena Daniłowiczówna.

wilanów-wielka sień

Po II wojnie światowej wraz z mniszkami i całym wyposażeniem zakonnym makaty trafiły do klasztoru pocysterskiego w Krzeszowie na Dolnym Śląsku. Przez lata nie wiedziano o faktycznym pochodzeniu i wartości tkanin, choć doceniano ich wyjątkową klasę i piękno. W klasztorze w Krzeszowie używane były jako nakrycia na klęczniki dla sióstr podczas uroczystości składania ślubów zakonnych i przyjmowania konsekracji monastycznej. Dopiero kilka lat temu ponownie „odkryto” pochodzenie tkanin i zidentyfikowano je jako trofeum zdobyte przez króla Jana III w bitwie wiedeńskiej. W 2017 r. tkaniny poddano konserwacji w pracowni Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.

Te olśniewające tkaniny ozdobiły Wielką Sień pałacu wilanowskiego razem z wyjątkowej klasy portretem Jana Sobieskiego. Obraz pochodzi z XVII wieku i jest przez badaczy uznawany za jeden z najważniejszych wizerunków władcy. Uważa się go za pierwowzór całej grupy portretów z kolekcji polskich i zagranicznych, na których monarcha jest podobnie upozowany. Jest oceniany, jako „prawdopodobnie najbliższy faktycznego wyglądu monarchy”. Obraz stanowi własność Muzeum Narodowego w Warszawie i pozostaje w depozycie w Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.

Wystawę w Wielkiej Sieni pałacu w Wilanowie można oglądać do 30 września 2018 roku.

niedziela, 17 czerwca 2018

Nieskora Maria z Prusinowic

Kiedyś nie było Facebooka, ani Twittera, ale była Gazeta Świąteczna. Co takiego napisał Felek ze Sworawy, że spowodował wybuch twórczej energii niejakiej Marii z Prusinowic?
Głos nowej czytelniczki ze wsi Prusinowic pod Sieradzem. Bracia czytelnicy, pragnę, choć nieśmiało, skreślić tu słów parę, byle sił mi stało. Jestem czytelniczką od roku półtora, ale do pisania nie byłabym skora, gdyby nie napisał Felek ze Sworawy, że nam w głowach tylko stroje i zabawy. Chcąc temu zaprzeczyć, mili czytelnicy, muszę tu coś skreślić ze swej okolicy. Dwóch tu przedpłatników było do tej pory, teraz jest i trzeci do czytania skory. Znane z zamożności bywały te strony, lecz dziś tu, jak wszędzie, każdy przygnębiony. Jest tu straż ogniowa, lecz słabe jej siły i niema sposobu, aby się wzmocniły. Bo tylko są bójki i kradzieże wszędzie, a poczciwy człowiek nie wie, co to będzie. Co do mnie, Świąteczna jest mi przyjaciółką, chciwie ją też czyta całe nasze kółko. Czy do swego grona, druhowie, przyjmiecie Marję z Prusinowic w sieradzkim powiecie?
Gazeta Świąteczna 1934 nr 2770, za: http://sieradzkiewsie.blogspot.com

prusinowice dwór

Gazeta Świąteczna – tygodnik popularno-oświatowy dla ludu, wydawany w latach 1881–1939 w Warszawie. Został założony przez Konrada Prószyńskiego. Później pismem kierowali: Tadeusz Prószyński (1873-1925), Pelagia Wanda Prószyńska (1889-1953) i Konrad Marcjan Prószyński (1891-1944).

Gazeta pełniła rolę zbliżoną do obecnych socjal mediów. Spaliła się stodoła, wiatr uszkodził wiatrak, wieśniacy pobili się w karczmie, doszło do zuchwałej kradzieży lub zabójstwa - o tym wszystkim dowiadywali się czytelnicy Gazety Świątecznej.  Opisywano stan płodów rolnych, a także wydarzenia kulturalne i religijne.
Krótkie relacje stałych korespondentów oraz czytelników zawierały często krytyczne uwagi o władzach gminnych, rządzie czy sąsiadach. Pisano o aferach rzeczywistych i domniemanych. Poza wszelką krytyką znajdował się natomiast kościół katolicki oraz księża. Gazeta otwarcie  popierała bowiem politykę kleru zmierzającą do regulowania wszelkich sfer życia Polaków i wpływania na decyzje rządów. Ostro atakowała wszystkie ruchy, które sprzeciwiały się dominacji kościoła, szczególnie socjalistyczne. W latach 30-tych, zgodnie z ogólnym trendem w prasie narodowej i katolickiej, prezentowała poglądy mocno antyżydowskie.


czwartek, 14 czerwca 2018

Włosi wierzą w cud...

14 czerwca 1982 roku o godzinie 17.15 rozpoczął się pierwszy mecz drużyny polskiej podczas
Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Hiszpanii. Udział w tej imprezie przyniósł Polakom wielki sukces, ostatni tej rangi do dziś. Mimo, że przygotowania do turnieju zakłóciło wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku. Trener Antoni Piechniczek nie mógł wykonać planu spotkań towarzyskich, bo niektóre państwa bojkotowały Polskę rządzoną przez wojsko.

Początek turnieju nie zapowiadał wielkich osiągnięć. Na Estadio Balaidos w Vigo biało-czerwoni spotkali się z drużyną Włoch, dwukrotnym mistrzem świata z lat 30-tych. Nasi rozpoczęli w składzie: Józef Młynarczyk - Stefan Majewski, Władysław Żmuda (kapitan), Paweł Janas, Jan Jałocha, Grzegorz Lato, Waldemar Matysik, Zbigniew Boniek, Andrzej Buncol, Andrzej Iwan, Włodzimierz Smolarek. Za Iwana w 72 minucie wszedł Marek Kusto. Mecz toczył się przy lekkiej przewadze Włochów. Ostatecznie plan minimum został wykonany, nie przegraliśmy, padł bezbramkowy remis. Wywalczyliśmy na początek punkt z wielkimi Włochami, które miały w składzie gwiazdy najwyższego formatu, jak Zoff, Gentile, Conti czy Rossi. Potem miało już być łatwiej, powszechnie liczono na dwa zwycięstwa w kolejnych meczach: z Kamerunem i Peru. Okazało się to nie takie proste, ale ostatecznie Polska drużyna zdobyła trzecie miejsce w świecie. Powtórzyła tym samym osiągnięcie Orłów Górskiego z 1974 roku.
Zbigniew Boniek i Paolo Rossi - Hiszpania 1982

Przebieg mundialu od kulis przedstawił  Andrzej Makowiecki - dziennikarz, pisarz i scenarzysta filmowy, specjalny wysłannik Krajowej Agencji Wydawniczej i tygodnika "Odgłosy".
Jego książka "Espania`82 - nerwy, radość, zwątpienie, zwycięstwo" powstała jak na tamte czasy w niezwykłym tempie, do księgarń trafiła we wrześniu 1982 roku. Dwa miesiące po zakończeniu mistrzostw świata. Oto, co napisał o tym inauguracyjnym spotkaniu:

Watahy kibiców włoskich opanowały teren wokół stadionu. Wymachiwali transparentami i flagami, wywrzaskiwali pod adresem nielicznych polskich kibiców, że przegramy z kretesem. Sympatie Hiszpanów były podzielone - jedni oklaskiwali naszych przeciwników, to znaczy: turystów z  Italii, inni patrzyli na nich krzywo, a grupka galicyjskich chłopaków skandowała im przekornie w twarz:
- Pooloonia! Pooloonia.
Odciągnąłem jednego na bok i pytam.
- Dlaczego dopingujesz Polskę?
- Bo mi się podoba! - odpowiedział zaczepnie.
- Musisz mieć jednak jakieś istotne powody...
- E tam. powody! Podoba mi się i już!
Na stadionie Włosi całkowicie zawrzeszczeli Polaków, natomiast hiszpańska publiczność reagowała obiektywnie. Po meczu część dziennikarzy runęła do telefonów i telexów, inni udali się na konferencję prasową. Piechniczek był bardziej oblegany niż Bearzot, obydwaj wydawali się usatysfakcjonowani. Na moje pytanie, czy remis jest dla Włochów tragedią, cierpliwy starannie ubrany, uprzejmy Bearzot odpowiedział:

- W żadnym wypadku. Wprawdzie mogliśmy wygrać ten mecz, ale Polska udowodniła, że jest bardzo dobrym zespołem, a Boniek potwierdził, że jest graczem światowego formatu.
Wiecie, taka kurtuazyjna paplanina. Gwoli prawdy trzeba powiedzieć, że w pomeczowych opiniach prasowych zespół nasz nie zebrał zbyt wielu pochwał. "La Voz de Galicia" i "El Ideal  Gallego" stwierdziły, że z wyjątkiem dwudziestu minut drugiej połowy Włosi panowali na boisku i byli faworytami spotkania. A jeszcze kilka dni przed meczem jedna z gazet sportowych wydrukowała komentarz pod ogromnym tytułem: WŁOSI WIERZĄ W CUD, ŻE UDA IM SIĘ POKONAĆ POLAKÓW.

Entliczek - pentliczek. Co zrobi Piechniczek. Tego nie wie nikt....






sobota, 26 maja 2018

Mamuną nie mam mnie!

"Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, a kto kocha - w porę go karci". Ta biblijna zasada wyznaczała przez wieki standardy wychowywania dzieci. Surowe to były standardy: poza karami cielesnymi, ich podstawą były... straszydła i potwory. Dopiero wiek XX przyniósł bezstresowe wychowanie i Dzień Dziecka.
jędza
Któż nie słyszał w dzieciństwie ostrzeżeń przed Babą Jagą, która porywa i zjada niegrzeczne dziatki? Ta okropna starucha nie była istotą ludzką, jak się powszechnie sądzi, ale demonem, zwanym ogólniej Jędzą. Wysoka, chuda, pomarszczona Jędza, o czarnych oczach, bezzębnych ustach i kobylej nodze znana była na terenie całej Słowiańszczyzny. Mieszkała gdzieś w leśnych ostępach, w ruchomym domku na kurzej nóżce. Dzięki tej zadziwiającej lokomocji przemierzała puszczę w poszukiwaniu ofiar: przede wszystkim zabłąkanych dzieci. Odstraszający wygląd wcale nie przeszkadzał jej w wabieniu ofiar. Nie potrzebowała do tego żadnej magii, kusiła małolatów słodyczami, o które w dawnych czasach było dużo trudniej niż dziś. Nic dziwnego, że łakome dzieciaki szły do chatki Baby Jagi, chętniej niż ćmy do lampy. Demon zamykał je w klatce i dokarmiał ciasteczkami oraz bakaliami. Dobrze podtuczone kończyły żywot jako obiad ohydnego potwora.

Zupełnie inaczej miała się rzecz z Kanią. Ten demon przybierał
kania
postać eleganckiej, pięknej damy. Dzieci lgnęły do niej, bo nie dość, że wyglądała jak sympatyczna ciocia Krysia, to jeszcze zlatywała z nieba na białym obłoku, niczym ubóstwiana powszechnie Madonna. Kania cynicznie wykorzystywała swoje atuty, by skłonić pozostawione bez opieki dzieci do wejścia na jej latający obłoczek i uprowadzić je gdzieś w niebiańskie przestworza, czy demon wie gdzie... Łatwowierne ofiary znikały bezpowrotnie. A przecież opiekunowie ostrzegali często: „Dzieci, dzieci, kania leci!".

Takie strachy czyhały na nieletnich w ciągu dnia. A nocą? Nocą przerażenie dziatwy budziła osławiona Buka, potwór, którym straszono na całej Słowiańszczyźnie. Różnie go nazywano: Bobo, Bobak, albo Bebok, ale zawsze chodziło o niewielkiego demona, który zamieszkiwał ciemne piwnice, komórki oraz zapomniane strychy. Czekał tam spokojnie cały dzień, aby zaraz po zmierzchu wyjść z ukrycia i straszyć dzieciarnię. Nazwa tego niewielkiego demona wywodzi się od rzymskiego hubo, czyli „puchacz". Jego działanie nie miało funkcji wychowawczej, gdyż obrywało się zarówno urwisom, jak i dzieciom grzecznym. Jedynym sposobem na uspokojenie Bobaka była micha strawy pozostawiona mu przez gospodarzy.

buka

Najstraszniejsza jednak była Mamuna. Czarcich, dekla, łamija, małpa, oćwiara, odmienica, pałuba, sibiela, zmianica - demon porywający dzieci z kołysek znany był w Polsce pod wieloma nazwami.
Nie tylko porywał niemowlaki, ale w ich miejsce podrzucał własne. Mamuna była znacznego wzrostu, miała nieproporcjonalnie wielkie łapy, świńskie kły i szczeciniaste futro porastające całe ciało. Zamieszkiwała lasy i niedostępne mateczniki. Kiedy wyruszała łowy, podchodziła pod siedziby ludzkie i czyhała, aby skorzystać z momentu nieuwagi domowników i podmienić noworodka. W ramach rekompensaty Mamuna zostawiała swoje dziecko. Niestety, było chude, brzydkie i notorycznie wrzeszczące. Wprawdzie nie miało po matce kłów i futra, ale wyrastało na głupkowatą, złośliwą i ponurą osóbkę. W dodatku dużo jedzącą i leniwą. Dla rodziców była to prawdziwa tragedia. Ofiarą demona padały także dzieci nie narodzone. Zdarzało się, że Mamuna upatrywała sobie ciężarną niewiastę i podmieniała jej płód w łonie. Zrozpaczeni rodzice starali się wymóc na demonie zwrot swojego potomka. Odchowane dziecko należało położyć na kupie gnoju i bić święconą rózgą, aż boginka zlituje się nad nim i weźmie je z powrotem, zwracając przedtem ludzkie dziecko.

Czegoż to ludzie nie wymyślą, aby pomniejszyć swoją odpowiedzialność za kiepskie wychowanie dzieci, albo usprawiedliwić ich wątpliwą urodę. Wytłumaczyć niewytłumaczalne. Łatwiej przecież znieść rozczarowanie swoim nieudanym dzieckiem, jeśli winę za jego niedostatki zrzuci się na potwornego demona. Zaginięcie dziecka też łatwiej wyjaśnić, jeśli świat pełen jest demonów czyhających na nieroztropne dziatki. Takie, mamienie potworem dla lepszego samopoczucia.

Dziś z takimi strachami trzeba ostrożnie. Niejedna matka jeszcze usłyszy od rozgarniętego przedszkolaka: „Mamuniu, mamuną nie mam mnie…” Bo dziatwie potwory teraz niestraszne, oswojona jest z nimi za pan brat. Po "straszliwie" dobroczynnym smoku Tabaluga, świat już jest taki sam...

Koniec, bomba, a kto czytał ten trąba - podsumowałby ekscentryczny pisarz. A kto nie czytał, ten niech żałuje.

Na podstawie: Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach - Paweł Zych, Witold Vargas